W krainie Majów

Meksyk to dwie wielkie kultury indiańskie. Północna cześć kraju ze stolicą to wpływy Azteków. Południe natomiast wraz z Yukatanem to już Majowie.

Nie mam oczywiście pojęcia gdzie przebiegały granice. Wiem natomiast, że nazwa kraju pochodzi z języka nahuatl, którym posługiwali się Aztekowie. Mexik w tym języku oznacza właśnie Azteka. Wymawiało się to meszik, stąd już tylko krok do Meksyku.

My jednak jesteśmy na terenach majowskich. Tu nie brakuje pamiątek właśnie po tej kulturze indiańskiej. Najbardziej znany jest oczywiście kompleks w Tchichen Itzy. Jednak na trasie z Meridy do Cancun pozostałości pomajowskich jest o wiele więcej. Zdecydowaliśmy się na Kabah. Przede wszystkim na odległość i …wejściówki. Ceny tychże w miejscach gdzie turyści się pojawiają najczęściej przekraczają dwadzieścia dolarów od osoby. Kabah to tylko niecałe trzy. Zapewne mniejszy i mniej efektowny. Za to spokój, cisza bez tego całego nalotu i zgiełku turystycznego.

W każdym z tych miejsc obowiązują dwie taryfy, jedna dla Meksykan i o wiele droższa dla przyjezdnych. Czasami nawet trzykrotnie.

Czas na parę zdjęć.

Widok z bramy głównej

Na gorze siedziało ptaszysko i suszyło skrzydła.

Nie mieliśmy przewodnika zatem mogę tylko pokazać zdjęcia. Bez opisu.

Panoramy jednej trzeciej całego miejsca.

Solidarność etniczna

Ekwador jest trzecim moim miejscem zamieszkania. Z perspektywy czasu sądzę, ze podjęliśmy słuszną decyzję. Czasami trzeba się spakować i uciec gdzie się da od przygnębiającej rzeczywistości. Może aż tak źle w naszym przypadku nie było ale potrzebowaliśmy zmiany.

Cisza, spokój, otaczająca nas przyroda, szum rzeki, śpiew ptaków, zero hałasu ulicznego. Czyż można chcieć czegoś więcej aby mentalnie się podreperować, wyciszyć i poświecić sobie samemu odrobine czasu? Nie sądzę. Do wielu rzeczy nabraliśmy dystansu i na wiele z nich patrzymy teraz inaczej z innej perspektywy.

Niewątpliwe nie wszystko jest takie kolorowe, są też i minusy, których nie mogliśmy przewidzieć, i które zaskoczyły nas dość niespodziewanie. Nie da się ukryć, że różnimy się kulturowo. Jednak, niektóre wartości powinny być ponadkulturowe. Tymczasem tak nie jest.

Podczas naszej ostatniej nieobecności zostaliśmy okradzeni. Zniknęły przede wszystkim nasze markowe ciuchy i pare drobnych rzeczy. Złodzieje są wszędzie. Nie mogę zatem oskarżać Ekwadorczyków o bycie gorszymi niż cała reszta świata. To co jednak nastąpiło potem kazało mi się nad tą cała sytuacją głębiej zastanowić. Zostawiliśmy klucz do domu naszej sąsiadce, która miała od czasu do czasu przewietrzyć nasz dom. Ona sama, chociaż nie pracuje, więcej czasu spędza poza domem a do sprzątania najmuje dwa razy w tygodniu sprzątaczkę. Niestety zostawia swój dom na łaskę i niełaskę owej dziewczyny. Żeby nie przedłużać, owa dziewucha widzieć dorwała się do naszych kluczy. Reszta poszła bez większych problemów bo w okolicy w godzinach pracy nie ma nikogo. Wszyscy wiedzieli kiedy wracamy, zatem owa sprzątaczka na dzień przed naszym przyjazdem ponownie wlazła nam do domu i sfingowała włamanie.

Zawiadomiliśmy policję, która zjawiła się po trzech dniach. Nic nie ruszając, czekaliśmy cierpliwie. Ponieważ okno było otwarte, i my sądziliśmy, że to jednak ktoś dostał się od zewnątrz i buchnął nam kurtki i buty. Dochodzeniowiec jednak stwierdził jednoznacznie, że to nie było możliwe. Otwarcie naszego okna nie wchodziło w grę z zewnątrz i było tylko próbą zmylenia śladów. Sytuacja wydawała się zatem być oczywista i jednoznaczna. Klucz miała tylko nasza sąsiadka. Ona zaś zatrudniała sprzątaczkę. Jeśli wyeliminujemy sąsiadkę zostaje tylko owa pomoc domowa. To lokalna dziewczyna, której ojciec notabene od czasu do czasu pomaga nam przy rożnych pracach na zewnątrz.

Sądziliśmy zatem, że w tych okolicznościach podejrzana zostanie przynajmniej przesłuchana a może nawet gliny przeprowadza jakąś rewizje. Nic z tych rzeczy. Ponoć zabrakło dowodów aby przeprowadzić tego typu działania. Nie wiem jakich jeszcze dowodów potrzebowali stróże porządku. Jestem jednak pewien, że górę wzięły uczucia plemienne. Policja i podejrzana to Ekwadorczycy, ja jestem napływowy. Mnie zatem można oszukać i w przypadku gdy w grę wchodzi napiętnowanie zachowania nagannego, górę bierze przynależność do tej samej grupy etnicznej.

Czy podobnie byłoby w Polsce. Podejrzewam, że tak. Natomiast jestem pewien, że to byłoby nie do pomyślenia w Stanach. Dlaczego? Ano ich społeczność jest wciąż wielokulturowa. Amerykanin to tylko pojęcie paszportowe, większość z nich to Polacy, Irlandczycy, Włosi, Brytyjczycy czy inne nacje. W takim społeczeństwie to co naganne jest naganne i żadna grupa narodowa nie ma żadnych przywilejów.

Nie zauważyłem tego z taką ostrością po przybyciu do Stanów. Trzeba mi było zostać okradzionym abym dostrzegł zalety wielokulturowości. To jest wielki pozytyw takiego kraju jak Stany czy Kanadą może nawet Australia. W krajach o silnym poczuciu przynależności narodowej, ludzie mają tendencje do piętnowania inności czy kogoś przybyłego z zewnątrz. Co chyba jest bardzo widoczne właśnie dzisiaj. W Stanach tego nigdy nie było. Obecny prezydent dopiero rozbudził podobne uczucia. Ciągle jednak pod tym względem Stany mogą być wzorem do naśladowania.

Podróżujące Dzieciątko.

Cuenca jest trzecim co do wielkości miastem Ekwadoru. Wbrew pozorom największym miastem nie jest Quito, stolica państwa. Jest nim Guayaquil położony nad Pacyfikiem. Ekwador podzielony jest na trzy główne strefy: wybrzeże, góry i dżungla.

W tej środkowej strefie położona jest właśnie Cuenca. Andy przecinają Ekwador wzdłuż oddzielając wybrzeże od dżungli. Moje miasto leży na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Ekwador zanim stał się państwem w aktualnych granicach, był zlepkiem niezależnych miast uprawiających swoją własną politykę. Każde z nich osobno uzyskiwało niepodległość, wyzwalając się spod władzy Hiszpanów. Stąd w Ekwadorze jest conajmniej kilka dni niepodległości, bo odnoszą się one do rożnych miast a potem wreszcie do powstania jednego państwa.

Cuenca ma rownież swoje święto niepodległości. Jednak to nie z niego miasto jest znane w przewodnikach turystycznych. Najważniejszym dniem w kalendarzu Cuenki jest dwudziesty czwarty grudnia. W tym to właśnie dniu odbywa się procesja pod nazwą Pase del Niño Viajero.

W 1823 roku przez nieznanego artystę na prośbę Józefy Heredia został wykonany posążek dzieciątka Jezus. W kolejnych latach został wysłany do ziemi świętej a potem do Rzymu. W 1961 ów posążek został pobłogosławiony przez papieża Jana XXIII i powrócił do Ekwadoru. Od tego czasu wraca tutaj każdego roku właśnie dwudziestego czwartego grudnia czyli w naszą wigilię.

Potem znowu znika by pojawić się za rok, stąd zwą go Podróżującym Dzieciątkiem.

Chociaż owa procesja ma charakter religijny to jednak nie odbywa się pod patronatem kościoła. Pewnie dlatego wszystkie „chwyty” są dozwolone. Każdego roku ilość ludzi biorących udział w tej imprezie wzrasta. Dane z ostatnich lat mówią o siedemdziesięciu tysiącach ludzi. Przemarsz odbywa się jedną z głównych ulic starego miasta. Simon Bolivar Calle przecina zabytkową część miasta przechodząc przez jego centrum zwane Parque Calderon. Trasa liczy mniej więcej półtora kilometra. Ze względu na ilość chętnych cała impreza trwa około ośmiu godzin.

Pochód nie jest ograniczony tylko do ludzi. Biorą w nim udział wszystkie stworzenia żyjące. Widzieliśmy przebrane małe prosię defilującej ze swoimi gospodarzami. Najcześciej ludzie przebierają się w postacie biblijne. Jednak i to nie jest wymagane, stąd zdarzają się przebierańcy imitujący osoby publiczne. Podobne w ubiegłym roku widziano Trumpa i Michaela Jacksona.

Biorą w tym udział rownież członkowie zespołów o charakterze regionalnym a zatem Indianie przebrani w swoje plemienne stroje. Na każdym postoju wykonują jakiś taniec coś symbolizujący.

Muzyka brzmi niemal przez cały czas trwania procesji, zmienia się jedynie rytm. Na platformach samochodowych prezentowane są sceny z Biblii.

Jest to niesamowite widowisko przyciągające całe rzesze turystów. W tym dniu Cuenca jest na ustach całej Ameryki Łacińskiej bo większa cześć owego przemarszu transmitowana jest przez telewizje.

Jest to niewątpliwie coś innego, coś co tych ludzi łączy i pozwala zapomnieć o animozjach i problemach dnia codziennego.

Kiedyś zabiorę się z tym tłumem. Niech no tylko lepiej posiądę hiszpański.

Cusco, Pachamama i Pachacutec

Po dwóch wypadach do Machu Picchu nasza wizyta na tym terenie dobiegła końca. Powrotna podróż do Ollantaytambo oczywiście pociągiem bo innej możliwości po prostu nie ma. Stąd już pojazdem na czterech kołach powrót do Cusco. To tu zaczynała się nasza przygoda. Po przylocie do Peru spędziliśmy w Cusco noc by następnego dnia ruszyć na szlak Inków. Teraz spędzimy kolejne dwie noce i cały dzień na zwiedzaniu miasta i okolic. Cusco to centrum kultury inkańskiej, tu byli grzebani kolejni władcy i stąd rozpoczyna się każda wycieczka śladami Inków. Miasto liczy ponad pół miliona ludzi, z których niemal wszyscy posługują językiem Quechua, którym posługiwali się ich przodkowie. Nie wiem czy przywiązanie do Inków wynika z chęci zaimponowania turystom czy to jest częścią ich filozofii życiowej. Czuć jednak było, że nasi przewodniczy odnosili się do zaginionej kultury z wielkim szacunkiem a powiedziałbym, że nawet z dużą dozą zachwytu i żalu, że powoli ten świat ginie. Wiem rownież z ich opowiadań, że wciąż wiele tradycji jest kultywowanych nie dla gawiedzi lecz z potrzeby ducha. Oprowadzający nas po Cusco pochodził z rodziny, w której matka utożsamiała się z wiarą Indian i musiała mieć na tyle silną osobowość, że nasz przewodnik zdawał się być bardziej zdominowany tą kultura niż tym co oferowała chrześcijańska kultura  Hiszpanów. Ślady obu tych wiar są widoczne na każdym kroku. W głównej bazylice Cusco na ścianie znajduje się obraz ukazujący ostatnia wieczerzę tyle, że potrawy to świnka morska, która jest tutejszym specjałem, popijana herbatą z liści koki, bez których byłoby Indianom cieżko żyć na tej wysokości. Tego typu wymieszania obu światopoglądów jest bardzo wiele i można je zobaczyć na każdym kroku. Podobnie jak dla Inków tak i dla obecnych mieszkańców Peru największa świętością jest jednak Pachamama czyli matka ziemia. To ona bowiem daje im to co jest potrzebne do życia bo z niej właśnie rodzą się warzywa, owoce i inne produkty potrzebne na codzień. Pachamama to słowo, które przewijało się w każdym opowiadaniu i szczerze mówiąc ci co o tym opowiadali sami zdawali się być mocno przekonani o wielkości tego słowa. Matka Ziemia i dla mnie brzmi jak coś wielkiego i wcale mnie nie dziwi stosunek tych ludzi do jej bycia czymś najważniejszym w ich życiu. Cusco leży w dolinie i jest otoczone górami z każdej strony toteż lądowanie tutaj jest trochę bardziej ekscytujące niż na innych lotniskach. Dopiero widok z jednego z okolicznych szczyt uświadomił mi, że miejscowe lotnisko i siadanie na jego płycie to trochę wyższa szkoła jazdy. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi bo jest przecież tyle ważniejszych rzeczy dookoła. Miasto ma kształt pumy bo to było święte zwierze Inków. Patrząc z góry może i było coś w jego kształcie z pumy lecz prawdę mówiąc ja zawsze miałem kiepska wyobraźnie. W okolicach miasta znajduje się wiele wykopalisk obrazujących świetność Inków. Nie sposób było to wszystko zobaczyć a to co zobaczyliśmy to było bardziej po łebkach. Na zwiedzanie miasta trzeba więcej czasu, którego my nie mieliśmy. Z innych ciekawostek najważniejsze informacje dotyczyły najsłynniejszego władcy Inków. Pachacutec, bo o nim mowa, sprawując swoją władzę ograniczył ofiary z ludzi i wprowadził wiele praw, które zdecydowały o wielkości tych Indian. Za jego czasów imperium Inków składało się z dzisiejszych Boliwii, Peru, Ekwadoru, części Kolumbii i części Argentyny i juz nigdy nie osiągnęło podobnej wielkości. Peruwianie czują się mocno związani z minioną kulturą czego nie widać w takim stopniu w Ekwadorze pomimo faktu, że i ten kraj należał kiedyś do tego mocarstwa. Nikt tutaj nie potrafił mi powiedzieć dlaczego. Będę pytał dalej.

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt

Kolejne święta spędzamy w innym klimacie. Nie mam tu na myśli tylko strefy geograficznej, bardziej chodzi mi o atmosferę. Ekwador nie różni się zbytnio od Stanów czy Polski. Tu rownież Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym. Mam jednak wrażenie, że jego przeżywanie ma charakter bardziej radosny. Punktem kulminacyjnym jest oczywiście uroczysta parada i przemarsz główną ulicą wszystkich ludzi, którzy chcą pokazać coś związanego z narodzeniem naszego zbawiciela. Nie ma to jednak charakteru procesji, w której główną postacią jest ksiądz czy inny przedstawiciel kościoła. Jest to spontaniczna manifestacja rożnych organizacji, warstw i grup kulturowych mająca na celu nie tylko identyfikowanie się z wiarą ale rownież przedstawienie swojej specyficznej kultury. Maszerować będą zatem Indianie ubrani w swoje plemienne stroje tańcząc w rytm swoich instrumentów. Maszerować będą szkolne grupy artystyczne tańcząc i śpiewając. Można będzie zobaczyć platformy samochodowe, na których znajdować się będą inscenizacje historii związanych z przyjściem na świat syna Bożego. Będzie dużo muzyki, dużo tańca, dużo śpiewu i radości. Poprzebierane dzieciaki za różne postacie biblijne, uśmiechnie a jednocześnie zabawnie poważne będą stanowić największą grupę maszerujących. Z okolicznych okien obserwujący będą rzucać słodycze by podkreślić wdzięczność dzieciakom i rodzicom za wkład włożony w przygotowanie imprezy. No właśnie, cały ten spektakl to radosna impreza, w której kościół bardzo mało jest widoczny jeżeli w ogóle. Nie wiem czy taki był generalny zamysł tej parady czy przedstawiciele lokalnego kościoła zdecydowali się nie ingerować w jej przebieg, wiem jednak, że ludzie uczestniczą w tym z dobrej woli bez względu na podziały czy przynależność grupową. Głównym i bezsprzecznie najważniejszym punktem parady jest przeniesienie rzeźby małego Jezusa, wykonanej przez nieznanego artystę w 1823 roku i poświęconej w 1961 przez papieża Jana XXIII. Jak wieść niesie ów wędrujący Jezus wraca do Cuenki w każdą wigilie Bożego Narodzenia bo tu został stworzony i stad „wyemigrował” do ziemi świętej i Rzymu gdzie został poświęcony. Cuenkańskie „Pase del Niño” jest największą tego typu imprezą w całej Ameryce Łacińskiej, będzie trwało w granicach dziewięciu godzin gromadząc około pięćdziesiąt tysięcy uczestników. Co roku podobno obserwuje tą paradę ponad dwieście tysięcy turystów z rożnych stron świata. I my planujemy wypad do Cuenki aby jeszcze raz obejrzeć to wspaniałe widowisko. Nie ma jednak takiej możliwości abyśmy mogli obserwować je do końca. Musimy wracać do domu gdzie wspólnie z naszymi znajomymi planujemy usiąść do stołu zapoznając ich jednocześnie z naszą tradycją i specyfiką wigilii, na której nie zabraknie naszych potraw. 

Feliz Navidad czyli Wesołych Świąt.