Siła pozytywnego myślenia

Dawno, dawno temu zrobiłem sobie badania krwi. Z niej bowiem wyczytać można bardzo wiele a mając informacje można przedsięwziąć odpowiednie kroki. Laborantka zaoferowała mi kilka dodatkowych badań ponad standardowe. Czemu nie, dobrze przecież wiedzieć o sobie jak najwiecej. No i wyszło, że moja tarczyca nie jest w najlepszym stanie, nie źle powiedziałem jest w fatalnym stanie. Endokrynolog przepisał mi odpowiednie pigułki i miało być już dobrze. Tyle, że obsypało mnie po tych pigułkach jak pupę niemowlaka po proszku IXI.

Kolejny endokrynolog stwierdził, źe trzeba usunąć mój gruczoł bo będzie mnie wysypywać po każdej innej pigułce. Wiele osób żyje bez tarczycy zażywając jej hormony i nic specjalnego im się nie dzieje. Sprawdziliśmy to wsród moich znajomych. Potwierdzili. Nad czym się zastanawiać, wypaliłem bydlę radioaktywnym jodem i dowidzenia.

Niestety okazało się, że to było dzień dobry. Nie będę opisywał kolejnych problemów jakie mnie dopadły, powiem tylko, że moje kłopoty dotyczą jednej osoby na milion i na ogół kobiet. Nie, umierać nie będę jeno wzrok mi się lekko rozjechał. Trochę to uciążliwe ale po rozmowie z moim mózgiem ustaliliśmy reguły gry i jakoś we trójkę współpracujemy, to znaczy mózg, wzrok i ja.

Czemu to piszę? Ano dlatego, że to był mój ostatni raz z medycyną nam narzucaną. W Cuence poznałem lekarzy holistycznych, którzy zjechali tu z Kanady bo tam nie mogli prowadzić swojej praktyki. Zanim cokolwiek mi zaproponowano musiałem wypełnić pare ankiet dotyczących mojego życia. Potem nastąpiła rozmowa i proponowany sposób leczenia. I tu dochodzę do sedna. Według holistyków choroba jest przyczyną czegoś niekoniecznie w sferze materialnej. Stres na przykład jest bandytą, który nie ma litości niczym prezes pewnej partii. Leczenie choroby bez dojścia do jej przyczyn to według tych lekarzy jak dolewanie oleju do samochodu bez sprawdzenie co powoduje, że ten przeklęty olej wycieka. Podoba mi się ta filozofia.

Holistycy mogą pomóc swoimi radami, ale nie leczą bo, jak twierdzą, wyleczenie zależy od nas samych. Mi na początek zaserwowano czyszczenie wątroby. Poczułem się po tym lekki jak piórko bo cały proces polega na wydalaniu toksyn.

Żeby nie przedłużać, wzroku mi to nie naprawiło ale ogólne samopoczucie to było niebo a ziemia. Moja wiara w medycynę naturalną od tej poty nie podlega dyskusji.

Dzisiaj odwiedziłem mojego ajurwedyka, holistyk niestety wyjechał. Ten rownież twierdzi, źe leczyć trzeba całościowo a nie tylko podawać pigułki. Jednak aby to mogło funkcjonować potrzebne jest pozytywne nastawienie.

Tu wlasnie dochodzę do konkluzji moich wywodów. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać co jest lepsze i kto ma rację. Pozytywne myślenie i wiara w skuteczność zdeterminowały mój wybór. Tym powinien kierować się każdy.

Mój znajomy opowiedział mi taką historie. Do lekarza przyszła pacjentka z bólami brzucha. Wykonano badania, które skończyły się pobraniem próbek. Diagnoza fatalna. Rak z przerzutami. Lekarz jednak nie miał sumienia przekazać pacjentce tej wiadomości. Przepisał jej zatem jakiś środek przeczyszczający i coś tam jeszcze. Jej powiedział, że ma problemy gastryczne. Po roku spotyka swoją pacjentkę. Mocno zdziwiony, zaproponował wizytę. Dodam, że pani czuła się swietnie i dziękowała lekarzowi za opiekę. Zjawiła się oczywiście na konsultacji. Lekarz nie potrafił wytłumaczyć jak to się stało, że wszystkie ślady choroby zniknęły.

A ja myśle, ze to właśnie siła pozytywnego myślenia, ktora w tym wypadku była wynikiem wiary w diagnozę lekarza. To była prawdziwa historia i podejrzewam, że takich jest wiecej.

A wszystkim życzę dużo zdrowia.

Zdrowie, zdróweczko

Jestem zdecydowanym zwolennikiem medycyny alternatywnej. Choć nie do końca wierzę we wszystkie teorie spiskowe to tą konkretną lekarze sami zdają się potwierdzać. Ich związki, trochę niejasne, z firmami farmaceutycznymi, pobieranie od tychże bonusów za sprzedaż i reklamę produkowanych przez nie leków, każe mi sądzić, że owa grupa ludzi w białych kitlach niekoniecznie oferuje nam najlepszą metodę leczenia. To zapewne nie jest standard. Nawet jeśli są to tylko pojedyncze przypadki to ja i tak już dawno uległem tezie, że owa akademicka medycyna nie jest aż tak czysta jakby chciała żebyśmy myśleli. Leczę się zatem po swojemu stosując cała gamę coraz bardziej dostępnych różnorakich sposobów alternatywnych.

Nie znaczy to oczywiście, że potępiam osoby uważające tylko tych lekarzy, którzy stosują farmakologiczną medynę, za królów życia i śmierci. W procesie leczenia najważniejszy jest komfort psychiczny i wiara w lekarza. Stąd uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru w tym zakresie. W końcu przecież to jest nasze życie i zdrowie i powinnismy robić z nim to co uważamy dla niego za najlepsze.

Rozśmieszają mnie jednak lekarze udający zatroskanych o nasze zdrowie w czasach gdy na ich usługę specjalistyczną trzeba czekać tygodniami, miesiącami a czasem i latami. Wolałbym aby oni zatrzymali swoje uwagi i spostrzeżenia na temat niekonwencjonalnych praktykantów dla siebie. Ta ich troska coraz częściej i coraz bardziej widoczna jest tylko w prywatnych klinikach i gabinetach oczywiście za odpowiednią opłatą.

Mam jednak i swoje zastrzeżenia do medyków niekonwencjonalnych. Ich wiedza w zakresie różnorodności sposobów leczenia nie budzi we mnie sprzeciwów. Wielu z nich to przecież dyplomowani lekarze, tyle że zdecydowali się pogłębiać swoją wiedzę na temat innych metod leczenia. Naprawa naszego stanu zdrowia to nie tylko sama wizyta u lekarza. W takiej czy innej formie będą nam potrzebne jakieś leki. W medycynie niekonwencjonalnej są to suplementy. I właśnie tu mam najwiecej problemów. Rynek ten rośnie w nieprawdopodobnym tempie. Wiele z tych wynalazków to leki produkowane przez owych terapeutów. Często słyszę, że ich głównym celem jest chęć otwarcia ludziom oczów na praktyki stosowane przez medycynę standardową i fakt, że kieruje się ona przede wszystkim zyskiem. No cóż, suplementy to też nie jest wydatek, który można pokryć z naszego kieszonkowego. Koszt tychże z roku na rok jest coraz wyższy i praktycznie stałe ich stosowanie wymaga sporych wydatków. Zatem ten sposób leczenia dla przeciętnego Kowalskiego staje się coraz bardziej niedostępny. Jeśli do tego dołożymy fakt, że lekarstwa na receptę w jakimś stopniu są refundowane to decyzja przeciętnego zjadacza chleba zdaje się być oczywista. Dziś bardziej trafna zdaje się być taka oto rymowanka:

Szanowne zdrowie

Nikt się nie dowie

Ile kosztujesz

Aż się zepsujesz

Kierując się zyskiem nikt nie myśli o naszym zdrowiu, bez względu na „stajnię”, z której pochodzi. O nie niestety musimy zadbać sami. Stąd wybór metody leczenia to przede wszystkim wiara i komfort psychiczny. Dbajmy zatem o nasze zdrówko zanim je powierzymy fachowcom.

Święta Rodzina.

Chwile się zastanawiałem nad tytułem tego wpisu. Dwa pomysły przychodziły mi do głowy: Święta Rodzina i Osiem tysięcy sto złotych. Pierwszy wynika z imienia szpitala w Rudnej Wielkiej pod Rzeszowem a drugi z kosztem operacji przeprowadzonej na pewnej pacjentce zwanej poniżej moją żoną. Ostatecznie wygrała Święta Rodzina a o przyczynach tego faktu w dalszej części. 

Dwa miesiące temu szanowna małżonka doznała złamania nogi. Próbując skoku z około pół metra pośliznęła się na pustaku. Upadek z niego zaowocował złamaniem piszczela i kolana. Niestety w Polsce przebywamy czasowo co wiąże się z brakiem ubezpieczenia. Zapewne mogliśmy je wykupić ale nikt z nas nie spodziewał się, że może ono być potrzebne. Ekwilibrystyczne wyczyny Alicji uświadomiły nam jednak, że warto od czasu do czasu posłuchać sloganów reklamowych ubezpieczycieli wszelkiej maści. Jeden z nich mówi „przezorny zawsze ubezpieczony”. To hasło zda się wspomagać mądrość ludowa, która mówi: „mądry Polak po szkodzie”. Tak czy inaczej stanęła moja żona przed koniecznością operacyjnej naprawy swojej nogi. W dobie wolnego wyboru placówki leczniczej padło na szpital Świętej Rodziny w Rudnej Wielkiej. Wpływ na to miała, do pewnego oczywiście stopnia, wiedza naszych przyjaciół na temat okolicznych placówek zdrowia. Korzystając z ich nieocenionej pomocy znalazła się zatem moja małżonka w owym szpitalu. Nie było złudzeń od początku, ze będzie konieczny zabieg składania poturbowanych kości. Tak się też stało i chwile po przybyciu do placówki i wstępnych oględzinach, podpisaniu dokumentów była już operowana. Do tej pory wszystko szło zgodnie z planem a i sam zabieg odbył się bez większych niespodzianek.

Już parę godzin po nim,podczas gdy moja żona wciąż odczuwała efekty narkozy,  pojawiła się w sali pani z księgowości domagając się uregulowania rachunku, który zamknął się wyżej wymienioną przeze mnie kwotą. Nie wiem na jakiej podstawie przedstawicielka szpitala sądziła, że jest to coś w rodzaju kieszonkowego, dość jednak powiedzieć, że żądała niemal natychmiastowego uregulowania rachunku. Owa pani powoływała się na jakieś procedury, z których widocznie wynika, że rachunek należy przedstawić pacjentowi, gdy ten jeszcze nie jest do końca kontaktowy po anestezjologii. Widocznie ściągalność zobowiązań finansowych w tym właśnie momencie jest najwyższa bo widmo dalszego leczenia na zewnątrz szpitala przemawia do pacjenta z odpowiednią siłą. Cóż było robić, zwłaszcza gdy wszystko boli. Z pomocą ponownie przyszli nasi przyjaciele i już po chwili kwota została przetransferowana na rachunek szpitala. Nie mamy oczywiście zastrzeżeń ani do jej wysokości, ani do konieczności jej uiszczenia. Sposób i czas to już jednak inna sprawa. Do tego należy dodać fakturę, z której poza kosztem kompletnie niczego nie można się dowiedzieć. Nie wiemy z czego dokładnie składa się naliczona kwota i co kryje się w usłudze pod tytułem koszt operacji. Wiele rzeczy przecież było robionych od badania krwi, przez prześwietlenie komputerowe i anestezjologię po samą operację. Trzeba rownież pamietać o dwóch dniach w szpitalu. Co ile kosztowało nie bardzo wiemy. Mogę się jedynie domyślać, że opieka niższego szczebla personelu szpitalnego chyba nie była ujęta w tym rachunku skoro pielęgniarka, którą o pomoc poprosiła moja żona mocno się zdziwiła, że czegoś się od niej oczekuje bo na prośbę mojej żony o wsparcie przy dojściu do toalety, członkini świętej rodziny pielęgniarek odparła, cytuję: „może mam panią wziąć na ręce”.  Wyjątkowy pokaz chamstwa i arogancji. Nie znam zbytnio realiów szpitalnych w naszym kraju, na szczęście, wiem jednak, że w środowisku lekarskim, kto żyw podpisuje klauzule sumienia. Nie może być zapewne inaczej w placówce pod tak szlachetnym imieniem. Co to jest sumienie? I tu pewnie pacjenci diametralnie różnią się jego definicją od lekarzy.  To chyba jednak takie czasy, że wszyscy inaczej tłumaczą sobie wartości zwane kiedyś uniwersalnymi, jak na przykład sumienie. 

Po sześciu tygodniach od zabiegu i kontroli lekarskiej, można było zacząć obciążanie nogi. Wizyta kontrolna potwierdziła, że nie było żadnych powikłań i wszystko goi się zgodnie z oczekiwaniami lekarza. Niestety rehabilitacja obciążeniowa nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami Alicji. Stąd chciała sprawdzić co dokładnie zostało wykonane w trakcie zbiegu. Jak już wspomniałem jedyną pozycją na niby fakturze jest koszt operacji bez żadnych detali. Próba kontaktu ze szpitalem w celu uzyskania większej ilości informacji kończy się zawsze tak samo. Po wybraniu numeru telefonu, otrzymujemy informacje o naszym miejscu w kolejce do tej usługi. Co ciekawe przesuwa się ona dość szybko do momentu aż jesteśmy następni w kolejce. Za każdym razem okazuje się, że właśnie przed nami znalazł się jakiś upierdliwy pacjent, który zapewne ma tysiące pytań. Ciekawsze jest jeszcze to, źe gdy po dłuższym oczekiwaniu rozłączyliśmy się, by ponownie wybrać numer, znowu przesuwaliśmy się bardzo szybko do momentu…..następnego w kolejce. Ponownie ten sam pech i nierozumiejący innych petentów delikwent. Będziemy próbować, może się uda.

W Polsce zapanowała dziwna moda na nazywanie wszelkiego rodzaju placówek użyteczności publicznej imionami świętych, które do tej pory były zarezerwowane dla kościołów i jego parafii. Osobiście nie specjalnie mi to przeszkadza i nie mam nic przeciwko temu. Powoływanie się jednak na imiona świętych powinno chociaż w minimalnym stopniu wiązać się z fundamentalnymi wartościami wiary, w naszym przypadku chrześcijańskiej. Śmiem wątpić czy aby tak jest napewno w przypadku placówek służby zdrowia i nie tylko. Chowanie się za plecami Świętej Rodziny czy innego świętego nie zwalnia nikogo, a wręcz odwrotnie, z bycia przyzwoitym. W przeciwnym przypadku powoływanie się na to co czcimy jest zwykłym prostackim chwytem, który w dodatku narusza drugie przykazanie, zakazujące nadaremnego używania imienia Bożego. Nie mnie jednak sądzić i oceniać innych. Wolałbym jednak aby rzeczy nazywane były zgodnie z ich przeznaczeniem. Dla przykładu szpitale o wysokim wskaźniku wysyłania ludzi do krainy wiecznych łowów mogłyby się nazywać „Nogami do Przodu”, człowiek odrazu wie czego może się spodziewać. Placówki z drogimi zabiegami „Rżniemy Równo” i już wiem co mnie czeka gdy się tam udam. Poza tym taka nazwa, chociaż do bólu, to jednak szczera. Co się stało z tym określeniem, które przecież ma zabarwienie pozytywne? Albo w tym samym tonie „Pacjent Dziany Mile Widziany”. Tak, tak wiem z kilometra czuć sarkazm ale równie sarkastyczne jest udawanie członka świętej rodziny nie mając z nim nic wspólnego. 

Rzecz o lekarzach bez granic

Podejmując decyzje o zakupie filmu zwykle sprawdzam jego obsadę. Zakładam, że utytułowani aktorzy raczej będą stronić od szmirowatych scenariuszy. Na ogół to się sprawdza, chociaż nie zawsze. Decydując się na zakup „The Last Face” kierowałem się występującą w nim Charlize Theron, która należy do tych kilku aktorów, których filmy chętnie oglądam. Nie wiem ile historia ma wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, niemniej jednak ruch i organizacja pod nazwą Lekarze bez Granic jest bardzo dobrze znany. Warunki w jakich ci ludzie pracują i ich oddanie, nie sposób opisać. Każdego dnia są oni narażeni na poniesienie najwyższej ofiary jaką jest ich własne życie. Ilość konfliktów na kontynencie afrykańskim trudno jest ogarnąć i jednocześnie trudno pojąć ich genezę. Ludzie giną każdego dnia, konwoje pomocy humanitarnej są napadane, obozy z uchodźcami atakowane. W tych warunkach właśnie pracują lekarze bez granic. Wszechobecna bieda i życie w warunkach, które urągają naszym czasom to chyba jedno z przesłań tego filmu. Oczywiście bez romansu, który ma miejsce pomiędzy ponętną Theron i jednym z lekarzy film nie byłby ciekawy. To ta cześć filmu, w której mamy do czynienia z tak zwanymi momentami. Nie ona jednak stanowi o jego sile. Patrząc na to wszystko z mojego fotela przed telewizorem zastanawia mnie jak to się dzieje, że nie ma żadnej kontroli nad sprzedażą broni do tych miejsc, w których jej posiadanie daje niemal nieograniczoną władzę. Pozwala kilku barbarzyńcom terroryzować całe połacie kraju a żyjącą w okolicach ludność traktować gorzej niż niewolników. Tysiące ludzi ucieka przed garstką uzbrojonych bandytów, których nic nie obowiązuje, którzy za pomocą terroru przejęli władze powodując niezliczoną ilość uchodźców. Wiele tego typu filmów stara się poruszyć świat do działania i do spojrzenia na te problemy ponad partykularnymi interesami. Efekty póki co zdają się być marne, o czym chociażby świadczy wciąż narastającym problem uchodźców w Europie. Wiele z tych katastrof i dramatów ludzkich można by rozwiązać na miejscu przy wsparciu i porozumieniu możnych tego świata. Ci jednak z większą pasją są zainteresowani kreowaniem wojen nich ich unikaniem, bo przecież chodzi o strefy wpływów a konflikty zbrojne to niczym paw, z kultowego utworu Dżemu, który znosi złote jaja. Końcowy apel filmu wart jest przytoczenia w całości, szczególnie dla krajów, których rządy, chowając się za swoimi tak zwanymi wartościami nie pojmują tragedii tych ludzi. Słowu uchodźca, z racji krajów, z których oni pochodzą doczepiono łatkę potencjalnego terrorysty. Tymczasem większość nich, to wykształceni i prości ludzie, którzy podobnie jak my mają marzenia. Jeden z moich ulubionych stand-up komików, nieżyjący już, George Carlin, w jednym ze swoich skeczów powiedział, że nic i nikt nie zagraża istnieniu ziemi tak jak ludzie. Trudno się z tym nie zgodzić.

Publicystyczny chłam

Co jest najwieksza zmorą środowiska lekarskiego w kraju? Na tak zadane pytanie pierwsza narzucającą się odpowiedzią byłby pewnie Narodowy Fundusz Zdrowia, który w sposób jedynie sobie wiadomy ustala cenniki usług lekarskich oraz ich roczne limity. Fundusz ten rownież uzurpuje sobie prawo do określenie sposobu leczenia wszelkich schorzeń nie zezwalając na inne metody niż te przez nich uznane za skuteczne. Wiąże to wielu lekarzom ręce, zwłaszcza tym którym na sercu leży zdrowie pacjenta bardziej niż zasobność własnej kieszeni. Nie o tym jednak chciałem pisać a pytanie z początku tekstu postawiłem trochę wadliwie. Zamiast co powinno być kto. Być może wielu w pierwszej kolejności wymieniło by naszego ministra od zdrowia nijakiego Judyma z domu Radziwił. Chociaż ma on poważne problemy z bieżąca wiedzą w zakresie najnowszych osiągnięć w medycynie to jednak nie on spędza sen z powiek specjalistom od naszej opieki zdrowotnej. Jemu i kaście oddanych mu lekarzy doskwiera niczym kamień w bucie pewien inżynier mechanik, któremu zachciało zainteresować się medycyną i sposobami leczenia. Jerzy Zięba, bo o nim tutaj mowa, studiując wiele badań naukowych doszedł do wielu konkluzji, które z punktu widzenia środowiska lekarskiego nie mają uzasadnienia w praktyce lekarskiej. Rzucili się więc na dociekliwego badacza niczym zgłodniałe stado wilków na owce. Nie przyjmują jego argumentów, nie interesuje ich wiedza na temat źródeł, z których pan Jerzy czerpał swoje doświadczenia. Środowisko to bowiem nie od dzisiaj jest bardziej zainteresowane dochodami jakie czerpią z rozprowadzania podejrzanych specyfików wyprodukowanych przez przemysł farmakologiczny. To oddanie firmom farmaceutycznym przynosi bowiem wymierne korzyści chociaż często wcale w niej nie chodzi o poprawę zdrowia pacjenta. Jerzy Zięba namawia do stosowania witamin i wszelkiego rodzaju naturalnych metod leczenia, które były przebadane przez naukowców w innych krajach, i których efekty zostały przez nich opisane i opublikowane. Byłoby o wiele taniej i skuteczniej. Byłoby ale nie będzie bo banda farmakologów ukrywających się pod wszelkiego rodzaju tytułami naukowymi z zakresu medycyny zaprzecza z uporem maniaka wszystkiemu o czym mówi Jerzy Zięba. Oni wcześniej pozwolą się wykastrować niż odciąć siebie od podstawowego źródła ich dochodu, który zapewnia im przemysł farmaceutyczny. Zaangażowali się więc w walkę z tym „pseudo-medykiem” wyciągając najcięższe działa w postaci braku wykształcenia i braku badań naukowych potwierdzających jego tezy. Zapomnieli jednak, że robiąc ten cały szum wokół niego przysparzają mu coraz więcej rozgłosu. Ich nieudolne ataki nie tylko nie przyniosły zamierzonego efektu ale wręcz spowodowały jeszcze większe zainteresowanie nim samym i tym co ma do powiedzenia na temat naszego zdrowia. W dobie internetu trudno jest bezkrytycznie oszukiwać ludzi bo ci, którzy są dociekliwi znajdą to czego szukają i sami dojdą do odpowiednich wniosków. Nie będą one zbyt pochlebne dla naszego środowiska lekarskiego, które poza farmakologią zna się na medycynie bardzo pobieżnie. Z pomocą postanowiły przyjść media, które z reklam rożnego rodzajach specyfików też czerpią konkretne zyski i nie planują z nich zrezygnować. Ukazał się więc Jerzy Zięba w programie Skandaliści w pełni otwarty do dyskusji. Takiej formy być jednak nie mogło bo scenariusz programu był już wcześniej ułożony i nie chodziło w nim o rozmowę i wymianę argumentów lecz o frontalny atak na niego. Kompromitujący sposób prowadzenia programu przez, mam wrażenie, zakompleksioną panią redaktor nie tylko mógł ale musiał utwierdzić nawet przeciętnego widza, że mamy do czynienia z klasycznym napadem na zaproszonego gościa.  Efektem tego żenującego przedstawienia mógł być tylko uśmiech litości dla wszystkich tych, którzy brali udział w tym smutnym pokazie ignorancji i braku dobrego smaku. Skąd biorą się w telewizji ludzie pozbawieni podstawowych zasad kultury? Nie mam na to pytanie odpowiedzi. Wiem jednak jedno,  w tym wstrętnym PRL-u ktoś o tak niskim stopniu inteligencji nie miałby prawa występować przed kamerami telewizji. Media masowe obniżają coraz bardziej poziom swoich programów angażując do ich prowadzenia bardziej chuliganów niż rzetelnych i uczciwych dziennikarzy. 

Porozmawiajmy o sumieniu

Wrze walka na wszystko co się da w sprawie aborcji. Po czarnym poniedziałku rząd musiał się wycofać ze swoich pomysłów dotyczących całkowitego zakazu usuwania ciąży. Pomimo marginalizowania protestu przez wielu polityków rządzącej partii, w tym specjalistów od spraw wszelkich, świętej Krystyny i wszystkowiedzącego nawiedzonego Witolda, nie było innego wyjścia jak tylko przekazać projekt do dalszych prac pod czujnym okiem poddanych prezesa. Osobiście nie wierze, że kobiety dokonują zabiegów aborcyjnych w sposób bezmyślny, kierując się przy tym jedynie wygodnictwem życiowym. Być może są takie kobiety. Sądzę jednak, że dla większości kobiet ten zabieg to bardziej konieczność niż chęć ułatwienia sobie życia. Stoję zatem po stronie czarnego poniedziałku bo nie zgadzam się rownież z wszelkiego rodzaju polityką nakazowo-zakazową. Jak taka polityka funkcjonuje przekonali się Amerykanie wprowadzając prohibicję a z bliższej nam historii rownież włodarze PRL-u. Wolność daje każdemu z nas prawo do samodecydowania o sobie i wara komukolwiek od tego prawa. Męczy mnie zatem ta rządowa gra na emocjach a nazywanie protestujących „fanami zabijania dzieci” nie mieści się w kategoriach zdrowego rozsądku. Drażni mnie tez to odwoływanie się do naszego sumienia. A skoro juz o tym mowa to mam parę pytań na ten temat do wszystkich zwolenników wszelkiej maści klauzul sumienia.

Co się stało z waszym sumieniem gdy kłamiecie w trakcie walki wyborczej przyrzekając co się da i komu się da byle tylko przejąć władze?
Co się stało z waszym sumieniem gdy po przejęciu władzy okradacie kraj, rozdajecie stanowiska znajomym bez względu na to czy mają kompetencje czy ich nie maja?
Gdzie podziało się wasze sumienie gdy domagacie się coraz to większych przywilejów dla siebie samych chociaż już dawno żyjecie ponad stan?
Jeśli tak bardzo ważne jest dla was sumienie to po co wam ten cały immunitet?
Gdzie jest sumienie lekarzy, których prywatnych praktyk namnożyło się jak grzybów po deszczu a w przychodniach trzeba czekać na lekarza tygodniami lub jeszcze dłużej?
Gdzie się podziało wasze sumienie gdy każecie sobie płacić za półgodzinną wizytę sto, dwieście a czasem i wiecej złotych?
Czy ta wasza klauzula sumienia nie ma nic przeciwko zmuszaniu często cieżko chorych pacjentów na czekanie w kolejce nawet jeśliby to miało grozić śmiercią? 
Co się stało z sumieniem hierarchii kościelnej, która domaga się od państwa coraz to większych dotacji?
Gdzie jest wasze sumienie, gdy za posługi domagacie się coraz większych datek?
Jak to się dzieje, że wasze sumienie pozwala odmówić pochówku martwemu noworodkowi, bo nie ma sakramentu chrztu?
Czy posiadanie sumienia może pozwolić na likwidacje jednostek użyteczności publicznej tylko dlatego, że znajdują się w budynku, który kiedyś był własnością kościoła?
Mógłbym mnożyć te pytania bez końca. Obawiam się jednak, że aby na nie odpowiedzieć trzeba mieć sumienie. U nas tak się porobiło, że martwimy się sumieniami innych a o swoim zapominamy.