W stronę słońca.

Dziś znowu w podróży. Tym razem na południe w stronę słońca, tam gdzie panuje ciepło o tej porze roku, opuszczam pagórki, wyruszam w góry.

Zajmie mi to zapewne cały dzień. Dwa lotniska, przesiadki, kontrole i te wszystkie przyjemności związane z lataniem i przemieszczaniem się miedzy państwami. Męczący dzień to będzie ale jutro nad ranem otworzę drzwi domu, które zamknąłem stanowczo zbyt dawno temu.

Na koniec pare „pocztówek” z okolicy.

Przełom rzeki Delaware

Delaware River

Okoliczne pagórki.

Czas do domu. Do następnego.

Latanie na wesoło.

Ten blog rozpocząłem kierując się dwoma swoimi potrzebami. Ważniejsza oczywiście była ta aby nawiązać kontakty z innymi ludźmi i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami na różne tematy. Większość moich wpisów ma właśnie taki charakter. Są jednak i notki wynikające z potrzeby pozbycia się złych emocji. Opisanie i zdefiniowanie ich pozwala mi na rozliczenie się z nimi i o nich zapomnienie. Klawiatura przyjmie wszystko, zatem czemu nie.

Taki więc będzie charakter tego wpisu. Przy okazji zamknę temat mojej podróży do kraju.

Większość z nas w dobie internetu kupuje swoje bilety w wirtualnych agencjach podróżnych. Ja tak robię od lat. Mam parę tych, które zawsze sprawdzam. Niezależnie od tego przeglądam oferty innych biur, bo cena biletu dla mnie jest dość ważna. Tak się więc stało, że mój ostatni bilet zakupiłem na portalu pod nazwą Justfly. com, kierując się przede wszystkim ceną. Nie było zresztą w niej żadnych ograniczeń, które mogłyby mieć dla mnie jakieś znaczenie. Zanim jednak ja dokonałem zakupu, linie lotnicze, zapewne w poszukiwaniu większych zysków, wprowadziły do swojej oferty nową taryfę. Jest ich już tyle, że z niecierpliwoscią czekam na bilet w ofercie na stojąco. Nowa taryfa, cenowo zbliżona do ofert klasy ekonomicznej z ubiegłego roku, oferuje latanie bez bagażu. I tak zaczęła się moja przygoda. Nie świadom nowych rozwiązań, zjawiłem się na lotnisku z walizkami. Kto w końcu lata przez Atlantyk bez tychże? A tu masz babo placek. Sześćdziesiąt zielonych za mój bagaż i żony i możemy go zabrać. Musu nie ma, można go oddać odprowadzającym. Polska przecież od momentu upadku PRL-u zaopatrzeniowo nie różni się od innych państw. Zatem majtki, skarpety, podkoszulki to wszystko można już kupić na miejscu. Skalkulowaliśmy szybko i zdecydowaliśmy się pokryć koszt bagażu. Zapomniałem już o tym gdy potwierdzałem nasz odlot z Polski. No i masz, od nowa Polska Lusowa. Dwie walizki w cenie sześć dych zielonych jeśli chcemy je zabrać ze sobą. Cóż było robić? Przyzwyczaiłem się do swoich majtek a i Luśka lubi swoją bieliznę. Bilet tam i z powrotem kosztował nas w tym momencie o sto dwadzieścia dolarów więcej. Teoretycznie mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zadam jednak ponownie pytanie: kto lata przez ocean, zwłaszcza gdy jest to podróż paromiesięczna, bez bagażu? No chyba tylko ci co mają prywatne samoloty i chaty po całym świecie, umeblowane, z szafą pełną ubrań. Ja się do nich jeszcze nie zaliczam, dlatego szuka qu…a jak najtaniej. To był komentarz przeznaczony do JustFly.com, może przeczytają. Chociaż nawet jeśli to zrobią, sądzę, że przy najbliższej okazji też będą chcieli mi wcisnąć coś co dobrze wyglada licząc na moją głupotę. Słuchajcie zatem gamonie z JustFly.com, od was już nigdy nic nie kupię. Odrazu poczułem się lepiej jak im mogłem tak nawrzucać.

Z innych fascynujących przygód na trasie mojego powrotu spieszę donieść, źe było w sumie fajnie. Straty, poza kasą, objęły rownież walizkę podręczną, którą musiałem nadać na trasie z Rzeszowa do Monachium. Oddali mi ją bez rączki. Zachowali się przy tym bardzo fair, bo rączkę położyli obok walizki tak na wszelki wypadek na pamiątkę lotu chyba, naprawić tego bowiem się nie da. Lufthansa to takie fajne chłopy z poczuciem humoru. Ponieważ nie miałem nawet siły na jakiekolwiek kłótnie, w nagrodę wyznaczyli mnie do wyrywkowej kontroli bagażu. A, że ciągnąłem swoją walizeczkę i Luśki a na plecach jeszcze jeden bagaż, to rozpakowanie tego wszystkiego było super zabawą. Zaglądnęli też wyrywkowo do moich butów. Zaoferowałbym im striptease tyle, że czasu było mało. No i wreszcie dostało się mojemu bagażowi, temu za który musiałem zapłacić. Albo obsłudze w Monachium albo w Waszyngtonie moja walizka nie przypadła do gustu. Odebrałem ją w stolicy USA tylko na trzech kółkach. I tym razem to musiał być ktoś z poczuciem humoru bo kółko leżało tuż obok walizki. Też pewnie na pamiątkę. No i na koniec Newark, cel mojej podróży. Tu goście jeszcze chyba świętowali po ostro zakrapianej imprezie. Nasze walizy wywalili na karuzelę, na której miały znajdować się bagaże samolotu, który przyleciał z Minnesoty. Dobrze, że karuzele były obok, dzięki czemu zupełnie przypadkowo udało nam się je namierzyć.

No mówie wam fajnie było. Dawno się już tak dobrze nie ubawiłem. Tylko latać.

Dziwne uczucie.

Podróżowanie interkontynentalne z północy na południe czy odwrotnie, w zależności oczywiście od ilości czasu spędzonego w jej trakcie to małe piwo w porównaniu z przemieszczaniem się ze wschodu na zachód czy w przeciwnym kierunku. Dobiegła właśnie końca moja ekskursja przez trzy kontynenty. Z ekwadorskich gór najpierw była jazda samochodem na wybrzeże tego kraju. Tu bowiem znajduje się jedno z dwóch lotnisk międzynarodowych w Ekwadorze. W górach było chłodno, ubrałem się zatem odpowiednio do pogody. Nad oceanem już było o wiele cieplej. Zerwałem zatem z siebie nadmiar odzieży, chcąc uniknąć nadmiernego pocenia, które powoli zmieniało moja koszulkę w dość nieprzyjemną, przymokrawą tkaninę. Już po chwili musiałem jednak dogrzać się ponownie. Wentylacja w budynku lotniska wręcz wymagała tego. Była ona jeszcze jednak do zniesienia. W samolocie jednak doszli do wniosku, że im chłodniej w środku tym zapewnie lepiej dla podróżujących i podkręcili kurek z chłodnym powietrzem. Już po chwili mój nos dawał mi znać, że nie jest zwolennikiem takiej zabawy w ciepło zimno, która nie polega na znalezieniu czegoś. Pod ręką miałem jeszcze dres, który założyłem na sibie wychodząc z mojego górskiego domeczku. Co było robić, raz dwa i już miałem go na sobie. To ściąganie i nakładanie na siebie rzeczy tam i z powrotem oczywiście w końcowym efekcie skończyło się przeziębieniem bo praktycznie nie mogło być inaczej. To jednak, aczkolwiek bardzo frustrujące, nie dało mi aż tak bardzo w kość jak kolejna podróż tym razem z zachodu na wschód. Nie ulega watpliwości, że chociaż miałem dwudniowy odpoczynek po pierwszym etapie wycieczki, to jednak odczuwałem trochę zmęczenia przed kolejnym odcinkiem samolotowych wyzwań. Spanie z katarem nie należy do przyjemności, przynajmniej w moim przypadku. Z lekko zmordowanymi oczami zająłem zatem miejsce w samolocie Lufthansy, który zmierzał do Europy. Spanie w samolocie zawsze słabo mi idzie. Taka pochlastana natura. Jak każdy podróżujący wie, przemieszczanie się wzdłuż równoleżników powoduje walkę ze strefami czasowi. Słońce przecież nie może być na okrągłej ziemi w tym samym czasie w każdym jej zakątku. Zakatarzony, niewyspany, coraz bardziej zmęczony dotarłem wreszcie do celu mojej podróży. Tam skąd wyleciałem był wczesny poranek, tu gdzie dotarłem południe. Adrenalina spowodowana przybyciem do ojczyzny zabiła jednak wszystkie niedogodności. Dzisiaj wreszcie się wyśpię, pomyślałem zapominając o katarze. Dotrwałem niczym zombie do końca pierwszej połowy „fascynującego” meczy Realu z kimś z Cypru, po czym padłem niczym rażony czymś mocnym w okolice mojej głowy. W Stanach była godzina siedemnasta, tutaj dwudziesta trzecia. Z zatkanym nosem obudziłem się jednak dość szybko. I sam już nie wiem, która to jest godzina, w jakiej strefie czasowej jestem ja a gdzie moje ciało. Dziwne uczucie. Spróbuje się jeszcze przespać, może to mi wszystko wyjaśni.

Latania i lądowania

Och jak bardzo czas mi się dłuży

W czasie każdej lotniczej podróży
I choć bez specjalnego przejęcia
To zawsze szukam dla siebie zajęcia
Aby w trakcie całego lotu
Nie mieć uczucia psa przywiązanego do płotu,
Który tak leżąc przy nim bardzo się nudzi
I nic nie robiąc, obserwuje ludzi
Dobrym zda się to być pomysłem
Poobserwuję trochę, być może przysnę
Zacząłem zatem od mego prawego boku
Tam jakiś frajer męczy sudoku 
I widać, że sobie nie radzi i się denerwuje
Najpierw coś wpisze, zaś wymazuje
A co się dzieje po lewej stronie?
Tutaj kobitka na swoim smartfonie
Album z fotkami ogląda w zadumie
To się uśmiecha, to stara zrozumieć
Skąd się to zdjęcie u niej znalazło?
Tymczasem przede mną dwóch takich wylazło
Jeden w pośpiechu rwie wprost do latryny
Drugi niby czekając na powrót pierwszego, ogląda dziewczyny
Zerkam na to wszystko patrząc ciekawie
Lecz sam już nie wiem, śnię czy to się dzieje na jawie
Bo coraz cięższe moje powieki się stają
I co widziałem już przysłaniają
I pewnie zaśnięcia byłem już bardzo blisko
Gdy usłyszałem, że się zbliżamy do miejsca gdzie jest lotnisko
Na którym już wkrótce wylądujemy
Za wspólny lot serdecznie więc dziękujemy
Szczerze mówiąc nic mnie tak nie złości 
Jak brak dla drugiego człowieka litości
Kiedy mnie właśnie spanie ogarnąć miało
Żeby mi na złość zrobić im się lądować zachciało. 

Powrót do oazy spokoju.

Dzień podróży to chyba dzień najbardziej męczący i taki, który zda się ciagnąć w nieskończoność. Dzisiaj moja kolej na lot do domu. Stany zostały zaliczone. Spotkaliśmy wszystkich naszych najbliższych znajomych a dodatkowo mieliśmy okazje spotkać się z kuzyna córka, która wraz z mężem przyleciała za wielką wodę w odwiedziny. Spędziliśmy sympatyczne prawie dwa tygodnie. Wszystko co jest miłe i fajne na ogół nie trwa  długo, tak więc Luśki wakacje dobiegły końca w niedziele a od poniedziałku przejęła stery polskiego okrętu. Ja obejmę nadzór nad naszym ekwadorskim statkiem z konkretnym zadaniem aby nie doprowadzić do zniszczenia tego co z takim uporem sadziła Luśka w przydomowym ogródku. Mam do tego talent bo prace działkowe napewno nie należą do moich silnych punktów. W tym roku postanowiliśmy zatem powierzyć grządki ogrodowe okolicznej znawczyni roślin wszelkich. Już pierwszy dzień jej pracy, jeszcze w trakcie obecności mojej ogrodniczki w domu, przekroczył nasze oczekiwania. Jej wiedza na temat roślinek jest niewątpliwie lepsza od mojej, problem jednak, że ogranicza się do okolicznej zieleniny. To co posadziliśmy a raczej co posadziła Alicja a co ma korzenie polskie okazało się dla naszej pomocy chwastem, który należało usunąć. Dostało się zatem poziomkom, które nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Efekt jej pracy był ogólnie jednak na tyle zadowalający, że dostała angaż do pielęgnacji przydomowej gleby. Niby mam to nadzorować. Obawiam się, że z moją wiedzą z jej niechęcią do wszystkiego co nie jest ekwadorskie możemy stanąć przed konkretnym problemem po powrocie ogrodowego szefa. Życie bez ryzyka byłoby nudne zatem nie będę przed nim uciekał. Zanim jednak do tego dojdzie muszę przeżyć ten dzień podróży, który powinien trwać w porywach do szesnastu godzin od wyjścia z domu syna do otwarcia drzwi w mojej twierdzy. Do Stanów przylecieliśmy przez Miami, wracać będę przez Panamę. Lotnisko tam jest mniejsze co z punktu widzenia przesiadki każdemu pewnie bardziej odpowiada. Tam, po półtorametrową godzinie  oczekiwania kolejny samolot. Lat z Panamy to juz tylko niecałe dwie godziny. Jak wszystko dobrze pójdzie nad ranem w środę będę w domu, w mojej oazie spokoju.