O tym jak wygrałem szlemika.

Czy grywacie w karty? Odkąd pamietam moich rodziców wypady do znajomych wiązały się z grą w karty. Pogrywali głównie w brydża, czasami w remika. Gdy mnie brali ze sobą, biegałem dookoła stołu starając się zrozumieć zasady gry.

W rodzinie z kolei popularny był tysiąc, sześćdziesiąt sześć i proste szybkie oko, które wiązało się z pieniędzmi. Z kolegami na podwórku pogrywaliśmy w durnia, makao, króla, że nie wspomnę o Piotrusiu.

Wraz z wiekiem gry stawały się coraz bardziej skomplikowane, kierki, kanasta, ferbel, poker i sam już nie pamietam co.

Nie będzie ukrywał, że lubię karty. Takie spotkania nie wymagają specjalnego przygotowania, stosu żarcia, alkoholu i innych rzeczy związanych z wizytą kogoś albo u kogoś. To były takie proste i nieskomplikowane spotkania i zawsze sprawiały mi wiele przyjemności.

Potem przyszła demokratyczna zmiana systemu, praca od rana do wieczora i tradycja z powodu braku czasu zanikła w narodzie. Teraz znowu mam jego więcej. Nie tylko ja ale i grupa moich znajomych. Karty powróciły do łask. Aczkolwiek nie do końca bo już nie mieszkam tak blisko aby spotykać się od czasu do czasu na karciane wieczory.

Zjechałem jednak na chwilę. W domu króluje tysiąc i remik. Mam jednak bliską grupę brydżowych znajomych. Spotkałem się właśnie z nimi w ten weekend na dwudniowe zawody brydżowe. Oni to zapaleni gracze znający zasady licytacji, pytania o punkty czy siłę koloru. Ja przy nich to drobny patałach, który lubi karty. To jednak bardzo mili ludzie mimo, że doprowadzam ich do wyrywania włosów z głowy, grają ze mną.

Te wieczory to oczywiście przede wszystkim brydż ale też i pogawędka o problemach świata, które każdy widzi na swój sposób.

Mieszkamy w innych częściach stanu. Niby znamy swoje adresy ale tym razem, jadąc na miejsce spotkania znajomy wybrał zły zjazd. Przy okazji zatem pozwiedzaliśmy trochę okolice, błądząc niemiłosiernie w poszukiwaniu wyjścia z drogowej matni. Mniej więcej zajęło nam to dwie godziny zanim odnaleźliśmy prawidłowy kierunek na drodze, która, zmieniała swoje położenie na mapie niemal za każdym zakrętem.

Dotarliśmy na miejsce z dwugodzinnym opóźnieniem mocno sfrustrowani. Od czego jednak nalewka własnej roboty. Po chwili już byliśmy w dobrym humorze.

Jeszcze coś na kieł i już karty grzały się w naszych rękach. Parę dobrodusznych uśmiechów pod moim adresem, które nie robiły na mnie żadnego wrażenia i oto dostałem kartę życia. Punktów dużo albo jeszcze więcej. Wiedziałem, źe to ten moment aby udowodnić, że i ja mam brydża we krwi. Trzeba było to jeszcze wylicytować. Tu niestety wprawiłem moją partnerkę w osłupienie swoimi niestandardowymi odzywkami. Na szczęście znając mnie, nie zamknęła licytacji. Tak więc niespodziewanie zgłosiłem chęć grania szlemika w kolorze. Dla niezorientowanych polega on na wzięcie dwunastu z trzynastu lewych czyli sztychów. Liczyłem na pomoc mojej partnerki. Niestety, za potrzebą musiała opuścić miejsce zawodów. No cóż przyszło to cholerstwo rozgrywać o własnych siłach. Ręce się mi trzęsły bo kontrakt był do wygrania, tylko trzeba umieć kombinować miedzy stołem a ręką. Nie wiem jak to się stało, bo popadłem w jakiś karciany amok, dość powiedzieć, że oddałem tego jednego sztycha czyli wygrałem to konkretne rozdanie. Reszta wieczoru była już bez znaczenia. Dawno już mi tak klata nie urosła. Prawdę mówiąc duma wciąż mnie rozpiera. Szlemik wylicytowany i ugramy o własnych siłach. Nich mi ktoś powie, źe nie umiem grać w brydża.

Reklamy

Wszystkie problemy świata

Pagoda w tym roku nie dopisała mi w trakcie pobytu w kraju. Chłodny wrzesień, podobny październik, może poza paroma dniami. Do listopada nawet nie mam pretensji bo to już  tradycyjnie miesiąc cześciej chłodny niż przyjemny. Dziesięciodniowy pobyt w Stanach też pogodowo był niezbyt sympatyczny. Spotkaliśmy jednak znajomych, z którymi widujemy się zasadniczo raz na rok. Jestem trochę karciarzem, trochę hazardzistą w związku z czym lubię spotykać się w naszym brydżowym towarzystwie. Nie mam złudzeń, że jestem jego najsłabszym ogniwem ale wciąż mnie tolerują i pozwalają grać. Takie spotkanie, ponieważ trwa dość długo, odbywa się z obiadem, zakąskami i dla niektórych śniadaniem na następny dzień. Gospodyni, jak każda z naszych partnerek w takich sytuacjach, podeszła do zadania bardzo ambitnie przygotowując niemal restauracyjne menu. Mieszkanie z dala od Stanów I Polski powoduje, że szczególnie w polityce amerykańskiej jesteśmy słabo zorientowani. Największej ilości informacji dostarczają nam polskie strony internetowe, zatem polską scenę polityczna znamy lepiej niż to co się dzieje za wielkim stawem. Nasi brydżowi znajomi to jednak Amerykanie a raczej amerykańska Polonia, żyjąca wydarzeniami tego kraju. Ponieważ aktualny prezydent wzbudza wiele emocji, nie mogło obejść się bez wymiany zdań na jego temat i tego co się dzieje w Stanach. I tym razem wyszło na to, że każdy ma inne zdanie o co zacieklejsi byli gotowi go bronić własną piersią. Mnie nawet podobała się ta dyskusja bo nie mając wiele do powiedzenie w temacie, mogłem w stosunkowo krótkim czasie dowiedzieć się co się dzieje w polityce u naszego Wielkiego Brata. W kontekście nabierającej temperatury dyskusji dobrze, że był stół pełen frykasów, które niewątpliwie tonowały  emocje. Problemów Ameryki niestety nie udało się nikomu rozwiązać bo w dzisiejszym świecie polityków nikt już nie gra czysto, nikt juz nawet nie mówi szczerze ograniczając się do frazesów pod publikę. Wygrywa ten, który znajdzie największą ilość słuchaczy. Ci zaś już dawno są w rozbracie ze zdrowym rozsądkiem bo, wierzą że oto wypatrzyli kogoś kto naprawi ich życie. Sfrustrowani ludzie żyjący snem o potędze nijak nie chcą zakceptować realiów codzienności, cześciej szarej niż kolorowej. Bezwiednie stajemy się wszyscy pokarmem dla jeszcze bardziej sfrustrowanych politykierów, którym szarość życia spotęgowana brakiem osobistych celów, pomieszała się z wiarą, że oto on sam jeden wie najlepiej jak zaradzić bolączkam wszystkich. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że niemal wszystkim tym pożałowania godnym życiowym bankrutom subiektywizm pomylił się z obiektywizmem to okaże się, że polityka jest najbardziej zakłamaną sferą naszego życia. Konkluzja to nie wywołuje szczególnego entuzjazmu we mnie, za to słońce, które ogrzewa mnie na moim patio z dala od wszystkich nierozwiązanych problemów świata, już tak. Dobrze być we własnym domu.

Powrót do korzeni

To spotkanie planowaliśmy na grubo przed naszym przyjazdem do Stanów. Nie widzieliśmy się od ponad roku z rożnych przyczyn. Tym razem jednak udało nam się  tak zaplanować naszą wizytę abyśmy wreszcie mogli rozegrać kolejną partie brydża. Organizacja spadła na Irenę i Wojtka, których miejsce zamieszkania zdawało się być najbardziej dogodne dla nas wszystkich. Chyba trochę w tym momencie przesadziłem bo to ze względu na moje i Luśki plany podróżnicze wszyscy trochę nagięli się do nas. Nasze spotkania w czasach gdy mieszkaliśmy jeszcze w stanach odbywały się każdorazowo u kogoś innego, czasem raz na kwartał, czasem rzadziej. Nasz zlimitowany pobyt w kraju Trumpa do pewnego stopnia wymusza terminy  i miejsca naszych brydżowych szaleństw i musieliśmy porzucić kwartalne ich odbywanie. Z tym więc większą niecierpliwością oczekiwaliśmy na kolejny rozdział naszej księgi wspólnych spotkań. To był chyba pierwszy taki wieczór naszego grona, że niemal wszyscy z nas nazajutrz nie spieszyli się do pracy. No może nie następnego dnia bo to byłaby niedziela ale w rownież w poniedziałek. Aczkolwiek związany z tym pośpiech stał się dla nas obcy to wcale nie znaczy, że mamy więcej czasu. Okazało się, że jest wręcz odwrotnie. Dom, dzieci, wnuki i tylko bozia wie co jeszcze pochłania wszystkim tyle czasu, że praktycznie zostaje go bardzo niewiele na lenistwo. Nie bez dumy muszę przyznać, że ja się z tego wyłamuje. Pociąga mnie życie w myśl maksymy, którą zakodował we mnie Wojtek, gospodarz imprezy, której poświęcam tutaj te pare słów. Mówił on do mnie, że praca hańbi i wynaturza, lenistwo natomiast uszlachetnia. Mam olbrzymi szacunek do pracy tyle, że nicnierobienie ma coś takiego w sobie co przemawia do mnie wielkimi literami. I wcale nie chodzi o to aby nie dać się ruszyć z miejsca, chodzi mi bardziej aby zachować zdrowe proporcje na korzyść wiadomo czego. Czyż może być coś bardziej przyjemnego od wspólnej biesiady ze znajomymi, z którymi łączy nas tyle wspomnień przy suto zastawionym stole? Jasne, że może gra w karty przy kieliszku naszego specjalisty od nalewek z Kentucky Derby w tle. To wszystko mieliśmy podczas owego zgromadzenia grupowo-brydżowego. Dzięki Irenie i Wojtkowi wróciliśmy do korzeni naszych zebrań i mamy nadzieje kontynuować je w przyszłości może nawet następnym razem w Ekwadorze. To spotkanie, chociaż nikt o tym nie mówił, miało jednak szczególny charakter. Ostoja spokoju przy brydżowym stole Zbyszek, który z racji swoich zobowiązań w „niebiesiech” nie mógł być z nami obecny ciałem, był za to obecny duchem. I tak już pewnie zawsze będzie, tak długo jak długo będziemy „brydżować”.