Siła pozytywnego myślenia

Dawno, dawno temu zrobiłem sobie badania krwi. Z niej bowiem wyczytać można bardzo wiele a mając informacje można przedsięwziąć odpowiednie kroki. Laborantka zaoferowała mi kilka dodatkowych badań ponad standardowe. Czemu nie, dobrze przecież wiedzieć o sobie jak najwiecej. No i wyszło, że moja tarczyca nie jest w najlepszym stanie, nie źle powiedziałem jest w fatalnym stanie. Endokrynolog przepisał mi odpowiednie pigułki i miało być już dobrze. Tyle, że obsypało mnie po tych pigułkach jak pupę niemowlaka po proszku IXI.

Kolejny endokrynolog stwierdził, źe trzeba usunąć mój gruczoł bo będzie mnie wysypywać po każdej innej pigułce. Wiele osób żyje bez tarczycy zażywając jej hormony i nic specjalnego im się nie dzieje. Sprawdziliśmy to wsród moich znajomych. Potwierdzili. Nad czym się zastanawiać, wypaliłem bydlę radioaktywnym jodem i dowidzenia.

Niestety okazało się, że to było dzień dobry. Nie będę opisywał kolejnych problemów jakie mnie dopadły, powiem tylko, że moje kłopoty dotyczą jednej osoby na milion i na ogół kobiet. Nie, umierać nie będę jeno wzrok mi się lekko rozjechał. Trochę to uciążliwe ale po rozmowie z moim mózgiem ustaliliśmy reguły gry i jakoś we trójkę współpracujemy, to znaczy mózg, wzrok i ja.

Czemu to piszę? Ano dlatego, że to był mój ostatni raz z medycyną nam narzucaną. W Cuence poznałem lekarzy holistycznych, którzy zjechali tu z Kanady bo tam nie mogli prowadzić swojej praktyki. Zanim cokolwiek mi zaproponowano musiałem wypełnić pare ankiet dotyczących mojego życia. Potem nastąpiła rozmowa i proponowany sposób leczenia. I tu dochodzę do sedna. Według holistyków choroba jest przyczyną czegoś niekoniecznie w sferze materialnej. Stres na przykład jest bandytą, który nie ma litości niczym prezes pewnej partii. Leczenie choroby bez dojścia do jej przyczyn to według tych lekarzy jak dolewanie oleju do samochodu bez sprawdzenie co powoduje, że ten przeklęty olej wycieka. Podoba mi się ta filozofia.

Holistycy mogą pomóc swoimi radami, ale nie leczą bo, jak twierdzą, wyleczenie zależy od nas samych. Mi na początek zaserwowano czyszczenie wątroby. Poczułem się po tym lekki jak piórko bo cały proces polega na wydalaniu toksyn.

Żeby nie przedłużać, wzroku mi to nie naprawiło ale ogólne samopoczucie to było niebo a ziemia. Moja wiara w medycynę naturalną od tej poty nie podlega dyskusji.

Dzisiaj odwiedziłem mojego ajurwedyka, holistyk niestety wyjechał. Ten rownież twierdzi, źe leczyć trzeba całościowo a nie tylko podawać pigułki. Jednak aby to mogło funkcjonować potrzebne jest pozytywne nastawienie.

Tu wlasnie dochodzę do konkluzji moich wywodów. Nie mam zamiaru nikogo przekonywać co jest lepsze i kto ma rację. Pozytywne myślenie i wiara w skuteczność zdeterminowały mój wybór. Tym powinien kierować się każdy.

Mój znajomy opowiedział mi taką historie. Do lekarza przyszła pacjentka z bólami brzucha. Wykonano badania, które skończyły się pobraniem próbek. Diagnoza fatalna. Rak z przerzutami. Lekarz jednak nie miał sumienia przekazać pacjentce tej wiadomości. Przepisał jej zatem jakiś środek przeczyszczający i coś tam jeszcze. Jej powiedział, że ma problemy gastryczne. Po roku spotyka swoją pacjentkę. Mocno zdziwiony, zaproponował wizytę. Dodam, że pani czuła się swietnie i dziękowała lekarzowi za opiekę. Zjawiła się oczywiście na konsultacji. Lekarz nie potrafił wytłumaczyć jak to się stało, że wszystkie ślady choroby zniknęły.

A ja myśle, ze to właśnie siła pozytywnego myślenia, ktora w tym wypadku była wynikiem wiary w diagnozę lekarza. To była prawdziwa historia i podejrzewam, że takich jest wiecej.

A wszystkim życzę dużo zdrowia.

Święta Rodzina.

Chwile się zastanawiałem nad tytułem tego wpisu. Dwa pomysły przychodziły mi do głowy: Święta Rodzina i Osiem tysięcy sto złotych. Pierwszy wynika z imienia szpitala w Rudnej Wielkiej pod Rzeszowem a drugi z kosztem operacji przeprowadzonej na pewnej pacjentce zwanej poniżej moją żoną. Ostatecznie wygrała Święta Rodzina a o przyczynach tego faktu w dalszej części. 

Dwa miesiące temu szanowna małżonka doznała złamania nogi. Próbując skoku z około pół metra pośliznęła się na pustaku. Upadek z niego zaowocował złamaniem piszczela i kolana. Niestety w Polsce przebywamy czasowo co wiąże się z brakiem ubezpieczenia. Zapewne mogliśmy je wykupić ale nikt z nas nie spodziewał się, że może ono być potrzebne. Ekwilibrystyczne wyczyny Alicji uświadomiły nam jednak, że warto od czasu do czasu posłuchać sloganów reklamowych ubezpieczycieli wszelkiej maści. Jeden z nich mówi „przezorny zawsze ubezpieczony”. To hasło zda się wspomagać mądrość ludowa, która mówi: „mądry Polak po szkodzie”. Tak czy inaczej stanęła moja żona przed koniecznością operacyjnej naprawy swojej nogi. W dobie wolnego wyboru placówki leczniczej padło na szpital Świętej Rodziny w Rudnej Wielkiej. Wpływ na to miała, do pewnego oczywiście stopnia, wiedza naszych przyjaciół na temat okolicznych placówek zdrowia. Korzystając z ich nieocenionej pomocy znalazła się zatem moja małżonka w owym szpitalu. Nie było złudzeń od początku, ze będzie konieczny zabieg składania poturbowanych kości. Tak się też stało i chwile po przybyciu do placówki i wstępnych oględzinach, podpisaniu dokumentów była już operowana. Do tej pory wszystko szło zgodnie z planem a i sam zabieg odbył się bez większych niespodzianek.

Już parę godzin po nim,podczas gdy moja żona wciąż odczuwała efekty narkozy,  pojawiła się w sali pani z księgowości domagając się uregulowania rachunku, który zamknął się wyżej wymienioną przeze mnie kwotą. Nie wiem na jakiej podstawie przedstawicielka szpitala sądziła, że jest to coś w rodzaju kieszonkowego, dość jednak powiedzieć, że żądała niemal natychmiastowego uregulowania rachunku. Owa pani powoływała się na jakieś procedury, z których widocznie wynika, że rachunek należy przedstawić pacjentowi, gdy ten jeszcze nie jest do końca kontaktowy po anestezjologii. Widocznie ściągalność zobowiązań finansowych w tym właśnie momencie jest najwyższa bo widmo dalszego leczenia na zewnątrz szpitala przemawia do pacjenta z odpowiednią siłą. Cóż było robić, zwłaszcza gdy wszystko boli. Z pomocą ponownie przyszli nasi przyjaciele i już po chwili kwota została przetransferowana na rachunek szpitala. Nie mamy oczywiście zastrzeżeń ani do jej wysokości, ani do konieczności jej uiszczenia. Sposób i czas to już jednak inna sprawa. Do tego należy dodać fakturę, z której poza kosztem kompletnie niczego nie można się dowiedzieć. Nie wiemy z czego dokładnie składa się naliczona kwota i co kryje się w usłudze pod tytułem koszt operacji. Wiele rzeczy przecież było robionych od badania krwi, przez prześwietlenie komputerowe i anestezjologię po samą operację. Trzeba rownież pamietać o dwóch dniach w szpitalu. Co ile kosztowało nie bardzo wiemy. Mogę się jedynie domyślać, że opieka niższego szczebla personelu szpitalnego chyba nie była ujęta w tym rachunku skoro pielęgniarka, którą o pomoc poprosiła moja żona mocno się zdziwiła, że czegoś się od niej oczekuje bo na prośbę mojej żony o wsparcie przy dojściu do toalety, członkini świętej rodziny pielęgniarek odparła, cytuję: „może mam panią wziąć na ręce”.  Wyjątkowy pokaz chamstwa i arogancji. Nie znam zbytnio realiów szpitalnych w naszym kraju, na szczęście, wiem jednak, że w środowisku lekarskim, kto żyw podpisuje klauzule sumienia. Nie może być zapewne inaczej w placówce pod tak szlachetnym imieniem. Co to jest sumienie? I tu pewnie pacjenci diametralnie różnią się jego definicją od lekarzy.  To chyba jednak takie czasy, że wszyscy inaczej tłumaczą sobie wartości zwane kiedyś uniwersalnymi, jak na przykład sumienie. 

Po sześciu tygodniach od zabiegu i kontroli lekarskiej, można było zacząć obciążanie nogi. Wizyta kontrolna potwierdziła, że nie było żadnych powikłań i wszystko goi się zgodnie z oczekiwaniami lekarza. Niestety rehabilitacja obciążeniowa nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami Alicji. Stąd chciała sprawdzić co dokładnie zostało wykonane w trakcie zbiegu. Jak już wspomniałem jedyną pozycją na niby fakturze jest koszt operacji bez żadnych detali. Próba kontaktu ze szpitalem w celu uzyskania większej ilości informacji kończy się zawsze tak samo. Po wybraniu numeru telefonu, otrzymujemy informacje o naszym miejscu w kolejce do tej usługi. Co ciekawe przesuwa się ona dość szybko do momentu aż jesteśmy następni w kolejce. Za każdym razem okazuje się, że właśnie przed nami znalazł się jakiś upierdliwy pacjent, który zapewne ma tysiące pytań. Ciekawsze jest jeszcze to, źe gdy po dłuższym oczekiwaniu rozłączyliśmy się, by ponownie wybrać numer, znowu przesuwaliśmy się bardzo szybko do momentu…..następnego w kolejce. Ponownie ten sam pech i nierozumiejący innych petentów delikwent. Będziemy próbować, może się uda.

W Polsce zapanowała dziwna moda na nazywanie wszelkiego rodzaju placówek użyteczności publicznej imionami świętych, które do tej pory były zarezerwowane dla kościołów i jego parafii. Osobiście nie specjalnie mi to przeszkadza i nie mam nic przeciwko temu. Powoływanie się jednak na imiona świętych powinno chociaż w minimalnym stopniu wiązać się z fundamentalnymi wartościami wiary, w naszym przypadku chrześcijańskiej. Śmiem wątpić czy aby tak jest napewno w przypadku placówek służby zdrowia i nie tylko. Chowanie się za plecami Świętej Rodziny czy innego świętego nie zwalnia nikogo, a wręcz odwrotnie, z bycia przyzwoitym. W przeciwnym przypadku powoływanie się na to co czcimy jest zwykłym prostackim chwytem, który w dodatku narusza drugie przykazanie, zakazujące nadaremnego używania imienia Bożego. Nie mnie jednak sądzić i oceniać innych. Wolałbym jednak aby rzeczy nazywane były zgodnie z ich przeznaczeniem. Dla przykładu szpitale o wysokim wskaźniku wysyłania ludzi do krainy wiecznych łowów mogłyby się nazywać „Nogami do Przodu”, człowiek odrazu wie czego może się spodziewać. Placówki z drogimi zabiegami „Rżniemy Równo” i już wiem co mnie czeka gdy się tam udam. Poza tym taka nazwa, chociaż do bólu, to jednak szczera. Co się stało z tym określeniem, które przecież ma zabarwienie pozytywne? Albo w tym samym tonie „Pacjent Dziany Mile Widziany”. Tak, tak wiem z kilometra czuć sarkazm ale równie sarkastyczne jest udawanie członka świętej rodziny nie mając z nim nic wspólnego. 

Publicystyczny chłam

Co jest najwieksza zmorą środowiska lekarskiego w kraju? Na tak zadane pytanie pierwsza narzucającą się odpowiedzią byłby pewnie Narodowy Fundusz Zdrowia, który w sposób jedynie sobie wiadomy ustala cenniki usług lekarskich oraz ich roczne limity. Fundusz ten rownież uzurpuje sobie prawo do określenie sposobu leczenia wszelkich schorzeń nie zezwalając na inne metody niż te przez nich uznane za skuteczne. Wiąże to wielu lekarzom ręce, zwłaszcza tym którym na sercu leży zdrowie pacjenta bardziej niż zasobność własnej kieszeni. Nie o tym jednak chciałem pisać a pytanie z początku tekstu postawiłem trochę wadliwie. Zamiast co powinno być kto. Być może wielu w pierwszej kolejności wymieniło by naszego ministra od zdrowia nijakiego Judyma z domu Radziwił. Chociaż ma on poważne problemy z bieżąca wiedzą w zakresie najnowszych osiągnięć w medycynie to jednak nie on spędza sen z powiek specjalistom od naszej opieki zdrowotnej. Jemu i kaście oddanych mu lekarzy doskwiera niczym kamień w bucie pewien inżynier mechanik, któremu zachciało zainteresować się medycyną i sposobami leczenia. Jerzy Zięba, bo o nim tutaj mowa, studiując wiele badań naukowych doszedł do wielu konkluzji, które z punktu widzenia środowiska lekarskiego nie mają uzasadnienia w praktyce lekarskiej. Rzucili się więc na dociekliwego badacza niczym zgłodniałe stado wilków na owce. Nie przyjmują jego argumentów, nie interesuje ich wiedza na temat źródeł, z których pan Jerzy czerpał swoje doświadczenia. Środowisko to bowiem nie od dzisiaj jest bardziej zainteresowane dochodami jakie czerpią z rozprowadzania podejrzanych specyfików wyprodukowanych przez przemysł farmakologiczny. To oddanie firmom farmaceutycznym przynosi bowiem wymierne korzyści chociaż często wcale w niej nie chodzi o poprawę zdrowia pacjenta. Jerzy Zięba namawia do stosowania witamin i wszelkiego rodzaju naturalnych metod leczenia, które były przebadane przez naukowców w innych krajach, i których efekty zostały przez nich opisane i opublikowane. Byłoby o wiele taniej i skuteczniej. Byłoby ale nie będzie bo banda farmakologów ukrywających się pod wszelkiego rodzaju tytułami naukowymi z zakresu medycyny zaprzecza z uporem maniaka wszystkiemu o czym mówi Jerzy Zięba. Oni wcześniej pozwolą się wykastrować niż odciąć siebie od podstawowego źródła ich dochodu, który zapewnia im przemysł farmaceutyczny. Zaangażowali się więc w walkę z tym „pseudo-medykiem” wyciągając najcięższe działa w postaci braku wykształcenia i braku badań naukowych potwierdzających jego tezy. Zapomnieli jednak, że robiąc ten cały szum wokół niego przysparzają mu coraz więcej rozgłosu. Ich nieudolne ataki nie tylko nie przyniosły zamierzonego efektu ale wręcz spowodowały jeszcze większe zainteresowanie nim samym i tym co ma do powiedzenia na temat naszego zdrowia. W dobie internetu trudno jest bezkrytycznie oszukiwać ludzi bo ci, którzy są dociekliwi znajdą to czego szukają i sami dojdą do odpowiednich wniosków. Nie będą one zbyt pochlebne dla naszego środowiska lekarskiego, które poza farmakologią zna się na medycynie bardzo pobieżnie. Z pomocą postanowiły przyjść media, które z reklam rożnego rodzajach specyfików też czerpią konkretne zyski i nie planują z nich zrezygnować. Ukazał się więc Jerzy Zięba w programie Skandaliści w pełni otwarty do dyskusji. Takiej formy być jednak nie mogło bo scenariusz programu był już wcześniej ułożony i nie chodziło w nim o rozmowę i wymianę argumentów lecz o frontalny atak na niego. Kompromitujący sposób prowadzenia programu przez, mam wrażenie, zakompleksioną panią redaktor nie tylko mógł ale musiał utwierdzić nawet przeciętnego widza, że mamy do czynienia z klasycznym napadem na zaproszonego gościa.  Efektem tego żenującego przedstawienia mógł być tylko uśmiech litości dla wszystkich tych, którzy brali udział w tym smutnym pokazie ignorancji i braku dobrego smaku. Skąd biorą się w telewizji ludzie pozbawieni podstawowych zasad kultury? Nie mam na to pytanie odpowiedzi. Wiem jednak jedno,  w tym wstrętnym PRL-u ktoś o tak niskim stopniu inteligencji nie miałby prawa występować przed kamerami telewizji. Media masowe obniżają coraz bardziej poziom swoich programów angażując do ich prowadzenia bardziej chuliganów niż rzetelnych i uczciwych dziennikarzy. 

Niekonwencjonalne metody leczenia – bioenergioterapia

Czy ktoś jeszcze pamięta Stanisława Nardellego? W swoich rozważaniach nad zdrowiem, dbaniem o niego i leczeniem nie sposób pominąć człowieka, którego pewnie należy uznać za ojca polskiej bioenergoterapii. W swoim krótkim bo tylko piecdziesieciosiedmioletnim życiu zapisał się złotymi zgłoskami w dziedzinie popularyzacji tej metody leczenia. W dobie coraz to większej ilości wynalazków w dziedzinie medycyny konwencjonalnej oraz coraz większej ilości niekonwencjonalnych metod leczenia, bioenergoterapia została niemal zapomniana. Wynika to do pewnego stopnia z tempa i czasów w jakich żyjemy. Ponieważ żyjemy coraz szybciej mając coraz mniej czasu dla siebie więc to co oferuje konwencjonalna medycyna wkomponowywuje się w ten styl życia najlepiej. Proszek od bólu głowy, tabletka na przeziębienie czy inny środek przeciwbólowy to synonimy naszych czasów. Szybko, szybko połknąć, przepić i do przodu. Tymczasem to tylko chwilowo uśmierza ból a nasza ignorancja w dziedzinie ochrony własnego zdrowia dopada nas ze zdwojoną mocą trochę pózniej. Kiedy nie ma już wyjścia i trzeba zająć się swoim zdrowiem zaczynaja się poszukiwania i nagle niespodziewanie jakbyśmy mieli więcej czasu. Zaniedbane zdrowie aby je odzyskać wymaga czasu nawet w medycynie tradycyjnej. Mnie już od dawna przekonują alternatywne metody leczenia i pewnie dlatego przypomniałem sobie o bioenergoterapii. Innym jednak powodem przywołującym tą metodę był fakt jak wielu niekonwencjonalnych lekarzy uświadomiło mi znaczenie energii i jej przepływu przez nasz organizm. Zakłócenia w tym przepływie doprowadzają do chorób i do innych zaburzeń w naszym funkcjonowaniu. Bioenergoterapia to metoda z zakresu tzw. medycyny niekonwencjonalnej, której pomimo braku dowodów przypisywane jest działanie lecznicze mające wynikać z właściwości energetycznych bioenergoterapeuty. Bioenergoterapia polega na odblokowywaniu u osoby chorej kanałów energetycznych (w medycynie chińskiej owe kanały nazwane są „meridianami”), co umożliwia organizmowi powrót do homeostazy i samozwalczania choroby. Istotą bioenergoterapii jest badanie oraz korygowanie zaburzeń energetycznych w polu bioplazmatycznym człowieka – zwanym aurą – za pomocą strumienia energii. Zgodnie z niepotwierdzoną badaniami teorią, ludzka aura zawiera 7 warstw. Warstwy te są odpowiedzialne za stan zdrowia fizycznego i emocjonalnego, a co za tym idzie – psychicznego. Wszelkie choroby somatyczne i psychiczne są według teorii odzwierciedlone i widoczne w ludzkiej aurze. Zadaniem bioenergoterapeuty jest zlokalizowanie owych zaburzeń i dokonanie korekty, mające na celu usunięcie blokad energetycznych, co ma być równoznaczne z odzyskaniem przez pacjenta zdrowia. Tyle na temat tej metody wyczytałem w niezastąpionej Wikipedii. Stanisław Nardelli zgodnie z wieloma danymi podczas swojego krótkiego życia w rożny sposób podzielił się swoją energią z trzema milionami ludzi. Jego stadionowe sensie, jednego z nich sam byłem uczestnikiem, gromadziły tysiące ludzi. Jak podaje jeden z przekazów w trakcie jednego dnia w 1981 roku w Tarnowie oddziaływał swoją energia na ponad sto tysięcy osób. Jego książka „W kręgu biopola” to kanon bioenergoterapii a sam autor tak oto wypowiadał sie na temat tej niekonwencjonalnej metody: Pragnę, aby bioenergoterapii przestała towarzyszyć ignorancja, główna przyczyna sensacji, aby każdy, kto przeczyta tę książkę pojął, że bioenergoterapia nie jest panaceum, lecz tylko jedną z metod ubiegających się o swoje miejsce w medycynie, że bioenergoterapeuta nigdy nie zastąpi lekarza, który decydował i decydował będzie o naszym zdrowiu, że wreszcie poprzez zrozumienie bioenergoterapii można znaleźć odpowiedź na wiele pytań, z których najważniejsze jest pytanie nurtujące człowieka od wieków – jak żyć? Potrafił zatem przyznać jak ważna role odgrywa tradycyjna medycyna, niestety ta nie odpłaca się tym samym uważając bioenergoterapię jako coś z pogranicza magii. Szkoda bo zdrowie człowieka zasługuje napewno na to aby odnosić się do innych metod jego leczenia z większym szacunkiem. 

http://uzdrowiciele.blogspot.com

Patrick i Sylvana czyli holistyczna klinika zdrowia

Od niemal czterech lat walczę z moją tarczycą. Nie bardzo mnie oszczędza ale jakoś sobie radzę. Tarczyca i jej hormon kontrolują podobno wiele funkcji w naszym organiźmie. Nie wiem i nie chcę wiedzieć co dokładnie, bo z mojej perspektywy im więcej się o tym myśli tym więcej niekorzystnych rzeczy ściągamy na siebie. Moja tarczyca w podstępny sposób zaatakowała moje oczy. Konsekwencją tego było rozbiegnięcie się obrazów jakie widzę. Zatem lewym okiem widzę coś innego niż prawym. Początkowo sądziłem, że coś mi się stało z oczami zwłaszcza, że już kiedyś miałem z nimi problem. Badania krwi i mój okulista potwierdziły jednak, że problem z oczami jest efektem złego funkcjonowania tarczycy. Zaczęły się zatem wizyty u endokrynologów i okulistów specjalizujących się w tego typu problemach. Różnorakie badania, naświetlania oczów i temu podobne cudawianki nowoczesnej medycyny miały mi przywrócić prawidłową zbieżność obu oczów. Przeszedłem nawet zabieg wypalenia części tarczycy. Niewiele to wszystko zmieniło. Podczas jednego z naszych pobytów w Ekwadorze dowiedzieliśmy sie o małzeństwie praktykującym medycynę holistyczną. Ponieważ tradycyjna mnie zawiodła, postanowiłem spotkać sie z Patrykiem. Patrick i Sylvana to małżeństwo, które po latach pracy w Kanadzie postanowiło przenieść się do Ameryki Południowej z uwagi na coraz to większe ograniczenia w praktykowaniu medycyny alternatywnej w Kanadzie. Ich podejście do chorób różni się od tradycyjnego tym, że uważają człowieka jako całość i nie koncentrują się jedynie na dolegliwościach ale starają sie dojść do ich przyczyn. Dysponują przy tym wiedzą z zakresu wielu dziedzin medycyny alternatywnej. Patryk zapoznał mnie z ich metodami ale aby cokolwiek w moim przypadku mógł zaoferować konieczna była wstępna rozmowa oraz wypełnienie ankiety z pytaniami dotyczącymi zdarzeń i historii mojego życia. Rzeczywiście, po spełnieniu tych dwóch warunków Patryk udzielił mi wielu wskazówek i zapromował metody polepszenia mojego stanu zdrowia. Jego podejście można prawdopodobnie zastosować do każdego z nas. Na stan naszego zdrowia wpływa parę czynników, z których najważniejszymi są: stres, emocje, ilośc tlenu w organizmie oraz dieta. Te cztery elementy to podstawa. Niestety żyjemy w świecie i czasach, w których kontrolować te elementy jest bardzo trudno a czasami wręcz niemożliwe. Ćwiczenia oddechowe oraz medytacja to dwie rzeczy, które tak naprawdę nie wymagają olbrzymiej ilości czasu, trzeba jedynie być konsekwentnym i doprowadzić aby wyszły one w nasz krwiobieg i stały się częścią naszego życia codziennego jak chociażby jedzenie. Patryk zaproponował mi rownież sesje balansowania energetycznego oraz sesje dotleniania za pomocą komory tlenowej. No cóż, zawiedziony medycyną tradycyjną, postanowiłem spróbować. Zabiegi w komorze tlenowej przyniosły bardzo pozytywne rezultaty. Poprawiły zdecydowanie sen, z którym też miałem problemy ale przede wszystkim moje samopoczucie fizyczne jak i psychiczne uległy polepszeniu. Będąc z dała od codziennych problemów i gonitwy za niewiadomo czym udało mi się rownież uspokoić stres i lepiej panować nad emocjami. Muszę przyznać, że wiele z pomysłów Patryka, chociaż na początku niebardzo do mnie przemawiało, potwierdziło swoją przydatność. Podczas pobytu w Ekwadorze udało mi się sporo rzeczy zrozumieć i przestrzegać reguł zaproponowanych przez Patryka. Potrzeba wyciszenia, spokoju, rozmowy ze sobą, przestrzeganie diety, detoksyfikacja organizmu z metali i pasożytów, pozytywne myślenie oraz naturalne suplementy wystarczyły abym poczuł się lepiej. Powrót do cywilizacji w Stanach oraz w Polsce nie wpływa pozytywnie na mój krwiobieg, niezależnie od tego na lekarzy tradycyjnej medycyny nie zamierzam tracić czasu.