Welcome to America

Trumpolandia, znana również jako Stany, Stany Zjednoczone, USA, Wielki Brat a po naszemu, tak po swojsku po prostu Ameryka to kraj marzeń wielu obywateli PRL-u.

Nic w tym dziwnego. Po drugiej wojnie światowej USA stały się niezaprzeczalną potęgą. Reszta świata odbudowywała się ze zniszczeń, których tutaj nie było. Owszem ponieśli ofiary ludzkie jednak poza Pearl Harbour wojna Stanów nie dotknęła.

Nie jest żadną tajemnicą również, że Amerykanie zwinęli co inteligentniejszych Niemców i przeflancowali ich przez ocean aby ci pozwolili im uciec jeszcze bardziej do przodu gospodarczo i technologicznie.

Pamiętacie „Kochaj albo rzuć” trzecia części przygód Karguli i Pawlaków? Akcja toczy się w Chicago. Pawlak trzyma całą kasę bo dolary wtedy miały olbrzymią wartość. Ania chciała sobie coś sprawić ale dziadek nie spieszył się z pozbywaniem się pieniędzy. I co robi Ania? Znajduje sobie pracę. Były to co prawda lata siedemdziesiąte ale wielu twierdzi, że właśnie tak było. Wtedy pracowników było mniej niż miejsc pracy czyli obowiązywał rynek siły roboczej. Pracy nie brakowało a i pieniądze miały swoją konkretnie przeliczalną wartość. Siła nabywcza tamtego dolara to było coś. Dzisiejszy zielony to już tylko podła podróbka coś tam wciąż warta ale już nie jest tym samym.

O tamtych czasach można już definitywnie zapomnieć. Świat poszedł bardzo do przodu i Stany dzisiaj już tylko mogą marzyć o byciu hegemonem. Mało kto już dzisiaj pada na kolana przed Wujem Samem a powoli dzieje się wręcz odwrotnie, to Wuj Sam zmuszany jest do ustępstw.

Stany już nie są tak upragnionym celem dla wielu poszukiwaczy lepszego życia. No może poza Ameryką Łacińską. Kraje takie jak Salwador czy Honduras to wciąż okrutna bieda, która zmusza ludzi do niebezpiecznej próby przedarcia się przez granice. Droga wiedzie przez Meksyk a tu rządzą bezwzględne klany przemytników, którzy często biorą pieniądze a potem człowiek ginie bez śladu. Znam wiele takich opowieści. Wiele tez powstało filmów dotyczących tego co się dzieje na granicy meksykańsko-amerykańskiej. Można na ten tema pisać bez końca.

Pamietam swój pierwszy dzień na ziemi obiecanej. Przyleciałem do Nowego Jorku na JFK. Miałem sponsora, który miał mnie odebrać z lotniska. Odebrał mnie jakiś pośrednik i „zdeponował” w hostelu, nie mylić z hotelem gdzieś na Bronxie. Na drugi dzień miał mnie odebrać właściwy człowiek i zawieźć do przygotowywanego dla mnie mieszkania. Nie zjawił się, bo zapomniał. Z hostelu dzwoniono po niego i dopiero następnego dnia miałem przyjemność poznać przedstawiciela organizacji, która zdecydowała się na mnie postawić.

Pośrednik mówił coś o mieszkaniu. Nie wiem nawet czy tak mu kazano, czy sprawiało mu jakąś dziką przyjemność oszukiwanie nas patrzących z tak olbrzymia dozą wiary, że złapaliśmy pana Boga za stopę.

Szybko wybudziła mnie z tego snu owa przedstawicielka rządowej organizacji pomagającej uchodźcom. Jej słowa brzmią po dziś dzień w moich uszach niczym ryk lwa na pustyni. Na dzień dobry powiedziano mi, źe nikt mnie tu nie prosił i nikt nie będzie się nade mną użalał. Mogę zakasać rękawy i wziąć się do roboty, w której znalezieniu owa organizacja oczywiście mi pomoże. Reszta zależy ode mnie.

Nie liczyłem na cuda. Nie bałem się też pracy zbytnio. Oczekując na owo złapanie Boga za stopę, imałem się w Austrii wielu zajęć aby jakoś doczekać owego pięknego dnia kiedy postawie swoją nogę w najlepszej demokracji świata, w kraju dzięki któremu imperium zła ze wschodu zostało powstrzymane.

Myśląc o tym wszystkim, rozglądałem się dookoła, podziwiając krajobrazy zza szyby samochodu mojej przewodniczki po Stanach w drugim dniu pobytu.

Wreszcie dojechaliśmy do celu podróży. Stan New Jersey okazał się tym gdzie miałem rozpocząć swoją przygodę. Miasto nazywało się Dover. Nie, mieszkania nie było. Był tylko dom przejściowy. W nim bodaj pięć pokoi pełnych uchodźców. Dwie rodziny z Polski i cała gromada ludzi cesarza czyli Etiopczyków.

Welcome to America.

Reklamy

Frycowe czyli pomocnicy z klasy średniej.

Klasa średnia to już wyższa i bardziej przemyślana kombinacja związana z naciąganiem naiwniaków. Niestety i ja się dałem na to nabrać. Tyle, że do czasu. Cały wic polega na jak najszybszym załapania języka. To do końca nie chroni przed naciągaczami ale daje możliwość przynajmniej sprawdzenia ceny u kogoś innego. Mam swojego taksówkarza, który zna sporo rzemieślników i on służy mi jako osoba zaufana. Niezależnie od tego mam paru innych znajomych, którzy rownież do tej pory mnie nie zawiedli.

Jak sobie pomyśle o początkach to wciąż ciarki mi biegają po plecach. Mam jednak inne podejście do życia i przyznam, że nie ma we mnie nienawiści do tych, którzy mnie wykorzystali. Jest natomiast wiecej złości do siebie samego za obdarzanie ludzi zbyt wielkim zaufaniem. Myśle rownież, że takie rzeczy to nie jest kwestia Ekwadoru lecz ludzi, a ci wszędzie są tacy sami. Gdziekolwiek byśmy nie próbowali swoich sił, trzeba zapłacić frycowe. Czasami kosztuje wiecej, czasami mniej, uciec od tego jednak niepodobna.

Gdy zdecydowaliśmy się na kupno apartamentu, Cuenca nie była tak znanym miejscem wsród obcokrajowcow jak teraz. Nasz budowlaniec czy deweloper jak to się teraz modnie mówi, dbał o klienta bo przebierać nie było w czym. Wraz ze wzrostem zainteresowania miastem i pojawieniem się większej ilosci przybyszów, ceny wszystkiego poszły do góry. My wciąż byliśmy w trakcie wykańczania naszego apartamentu no i oczywiście korzystaliśmy z pomocy naszego „przyjaciela” budowlańca. On zarzekał się na wszystkie wiary, że najbardziej zależy mu na tym abyśmy nie byli wykorzystani. Gościu był dość przekonujący zwłaszcza, że zafundował nam jednodniową wycieczkę po Cuence z przewodnikiem. Nie znam kosztu tego naszego poznawania miasta ale gdy nam pokazał rachunki za ekstra pomoc to wtedy poznaliśmy jego prawdziwą twarz. Juz pisałem poprzednio, że dniówka niewykwalifikowanego robotnika to około dwadzieścia zielonych. Kupiliśmy żyrandol za, jesli pamiec mnie nie myli, mniej więcej trzy dychy. Poprosiliśmy o założenie. Rachunek sto pięćdziesiąt dolców. Czyli mniej wiecej siedem i pół robotnika pracowało nad tym projektem i to cały dzień. Już wtedy znaliśmy realia robocze. Spytaliśmy go ilu ludzi i jak długo nad tym pracowało. Wyłapał sarkazm, obniżył do pięćdziesięciu dolców czyli dwaj pół robotnika instalowało nasz żyrandol cały Boży dzionek. Frycowe. On stracił nas bezpowrotnie, choć na płaszczyźnie czysto towarzyskiej wymieniamy ukłony. Takich przyjaciół, którzy „martwili” się naszym portfelem w pierwszej fazie mieliśmy kilku. Niestety największy zawód sprawił nam architekt/nadzorca budowy domu. Jego żona, która chętnie przyjmowała podarunki od nas, okazała się jeszcze bardziej wyrachowana. Frycowe. Nie pytajcie, czy nie mam dość w związku z tym Ekwadoru, bo ludzie wszędzie są lepsi i gorsi. Początki nigdy i nigdzie nie są łatwe. Za naukę trzeba płacić. Nie wyszliśmy na tym najgorzej bo słyszałem, że wielu dawało solidne zaliczki, które stracili bezpowrotnie. W tym kontekście nie mam prawa narzekać.

Porównując zatem moje doświadczenia na płaszczyźnie świadczenia usług okazuje się, źe bycie Amerykaninem dla wielu tutaj brzmi jak cziczing czyli dźwięk maszyny wyrzucającej pieniądze. Jesli jednak robotnik narżnie cię na kilka dolców udając, że pracuje to średniak w tym kontekście jest o wiele bardziej bezwzględny. Prawdę mówiąc aktualnie to juz tylko smutno-śmieszna historia bo cały wic polega na tym aby jak najszybciej poznać realia…no i oczywiście ten cholerny język. No i na zakończenie przyznam, źe mam więcej sentymentu do mojego robotnika niż do wielu zatroskanych o mnie i nazywających siebie moimi przyjaciółmi rekinów z klasy średniej.

Matka i ojcowie

Mój wujek Alojzy, brat mojej rodzicielki, od lat już mieszka w Stanach. Wyemigrował pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Przez lata pomagał rodzinie i finansowo, i zapraszając wielu jej członków do odwiedzenia go w Stanach, wiadomo w jakich celach. Zawsze czuł się mocno związany z naszym krajem i zawsze czuł się przede wszystkim Polakiem.

Przytaczam go tutaj z jednego zasadniczo względu. Mówił on zawsze, że matkę ma się jedną a ojców można mieć wielu. Nie wdając się w prawdziwość tego stwierdzenia, skoncentruje się na jego znaczeniu kierując się wujkową logiką. A z niej wynikało, że dla niego matka to Polska a ojciec to Stany. Wujo nie był gołosłownym w tym twierdzeniu, bo gdy ktoś źle mówił o matce czytaj Polsce musiał liczyć się jego kontrą. Nie bokserską oczywiście ale słowną. Wuja mało obchodziło, że Polską rządziła formacja nie na rękę wielu państwom. Matka to matka i o niej źle się nie mówi. Na przybranego ojca też nie pozwolił nadawać. Zawdzięczał Stanom zbyt wiele i potrafił to docenić. Zawsze jednak matka była najpierw, potem przybrany ojciec.

Im częściej myślę o wuja sposobie myślenia tym bardziej czuje, że ze mną jest tak samo. Najlepszym przykładem na tą tezę jest sport. W potyczkach Polski ze Stanami czy Ekwadorem, w jakiekolwiek dyscyplinie kibicuje naszym. Nie może być inaczej. Wyjątkowo nie trawię siatkarzy amerykańskich kiedy biją naszych a robią to dość często i dość dotkliwie. Gdy więc po drodze do mistrzów świata w ubiegłym roku pokonaliśmy w półfinale ekipę USA był to dla mnie dzień nie tyle wielki co WIELGI.

Ekwadorczykom też nie radzę grać z nami w kopaną bo w tym dniu przyjaźń ulega chwilowemu zawieszeniu.

Nie mam takich problemów przy wyborze Ekwadoru czy Stanów Zjednoczonych w potyczkach bezpośrednio między tymi krajami. Takich pojedynków po prostu nie ma. Ekwador poza piłką nożną to sportowa plaża. Nie to, że nic się tu nie uprawia, bo to nie jest prawda. Osiągnięcia jednak na arenie międzynarodowej mówią same za siebie.

Sport dla mnie, to taka dziwna sfera życia. Z jednej strony mogłaby dla mnie nie istnieć. Rozumiem jednak, że sport to swego rodzaju igrzyska potrzebne ludowi, żeby mógł uwierzyć w swoich wybrańców. Z drugiej strony emocje jakie sport wyzwala są pewnie jedyne a swoim rodzaju.

Wracając jednak do rywalizacji pomiędzy krajami, w których przyszło mi mieszkać, coś chyba z tymi moimi ojcowskimi uczuciami jest nie tak. Z jakiś powodów najwięcej przyjemności właśnie sprawiło mi jak dowaliliśmy Amerykańcom. Zapewne wynika to z faktu, że Ameryka jest wciąż postrzegana jako potęga. Jak maluczki jej dowali to jest w tym coś specjalnego. Pamiętacie jak pokonaliśmy ZSRR w hokeja? Partia nie była zadowolona ale my…dla nas to był niezapomniany dzień.

Efekt „cieplarniany”.

Gdzieś koło wtorku

Burza w rozporku

Dopadła Jarka

„To pewnie fujarka

Znowu przygrywa

I gacie rozrywa”

Pomyślał dumnie

I bezrozumnie

Złapał za krocze

By myśli prorocze

Dotykiem potwierdzić

„Coś mi tu śmierdzi”

Pomyślał gniewnie

I spojrzał niepewnie

W dłoni kierunku

Szukając ratunku

Gdy na nią patrzył

Dojrzeć był raczył

Przyczynę odoru

Z rozporka otworów

Syczało gazem,

Który tym razem

Nie mając ujścia

Na zewnątrz pójścia

Sprawiał wrażenie,

Że jest pragnieniem

Był on tymczasem

Węglem z potasem

Co się wydostał

I w miejscu pozostał

Gdy dłoń Jarkowa

Do czynu gotowa

Z impetem natarła

Rozporek rozdarła

Gaz uwalniając

Smród zostawiając

I tak zatruty

Jarek zepsuty

Będąc na haju

Mści się na kraju.

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.

Polzuela i Kaczduro.

Kiedy zdecydowaliśmy, że sytuacja w Stanach zmienia się na tyle, że trzeba pomyśleć o możliwości następnej emigracji, braliśmy pod uwagę wiele czynników. Ten sentymentalny krzyczał do nas Polska. Musieliśmy jednak zastanowić się nad innymi naszymi potrzebami, z których jeden, czyli poznanie czegoś nowego, mocno o sobie dawał znać. Padło zatem na Amerykę Południową, z uwagi na klimat, koszty utrzymania no i wreszcie możliwość zaspokojenia potrzeb poznawczych. Sporo słyszałem dobrego na temat Wenezueli, ona więc stała się moim pierwszym wyborem. W USA turyści znają wyspę Santa Margarita, która na każdym zrobiła bardzo duże wrażenie. Zanim jednak wspólnie z Alicją udaliśmy się na podbój nowego kontynentu, przed nami zrobiła to nasza córka. Po powrocie z podróży po Kolumbii, Wenezueli i Ekwadorze jej zdaniem Wenezuela była najmniej zachęcającym miejscem. W tym czasie rządził tam Hugo Chavez a ceny ropy naftowej jeszcze nie były tak niekorzystne. Ówczesny prezydent był rownież bardziej otwartym człowiekiem na świat niż to mu przypisywano. Nie lubili go oczywiście w USA bo nacjonalizacja zasobów naturalnych nigdy tam nie jest po drodze władzy. Zorganizowali nawet na niego zamach i przez dwa dni pro-amerykański rząd przejął władze. Musieli jednak po czterdziestu ośmiu godzinach uciekać bo protesty ogarnęły cały kraj i Chavez powrócił do władzy. Wkrótce jednak zmogła go choroba i przeniósł się do krainy wiecznych łowów. Jego następcą, którego on sam namaścił, został Nicolas Maduro. Nie spełnił on pokładanych w nim nadziei a spadek cen głównego surowca kraju wpędził Wenezuelę w kryzys gospodarczy. Nowy prezydent nie umiał z tym walczyć ale jednocześnie nie chciał i postanowił nie oddać władzy. Rządzi do dzisiaj a kraj stacza się w tempie przyspieszonym w stan niekontrolowanego chaosu. Brakuje żywności, waluta straciła swoją wartość, protesty i domaganie się rezygnacji Maduro są na porządku dziennym. On za to wszystko oczywiście obwinia wszystkich dookoła z wyjątkiem samego siebie. W 2015 rozpisano wybory parlamentarne, które doprowadziły do klęski obozu prezydenta. Oto co na ten temat pisze Wikipedia. 

Zgodnie z przewidywaniami sondażowymi wybory okazały się klęską rządu który utracił władzę na rzecz Koalicji Jedności Demokratycznej. Rząd Maduro, utraciwszy większość w parlamencie, zaczął lekceważyć parlament i rządzić z pominięciem władzy ustawodawczej, a Sąd Najwyższy unieważniał wszystkie uchwały parlamentu i zatwierdzał dekrety prezydenta. Władze doprowadziły też do niezgodnego z konstytucją zablokowania procedury wszczęcia referendum ws. odwołania prezydenta.  Przeciw polityce rządu mieszkańcy kraju protestowali wielokrotnie, m.in. opozycyjne wiece z 26 października 2016 r. zgromadziły ok. 5 mln ludzi. 29 marca 2017 r. podporządkowany prezydentowi Sąd Najwyższy ogłosił delegalizację parlamentu pod pretekstem ignorowanie wcześniejszych wyroków i przejmując władzę ustawodawczą oraz wzywając prezydenta do ogłoszenia stanu wyjątkowego. Wyrok został przez opozycję demokratyczną uznany za zamach stanu, a parlament w odpowiedzi ogłosił, że uznał Sąd Najwyższy za nielegalny w związku z wielokrotnym łamaniem przez niego konstytucji. Od tego czasu w kraju codziennie miały miejsce demonstracje i protesty z żądaniem ustąpienia prezydenta i rozpisania wyborów, w których w ciągu pierwszych trzech tygodni zginęło 21 osób.
Czyż nie brzmi to znajomo? Posłanka Pawłowicz już zamyka w więzieniu, a poseł Kaczyński odgraża się opozycji, że „pójdzie siedzieć”. Proponuje sprawdzać sytuacje w Wenezueli na bierząco póki jeszcze nie jest za późno i nie musimy tego przerabiać na własnej skórze. Czy naprawdę chcemy Polzueli i Kaczduro?

Kolejna wizyta

Właśnie dobiegł końca mój pobyt w ojczyźnie. Jak każdego roku spędziłem tutaj trochę czasu poruszając się między domami rodziców i teściowej. Rownież i w tym roku nie zabrakło spotkań ze znajomymi, których kwintesencją były okrągłe urodziny bardzo bliskiego kolegi. Dzięki temu udało nam się spotkać większą paczką a, że przy okazji odbył się mecz Polaków z Duńczykami to i emocje zdecydowanie były większe. Wszyscy znamy się długo albo jeszcze dłużej nie musimy więc niczego udawać, ot jesteśmy tacy jacy jesteśmy ze wszystkimi naszymi plusami i minusami. Chociaż kalendarz pracuje nad nami to jednak kolejne jego kartki traktujemy bardziej jako cyfry, które są bez wpływu na nasze samopoczucie. Większość z naszej grupy mieszka w kraju, to jednak nie ma większego znaczenia bo świat się dzisiaj bardzo zmienił a przede wszystkim skurczył. Jerzy, którego urodziny właśnie świętowaliśmy podpadli nam niemiłosiernie bo przewidywał zwycięstwo Danii. Potem się jednak okazało, że zrobił to wiedząc, że gdy typuje pesymistycznie to Polska na ogół wygrywa a gdy jest optymistą to mecz zamienia się w wizytę u dentysty. To rownież znalazło swoje potwierdzenie w meczu z Armenią. Będę więc namawiał kolegę Jurka do bycia pesymistą w zbliżającym się meczu z Rumunią.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, którzy w jakiś tam sposób zapisali się w naszej pamięci po jej pozytywnej stronie. Wcale nie ograniczaliśmy się do wspomnień a powiedziałbym wręcz przeciwnie celebrowaliśmy dzień dzisiejszy, on też może być kolorowy. Wcześniej spotkaliśmy się na rzeszowskim rynku przy kuflu piwa podczas dni bluesa. Pogoda była paskudna ale gdy na scenę wyszła Małgorzata Ostrowska i przeniosła nas w czasy szklanej pogody jakby niespodziewanie zrobiło się cieplej a może nawet gorąco. Zrobiło nam się niebiesko i to wcale nie od telewizorów. Och Małgocha śpiewaj, śpiewaj byle długo.                             

Dobrze było też odwiedzić rodziców. Im nie bardzo podobają się moje wybory w szczególności związane z moim aktualnym adresem, patrzą na to jednak ze zrozumieniem. Jeszcze parę lat temu każdy mój wyjazd był małą traumą dla nas wszystkich. To rownież się zmieniło bo przecież wrócę tu za rok. I tak już musi zostać bo każdy z nas ma prawo do swoich wyborów.                                      

Jestem fanatykiem kina i na obczyźnie brakuje mi naszej rodzimej produkcji. Moja siostra zna tą moją słabość. Miałem zatem możliwość dzięki niej obejrzenia Wołynia, Ostaniej rodziny i Krótkiej historii o morderstwie. Wołyń definitywnie zrobił na mnie największe wrażenie. Pewnie jednak nie dlatego, że wreszcie ktoś odważył się coś powiedzieć na ten temat ale dlatego, że rodzicielka mojej żony przeżyła to na własnej skórze. Inaczej jednak słyszeć a inaczej widzieć. Obraz to wielka siła. Opowieści teściowej nabrały zatem jak rzesz okropnego wizualnego kształtu. Ona sama żyje dzisiaj po udarze w innym świecie. Może to i lepiej.   

Sześć tygodni przeminęło szybciej niż się spodziewałem. Chociaż polityka niezłomnie próbowała zakłócić rytm mojej wizyty, starałem się jednak ją marginalizować. I na zakończenie mojej wizyty pomyślałem sobie: och jak byłoby dobrze gdyby wszystkich polityków udało usunąć się z naszej przestrzeni i wymazać tak jak nieudany rysunek. Wszystko byłoby prostsze i piękniejsze. Niestety mało to realne ale pomarzyć zawsze można.