Zaproszenie do kurnika

Nasz kurnik pewnie niewiele różni się od tradycyjnych budowli tego typu. Wyszedł taki jaki wyszedł ze względu na materiały. Proste deski były najtańsze, stąd konstrukcja zrobiona jest właśnie z nich. Poza tym zleceniodawca czyli Luśka chciała żeby było naturalnie bez żadnych przetwarzanych surowców.

Wewnątrz tradycyjnie gniazda i grzędy. Na podłodze jednak znajdują się szuflady, które wypełnione są piaskiem, węglem i łuskami z ryżu. Ponoć po pół roku z dodatkiem kurzych odchodów da to całkiem przyzwoity obornik gotowy do użytku. Ale o tym dowiemy się za pół roku. Ot i wszystko. Niby proste a jednak dość pracochłonne.

Szuflady przed rozrzuceniem piasku, węgla i łusek ryżowych.
Szuflady zasypane. Za pół roku z tego będzie nawóz. w tle grzędy.
Lokatorki
Gniazda z frontu z jajem atrapą co by panienki wiedziały gdzie mają płacić wynajem.

Koniec budowy

Wszystkich tych, którzy z zapartym tchem obserwowali moje zmagania z kurnikiem, z nieukrywaną radością zawiadamiam, że jego budowa dobiegła końca.

Inauguracja, czyli oblewanie zwane tutaj łasipaczana miało miejsce w ubiegłą sobotę. Nie pisałem o tym wcześniej bo przecież jesteśmy z Pepe wciąż w okresie próbnym. Kurzy pałac, chociaż oddany do użytku, wciąż jednak jest na gwarancji i czekamy na ewentualne uwagi zleceniodawców. Póki co, błoga cisza, dzięki Bogu i partii.

Wprowadziły się już pierwsze mieszkanki w liczbie trzy. Ustaliliśmy z nimi cenę wynajmu na jedno jajko dziennie. Wyglada jednak na to, że jedna z pań próbuje nas narżnąć, po chamsku mówiąc, bo w gniazdach każdego dnia znajdujemy jedynie dwa jaja. Staramy się namierzyć ową oszustkę i już dziś wiemy, że damy jej na imię Krystyna.

Słów pare na temat otwarcia czyli tej ichniej łasipaczany. My z Luśką na tą okazje wyciągnęliśmy dwuletnią nalewkę robioną na kwiatach mleczu a nasi partnerzy przygotowali coś na ząb. W sumie było nas całe sześć osób bo zaproszony oczywiście był Pepe a ze strony naszych partnerów biznesowych zjawił się ich doradca gospodarczy, znawca spraw wszelkich w dziedzinie hodowli i rolnictwa. To zresztą jest jego biznes. Tak omotał naszego partnera, że te kury zdają mi się być czymś co zagrożone jest wyginięciem. No co on nam nagadał, co niby mamy robić to to gorsze od budowy pałacu. Na szczęście on był tylko jeden dzień. Następnego dnia Luśka wyprostowała Francisco i przedstawiła mu swoją wizje dalszej współpracy. A, że Franek z zawodu dentysta to i nie oponował zbytnio.

Teraz pozostało nam namierzyć tę, która wprowadziła się na krzywy ryj. Albo zacznie płacić albo wyprowadzka. Do dzisiaj nacięła nas na trzy jajka.

Ogrodek i kurnik

Ogródek, którego areał rośnie z dnia na dzień był początkiem naszego planu zmierzającego do samowystarczalności. To co typowe na polskich grządkach niekoniecznie będzie tutaj rosło. Ten rok był pierwszym, który prawie w całości spędziliśmy tutaj. Możliwe zatem było obserwowanie pór roku. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem. Niesamowite ilości opadów, których nie pamiętają nawet najstarsi Ekwadorczycy, mam na myśli Pepe, storpedowały nasze ogródkowe plany. Nadmiar wody w glebie nie sprzyjał zbytnio roślinom.

Niezależnie od tego, pierwsze kroki w organizacji całości zostały poczynione. Coś tam udało na, się zebrać. Mamy nadzieję, źe to rzeczywiście był nietypowy rok i w przyszły da nam więcej odpowiedzi na pytania związane z okresem sadzenia, dojrzewania i zbiorów. Zobaczymy.

Dogadaliśmy się z naszym sąsiadem w sprawie małego kurnika. Rozmowy trwały od dawna. Spółki to jednak coś czego staramy się unikać. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że spróbujemy. Niech się dzieje wola nieba. Nam samym byłoby ciężko dbać o niego i doglądać przede wszystkim z powodu podróży. Nie ma innego wyjścia tylko wciągnąć kogoś do współpracy.

W ubiegłym tygodniu od planu przeszliśmy do realizacji. Pepe, lokalna złota rączka, został wyznaczony do postawienia kurzego przybytku. Ja spełniam dwie funkcje. Po pierwsze nadzoruje szefa żeby nam się nie obijał, po drugie jestem jego…pomocnikiem. Szef wie, że patrzę na zegarek i w ramach rewanżu pogania mnie ile się da. A to podaj młotek, a to gwoździa, a to deskę. Wychodzi mi na to, źe bardziej jestem pomocnikiem niż nadzorcą. Robota się jednak posuwa i jedynym ograniczeniem są materiały, które zwozi nam mój kurzy wspólnik każdego dnia w zależności od potrzeb.

Praca z Pepe to jednak wielka przygoda. Gość ma swoje przyzwyczajenia i jest totalnie odporny na wszystkie pomysły. Mogę sobie płuca wypluć a on i tak zrobi po swojemu, patrząc na mnie przy okazji spode łba i uśmiechając się demonicznie. Zaczynam jednak się stawiać i pare razy wymusiłem na nim swój porządek rzeczy. Najważniejsze, że kurnik wylazł z ziemi i posuwamy się do przodu. A ja przy okazji nie mam czasu tracić go na kaczystów i dobrą zmianę.

Wytyczanie placu

Pepe w roli głównej.

Jeszcze chwila i będą…kuricy.

Kurze jaja

Moi sąsiedzi z lewej i prawej okazali się członkami sekty a może raczej stowarzyszenia Ramthas. Sekta brzmi trochę złowrogo zatem ograniczę się do łagodniejszego określenia czyli stowarzyszenia. Grupa ta od czasu do czasu organizuje kilkudniowe zjazdy swoich członków w terenie. Nie mogło być zatem inaczej żeby moi sąsiedzi nie wzięli udziału w tym zlocie. Oboje jednak posiadają stawy rybne co spowodowało, że potrzebny był ktoś kto by tego dopilnował. W grę wchodziło dokarmianie ryb raz bądź dwa razy w ciàgu dnia. Oboje zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc. Wiele do roboty nie mam, zatem chętnie się zgodziłem bo wychodzę z założenia, że z sąsiadami należy mieć dobre relacje. Moi sąsiedzi z prawej strony dodatkowo mają cztery kury, które na moc należało zamykać. W zamian za opiekę nad ptactwem pozwolili mi zebrane jaja użyć samemu sobie. Kurze jaja proteiny, których ostatnio nie mam w nadmiarze toteż bardzo mnie ta oferta ucieszyła. Z informacji sąsiadów wynikało, że dziennie mogę liczy na dwa do trzech jaj. Super, pomyślałem sobie w myślach przeliczając ile to tych jaj uzbieram przez dziesięć dni nieobecności sąsiadów. Pierwszego dnia po wyjezdzie sąsiadów niestety nic nie znalazłem. Myślałem, że może sąsiedzi zabrali jaja jeszcze przed wyjazdem. Kiedy jednak drugiego dnia gniazda były ponownie puste poczułem  trochę zawodu. Wyliczenia szlag trafił, jaj nie mam i protein też nie mam. Znajoma jednak powiedziała mi, że owe kury często zmieniają miejsce znoszenia jaj i żebym się rano przyjrzał gdzie te cwaniary biegną. Mam wrażenie, że te stworzenia przewidziały to, że mogę je obserwować bo oto następnego dnia kiedy ponownie nic nie były w kurniku po otworzeniu drzwi ptaszyska rozleciały się każda w innym kierunku pozostawiając na wabia jedną, która biegała wokół mnie i gdacząc starała się odwrocić moją uwagę. Udało jej się to znakomicie bo jeszcze wtedy nie wiedziałem o jej zadaniu specjalnym i rzeczywiście dałem się wyprowadzić w pole. Gdy już wszystkie kury zniknęły moja „rozmówczyni” dumnym krokiem opuściła mnie a ja oczywiście nie miałem pojęcia gdzie podziała się reszta drobiu. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że ta, która została koło mnie wypełniała swoje zadanie. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia, tym razem jednak udało mi się wypatrzeć gdzie zniknęła jedyna z uciekinierek. Koło mnie oczywiście kręciła się bestia od odwracania uwagi ale nie dałem się jej nabrać. Kiedy wieczorem przed zamknięciem kurnika sprawdziłem miejsce gdzie zniknęło jedno ptaszysko czekała na mnie niespodzianka w postaci pięciu jaj. Kolejnego dnia sytuacja znowu się powtórzyła i udało mi się zlokalizować gdzie ginie kolejna kura. Tam rownież czekało na mnie pięć jaj. Wiedźmy zorientowały się jednak, że zostały namierzone i następnego dnia zniosły moje proteiny w kurniku tak żebym myślał, że chcą zgody. Następnego dnia jaja były rownież w kurniku. Ptaszyska sądziły, że po dwóch dniach zapomnę o ich innych miejscach bo na trzeci dzień znowu się przeniosły w swoje stare miejsca zostawiajac jedną rozgadaną aby odwróciła moją uwagę. Oczywiście jaja znalazły się tam gdzie się ich spodziewałem. Nie wiem jak by potoczyła się dalsza zabawa bo wrócili właściciele. Obserwując jednak przez dziesięć dni te przewrotne małpy doszedłem do wniosku, że kura wcale nie jest taka głupia za jaką się ją uważa. Kto wie może nawet jest mądrzejsza od niektórych naszych posłów.