Happy birthday Jefa

Jefa czyli szefowa dzisiaj świętuje. Na całym świecie ludzie celebrują urodziny. W naszym kraju tez powoli ta tradycja zaczyna być coraz bardzie popularna. My świętujemy i to, i to. Nasze dzieciaki przejęły po nas te tradycje a córcia dla swojego Juana znalazła już dzień jego imienin.

Nasz pracownik do wynajęcia o wdzięcznym imieniu Pepe wciąż pomaga mi przy konstrukcji pałacu kurzego czyli kurnika. Pozostały już tylko detale. Jak to z nimi była Jefa ma w tym względzie najwiecej do powiedzenia.

Wyglada to tak, że mówi mi co i jak ma być zrobione ja to łamanym hiszpańskim przekazuje Pepe i oboje bierzemy się do roboty. On do końca nie jest pewien wymagań Jefy. Niby skąd skoro ja tłumacze to na łamany hiszpański a on chociaż go rozumie to jednak płynny jest w żargonie cuenkańskim. Tak, tak coś takiego tu funkcjonuje. Zaczynam powoli coraz więcej słów przejmować właśnie od mojego pracownika. Dogadujemy się już całkiem, całkiem.

Gdy wreszcie jakiś detal zostanie skończony pierwsze pytanie Pepe oczywiście jest czy o to chodziło Jefie. Mogę go zapewniać tysiącem słów, że tak, że wszystko je bien bonito czyli bardzo ładne. Na jego twarzy wciąż widać jednak zwątpienie i niedowierzanie. Uśmiech powraca gdy wreszcie Jefa potwierdzi, że praca jest bien bonita. To się nazywa mieć respekt.

Nie przepadam za bukietami z kwiaciarni. Poza tym do miasta mam zbyt daleko. Polazłem więc w krzaki i narwalem czego się dało. Wyszło całkiem, całkiem. Jefa zdaje się być zadowolona.

Nie to żebym liczył na podziw. Na wszelki wypadek jednak zamówień nie przyjmuję.

Noworoczne kwiaty czyli okoliczna przyroda

Musieliśmy jakoś zbić kilogramy bożonarodzeniowe. Udaliśmy się zatem na spacerek po okolicznych górkach. Grudzień a zwłaszcza jego końcówka wreszcie wynagradza nam cierpienia związane z pogodą. Słońce przypomniało sobie o zmoczonym Ekwadorze ku pokrzepieniu naszych serc.

Nic tylko spacerek bo to i dla zdrówka dobre no i kalorie po pysznosciach świątecznych też dobrze byłoby zgubić. Zaopatrzeni w telefoniczno-komputerowe kamery wyruszyliśmy przypomńiec sobie okoliczne widoki. Postanowiłem skoncentrować się tym razem na przyrodzie. Oto co z tego wyszło.

Tylko błagam nie pytajcie mnie o nazwy. W tajemnicy powiem wam, że to dla mnie ma jedna wspólną nazwę: Fiotki.

Był sobie las

Był kiedyś las

W nim trawa po pas

I drzewa radosne

Nie tylko na wiosnę

Szumiące wesoło

I sarny wokoło

I zwierz wszelaki

Rodzące krzaki

I grzybów tysiące

A ptaki na łące

Śpiewały donośnie

Co dzień to głośniej

To solo, to chórem

A gdybyś chciał piórem

To ująć w papierze

To powiem ci szczerze

Dla mnie zbyt trudne

Bym piękno tak cudne

Opisać był w stanie

Próżne gadanie

I tak w symbiozie

W gorącu i w mrozie

Płynęło tu życie

Aż kiedyś o świcie

O wschodzie słońca

Dobiegła końca

Jak zbita szklanka

Owa sielanka

Bo przyszła szarańcza

Co wszystko wykańcza

Niszczy bezmyślnie

Zniknęły już liście

Ogarnął płacz drzewa

I ptak już nie śpiewa

Już nikt nie pamięta,

Że żyły zwierzęta

W tym leśnym kraju

Podobnym do raju

Zły król szarańczy

Swych tylko niańczy

Dzięki tej tłuszczy

Nie ma już puszczy

Zostały wyboje

I każdy o swoje

Walczy jedzenie

Zaszczute jelenie

Szukają strawy

Lecz nie ma już trawy

Rosnącej bujnie

Szarańcza czujnie

I ją zniszczyła

Gdy się bawiła

W rządzenie lasem

Pomyśl więc czasem

Krajanie drogi

Jak bardzo srogi

Los nam szykuje

Kto nie buduje

Lecz niszczy zawzięcie

On gorszym zwierzęciem

Niż ta szarańcza

Co wszystko wykańcza