Stan klęski humanitarnej

Coraz więcej zaczyna się mówić w Ekwadorze o Wenezueli. Kryzys jaki opanował to państwo powoli rozlewa się na cały region. Od śmierci Chaveza, krajem rządzi jego zastępca Nicolas Maduro.

Człowiek ten w przeciwieństwie do swojego poprzednika nie umiał porwać narodu. Wręcz odwrotnie, w obecnej chwili poza wojskiem i paramilitarnymi bojówkami, nikt już nie stoi po jego stronie.

Sytuacja w Wenezueli przypomina jako żywo tą z Syrii. W obu przypadkach rządzą niechciani satrapowie i trzymają się władzy za wszelką cenę bez względu na koszty i ofiary ludzkie. Podobnie ma się rownież sprawa uciekinierów i wszelkiego rodzaju uchodźców, których tysiące ucieka z kraju każdego dnia. W konflikt oczywiście, jakże mogłoby być inaczej, wymieszały się zarówno Rosja jak i Stany Zjednoczone. W Wenezueli Rosjanie stanęli, dokładnie tak samo jak w Syrii, po stronie niechcianego prezydenta, natomiast Stany popierają opozycjonistów. I zabawa toczy się w najlepsze, ku uciesze przemysłu zbrojeniowego obu państw. Wojna czy jakikolwiek konflikt zbrojny to świetny interes. Rządzący watażkowie nie szczędzą kasy aby utrzymać się przy władzy. Dlatego, podejrzewam, potęgi gospodarcze nie są zainteresowane tłumieniem konfliktów a wręcz odwrotnie, im ich więcej tym ich finanse wyglądają korzystniej.

Wenezuelę opuściło już setki tysięcy ludzi, uciekając dokąd się da i gdzie się da. Ameryka Południowa to nie bogata Europa, tutaj każdy kraj boryka się z jakimiś problemami wewnętrznymi natury finansowej. Dwa największe państwa kontynentu Brazylia i Argentyna nie potrafią ustabilizować gospodarki oscylując na granicy bankructwa. Wynika to w dużej mierze z korupcji, która na tym kontynencie jest jak chleb powszedni. Z kimkolwiek bym nie rozmawiał z tubylców na temat największego problemu Ekwadoru to pierwsze słowa skierowane są właśnie w kierunku nieuczciwych polityków, którzy okradają swoje własne państwo traktując je jak prywatny folwark.

Odszedłem jednak od tematu. Fala wenezuelańskich uchodźców dotarła rownież do Cuenki. Odkąd mieszkam tutaj nigdy nie widziałem tylu ludzi proszących o pare groszy na życie. Ani Ekwador, ani Cuenca nie są w stanie zapewnić godziwych warunków życia takiej masie ludzi. Kręcą się oni przede wszyskich w miejscach najbardziej popularnych z turystycznego punktu widzenia. Wpływa to niewątpliwie na bezpieczeństwo, nie tylko odwiedzających miasto ale rownież i jego mieszkańców. Ostatnio, przyciśnięte do muru, władze miasta ogłosiły stan klęski humanitarnej w mieście. Brakuje pieniędzy, brakuje możliwości zapewnienia miejsca pobytu, brakuje możliwości znalezienia dla tej masy ludzkiej jakiegokolwiek zajęcia.

Co gorsza, zostawieni samym sobie uciekinierzy, stają się coraz bardziej agresywni w żądaniu pomocy. Coraz więcej można zobaczyć miejskich służb porządkowych, szczególnie w najpopularniejszych częściach miasta. To też wymaga dodatkowych funduszy, stąd apel miejskiego ratusza do władz państwa z prośbą o pomoc finansową.

Tymczasem końca problemu w Wenezueli nie widać. Ruskie i amerykańskie bawią się w najlepsze. Nie wiem dokładnie co mieli na myśli sygnatariuszem ONZ gdy kreowali tą instytucje. Wiem jednak, że jej znaczenie, tam gdzie w grę wchodzą interesy mocarstw jest praktycznie takie same jak ….. naszego prezydenta w procesie podejmowania decyzji w naszym kraju.

No nic na to nie poradzę, że indolencja kojarzy mi się z Nim właśnie.

Nieekwadorskie problemy…

Życie w kraju, który z emocjonalnego punktu widzenia jest mi obojętny uważam za niewątpliwy plus decyzji o przeprowadzce do Ekwadoru. Nie czuję się w jakiś szczególny sposób związany z tym krajem, poza oczywiście faktem bycia jego mieszkańcem. Stąd zapewne, w przeciwieństwie do Ekwadorczyków, polityka i politycy mało mnie interesują. Domyślam się z rozmów z moimi znajomymi, że i tutaj, jak na całym świecie, te tematy wywołują sporo kontrowersji i dzielą ludzi. Nie widzę tego aż w takim stopniu jak w naszym kraju, co oczywiście nie oznacza, że jest tutaj lepiej tym zakresie. Nie ulega jednak watpliwości, że jak wszędzie tak i tutaj politycy mają gęby pełne frazesów i wyjątkowo krótką pamięć, która ich zawodzi zaraz po wyborach. Ten „zawód” jednak tak ma. To tylko tak na marginesie. Sytuacja tutaj i nie tylko w tym kraju bo w większości państw Ameryki Południowej pod jednym względem zda się być podobna do problemu Europy. Uchodźcy, bo o nich mowa, to coraz częściej temat wielu rozmów pomiędzy politykami. Wenezuela rozpada się na naszych oczach. Już tysiące jej mieszkańców każdego dnia przekracza jej granice szukając dla siebie miejsca do życia. Kraje Ameryki Południowej to nie bogata Europa Zachodnia. Maja one swoje problemy ekonomiczne, z których rozwiązaniem walczą każdego dnia. W przeciwieństw do uchodźców w Europie, Wenezuelczycy nie trafiają do żadnych obozów przejściowych. Gdyby rynki pracy innych krajów były w stanie wchłonąć uciekinierów to i problemu z nimi by nie było. Tak jednak nie jest. Masy napływających Wenezuelczyków, zalewa wszystkie kraje kontynentu.

Po śmierci Hugo Chaveza, władzę po nim objął jego partyjny zastępca Nicolas Maduro. Od początku jego rządów kraj zaczął się staczać jak po równi pochyłej. Mając w rękach całą władzę, nie liczy się z nikim ani niczym. Po przegraniu wyborów parlamentarnych, pował swoją izbę a legalnie wybranych reprezentantów nie uznaje. Protesty i ofiary w ludziach to już niemal codzienność. Z przestępców stworzył rządowe oddziały paramilitarne, które ślepo wykonują jego polecenia. Przepłacone wojsko też stoi po jego stronie. Rządzi zatem według własnego upodobania wmawiając co bardziej naiwnym o istnieniu imperialistycznych sił wywrotowych, które rownież obwinia za narastający kryzys. Uciekają zatem obywatele Wenezueli gdzie się da i gdzie jest to tylko możliwe. Ponad sto tysięcy przybywa ich już w Ekwadorze. Zaczyna to powodować coraz więcej problemów bo z braku środków do życia wielu z nich stacza się w ciemną strony mocy zasilając środowiska przestępcze. Cuenca rownież jest na to narażona bo to w końcu trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru. Póki co zdarzają się drobne kradzieże i mam nadzieję, źe na tym się skończy.

Wenezuela w swoim czasie była bardzo popularnym turystycznym. Wielu Amerykanów, z którymi rozmawiałem, zachwalał tamtejsze plaże, ludzi, ceny i bezpieczeństwo. Wystarczyło oddać władzę jednej nieodpowiedzialnej osobie by zniszczyła wszystko. Kolejny przykład jak bardzo władza zmienia ludzi.

I co teraz będzie ?

Czytanie prasy z poślizgiem kilkutygodniowym lub paromiesięcznym często powoduje, że artykuł napisany wcześnie albo się okrutnie minął z tym co nastąpiło po jego napisaniu, albo przewidywania w nim zamieszczone sprawdziły się, czego konsekwencje mogą być dość nieobliczalne. Oto co wyczytałem w Angorze z września ubiegłego roku:
Świat jest dziś bliżej katastrofy i krwawej wojny, niż był na przestrzeni minionych sześćdziesięciu lat – ostrzegają eksperci militarni i analitycy z rożnych krajów i ośrodków. – jak to bywało już w przeszłości – mówi Peter Singer, amerykański analityk specjalizujący się w zagadnieniach wojny XXI wieku – jest absolutnie możliwe, ze III wojna światowa rozpocznie się od byle incydentu lub przez przypadek. Najsilniej iskrzy na linii USA (NATO) – Rosja. Od aneksji Krymu pakt północnoatlantycki funkcjonuje na pułapie czujności i koncentracji nienotowanym od połowy lat osiemdziesiątych. Bombowce rosyjskie zbliżają się lub naruszają obszary powietrzne państw NATO, które w odpowiedzi na to podrywają myśliwce. W kwietniu dwa rosyjskie myśliwce zaszarżował w symulowanym ataku na amerykański niszczyciel rakietowy na Bałtyku. Siódmego września nad morzem Czarnym SU – 27 mknął na spotkanie zbliżającego się do granic powietrznych Rosji samolotu rozpoznawczego US Navy Posejdon P-8; minął go w odległości trzech metrów. Rosja inwestuje w rozbudowę i modernizację potencjału militarnego. Zachodni eksperci obawiają się, że wobec supertajnych, najnowszych okrętów podwodnych Rosji Zachód jest bezsilny. Putin zapowiedział, że w przypadku konfliktu może użyć taktycznej broni nuklearnej. Lecz Rosja – USA to tylko jeden z wirtualnych teatrów III wojny światowej. Chiny intensywnie rozbudowują siły zbrojne, pod koniec lat dwudziestych naszego wieku będą równie silne jak Ameryka, a w dziedzinie elektroniki militarnej zrównają się z nią za pięć lat. Chiny nie ukrywają intencji: ich lider Xe Jinping oświadczył, celem jego kraju jest zastąpienie USA w roli pierwszej potęgi militarnej świata. ” Wojna USA – Chiny jest nieunikniona” – pisze organ partii komunistycznej i siedemdziesiąt cztery procent chińczyków wierzy, ze taka wojna jest do wygrania. Może wybuchnąć przypadkiem: nie ma tygodnia by nie doszło do incydentów w rejonie Morza Południowochińskiego, gdzie Chińczycy budują sztuczne wyspy, bunkry i pasy startowe, a Amerykanie nie zamierzają uznawać faktów dokonanych. – Na przestrzeni dziejów wschodzące potęgi militarne testowały status quo – mówi profesor Harvardu Graham Allison. – od roku 1500 miało to miejsce piętnaście razy; w jedenastu przypadkach doprowadziło do wybuchu wojen. Gdziekolwiek spojrzeć, tli się zarzewie potencjalnej wojny. Koreański dyktator Kim Dzong Un przeprowadza próby rakiet balistycznych. Raport specjalistów z Harvard Kennedy School ostrzega: ” ryzyko zawładnięcia pakistańską bronią jądrową przez islamskich radykałów jest wysokie”. Nieustannie dochodzi do konfrontacji w Zatoce Perskiej: 10 września służby Iranu ostrzegły dwa amerykańskie samoloty rozpoznawcze, P-8 i EP-3 Eris, które leciały milę od wód terytorialnych tego kraju, że jeśli nie zmienią kursu, zostaną zestrzelone. Amerykanie zignorowali ostrzeżenie. – zasadniczo nikt z nas nie wie, co się może zdarzyć, lecz znajdujemy się w bardziej niebezpiecznej, chaotycznej i nieprzewidywalnej rzeczywistości niż kiedykolwiek wcześniej w okresie mego półwiecza służby – konstatuje brytyjski admirał Lord West. Jego zdaniem Brexit pogłębił zagrożenie Europy. – kawałek Europy się odłączył, a kiedy w Europie panuje chaos, dwukrotnie w przeszłości doprowadzało to do ogromnej liczby ofiar. Jest jeszcze jedno wielkie niebezpieczeństwo, które amerykańscy wyborcy mogą zafundować światu. Na imię mu Trump, jego wygrana i jego prezydentura. To osobnik niezrównoważony psychicznie. Zapalczywy, szybko tracący panowanie nad sobą, który na krytykę i atak odpowiada w dwójnasób agresywnie. – Cechy jego osobowości w sposób niemal nieuchronny prowadzą nas ku III wojnie światowej – twierdzi Stephen Dinan, szef ugrupowania analitycznego Shift Network. George Friedman, założyciel firmy Stratfor, zajmującej się geopolitycznymi prognozami, ostrzega: – przygotowujmy się do wojny. Nigdy dotąd nie było stulecia bez wojny światowej. Ktoś twierdzi, że wiek XXI będzie pierwszym? Chętnie się założę. 
 
Niestety scenariusz z wyborami w Stanach sprawdził się choć jeszcze we wrześniu ubiegłego roku wydawał się mało prawdopodobny. Po niemal pół roku od objęcia urzędu charakterystyka Donalda Trumpa zawarta w artykule potwierdza się, zwłaszcza w kwestii panowania nad sobą i swoimi emocjami. Nie wyglada na to aby to się zmieniło. Nie wyglada rownież na to aby mógł zostać odwołany przed upływem swojej kadencji. Czy zatem mamy ostatnie lata spokoju? Pozostaje mi tylko wierzyć, że jednak w głównej tezie, czyli zbliżającej się wojnie, autor tekstu jednak się mylił. 
 
Dzisiejszy świat to beczka prochu. Kto zapali lont?
Angora nr. 39 ( 1371 ) 25 września 2016.    

Nowa przepowiednia

 

Dotarliśmy po dziewiętnastu godzinach podróży do punktu, w którym się rozdzielimy. Stąd ja wracam na południe a Luśka na wschód. Z jakichś bliżej mi nieznanych przyczyn w okolicach naszego podróżowania, jakby wszyscy jasnowidze sprzysięgli się przeciwko nam, pojawia się bowiem niemal zawsze jakaś przepowiednia, która może zdecydowanie zakłócić nasze plany. Jesteśmy otoczeni ludźmi, którzy wierzą w że, czy wcześniejszy czy późniejszy, koniec świata nastąpi. Nie ma być to jednak jakaś katastrofa likwidująca totalnie ludzkość ale coś w rodzaju wypadku, który doprowadzi to radykalnych zmian na ziemi. Spowoduje on napewno ograniczenie populacji naszego gatunku na planecie, nie wyginiemy jednak w całości. W ubiegłym roku pewien wróżbita przepowiadał oddzielenie się Ameryki Południowej w okolicach Kanału Panamskiego co miało doprowadzić do samodzielnego dryfowania całego kontynentu po Pacyfiku. Miało do tego dojść na kilka dni przed naszym powrotem do Ekwadoru. Słyszymy cały czas o niebezpiecznej aktywności słońca, przemieszczaniu się biegunów itp, itd. Pogoda w trakcie naszego pobytu nie miała nic wspólnego z tym co dzieje się o tej porze roku w tym miejscu. Najpierw susza, następnie  niekończące się opady deszczu, które spowodowały niezliczone ilości osuwisk błotnych. Co nas jeszcze czeka tym roku? No właśnie, jakiś mesjasz z Teksasu, który przewidział zwycięstwo Trumpa zapowiada konflikt nuklearny, który ma się zacząć w ciagu dwóch tygodni i potrwać do połowy października. Wsród państw zaangażowanych mają być Stany, Rosja, Chiny i nieobliczalna Korea Północna. Jakby tego było mało zaraz po przyjeździe do Stanów, prezydent tego kraju wydał oświadczenie, że wkrótce może  dojść do poważnego konfliktu właśnie  z Koreą Północną, przy czym słowo poważnego podkreślił używając go dwukrotnie. Z reguły do tego typu sensacji nie przywiązuję szczególnej wagi. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że coraz większa liczba liderów tego świata to ludzie nie do końca normalni z ciężkimi schorzeniami w zakresie megalomanii to obraz naszej przyszłości nie wyglada najlepiej. Nie możemy się więc kierować tymi wszystkimi przewidywaniami i chyba nikt już tego nie bierze na poważnie. Niewątpliwe mamy do czynienia z czasami, które delikatnie należy określić jako niepewne i pewnie wreszcie jakiś Kim czy inny upośledzony na punkcie swojej wielkości naciśnie guzik, który będzie nas drogo kosztował. Mam jednak nadzieję, że jeszcze przez chwile to nie nastąpi.