Filmowa niespodzianka

Nie wiem czy w Ekwadorze istnieje jakakolwiek rządowa agenda zajmująca się rozpowszechnianiem filmów. Bardzo w to wątpię. Filmy i owszem są dostępne jednak nie w oryginale. Nie wiem jak je ściagają i nie mam pojęcie jak je kopiują. Nie ulega jednak wątpliwości, że odbywa się to niezbyt zgodnie z ochroną praw twórczych. Nie będę też ukrywał, że partycypuje w tej kryminalnej działalności kupując od sprawdzonego sprzedawcy kopie wszystkiego co mnie interesuje.

On również nie robi nic złego, bo w przeciwnym wypadku byłby ścigany. Drobni kopiarze sprzedają te filmy za nieco ponad dolara i jest ich od gradobicia. Wcale się nie chowają. Mają swoje sklepiki otwarte zupełnie jakby nie robili niczego niezgodnego z prawem. Widać rząd ekwadorski woli, żeby w ten sposób zarobili sobie pare groszy niż snuli się po ulicach bez pracy. Z drugiej strony znając ceny filmów ze Stanów nie sądzę żeby po tych cenach kogoś tutaj było stać na kupienie oryginalnej kopii.

Mój sprzedawca zna mnie z cotygodniowych odwiedzin. Wie co mnie interesuje. Dodatkowo jeżeli coś jest wadliwe czy mam z kopią jakieś inne problemy zawsze mogę liczyć na wymianę.

Melduje się u niego dość regularnie i lubię przeglądać nie tylko nowości ale również i starocie. Od czasu do czasu, ku mojemu zaskoczeniu pojawiają się też kopie naszych filmów. Koniecznie chciałem zobaczyć „Boże Ciało”. Widać jednak nie był to priorytet, którym są filmy z Hollywood. Aż do ostatniego tygodnia. Wpadam a właściciel mi oferuje „Corpus Cristi”. Oczom nie wierze. A jednak to jest właśnie „Boże Ciało”. Eureka, myślałem, że będę musiał czekać aż do przyjazdu do kraju, a tu taka niespodzianka.

Obejrzeliśmy bez zwłoki bo przecież to był nasz kandydat do Oscara. No i definitywnie w kontekście „Pasożyta” nie mam wątpliwości, że nasza produkcja zrobiła na mnie o wiele lepsze wrażenie.

Przede wszystkim wartości „Bożego Ciała” są, według mnie bardziej uniwersalne niż te z „Pasożyta”. Kościół jako instytucja nie nadąża za zmieniającym się dynamicznie światem. Nie tylko w naszym kraju, gdzie jest to widoczne wyjątkowo ostro, ale na całym świecie. Regułki i przykazania jakkolwiek ważne i warte przypominania, to już za mało. Ta forma rozmowy z dzisiejszą sfrustrowana młodzieżą, i nie tylko, już nie zdaje egzaminu. Trzeba żyć wśród nich żeby nauczyć się z nimi rozmawiać. Kanony wiary nie muszą ewaluować, jednak sposób ich przekazania musi. Betonowymi „nie bo nie”, już się dzisiaj niewiele da zdziałać. To było dla mnie główne przesłanie .

Osobiście nie znalazłem niczego takiego w „Pasożycie”

Nie jestem jednak członkiem Akademii. Oni znają się na tym lepiej.

Świąteczne wspomnienia

Czy macie jakieś święta Bożego Narodzenia, które szczególnie utkwiły wam w pamięci? Przetrzątnąłem właśnie zakamarki moich wspomnień. Nie ma tych jedynych niezapomnianych świąt. Pamiętam natomiast niemal wszystkie te pierwsze, które wiązały się z pewnymi zmianami w moim życiu. I to będzie o nich właśnie.

Po naszym ślubie zamieszkaliśmy u moich teściów w Łańcucie. Wyrwany spod opieki mamy i taty miałem mieszane uczucia. Ale dla tej dziewczyny.. Pierwsze święta poza domem. To musiała być jedna z tych zim stulecia. Śnieg opanował całe miasto. Zimno było wręcz nieprzyzwoicie. Śnieg skrzypiał pod stopami. Wtedy posypywali jeszcze piaskiem a nie solą. Prawdziwa zima. W takich warunkach po wigilii udaliśmy się na pasterkę. Zawsze ta msza przemawiała do mnie bardziej niż poranne celebracje następnego dnia. Nastrój pasterki był wtedy bardzo specyficzny. Dla mnie to było coś specjalnie podniosłego. No i to przenikliwe zimno, którego jednak nie czuło się aż tak bardzo. Po bodaj półtorej godzinie gdy msza dobiegła końca stało się to co utkwiło w mojej pamięci. Oto na trąbach długich na kilka metrów zagrali obwieszczając nowinę niczym Wojski, miejscowi wirtuozi. Dźwięk był niesamowity i tak potężny, że nogi mi się w kolanach ugięły. A gdy już ich gra dobiegła końca to niczym właśnie to Wojskiego na rogu granie, miało się wrażenie, że oni wciąż grają choć to tylko echo grało. Byłem jeszcze na kilku pasterskich w Łańcucie. Ta pierwsza była jednak jedyna w swoim rodzaju.

Teraz kilka lat do przodu. Wlasnie opuściłem rodzinne stronę. Znalazłem się w Wiedniu. Zjechałem tam pod koniec listopada czyli miesiąc przed świetami. Pierwsze święta z dala od rodziny. Cieżko było. Jednak moje wspomnienie wiąże się z następnymi świetami. Mieszkałem wtedy razem bodaj chyba z dwunastoma osobami w wynajętym apartamencie. Ścisk panował w nim niemiłosierny. Tak zastały mnie tamte święta. Postanowiliśmy znowu udać się na pasterkę. Wyruszyliśmy na nią pewnie na godzinę przed jej rozpoczęciem. Komunikacja wiedeńska dochodziła niemal w każde miejsce. Trzeba było jedynie się trochę przesiadać. Ta wiedeńska pasterka to było już inne przeżycie. Pełny kościół ludzi ścisk w nim jakby za chwile miał nastąpić koniec świata i tylko to jedyne miejsce miała przetrwać. Nikt jednak na to nie zwracał uwagi. Nagle znaleźliśmy się wszyscy w innym miejscu. Polski kościół, polski ksiądz, polska mowa, polskie kolędy. Wtedy jeszcze instytucja ta nie była partyjnym komitetem i rzeczywiście nas poza granicami jednoczyła. To wtedy po raz pierwszy spotkałem się ze znakiem pokoju. Na hasło przekażcie sobie znak pokoju, ludzie jakby oszaleli. To nie były zwykle uściski dłoni. To było obejmowanie się, to była prawdziwa radość ze znalezienia się wsród swoich. Tego się nie da ani opisać ani opowiedzieć, to trzeba przeżyć.

Zrobiło się przydługo. Nie przepadam za niekończącymi się opowieściami. Odłożę zatem na potem moje pierwsze święta w USA i Ekwadorze.

Hocki klocki

Jak podaje, w swoim zagranicznym serwisie, ekwadorska agencja prasowa „Ole Jaja”, w kraju nad Wisłą miało miejsce nadzwyczajne posiedzenie najwyższych władz partyjnych i państwowych. Udział w nich, poza członkami biura politycznego i komitetu centralnego partii wzięli również najwyżsi dostojnicy hierachii kościelnej oraz specjalnie na to spotkanie zaproszona prof. Urszula Dudziak, specjalistka nauk teologicznych z zakresu higieny miejsc intymnych.

Jak podaje nasz wysłannik, powołując się na anonimowe źródła, tematem spotkania były tezy prof. Dudziak dotyczące dotykania i czystości miejsc intymnych ludzkiego ciała. Z jej badań jednoznacznie bowiem wynika, że ta dzielność nosi w sobie znamiona grzechu i bezeceństwa.

Komitet Centralny partii wspólnie z hierarchia kościelną wysłuchał referatu pani profesor dotyczącego najnowszych odkryć w powyższym zakresie.

Pierwszy sekretarz partii podziękował uczonej za dogłębny wykład poparty przykładami z życia.

W tym momencie nastąpiła ożywiona dyskusja, której celem było znalezienie odpowiedzi do hasła zgłoszonego przez uczestników posiedzenia, które brzmiało; „Aby krocze czyste było i ludzie żyli bez grzechu”. Po burzliwej ale i merytorycznej dyskusji władze państwowe osiągnęły porozumienie z hierarchią kościoła. Obie strony zgodziły się, że w celu utrzymania czystości krocza i przeciwdziałania wszelkiego rodzaju chorobom wenerycznym i jednocześnie w celu uniknięcia jawnego grzeszenia, koniecznością będzie reglamentacja mycia. Kartki na nie wydawać będzie proboszcz okolicznej parafii a w trakcie samego procesu mycia uczestniczyć będzie jeden z księży co ma zapobiec skłonnościom ludzkim w kierunku bezeceństwa.

Oddzielnie do zespołu higieny obradował zespół do spraw grzesznego dotyku. Prace tej grupy okazały się jednak o wiele bardziej skomplikowane i nie udało się do tej pory znaleźć rozwiązania satysfakcjonującego rząd i kościół.

Rząd bowiem swoim hasłem pięćset plus namawia parafian do częstego kontaktu fizycznego będącego ewidentnym grzesznym dotykaniem się miejsc intymnych płci przeciwnych. Propozycja hierarchów polegająca na moczeniu tychże miejsc w wodzie świętej w obecności kapłana, nie spotkała się z entuzjazmem władz partyjnych, które widzą w tej wersji spore ograniczenia w rozmnażaniu się naszego narodu. Poza tym każdy lubi te hocki klocki. Odebrać to znaczy stracić poparcie.

Na wniosek pierwszego sekretarza zespół został zamknięty w osobnym pomieszczeniu i obradować będzie aż do znalezienia zadowalającego dla wszystkich stron rozwiązania.

Drogi ludu. Póki co to tylko wyssana z palca bajka. Może stać się prawdą jeżeli nie zaczniesz myśleć. W krainie absurdów wszystko jest możliwe.

Sześć miesięcy

Nieco ponad pół roku temu miała miejsce premiera filmu Wojciecha Smarzowskiego „Kler”. Oto reakcje hierarchów kościoła na tą produkcję, które kopiuje z różnych stron internetowych.

 Abp Stanisław Gądecki przyznał, że nie widział filmu w kinie, ale zna jego treść i przekaz. „Nie poszedłem na ten film, bo nie jestem pozbawiony rozumu do końca” – stwierdził. Hierarcha krytycznie wypowiedział się na temat antyklerykalnej fabuły filmu i porównał ją do propagandowych filmów produkowanych przez nazistowskie Niemcy.

 „Takich filmów było już kilka i będzie na pewno jeszcze więcej, zważywszy na kasę, która temu wszystkiemu towarzyszy. To co mnie najbardziej w tym intryguje to jest fakt, że to zostało wyreżyserowane według tego klasycznego antysemickiego filmu „Żyd Süss”. Te same trzy postacie, tak samo rozłożone akcenty. To już było grane za Goebbelsa, tak że to nie jest nowa rzecz, z którą trzeba się zmierzyć” – podkreślał abp Stanisław Gądecki.

 

Read more: https://www.pch24.pl/#ixzz5nf7FE01V

A poniżej wypowiedź ojca dyrektora.

„Kto z was był, ręka do góry, na filmie „Kler”? Przyznajcie się, jak żeście dołożyli pieniądze do tamtej kasy, żeby dalej szkodzili.

Katolicy trzymają z katolikami. Polacy trzymają z Polakami. I to będzie normalne, prawda? I macie tu księży, to który, pokażcie palcem, który tu z nas jest taki jak na tym filmie „Kler”. Ja nie oglądałem go, ale przeczytałem w internecie i gdzieś tam. No który z nas? (…) No więc do roboty i te kłamstwa wyrywać z korzeniami”.

Więcej: https://www.antyradio.pl/Film/Duperele/Ojciec-Rydzyk-o-Klerze-Smarzowskiego-podczas-jubileuszu-Radia-Maryja-27596

Abp Skworc zaznaczył, że nie wybiera się do kina na film „Kler”. „Nie widziałem filmu, bo myślę, że nie ma takiej potrzeby” – stwierdził. „Ja znam własne grzechy, znam grzechy także księży. Ponadto, kiedy czytamy 10 Bożych przykazań, to wiemy, jakie mogą być ludzkie grzechy, i poza te ramy nie wyjdziemy. A jeśli chodzi o grzechy, to właściwym miejscem do rozprawiania się z nimi jest Sakrament Pokuty – i tam prosimy o miłosierdzie dla nas i dla całego świata – a niekoniecznie sala kinowa”.

https://telewizjarepublika.pl/mocny-glos-biskupa-ws-filmu-quotklerquot-przeczytaj,71053.html

Kler” choć nieoparty na konkretnych faktach, pokazał to przed czym hierarchowie kościelni tak bardzo się bronili. Pół roku później Tomasz Siekielski stworzył dokument, w którym wystąpiły również ofiary pedofilii. Nie oglądałem tego filmu. To jednak nie jest ważne. Oto jak zmienił się ton po tym dokumencie.

Prymas Wojciech Polak „Jestem głęboko poruszony tym, co zobaczyłem w filmie Pana Tomasza Sekielskiego. Ogromne cierpienie osób skrzywdzonych budzi ból i wstyd. W tym momencie przed oczami mam także dramat osób pokrzywdzonych, z którymi spotkałem się osobiście. Dziękuję wszystkim, którzy mają odwagę opowiedzieć o swoim cierpieniu” – mówi w specjalnym oświadczeniu.

„Przepraszam za każdą ranę zadaną przez ludzi Kościoła. Jako delegat Episkopatu ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży zrobię wszystko co w mojej mocy, aby pomóc osobom pokrzywdzonym” – dodaje.

„Ujawnione informacje pokazują jak bardzo potrzebne są przepisy najnowszego dokumentu papieża Franciszka („Motu Proprio” Vos estis lux mundi)Trzeba wyjaśnić wszystkie sprawy. Nikt w Kościele nie może uchylać się od odpowiedzialności. Musimy chronić dzieci i młodzież. Dla Kościoła nie ma innej drogi”.

Abp Gądecki (surowy krytykant Kleru) zaznaczył, że w przeważającej części tenor tego filmu zgadza się z jego doświadczeniami, jakie wyniósł z wielu rozmów przeprowadzonych z pokrzywdzonymi”. „Jestem przekonany, że także ten film przyczyni się do jeszcze dokładniejszego przestrzegania wytycznych dotyczących ochrony dzieci i młodzieży w Kościele, jak i do wprowadzenia w życie zasad prewencji w każdej diecezji przez wszystkich księży biskupów oraz do przestrzegania przedwczoraj ogłoszonego motu proprio papieża Franciszka” – oceni

W imieniu całej Konferencji Episkopatu pragnę jak najmocniej przeprosić wszystkie osoby pokrzywdzone. Zdaję sobie sprawę z tego, że nic nie jest w stanie wynagrodzić im krzywd, jakich doznali” – zaznaczył abp Gądecki.

Zdaniem przewodniczącego KEP „ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele”. „Niektóre sprawy ukazane w filmie były już znane, inne nieznane. Te znane trzeba raz jeszcze dokładnie przeanalizować, w przypadku nieznanych należy rozpocząć procesy tak, aby dobro pokrzywdzonych było chronione przede wszystkim i nade wszystko” – podkreślił przewodniczący Episkopatu Polski.

Czytaj więcej na https://fakty.interia.pl/raporty/raport-pedofilia-w-kosciele/aktualnosci/news-abp-stanislaw-gadecki-o-tylko-nie-mow-nikomu-pragne-podzieko,nId,2984889#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=other

W międzyczasie:

Do warszawskiego mieszkania 51-letniej Elżbiety Podleśnej policjanci weszli w poniedziałek o 6 rano. Było ich sześciu. Według policji działaczka społeczna miała rozklejać w Płocku plakaty z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej z aureolą z tęczowej flagi. Jak relacjonuje kobieta w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, funkcjonariusze gruntownie przeszukali mieszkanie i zabrali nośniki elektroniczne, telefon, komputery, pendrive’y, a nawet… dyskietki. Początkowo mówili, że po przeszukaniu i zabezpieczeniu sprzętu będzie mogła pójść do pracy. Tak się jednak nie stało.

– Jeden z policjantów powiedział mi, że odebrał telefon od prokuratura, a ten kazał zabrać mnie do komendy w Płocku. Policjanci nie robili tego z przyjemnością, mówili, że nie spodziewali się takiego rozwiązania – opowiada w „GW” Podleśna. W Płocku kobieta usłyszała, że zostanie zatrzymana przynajmniej na dobę. Zdradza też szokujące szczegóły swojego pobytu na komendzie.

– Musiałam zdjąć biustonosz i włożyć go do koperty. Kazano mi zdjąć rajstopy, ale odmówiłam – opowiada. Ostatecznie nie zdecydowano się na zatrzymanie kobiety. Postawiono jej zarzut z art. 196 kodeksu karnego, czyli obrazy uczuć religijnych. Grozi za to kara do 2 lat więzienia. Kobieta odmówiła składania wyjaśnień oraz nie przyznała się do winy.

Wcześniej od Podleśnej pobrano odciski palców, wymaz z jamy ustnej i próby zapachowe. Z komendy wyszła po godz. 16. – Poczułam się jak kryminalistka. Zrównano mnie z ludźmi, którzy dokonują rabunków i napadów – żali się kobieta. 

„Gazeta Wyborcza” ustaliła, że zawiadomienie w sprawie obrazy uczuć religijnych złożył proboszcz jednej z płockich parafii. Gazeta informuje również, że zeznania na policji w całej sprawie złożyła Kaja Godek, działaczka pro-life. W rozmowie z „GW” stwierdziła, że wszystko, co ma do powiedzenia w tej sprawie, przekazała już policji. (Źródło: „Gazeta Wyborcza”)

Nie mnie oceniać ból związany z obrazą uczuć religijnych przez Elzbietę Podleśną. Jedyny pytanie jakie mnie dręczy to jak się ma ten ból do traumy ludzi pokrzywdzonych, którym zwierzchnicy kościoła tak długo odmawiali posłuchania. Gdzie przez te wszystkie lata była Kaja Gondek i jej podobni?

Gdzie byli hierarchowie i przełożeni kościelnych pedofili? Poczuli się obrażeni czyjaś wizją, nie obrażała ich bezkarność i zło drążące instytucje kościoła.

Jestem za ochroną uczuć i wartości religijnych. Jestem przeciw podwójnym standardom. Między wiarą a ślepotą jest przepaść i fanatyzm.

Za zmowę milczenia dzisiaj instytucja kościoła płaci karę. Słuszną karę.

Kościół i wiara w Ekwadorze

Ekwador to kraj, w którym dominująca religią jest chrześcijaństwo rzymsko-katolickie. To jeden z wielu śladów jakie pozostawili po sobie konkwistadorzy hiszpański. W samej Cuence jest pięćdziesiąt dwa kościoły rozrzucone po całym mieście. Ich liczba związana jest z ilością tygodni w roku. Nowych się już nie buduje, wystarczają te stare, w których czuć ducha minionych czasów.

Najsłynniejszym z nich jest Katedra Niepokalanego Poczęcia położona w samym centrum miasta. Ponoć nigdy nie została skończona jako, że konstruktor miał sprzedać dusze diabłu aby przedsięwzięcie sie udało. Brakuje więc w murze jednej cegły, która stała przyczynkiem i powodem, dla którego ów człowiek uratowała swoją dusze.

Wewnątrz znajduje się posag Jana Pawła II, który odwiedził Cuencę w trakcie jednej ze swoich podróży po świecie. Co ciekawe zmieniono lekko jego karnację skory tak aby go przybliżyć ludziom, w których żyłach płynie indiańska krew i nie są wolni od bogów z tamtych czasów.

Religia i bóstwa postinkańskie też mają się dobrze w tym kraju. Wielu Ekwadorczyków nie ma problemów z mieszaniem kultury hiszpańskiej z tą, którą odziedziczyli po swoich przodkach. Często na domach, na szczycie dachu można zobaczyć ulokowany tam krzyż, świadczący o wierze mieszkańca domu. Nie zawsze wisi na nim jednak Jezus, raczej nikt nie wisi. W kształt krzyża natomiast jest wplecione coś co ma związek ze starą kulturą inkańską.

Przez długie lata kościół był dominująca siłą w kraju. Dopiero, uważany często za ojca Ekwadoru prezydent Jose Eloy Alfaro Delgado postanowił dokonać rozdziału. On i jego najbliżsi współpracownicy przypłacili za to śmiercią. Będąc dwukrotnie prezydentem Ekwadoru próbował dokonać zmian w relacji państwo – kościół. To za jego czasów wprowadzono w Ekwadorze wolność słowa i uznano małżeństwa cywilne za ważne. W trakcie swojej drugiej kadencji został jednak odsunięty od władzy i zmuszony do ucieczki z kraju przez fanatyków religijnych. Wrócił jednak by odzyskać władze. Został jednak aresztowany i osadzony w więzieniu. 28 stycznia roku pańskiego 1912-go, prokatoliccy żołnierze wtargnęli do więzienia, skąd uprowadzili jego i wszystkich jego współpracowników. Bestialsko wleczeni do centrum miasta na oczach ludzi zostali wszyscy zamordowani po czym ich ciała zostały spalone. Prochy jego zostały po cichu pochowane w Quito. W 1940 resztki jego ciała zostały złożone w mauzoleum w Guayaquil. W 2008 urzędujący prezydent Ekwadoru Rafael Carrea zdecydował się ekshumować resztki Eloya Alfaro i z honorami przenieść je do miasta Montecristi, gdzie się urodził i skąd pochodził. I tam również wybudowano poświęcone jemu mauzoleum, którego z lotu ptaka ma kształt kondora.

Byliśmy tam w trakcie naszego pobytu w Ekwadorze. W tym też dniu reprezentacja Ekwadoru rozgrywała mecz z kimś tam o coś tam. Nie mogliśmy znaleźć przewodnika po mauzoleum bo Ekwadorczycy ponad wiarę i historie przedkładają jednak kopaną.

Nienawiść i pogarda

W tegoroczne święta będziemy gośćmi. Nie znaczy to jednak, że nic nie przygotujemy na tą okazje w sensie jakiejś potrawy. Znaczy to jednak, że obejdzie mnie wiele obowiązków przedświątecznych. Na ten przykład choinka. Jej ubieranie nie należy do moich przyjemności. Zawsze te wredne światełka się zaplątują i odkręcenie tego draństwa, źle wpływa na mój stosunek do całego świata, który i tak działa mi nerwy. A potem jeszcze trzeba znaleźć tą jedną żarówkę, która się spaliła i przez nią dwadzieścia pięć innych się nie świeci. Koniec świata, jak mówił Pawlak.

W tym roku mnie to obejdzie. Dzięki czemu mogę żyć w świecie literatury wszelakiej. Wpadła mi w ręce ostatnio książka, wywiad Joanny Podsadeckiej z ks. Janem Kaczkowskim pt: „ Dasz Radę”.

Sporo słyszałem na jego temat. To jeden z tych księży, który swoim życiem zasłużył sobie na mój szacunek. Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam. Gdyby jednak kościół chociaż w przybliżeniu kierował się tym czy w swojej wierze kierował się ksiądz Kaczkowski to nasza ziemia byłaby napewno lepszym miejscem.

Jedno z pytań i odpowiedź na nie polecam wszystkim hierarchom kościoła ze szczególnym uwzględnieniem obłąkanego pseudo duchownego z Torunia.

Czy nie razi, Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla kościoła niż sytuacja, gdy staje uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamietajmy.

Ten wywiad dotyka wielu zagadnień i jak już wspomniałem nie ze wszystkim się zgadzam. Uzasadnienia takiego a nie innego poglądu księdza na omawiany temat nie mają jednak charakteru, że tylko on ma racje, bardziej wynikają z jego wiary i przemyśleń.

W książce ks. Jan Kaczkowski zacytował wiersz, który wydaje mi się wart zastanowienia, bez względu na przekonania.

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy

Przed mocą Twoją się ukorzę

Ale chroń mnie, Panie, od pogardy

Przed nienawiścią strzeż mnie Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro

Którego nie wyrażą słowa

Więc mnie od nienawiści obroń

I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz niech się ziści

Niech się wola Twoja stanie

Ale zbaw mnie od nienawiści

I ocal mnie od pogardy, Panie

Autorem wiersza jest Nataniel Tenenbaum. Niby takie oczywiście. A jednak.

U nas tak się tym przejęli, że aż stworzyli Instytut Pogardliwej Nienawiści.

O „Klerze” słów parę.

Dziś będzie o „Klerze”, ponoć kontrowersyjnym filmie, który stał się przebojem ostatniego miesiąca. Nie biłem się specjalnie z myślami czy go obejrzeć czy też nie. Uważam po prostu, że jeśli chce się mieć jakieś zdanie w jakimkolwiek temacie, należy najpierw się z nim zapoznać.

Moje pierwsze odczucie to to, że mylimy wiarę z instytucją kościoła, mylimy jego hierarchię z prostym księdzem pracującym w małej czy średniej parafii. Nie będę pisał o pedofilii bo chociaż uważam, że jest ona problemem w kościele, to też uważam, że jest to taki sam problem w społeczeństwie jako całości. Zainteresowanie tym tematem kościół sam sobie zgotował, zamiatając często to karygodne zachowanie księży pod dywan.

Instytucja kościoła mocno trzęsie się w posadach i to nie ten czy inny film jest tego powodem. Co bardziej schizofreniczni hierarchowie reagujący na ślepo na zmiany jakie próbuje wprowadzić papież Franciszek aby ocieplić wizerunek kościoła mają więcej wspólnego z jego upadkiem niż jakakolwiek produkcja filmowa. Dziwi mnie zatem ambonowa retoryka zakazująca oglądnięcia tego filmu bo jest ona tylko potwierdzeniem powiedzenia, że tylko winni się tłumaczą.

Nie mnie dawać rady, nie mnie podsuwać rozwiązania. Osobiście mogę jedynie podzielić się swoim poglądem. Świat ewaluuje, zmienia się każdego dnia. Postęp w wielu dziedzinach odbywa się niemal na naszych oczach. Ci co stoją w miejscu zasadniczo cofają się do czasów, do których powrotu już nie ma. Celibat może i był uzasadniony dawno temu, dzisiaj stał się anachronizmem trudnym do obrony. W kontekście pedofilii, wręcz ułatwia on ataki na kościół i duchowieństwo. Nie wydaje mi się aby był on zgodny z naszą naturą i potrzebą zaspokojenia doznań erotycznych. Może się mylę, bo jak zwykle łatwiej komuś dawać rady z boku, samemu nie mając w tym temacie doświadczenia. Nigdy nie żyłem w celibacie. A jednak matka natura każe mi sądzić, że nie jest to zdrowe.

Stając się stroną w politycznych rozgrywkach, kościół nad Wisłą podkopuje sam pod sobą swoje fundamenty. Wiara nie powinna opierać się na kolorach czy partyjnych preferencjach. Jeśli celibat ma pozostać jednym z dogmatów kościoła to takim powinna pozostać przede wszystkim ponadkulturowa jego nauka.

To nie film jest antyklerykalny. Jest nim coraz bardziej widoczny konflikt między hierarchami kościoła a zwykłymi proboszczami i wikarymi z małych i średnich parafii. Podobnie jak politycy, duszpasterze z kurii zapominają o tych, na których barkach spoczywa niesienie Boga do ludzi. Jeśli cokolwiek spowoduje upadek kościoła to właśnie ten ruch oddolny, bo tam jest życie i bezpośredni kontakt z parafianami. I nie pomoże żadne suspendowanie bo ludzie coraz bardziej identyfikują się ze swoim proboszczem czy wikarym a nie z biskupem, którego imienia pewnie nawet nie znają.

I to jest, w moim odczuciu, sedno tego filmu. I dlatego będę go polecał.

Historii nie da się zmienić.

Moja szanowna rodzicielka była wciąż dzieckiem kiedy na nasz kraj najechali sąsiedzi z zachodu. Miała właśnie rozpocząć szkolną przygodę jako pierwszoklasistka lecz musiało to poczekać. Mieszkając na wiosce nie miała aż takiej styczności okupantem jak ludzie z miast. Nie znaczy to oczywiście, że było jej rodzinie lżej czy lepiej. Pamięta okropności tych czasów chociaż jej najbliższa rodzina nie doświadczyła wywózek do obozów czy aresztowań i przesłuchań. Okres ten jednak był i dla nie traumą tak jak dla większości ludzi z krajów podbitych i okupowanych przez najeźdźców.

Paręnaście lat po wojnie wracała taksówką z dworca kolejowego do domu. Za kierownicą siedział młodzieniaszek, który zapewne urodził się w trakcie wojny lub zaraz po jej zakończeniu. Wiele z tamtych czasów pamietać nie mógł, jeśli cokolwiek. Tak był jednak wkur…ony PRL-em, że w swojej karkołomnej tezie oświadczył mojej mamie, że lepiej było już nawet za Niemca. Rodzicielka moja, będąc słabo odporną na bzdury i banialuki, nie zdzierżyła oczywiście. Dostało się zatem kierowcy konkretnie i zasłużenie.

W zakresie odporności na głupotę sporo pewnie odziedziczyłem po swojej matuli. Niestety nie ma wciąż żadnej szczepionki, która uodparnia na ludzką tępotę. Chociaż z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wyrozumiały i coraz mniej rzeczy go dziwi to jednak słuchanie, w moim przypadku, kogoś kto czasy słusznie minione zna tylko z opowieści ludzi pokroju Macierewicza, przyprawia mnie o wymioty. Nie, nie będę bronił PRL – u, sam z niego uciekłem. Wysiew tych IPN-owskich pseudonaukowców niespełna czterdziestoletnich znających ów system od podszewki, a raczej od strony pieluch, które pod koniec tego systemu wciąż jeszcze moczyli jest wręcz zatrważający. Co jeden to mądrzejszy i aż rwie się do krytyki postaw ludzi, którzy w tamtych czasach żyli. Skończyłem właśnie czytać historie PRL-u bez IPN-u. W jednym z rozdziałów przytoczono list Stefana Kardynała Wyszyńskiego do ówczesnego I Sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Kiedy w 1966 kościół chciał obchodzić tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce, inicjatywa ta spotkała się ze sprzeciwem przewodniej siły narodu. Chrześcijaństwo nie było bowiem po linii propagandowej partii. Kardynał wysłał więc list, w którym starał się objaśnić ówczesnej władzy, charakter obchodów i znaczenie tej rocznicy dla naszej historii. Pisze w nim jednak miedzy innymi, że historii bez względu na system i władzę, nie da się zmienić. Wydaje mi się to bardzo ważne spostrzeżenie. Tamte czasy nogą się wielu nie podobać i zapewne słusznie. Nie wszystko jednak było tylko czarne, tak jak niekoniecznie wszyscy wyklęci byli bez skazy. Czasu nie da się cofnąć, przynajmniej na razie. Szkoda jednak bo z chęcią bym przeflancował tych domorosłych myślicieli żeby zobaczyć ich wybory i niech ich potem krytykują następne pokolenia tych co nic nie przeżyli i mało widzieli.

Czterdzieści lat minęło.

Całe cztery dychy dzisiaj mija od dnia, w którym przestałem być stanu wolnego. Znaliśmy się z Luśką nieco ponad rok, przy czym randkowaliśmy mniej niż rok. Wtedy rownież i pod tym względem było inaczej. Nikt nie kalkulował co się bardziej opłaci. Nawet gdyby młodym chodziły po głowie jakieś inne rozwiązania, to zapewne szanowni rodzice by każdemu je szybko wybili z głowy. Takie to były czasy. Może trochę i szare w kolorach ale sentyment do nich zostanie bez względu na nową „historię” układaną pospiesznie pod dyktando paru nawiedzonych hipokrytów, którzy plując we własne gniazdo, oskarżają o to innych.

Nasze wesele do skromnych, na tamte czasy nie należało, daleko mu jednak było to tego co ma miejsce dzisiaj. Ponad sto osób zjechało na nasze zaślubiny niemal z całej Polski. Wujkowie, ciotki, kuzyni, kuzynki, bliżsi i dalsi znajomi, koledzy i koleżanki, do wyboru do koloru a i tak nie wszyscy byli w stanie z rożnych względów dojechać. Byliśmy po drugim roku studiów i to właśnie najmniej podobało się naszym rodzicom, którzy widzieli nas najpierw kończących studia a potem podejmujących tego rodzaju decyzje. Wyjścia jednak nie mieli, zaakceptowali zatem naszą decyzję.

Padliśmy zatem przed nimi na kolana owego pięknego sierpniowego dnia w oczekiwaniu na ich błogosławieństwo. Nie obyło się bez łez rodzicielek bo przecież oddają swoje dziecko w czyjeś ręce. Tak to chyba mają wszystkie mamy. Parę lat temu oddawaliśmy naszą córę i Luśce oczka się mocno „pociły”. Circle of life jak to wyśpiewywali na Lion King.

Po błogosławieństwie, do kościoła bo ślub cywilny to był tylko papier bez znaczenia, prawdziwy to był ten kościelny. Jeszcze przysięga małżeńska, obrączki na palce i powieźli nas windą do nieba. Co prawda koń do tańca nie zamiatał ogonem ale Mandelson zagrany na organach kościelnych przy wyjściu ze świątyni jeszcze do dzisiaj brzmi mi w uszach.

Po wyjściu życzenia, uściski, całusy od gości. Nikt nic fałszywie nie odśpiewał tylko wszyscy stanęliśmy do wspólnego zdjęcia. Kolejna winda to spacer do fotografa by uwiecznić ten jedyny i specjalny dzień w naszym życiu.

I znowu piechotą do PTTK-u, w którym wynajęliśmy salę. Na progu rodzice z chlebem i solą i dwoma kieliszkami, jeden z wódką drugi z wodą. Który mi się trafił, sam już nie pamietam. Jeszcze toasty, pierwszy taniec i wreszcie można było czmychnąć do domu i przebrać się w wygodniejsze „stroje”.

Zabawa trwała do wczesnych godzinnych rannych, jedzenia nie zabrakło, ba starczyło na poprawiny.

Noc poślubna rownież była jedyna w swoim rodzaju…nie dla nas, bo w naszym łożu małżeńskim dochodzili do siebie wymęczeni goście.

Czterdzieści lat minęło, jak to Andrzej Rosiewicz śpiewa w kultowym serialu a jakby wczoraj to było. Pamietam wszystko. Jakże mógłbym zapomnieć skoro sam tam byłem i wino piłem.

I niech stanie się światło

Czyżby kościół zwątpił w dobrą zmianę? Słowa księdza Lemańskiego na temat premier rządu nie mogą o tym świadczyć z uwagi na jego pozycje w hierarchii kościelnej. Co innego jednak Biskup Tadeusz Pieronek. To już nie pierwszy lepszy klecha, lecz uznany i respektowany przedstawiciel tej instytucji. Jemu rownież nie spodobały się ostatnie pociągnięcia rządzącej partii. Dostało się zatem wszystkim po kolei począwszy od wszechmogącego, wszystkowiedzącego szanownego prezesa. Nazwany przez biskupa naczelnikiem państwa został porównany pod względem zachowania do kogoś kto nadużywa narkotyków. To i tak bardzo łagodne określenie bo szanowny naczelnik już dawno stracił poczucie rzeczywistości a co gorsza razem z nim otaczający go klakierzy. Nie szczędził słów krytyki Biskup Pieronek pod adresem pierwszego obywatela, któremu bez ogródek zarzucił łajdactwo wynikające z bezprzykładnego łamania konstytucji. Krytykant prezydenta ma szczęście, że nie jest byle pierwszym Kowalskim z ulicy, bo za takie słowa nasz wymiar sprawiedliwości mógłby wszcząć dochodzenie przeciwko niemu. Kościół i jego zwierzchnicy w Polsce nadal znaczą wiele i mogą wiele. Z drugiej strony kubeł zimnej wody powinien dobrze zrobić mieszkańcowi Belwederu. Naraził się biskupowi rownież, wielka gwiazda młodego pokolenia, Patryk „Bylejaki” Jaki. Swoimi słowami na temat tortur i kary śmierci dla zboczeńców z Rimini. Jako członek rządu, nie przysporzył mu ani sobie chwały. Jest to jednak tylko potwierdzeniem, że myślenie i branie odpowiedzialności za swoje słowa nie jest najsilniejszą stroną tej władzy. Wielokrotnie pisałem już o Lechu Wałęsie, jego wadach i jego niepoprawnej wierze o swojej wielkości. Bez względu jednak na wszystko, czy się to podoba kaczystom czy nie, to pozostanie on symbolem zmian w Europie wschodniej. Kompletny brak szacunku dla przywódcy Solidarności i konsekwentne mieszanie go z błotem graniczy z obłędem i świadczy o braku kultury i respektu nie tylko dla niego ale i dla całego naszego kraju i jego historii. Cieszy mnie zatem opinia biskupa w tej sprawie, który uważa, że nagonka na Wałęsę nie znajduje żadnego usprawiedliwienia i ktoś na jego zgliszczach chce postawić swój pomnik. 

„To dramat Polski. Ludzie, którzy wybili się na wielkość, jak Lech Wałęsa, i byli na ustach całego świata, u nas jest niszczony, bo komuś przychodzi do głowy, że można stanąć na piedestale, niszcząc tego człowieka. To dramat całej „Solidarności”, bo kto inny zabrał nazwę i znaczek „Solidarności” i dyktuje kto może do niej należeć, kto może z nimi się modlić – powiedział Pieronek. – Nie potrafię tego zrozumieć, jak można wyzbyć się swoich bohaterów?”

Osobiście chciałbym wierzyć, że ta wypowiedź jest początkiem zmiany w sposobie myślenia w kościele. Zła nie można usprawiedliwiać kolejnymi dotacjami ze skarbu państwa. Słuchacze stacji ojca dyrektora powinni uważnie wysłuchać tego co powiedział Biskup Pieronek. Posłuchać i pomyśleć. Być może i wsród nich nastanie światło. 

http://wiadomosci.onet.pl/kraj/bp-tadeusz-pieronek-straznik-konstytucji-chce-ja-zmienic-zeby-usprawiedliwic-swoje/64r8snp