Mariachi

Żadna poważna impreza w Meksyku nie może się odbyć bez ludowej kapeli pod nazwą Mariachi. Czy to małe czy duże obchody czegokolwiek Mariachi powinni grać do tańca.

Sprawdzałem na Wikipedii co owo słowo oznacza. Istnieje podejrzenie, źe wzięło się od od zniekształcenia słowa mariage czyli ślub. Początkowo właśnie muzycy ci obsługiwali przede wszystkim imprezy weselne.

To się jednak zmieniło. Grają wszędzie i przy każdej okazji ważnej dla przeciętnego Meksykanina.

Miałem okazje ich słyszeć parokrotnie i oczywiście wczoraj również. Utwór, który do mniej najbardziej przemawia udało mi się nagrać.

Okazuje się, że internet w Meksyku bije na pysk ten ekwadorski. Stą mogę zamieszczać więcej zdjęć. Spróbuje zatem załączyć i Palomę w wykonaniu lokalnej grupy „rockowej”.

Dzień Niepodległości

Pomimo tarć ekwadorsko-amerykańskich, związanych z panoszeniem się przybyszów z północy w Cuence, miasto nie zapomniało o dniu niepodległości Stanów Zjednoczonych, który przypada na czwartego lipca. Te napięcia poza tym zdają się być mocno przesadzone i wynikały bardziej z walki wyborczej niż z samego faktu ich występowania. Ostatnio rozmawiałem na ten temat rownież z moimi sąsiadami, którzy zdają się być w miarę obiektywni. Ich zdaniem nadużywanie systemu ubezpieczeń społecznych przez przyjezdnych to historia wyssana z palca. Sądzą tak, ponieważ podobnie jak w Polsce tak i w Ekwadorze aby skorzystać z tego systemu trzeba najpierw mieć skierowanie a potem czekać, czasami nawet parę miesięcy. Biorąc pod uwagę bardzo duży dostęp do lekarzy, którzy mają swoje prywatne praktyki i ceny za usługi lekarsko-szpitalne, zdecydowana większość zachodnich imigrantów wybiera tą drogę leczenia. Większym problemem, który wykreowali Amerykanie to wynajem apartamentów. Zgodnie z tym co usłyszałem, posiadacze mieszkań pod wynajem nie chcą udostępniać ich tubylcom przedkładając nad nich zachodnich emigrantów. Wiąże się to przede wszystkim z prawnymi obostrzeniami dotyczącymi eksmisji lokatora, który nie płaci lub zalega z czynszem. Podobno jest bardzo trudno kogoś takiego usunąć i czasami proces trwa bardzo długo narażając właścicieli na spore wydatki. W przeciwieństwie do krajan, takich problemów nie stwarzają napływowi, którzy płacą i opuszczają mieszkanie po wygaśnięciu wizy lub zostają dłużej jeśli planują osiedlenie. Jak zwykle w takich sytuacjach winni nie chcą spojrzeć w lustro a obcy jest najlepszym kozłem ofiarnym. Wracając jednak do dnia niepodległości. Otóż grupa większych biznesów postanowiła zorganizować dla przyjezdnych imprezę połączoną oczywiście z jedzeniem i sztucznymi ogniami. Potwierdziła się w ten sposób moja teoria, że Amerykanów tutaj bardzo lubią z tym, że jeszcze bardziej kochają ich pieniądze. Nie ma w tym nic dziwnego bo jednak Stany kojarzą się przeciętnemu śmiertelnikowi z bogactwem o niemal mitycznych rozmiarach. Ten przy-głupawy sposób myślenia powinien dawno się zdezaktualizować, póki co jednak pokutuje właśnie takie postrzeganie Ameryki. Osobiście nie brałem udziału w tych obchodach, słyszałem jednak, że specjalnie dla jankesów przygotowano hot-dogi, jeszcze jedno śmieszne skojarzenie tubylców ze Stanami. Mniejsza jednak o to, wierzę, że takie pomysły pozwolą i przyczynią się do dalszej integracji, bo ostatnio trochę na tym punkcie się oziębiło. Z Ameryki natomiast doszły mnie słuchy, że ichni prezydent był całym tym dniem mocno zawiedziony. Miał bowiem nadzieje, że podobnie jak na filmie „Independence Day”, najadą na jego kraj wstrętni kosmici, dzięki czemu mógłby pokazać swoim wyborcom jego oddanie ojczyźnie. Od dawna już go łapy swędzą aby wreszcie nacisnąć ten guzik i zrobić porządek w świecie i przy okazji we własnym kraju. Jeszcze nie tym razem panie Donald, jeszcze nie tym razem.