Lekcja hiszpańskiego

Pisząc ostani tekst o kartach kredytowych i debetowych, oryginalnie chciałem się podzielić moim pobytem w tutejszym banku. Okazało się jednak, że gdy już miałem zacząć o tym pisać tekst był już przydługi no i niespodziewanie odbiegłem od tematu, który zamierzałem poruszyć. Samemu mając kłopoty z koncentracją na zbyt przydługich tekstach, postanowiłem podzielić moje przemyślenia na dwa teksty. Poza tym łączy je jedynie temat karty bankowej sedno sprawy jest inne.

Otóż na punkcie tych wynalazków bankowych jestem przewrażliwiony. Staram się zmieniać hasła tak aby każda karta miała inne. Kiedyś pamiętałem to bez większych problemów. Kiedyś jednak nie wszystko było tak ohasłowane. Dzisiaj jest tego dość sporo bo i telefon, komputer, karta, konta rożnego rodzaju. Namnożyło się tego badziewia, że trudno spamiętać. Mam też fobie na punkcie spisywania tego na kartkach czy w notatniku z obawy przed zagubieniem czy kradzieżą. Staram się zatem gimnastykować mózgownice.

Zapomniałem jednak hasła do mojej tutejszej karty debetowej. Ona to podstawa. Nią wszystko płacę. Trzeba mi było iść do banku i zresetować hasło. Wiśta wio, hiszpański ciagle robi mi zagadki a jeszcze gdy się odrobine zdenerwuje to już kompletnie po zawodach. Tutaj z angielskim dość cieżko. Często jednak jest tak, że nawet jeśli znają go, to i tak nie będą z człowiekiem w innym niż hiszpański języku rozmawiać. Często biorę zatem tłumacza. Postanowiłem jednak, że ku..a muszę się wreszcie tego hablania nauczyć. Załatwiam zatem co mogę sam.

Wpadam do banku. Oczywiście do mojego okienka kolejka. Piętnaście minut, całkiem nieźle, i jestem obsługiwany. Tłumaczę, że moja karta nie działa bo ja zapomniałem hasła. Widzę, że mnie rozumie. Czyli sukces. Coś zaczęła stukać na komputerze i po chwili daje mi coś do podpisania. Patrzę na ten papier, paranoja, ale podpisuję. Pani mnie pyta czy znam mój numer telefonu, tak wtedy myślałem. Znam. Hasło tymczasowe to mój numer telefonu. Mam teraz iść do maszyny bankowej, włożyć kartę wbić tymczasowe hasło i zmienić je na swoje nowe. Eureka. Wale do maszyny. Rach, ciach karta w środku. Teraz wbijam numer telefonu. Ku..a on ma dziesięć cyfr a tu mi każe tylko cztery. Może wszystkiego nie zrozumiałem poprawnie. Jedna transakcja z głowy. Znowu karta w środku. Wbijam teraz cztery ostatnie numery mojego telefonu. Niby dobrze. Następny ekran. Zmieniam hasło. Następny ekran, a na nim tymczasowe hasło było niepoprawne, transakcja unieważniona. Może cztery pierwsze cyfry z mojego telefonu. Karta w środku. Wbijam cyfry. Wszystko się powtarza. Ostani ekran. Hasło tymczasowe niepoprawne. Trzecia próba i karta zablokowana. Walę znowu do okienka a tu kolejka oczywiście. Mało kogo obchodzi, że odstałem swoje. Stoję raz jeszcze. Inna pani. Tłumacze, że kartę szlag trafił i potrzeba ją odblokować. Znowu gmera coś, znowu coś podpisuje. Ta kobitka jednak widzi, że ze mnie jakiś niekumaty i daje mi koleżankę aby ta pomogła z maszyną. Walimy do maszyny. Koleżanka mnie pyta czy znam hasło tymczasowe. Niby skąd? Trzeba nam dzwonić do centrali. Bierze mnie do telefonu. Wykręca numer, coś tam habla i oddaje mi słuchawkę. Tam znowu ktoś tylko habla. Patrzę a moja przewodniczka wzięła nogi za pas i zniknęła. No to sobie teraz pohablamy. Z drugiej strony słuchawki ktoś coś nawija. Odpowiadam na tyle na ile potrafię. Co ciekawe, nawet się dogadujemy. Super. Wreszcie przez ten telefon dowiaduje się, że tymczasowe hasło miało zostać wysłane do mnie automatycznie na mój numer telefonu. Nie było ono żadnymi cyframi związanymi z telefonem. No dobra. Teraz kapuje. Patrzę na mój aparat. Na nim żadnej wiadomości. Mowie, nic nie otrzymałem. A jaki jest mój numer telefonu. Podaje. No i wreszcie dochodzimy do sedna. W moich danych bankowych figuruje stary numer telefonu. O ku…a. Dlaczego nikt nie sprawdził tego przy pierwszym podejściu. No dobra, za późno. Proszę o zmianę numeru na aktualny. Pani z drugiej strony słuchawki tego zrobić nie może. Muszę walić znowu do kolejki. Po raz trzeci.

Zmieniam wreszcie numer. Ale teraz muszę znowu skontaktować się z centralą aby ta potwierdziła, że został uaktualniony i wysłała mi kolejne hasło tymczasowe. Znowu pomaga mi pani od obsługi klienta. Po drugiej stronie dają mi kogoś z angielskim. Mój hiszpański był lepszy niż jej angielski. Była jednak bardzo miła. Każde zdanie rozpoczynała od mister czyli pan po naszemu, co po angielsku brzmi okrutnie zabawnie. Tak czy inaczej, wielki sukces. Telefon uaktualniony. Po chwili słyszę dźwięk przechodzącej wiadomości. Mam mamia. Walę znowu do maszyny z moja przewodniczką. Dwie godziny. To jednak nie ważne. Mi się generalnie nigdzie nie spieszy. Ale lekcja hiszpańskiego była bezcenna jak…karta mastercad.

Reklamy

Uwaga na język.

Nie wiem kiedy ostatni mieliście szanse poćwiczyć swój język. Wynalazłem na stronie polszczyzna.pl takie oto ciekawostki. Trochę dla odmiany.

CHRZĄSZCZ

Trzynastego w Szczebrzeszynie

chrząszcz się zaczął tarzać w trzcinie.

Wszczęli wrzask szczebrzeszynianie:

– Cóż ma znaczyć to tarzanie?!

Wezwać trzeba by lekarza,

zamiast brzmieć, ten chrząszcz się tarza!

Wszak Szczebrzeszyn z tego słynie,

że w nim zawsze chrząszcz BRZMI w trzcinie!

A chrząszcz odrzekł niezmieszany:

– Przyszedł wreszcie czas na zmiany!

Drzewiej chrząszcze w trzcinie brzmiały,

teraz będą się tarzały.

TRZNADLE

W krzakach rzekł do trznadla trznadel:

– Możesz mi pożyczyć szpadel?

Muszę nim przetrzebić chaszcze,

bo w nich straszą straszne paszcze.

Odrzekł na to drugi trznadel:

– Niepotrzebny, trznadlu, szpadel!

Gdy wytrzeszczysz oczy w chaszczach,

z krzykiem pierzchnie każda paszcza!

SZCZENIAK

W gąszczu szczawiu we Wrzeszczu

klaszczą kleszcze na deszczu,

szczeka szczeniak w Szczuczynie,

szepcze szczygieł w szczelinie,

piszczy pszczoła pod Pszczyną,

świszcze świerszcz pod leszczyną,

a trzy pliszki i liszka

taszczą płaszcze w Szypliszkach.

https://polszczyzna.pl/lamance-jezykowe/

Ot i niespodzianka

Różnorodność języków przestała mnie dziwić w Cuence. Dominuje oczywiście hiszpański a zaraz po nim na każdym kroku można usłyszeć kogoś mówiącego po angielsku. Ostatnio do Ekwadoru, a zatem i tutaj, emigruje bardzo wiele osób z objętej konfliktem Wenezueli. Populacja mieszkańców z tego kraju rośnie z dnia na dzień i są to przede wszystkim uchodźcy. Ich asymilacja nie stwarza problemów bo kulturowo i językowo różnice są minimalne. Dla kogoś biegłego w hiszpańskim łatwo jest rozróżnić wymowę kogoś z Wenezueli od lokalnego mieszkańca. Mi jeszcze wiele do tego brakuje ale powoli dostrzegam ten inny sposób wymowy. Tak czy inaczej nie nadaje się wciąż do rozmowy po hiszpańsku bez względu na kraj pochodzenia mojego dyskutanta. Nie pomaga mi w nauce języka fakt, że większość moich lokalnych znajomych mówi po angielsku i wolą porozumiewać się ze mną używając tego języka niż zgadywać o co tak naprawdę mi chodzi. O ile jeszcze parę lat temu ciężko było znaleźć kogoś ze znajomością zachodniego języka o tyle, zgodnie z najnowszymi danymi, do kraju powróciło z emigracji wielu Ekwadorczyków, którzy zakładają małe firmy, przede wszystkim gastronomiczne, a swoją znajomością innego języka przyciągają niekumatych hiszpańskiego, turystów. Słyszałem, będąc ostatnio w małej kawiarence, że kelner porozumiewał się z klientem po francusku. Nie ulega watpliwości, że turystów do Cuenki zjeżdża coraz więcej, zatem i ilość języków przestaje zaskakiwać. Czasami jednak zdarza się taki moment, w którym na człowieka spada coś tak niespodziewanego, że przez chwilę sam nie jest pewny co się stało. Przydarzyło mi się to ostatnio w trakcie zakupów w miejscowym supersamie. Ten rodzaj aktywności nie należy do moich ulubionych. Sklepy generalnie mnie męczą, poza tymi, które rozprowadzają filmy, w tych mogę spędzić całkiem sporo czasu. Do sklepu spożywczego wpadam z listą, wiem mniej więcej co gdzie jest, pakuje na wózek i wynocha. Im dłużej się po tym przybytku kręcę tym bardziej prawdopodobne jest, że coś mi wpadnie w oko, na ogół z wyrobów czekoladowych, i znowu nie będę sobie potrafił odmówić. Zatem wpadam, biorę to co mówi kartka i tak szybko jak to możliwe uciekam byle jak najdalej od stoiska ze słodyczami. Będąc zatem mocny skoncentrowany na swojej liście, mało zwracam uwagę na otoczenie. Znalazłszy się na stoisku piekarniczym, pakując pieczywo, nagle doszedł mnie dźwięk obcego języka, który zdał mi się znajomy. Jeszcze całkiem nie dotarło do mnie skąd go znam, bo przecież na mojej liście po bułkach następna była już kasa i w nogi. Chwilę jednak potem znowu ktoś przemówił i znowu zdało mi się to zrozumiałe. Olśnienie przyszło juz moment pózniej, to był nasz rodzinny, czysty polski. Okazało się, że spotkałem małżeństwo, które mieszka w okolicach Cuenki już od dziewięciu lat. Zadomowili się i nie myślą o żadnych zmianach. Nie wiem za bardzo jak to się stało ale chyba tylko z nadmiaru wrażeń nie wymieniliśmy się żadnym numerem telefonu czy inną formą kontaktu. Znam już paru innych Polaków ale to był pierwszy raz, że i on, i ona byli rodakami. Czy się jeszcze spotkamy? Zobaczymy. Jestem zwolennikiem wiary, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Może zatem nie jest nam pisane nawiązanie kontaktu? Czas pokaże.

Hiszpański na deszczowe dni

Do końca pory deszczowej w Ekwadorze zostało mniej więcej trzy tygodnie. W porównaniu z ubiegłym rokiem ilość opadów jest zdecydowanie większa. Ich natężenie nie pozostaje też bez wpływu na stan drogi dojazdowej. Ona sama w sobie nie była już najlepsza ale po trzech miesiącach niemal codziennych opadów woda zrobiła swoje. Koleiny wyżłobione przez jej strumienie powodują, że na niektórych jej odcinkach śmiało można mówić o krajobrazie po jakieś katastrofie. Dodatkowo w paru miejscach pojawiły się osuwiska błotne kreując problemy dla samochodów. Mnie to niespecjalnie przszkadza bo nie dojeżdżam do pracy i nie mam potrzeby bycia w Cuence każdego dnia. Bardziej dokucza mi o wiele mniej słońca niż było go przed rozpoczęciem mokrego sezonu. Z naturą zapewne nie wygram więc jedynie pozostało mi uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieje, że to już końcówka opadów. Ostanie pare miesięcy zdają się być kompletnym zaprzeczeniem głównego powodu, dla którego wybraliśmy Ekwador. Na równiku miało być ciepło. Może i jest tyle, że nie w Andach. Nie chce przez to powiedzieć, że marznę ale napewno przydałoby się pare stopni więcej. Na pocieszenie, jeśli to można tak określić, pozostał mi jedynie fakt, że pogoda w tym roku płata figle nie tylko tutaj ale i w innych zakątkach świata w tym i w Polsce. Skoro tego typu aura nie zezwala na aktywność pozadomową mam więcej czasu na naukę języka, która idzie jak po grudzie. Hiszpańska składnia jest bardziej zbliżona do polskiej i chyba łatwiej jest tłumaczyć z naszego języka niż z angielskiego. Tak czy śmak aby posiąść język trzeba go używać. Tymczasem moi sąsiedzi mówią po angielsku i nie ułatwiają mi zdania w tym względzie. Jedynymi osobami, które wymuszają na mnie hiszpański to robotnik, który pomaga mi koło domu i mój ajurwedyjski terapeuta. Żaden z nich nie zna nawet jednego słowa po angielsku stąd nasze rozmowy nie zawsze kończą się porozumieniem. O ile rozmowa z robotnikiem sprowadza się do prac koło domu i jeśli czego nie rozumie to można mi to pokazać o tyle z ajurwedyjczykiem rozmawiamy na tematy zdrowia i tu już jest wyższa szkoła jazdy. Czyta on jednak z moich oczu co rozumiem a co jest dla mnie czarną magią i w takich sytuacjach szuka innych słów. Pochodzi on z Kolumbii gdzie ludzie podobno lubią dużo mówić. Nie inaczej jest w jego przypadku. Jeśli tylko zauważy, że coś tam rozumie z jego gadania to za chwile następuje potok słów, których znaczenia z każdym następnym rozumiem coraz mniej. Szybko jednak łapie, że się zagalopował i wtedy następuje cisza. Z następnej takiej tyrady słów napewno będę rozumiał więcej zatem słucham go z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczami. Może zbyt szeroko bo to chyba powoduje, ze następuje cisza. Poco y poco czyli pomalutku, z każdym dniem będzie lepiej. Mój znajomy taksówkarz proponował przyjaciółkę po czym roześmiał się na widok mojej miny. On tez zna Luśkę.