Hacjendy i sisal

Pierwszy dzień i od razu wycieczka. Wybraliśmy się do jednej z niewielu okolicznych okolicznych hacjend. Wybraliśmy się to zbyt wiele powiedziane, zabrano nas brzmi bardziej akuratnie. Nie kłóćmy się o słowa.

Mniej więcej pół godziny od Meridy Anglik z Japonką, żeby było śmieszniej, odnowili stara hacjendę i teraz udostępniają ją dla zwiedzających oraz w celach imprezowych.

W ten sposób dowiedziałem się trochę historii, która zamierzam się tutaj podzielić.

Yukatan okazuje się jest jedną wielką płytą wapienną. Największym jego problemem jest dostęp do wody. Nie ma tu rzek a woda po deszczu natychmiast jest wchłaniana w grunt. Już Majowi zrozumieli, że należy się osiedlać w okolicach podziemnych grot, w których gromadziła się czysta i zdatna do picia woda.gdy więc Hiszpanie najechali na te miejsca usunęli z nich i zniewolili miejscową ludność. Wszelkie pamiątki po Indianach, Hiszpanie rozebrali i wykorzystali do budowy swoich domostw zwanych hacjendami. Miejscowa ludność traktowali jak niewolników. W pewnym momencie postanowili płacić tym biedakom. Jednak specjalnie na ten cel tłoczone monety miały tylko wartość na hacjendzie, dla której pracowali Majowie. Niby wolni, niewolnicy jednak.

Klimat tutejszy do niczego się nie nadawał. W związku z tym wszyscy ci ludzie pracowali przede wszystkim na życiowe potrzeby hacjendy.

Aż przyszła rewolucja przemysłowa. Okazało się, źe rosnąca tutaj roślina o nazwie sisal nadaje się do produkcji wszelkiego rodzaju lin, sznurów i tego typu rzeczy. I tak z dnia na dzień właściciele hacjend stali się światowymi bogaczami. Sisal bowiem znajdował się tylko tutaj i nigdzie więcej w świecie.

Wszystko dobre szybko się kończy. Okazało się, że sisal może rosnąć w gorących strefach klimatycznych i w bardzo podłych warunkach. Afrykanerzy wykradli sadzonki wraz z Brazylijczykami i to oni teraz stanowią sizalowy potęgi. Hacjendy znowu podupadły a koszty ich utrzymania powodowały ich porzucanie. Dzisiaj stanowią znowu spory majątek dzięki turystą i stały się miejscami wielu imprez typu wesela i inne imprezy rodzinne.

Front hacjendy

To właśnie jest sisal

Na coś musieli dzwonić, nie dopytałem

Lunch był w cenie wycieczki

Przed torijas była zupa. Tortillas to placki kukurydziane z rożnym nadzieniem

No i ten piec oczywiście wciąż używany.

Po strasznym żarciu czas zrzucić wagę.

Pozdrawiam z Yukatanu.

Powodzenia panie G.

Coś dla zmiany tempa. Ostatnio było dużo o nas. Przeczytałem u jednej z angielskich blogerek historie na temat Neila Armstronga. Być może jest to znane. Ja dowiedziałem się o tym po raz pierwszy. Może kogoś zaciekami i rozbawi.

Neil Armstrong, 20 lipca 1969 roku jako pierwszy człowiek stanął na księżycu. Słowa, które wtedy wypowiedział przeszły do historii.

Okazuje się jednak, że wracając do kapsuły, którą wylądował na księżycu, przed wejściem do niej Armstrong został nagrany mówiąc, „powodzenia panie Gorsky”

Wielu pracownikow NASA, sądziło, że to były jakieś pozdrowienia dla kogoś z rosyjskiego programu kosmicznego. Sprawdzono ich listę pracownikow i okazało się, że wsród rosyjskich kosmonautów nie ma nikogo o takim nazwisku. Przez wiele lat Armstrong był pytany o tajemniczego pana Gorsky’iego. Zawsze na te zaczepki odpowiadał śmiechem.

Gdy w 5 lipca 1995 roku dawał wykład w Tampie na Florydzie, reporter miejscowej gazety ponownie zadał mu pytanie dotyczące zdania wypowiedzianego przy wsiadaniu do kapsuły.

Tym razem, Neil Armstrong, wiedząc, źe pan Gorsky nie żyje postanowił ujawnić całą tajemnicę.

W 1938 kiedy był jeszcze dzieckiem, ulubioną jego zabawą była gra w baseball. W trakcie jednej z gier, piłka potoczyła się pod okna jego sąsiadów państwa Gorskych. Przez otwarte okna dobiegła go dość głośna rozmowa pomiędzy małżonkami. Pani Gorsky, nie zdając sobie sprawy, że może być słyszana z impetem wykrzykiwała w stronę męża: „ Seks! Chcesz seksu? Zgodzę się na niego dopiero jak dzieciak naszego sąsiada stanie na księżycu”.

Odpowiedź Armstronga wywołała salwę śmiechu na sali.

Okazało się jednak, co potwierdziła jego rodzina, że historia ta jest prawdziwa.

W poszukiwaniu prawdy historycznej.

Jedną z najbardziej obrzydliwych instytucji jakie powstały po odzyskaniu przez nasz kraj tak zwanej wolności jest, według mnie oczywiście, Instytut Pamięci Narodowej. Nazwa jakże wzniosła, cele jakże płytkie. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z żadnym instytutem, bo w takiej organizacji pracują ludzie z dużym doświadczeniem w danej dziedzinie, w tej natomiast historycy z łapanki. Nie ma ten twór nic wspólnego z pamięcią, raczej z niechęcią tylko i wyłącznie do pewnego okresu w naszej historii. Słowo Narodowy też jest zakłamaniem bo w nim mieszczą się tylko tak zwani wyklęci. Chociaż niekoniecznie, są w tym pojęciu również ci przeklęci, którzy zrozumieli swój historyczny błąd i teraz ze szczególnym oddaniem próbują go naprawić. Jakby jednak dobrze przyjrzeć się co się kryje pod pojęcie narodu to okaże się, że jest w nim dość skromny odsetek prawdziwych patriotów, reszta to budowniczy socjalistycznej ojczyzny czyli tak zwany gorszy sport.

Oczywiście kto jest kto, decyduje paru inkwizytorów z rzeczonego Instytutu. Niby miał to być twór o zabarwieniu historycznym. Stał się jednak narzędziem opresyjnym w rękach ludzi bez twarzy, nieuków i oportunistów.

Nie mam wątpliwości, że głównym zadaniem pracujących tam „naukowców” nie jest rzetelne badanie historii i warunków w jakich przyszło naszemu krajowi egzystować zaraz po wojnie. Cel nadrzędny to wyszukiwanie haków, mszczenie się na wszystkich i wszystkim co wpadnie do łba choremu z nienawiści namiestnikowi kraju. Stąd moja nowa nazwa tej organizacji, Inkwizytorzy Pomylonego Namiestnika.

Najśmieszniejsze w tym zakładzie jest to, że na tych historycznych dokumentach pierwszy położył łapy pewien Antoni. Pozamiatał co dla dzisiejszych włodarzy nie wygodne, zostawił to co było po jego chorej linii rozumowania i na tej podstawie czereda nawiedzonych histeryków bawi się w historie. Tosiek natomiast żongluje teczkami aktualnych watażków, tak na wszelki wypadek gdyby ktoś chciał się go pozbyć.

Co gorsza, ów Instytut rozrósł się do wielkości Urzędu Marszałkowskiego. Wydziałów w nim już nie sposób zliczyć. Na czele każdego jakiś dyrektor, podwładni i oczywiście sekretarka. Powstał też zmyślny twór o nazwie pion prokuratorski. Ci goście mają dopiero klawe życie. Zbyt tępi by pracować w prokuraturze ale z odpowiednim przygotowaniem nienawistno-propagandowym, tutaj sprawdzają się doskonale. Kiedyś na towary, które nie nadawały się na eksport mówiono buble albo odrzut, to mniej więcej tej samej klasy ludzie pracują w owym pionie. Jak się wkurwią na jakiś pomnik o znaczeniu socjalistycznym to ma on przejebane, dosłownie.

Na czele tej wykreowanej, chyba tylko na potrzeby zatrudnienia oddanym świętej wojnie histerykom, stoi człek o jakże właściwym imieniu i nazwisku, Jarosław Szarek. Podobnie do lotnika z Sejmu i ten gość wydedukował, że z racji zajmowanej pozycji należą mu się określone przywileje. Jak podaje Angora za Faktem w 2016 roku na bilety lotnicze IPN wydał 108 tysięcy złotych. Rok później już 425 tysięcy złotych, a w trzech kwartałach 2018 roku ekipa Szarka przeleciała 423 tysiące złociszy. Nie mam wątpliwości, że tak fruwają w pogoni i z potrzeby odnalezienia historycznej prawdy. Pan Szarek z podziwu godną determinacją szuka jej w Krakowie, do którego w powyższym okresie przeleciał się 112 razy. Aż strach pomyśleć co on tam znalazł i wciąż znajduje. Na wszelki wypadek, gdyby sytuacja była podbramkowa i nie latały awiony to prezesunio ma złota kartę Intercity na okaziciela za jedyne 23 kawałki.

Okazało się również, źe komunistyczni przestępcy dali nogę do USA i Kanady. Trzeba było sprawdzić wszystko na miejscu. Peerelowska zaraza spędza sen z powiek biednego prezesa i jego świty. Ponoć razem z Waszczykowskim oczyszczają z niej San Escobar. Nie ich kasa. Lud rozumie jak ważna jest walka z przeciwnikami dobrej zmiany.

A propos naszego byłego ministra spraw od zagranicy. Po wyborze do europarlamentu poleciał na San Escobar w poszukiwaniu … Brukseli.

Źródło: Angora nr 49 z 9 grudnia 2018 roku.

Indiański Koń

Ostatnie wieczory pochłonęła nam bezwzględna „Walka o tron”. Osiem sezonów od samego początku, to nieco ponad siedemdziesiąt odcinków. Pochłonęliśmy całość w około dwa tygodnie. Lubię taka mroczną fantazje, która w odniesieniu do tego filmu niewiele odbiega od dzisiejszych realiów walki o koryto.

Mamy to już za sobą. Czas było wrócić do filmów fabularnych. Wybraliśmy wczoraj produkcje Clinta Eastwooda „Indiański Koń”. Clint to nie tylko świetny aktor ale rownież doskonały reżyser. Prawdę mówiąc mógłbym nawet powiedzieć, że jego dzieła jako reżysera bardziej mi odpowiadają niż filmy z nim w rolach głównych.

„Indiański Koń” oparty jest na faktach. Prawda o eksterminacji i „cywilizowaniu” Indian jest wyjątkowo brutalna i wielu woli zamiatać ją pod dywan albo udawać, że problemu nie było. Wciąż mało wiemy na te tematy bo to wstydliwe wątki naszej historii.

Film traktuje o nawracaniu kanadyjskich Indian na naszą kulturę. Proces ten jednak był wyjątkowo brutalny. Najgorszą jego częścią było odbieranie indiańskim rodzinom ich dzieci i umieszczanie w szkołach katolickich. Obowiązywał kompletny zakaz używania indiańskich imion, obyczajów i języka. Film opowiada o jednym z tych dzieciaków i jego traumatycznych przeżyciach zarówno w szkole katolickiej, gdzie dzieciaki były traktowane wyjątkowo brutalnie, jak i potem w życiu dorosłym, Indian przecież był traktowany jako gorszy sort, jakby to powiedział nasz przywódca ideowy.

Zszokował mnie fakt, że owo prawo pozbawiania indiańskich rodzin ich dzieci obowiazywało w Kanadzie aż do 1996 roku. Zgodnie z dostępnymi danymi, a te jak wiemy nigdy nie są do końca dokładne, ponad sto sześćdziesiąt tysięcy dzieciaków w okresie obowiązywania tego prawa pozbawiono domów rodzinnych. Dla wielu z nich ten dramat ich dzieciństwa pozostał głęboką raną niemożliwą do zaleczenia.

Dopiero w 2008 roku rząd Kanady przeprosił organizacje indiańskie za to działanie i od tego momentu wprowadzono programy naprawy sytuacji. Niestety prawo, które obowiazywało niemal dwieście lat zrobiło swoje. Zniszczenia w sferze kultury, obyczajów i tradycji będą wręcz niemożliwe do usunięcia.

Wielokrotnie odwiedzałem swoją rodzine mieszkającą pod Toronto. Pare razy rozmawialiśmy na te tematy. Z tego co się dowiedziałem Indianie byli celowo rozpijani i rząd na to nie szczędził pieniędzy. To rownież jest pokazane na filmie. Dziś już dorośli ludzie wciąż noszą w sobie te traumatyczne przeżycia, szukając jakiegoś rozsądnego ich wytłumaczenia i miejsca w tym świecie dla siebie.

Mi wciąż trudno uwierzyć, źe jeszcze dwadzieścia pięć lat temu tego typu praktyki w cywilizowanej Kanadzie były możliwe. Nie do wiary.

Serial, aktorzy, podobieństwa

Mam wyjątkową słabość do polskich seriali. Nie, nie tych aktualnych tasiemcowych. Do tych starych. Zapewne ma to uzasadnienie w tym, że tamte lata są mi dość bliskie a im człowiekowi więcej wiosen przybywa tym bardziej robi się sentymentalny. W swoich zbiorach mam większość kultowych produkcji. Nie będę ich wymieniał bo chyba łatwiej byłoby powiedzieć czego nie mam.

Nie miałem „Polskich Dróg”. Zrealizowano je pod koniec lat siedemdziesiątych. Niewiele pamiętałem z fabuły. Kiedy jednak podczas ostatniego pobytu w Polsce zobaczyłem go w Empiku nie miałem złudzeń, że oto nadejszła wiekopomna chwila aby dokonać zakupu.

Właśnie obejrzeliśmy ostatni odcinek. Lata siedemdziesiąte to era propagandy sukcesu i Edwarda Gierka. Nie mogło to pozostać bez wpływu na scenariusz. Serial pokazuje lata wojny oczywiście przez pryzmat zbliżających się zmian. Niektóre wydarzenia były oparte na historycznej prawdzie. Pokazano bowiem rozstrzelanie ludzi z łapanki w Palmirach czy proces wysiedlania mieszkańców zamojskich wiosek.

Bodaj trzynaście odcinków pokazuje realia życia w okresie okupacji. Nie mogło się oczywiście obejść bez pokazania skonfliktowanych ze sobą środowisk przedwojennej władzy z rodzącą się do życia klasą robotniczą. Jak to się skończyło wszyscy wiemy.

W ostatnim odcinku ma miejsce wymiana zdań pomiędzy dwoma bohaterami filmu. Brat jednego z nich jest na liście skazanych, znajomy drugiego z nich jest rownież na tej liście. Ma dojść do wykonania wyroku na konfidentce niemieckiej, która może spowodować odwet ze strony Niemców. Brat nie waha się poświecić swojego brata w przeciwieństwie do drugiego bohatera, który chciałby spróbować pomóc znajomemu. W dialogu pomiędzy nimi, jeden z nich mówi o upływie czasu. Stwierdza między innymi, że za trzydzieści, czterdzieści lat już niewielu będzie pamiętało kto kogo napadł, jakie były przyczyny, ile ludzi zginęło, kto był zły a kto dobry, a ocenę dobrą z historii będą oferować za określenie ilości ofiar z dopuszczalnym błędem do miliona osób. Prorocze słowa. II Wojna Światowa skończyła się niecałe siedemdziesiąt pięć lat temu. Niby dużo, niby mało. Pamięć o jej okrucieństwach zanika. Na całym świecie coraz cześciej mamy do czynienia z ruchami nacjonalistycznymi i neofaszystowskimi. Nawet w naszym kraju, który najbardziej został dotknięty zbrodniami wojennymi, da się to zauważyć. Czyżby rzeczywiście nasza pamięć była tak krótka?

Pisząc ten artykuł uzmysłowiłem sobie, że idea filmu Forrest Gump była bardzo podobna. Życie głównego bohatera pokazane jest w kontekście najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych tego okresu. Polskie Drogi, które powstały wcześniej, pokazują najważniejsze wydarzenia okresu wojennego ale w kontekście życia głównego bohatera. Tak się złożyło, ze był on w Krakowie gdy aresztowani profesorów. Był na Zamojszczyźnie gdy Niemcy ją pacyfikowali. Był obecny w tej samej grupie ludzi gdy aresztowano Grota czyli Stefana Roweckiego szefa AK. Był w Warszawie podczas łapanki, po której większość ludzi zginęła w Palmirach.

Kto wie, być może scenarzysta Forresta Gumpa, wzorował się na naszym serialu.

Na koniec słowo o aktorach. Sama śmietanka tamtych czasów. Zbigniew Zapasiewicz, Bronisław Pawlik, Wacław Kowalski, Leszek Herdegen, Ryszarda Hanin, Zofia Mrozowska, Beata Tyszkiewicz, Anna Neherbecka, Jadwiga Jankowska- Cieślak, Stanisław Mikulski, Jan Machulski, Jan Englert, Kazimierz Kaczor. W głównej roli wystąpił młodziutki Karol Strasburger.

Mało znam dzisiejsze gwiazdy. Tamtych jednak do tych dzisiejszych nie da się porównać. To był, moim zdaniem złoty wiek polskiego kina.

Słoneczne Wzgórze na Wybranym Miejscu

Po dotarciu do Rochester zdaliśmy się oczywiście na Młodego. Lubi być ważny. Proces jego usamodzielniania się był chyba najbardziej bolesny. Docenia zatem jak mało kto każdy swój sukces, nawet ten najdrobniejszy i zawsze z tego powodu rozpiera go duma. Rochester to jego dom już od kilku dobrych lat. Czuje się tu jak ryba w wodzie.

Przygotował nam listę okolicznych atrakcji, składającą się z kilkunastu pozycji. Oczywistą oczywistością był fakt, że wszystkiego nijak w stanie zobaczyć nie będziemy. Był, jak to zwykle on, solidnie jednak przygotowany do zapewniania nam ciekawego pobytu.

Patrzymy oboje z Luśką na owe propozycje, potem Luśką na mnie a ja na nią, bo w sumie nic nam one nie mówią. Młody przy każdym punkcie z listy ustnie dodawał parę informacji dotyczących każdego miejsca. Tak czy inaczej zdaliśmy się na jego odczucia. W sten sposób wybór padł na Sonneberg.

Sonnenberg to po niemiecku, po angielsku Sunny Hill a po polsku Słoneczne wzgórze.

Posiadłość znajduje się w miasteczku o trudnej do wymówienia nazwie Canandaigua. Owa nazwa, zgodnie z tym co mówi Wikipedia w języku Indian Seneka oznaczała Wybrane Miejsce.

Zgodnie z przewodnikiem Słoneczne Wzgórze było letnia posiadłością Fredericka Ferrisa i Mary Clark Thompson. Ona była córka gubernatora stanu Nowy Jork a on założycielem i długoletnim dyrektorem First National Bank of the City of New Jork, która dał podwaliny dzisiejszemu Citi Bankowi. Jeszcze dzisiaj, przy odrobinie lepszych drogach i środkach komunikacji z Cananduigua do Nowego Jorku trzeba jechać dobre pięć godzin. Dlatego zapewne małżeństwo spędzało tutaj tylko okres letni. Kogo jak kogo ale bankiera i córkę gubernatora zapewne stać było na taki komfort pod koniec dziewiętnastego wieku. Gdy małżeństwo kupiło posiadłość w 1863 roku stał na niej ceglany dom farmerski a posiadłość liczyła sobie dwadzieścia akrów. Postanowili jednak dokupić więcej sąsiedniej ziemi i wybudować na niej czterdziestopokojowe zamczysko. To ono i sąsiadujące z nim ogrody w różnych stylach są właśnie największą trakcją okolicy.

Frederick i Mary niestety nie doczekali się potomstwa. W spadku zatem posiadłość otrzymał brataniec Mary. Ten go sprzedał rządowi Stanów Zjednoczonych, który dobudował obok szpital dla weteranów a zamczysko przeznaczył jako miejsce zamieszkania lekarzy i pielęgniarek.

Nieco ponad czterdzieści lat potem charytatywna organizacja pod nazwą Sonnenberg Gardens odkupiła cześć posiadłości razem z willą i udostępniła je dla publiczności.

W 2005 roku miejsce to jako piąte w stanie Nowy Jork otrzymało tytuł Hostorycznego Stanowego Parku Stanu Nowy Jork.

Z innych ciekawostek dotyczących tego miejsca, o których mówią przewodniki, tutaj znajduje się pierwszy prywatny ogród japoński w całej Ameryce Północnej.

Mary Thompson zrezygnowała z biletu powrotnego do Stanów słynnym Titanikiem, dzięki czemu uniknęła ona i jej towarzysze podróży przygody na Atlantyku.

Roślinna ściana w szklarni,

A to odmiana storczyka

Widok na „domeczek” z parku.

Jeden z ogrodów

Wymyć te okna to trzeba mieć zdrowie albo…służbę

Parkowe drzewo, takie bardziej ciekawe

Nie mogło oczywiście zabraknąć stawu z rybkami.

Ślepa przyjaźń

Zastanawia mnie ostatnio czy jest na świecie drugi taki kraj jak Polska? Położony tak jak my. Skłócony wewnętrznie, niezrozumiały na zewnątrz. Kierowany przez ludzi bez wizji, którzy zawiązują nic nieznaczące przymierza.

Przejrzałem historie naszych wojen. Z kim myśmy się nie bili. Prowadziliśmy wojny z Prusami, Czechami, Rosją, Litwą, Mołdawią, Ukrainą. Najechali na nas Mongołowie, Tatarzy, Szwedzi, Niemcy, Rosja. Nasze granice zmieniały się częściej niż kobiety zmieniają bieliznę. Aż wreszcie całkiem zniknęliśmy z mapy.

Z kimkolwiek zawiązywaliśmy przymierza, odwracały się one przeciw nam. Ściągnęliśmy Krzyżaków, których przegoniono z Węgier i wkrótce stali się naszymi wrogami. Daliśmy im łupnia, co z tego, kiedy nie dokończyliśmy dzieła.

Ostatni nasz król rozdał nasze ziemie pomiędzy sąsiadów. Ponad sto lat nie istnieliśmy. Powróciliśmy na mapy w 1918 roku. Zaraz uwikłaliśmy się w wojnę z Rosją bolszewicką. Po drugiej stronie granicy rósł w siłę kolejny wróg. Anglia i Francja miały nam pomóc w przypadku agresji. Niewiele z tego wynikło. To my pomagaliśmy Anglikom w walce o Wielką Brytanię. Wystawiono nam za to rachunek za paliwo samolotowe.

Nikt nas nie słuchał na konferencjach pokojowych po II wojnie światowej i sprzedano nas naszemu wschodniemu bratu. Znowu zmienili nam granice za zgodą naszych sprzymierzeńców. Szczęście w nieszczęściu, nie staliśmy się kolejną republiką naszego zachłannego brata. Nasi sojusznicy jedynie co nam dali to Radio Ameryka i Wolna Europa, chyba w nadziei, że kiedyś się zbuntujemy i wrócimy na łono demokracji.

Jakby przewidzieli scenariusz przyszłości. Zbuntowaliśmy się we właściwym czasie i we właściwym momencie. Staliśmy się ponownie krajem wolnym. Historia jednak jak zwykle lubi się powtarzać. Zwycięstwo zawsze ma wielu ojców i wiele rąk chętnych do rządzenia. Zmieniały się te łapy na stanowiskach kierowniczych z szybkością samolotu odrzutowego. Inne idee, inne wizje, ciągłe kłótnie i znowu podzielono kraj i skłócono ludzi. Staliśmy się częścią Europy, tyle, że ona powoli ma nas dość. Znowu skłóceni wewnątrz i z sąsiadami, nie jesteśmy dla nikogo wiarygodnym partnerem.

Nasi politycy wpatrzeni jak w obrazek w Stany Zjednoczone ponownie zapomnieli o naszych priorytetach. Stosunek naszego Wielkiego Brata do nas nie ma nic wspólnego z partnerstwem. Stany traktują nas jak wasala i to tępego. Jeśli komuś marzy się bezwizowy wjazd za wielką wodę to chyba żyje w krainie czarów i hektarów. Aktualny włodarz kraju nad Potomakiem stawia nam same żądania. Włazimy mu bez wazeliny między pośladki. Takich durniów nie można traktować poważnie. Odnosi się więc do nas jak do poddanych bez prawa głosu. Poleźliśmy i uwikłaliśmy się w wojny dla tych miłośników pokoju i demokracji na świecie. Bezkrytycznie wykonujemy wszystkie amerykańskie zachcianki bo ktoś ubzdurał sobie, że to będzie nasza racja stanu.

I co? Prezydent USA nakazał nam zwrot mienia sprzed II Wojny Światowej. Niech sobie wydaje te swoje bzdurne polecenia jeśli dotyczą jego kraju. Decydować jednak o naszych stosunkach z innym krajem to wyraz wyjątkowej pogardy dla nas. Osobiście oczekiwałbym podobnej uchwały naszego rządu i domagania się zwrotu zrabowanego mienia Indianom. Tylko do tego trzeba mieć jaja.

No i znowu zostaliśmy sami. Cała nadzieja w San Escobar.

Kto pod kim kopie.

Miska ryżu dla każdego

Rzekł przystojniak dnia pewnego

Do łba wpadło mu to o poranku

Kiedy był prezesem banku

Pragnął wtedy wejść do spółki

Z klientami z górnej półki

Czuł się z nimi wyśmienicie

Rano, wieczór i o świcie

Od soboty do niedzieli

Jedli, pili, w karty rżnęli

Lubił z nimi przebywanie

Ośmiorniczki i wczesne śniadanie

Na balangi i rozmowy

Umawiali się u pana Sowy

Tu oddając się próżności

Udawali ważnych gości

Szczerząc zęby do kelnera.

A ta szmata, ta cholera

Podłożyła nogę tej elicie

Nagrywając wszystko skrycie

Skandal zrobił się karczemny

I ucierpiał wizerunek ich mizerny

Przystojniaka jednak nie ruszyli

Był zbyt mały w tamtej chwili

Kumplom jednak mocno się dostało

I niewielu burzę tę przetrwało

Po nich przyszła nowa władza

Taka co na zdrajców się zasadza

Narzucając swoje normy

Od reformy do reformy

Ona dziś oblega górne półki

I przyjmuje swe laurki

Od tych wszystkich, którym nie przeszkadza

W to co wierzy owa władza

Nasz przystojniak biednych teraz broni

Chociaż jeszcze wczoraj ich do pracy gonił

Za co miskę ryżu obiecywał

Kiedy kelner go nagrywał

Hipokryzja zatem na jaw wyszła

Dziś na niego kolej przyszła

Choć jak może się tłumaczy

Trudno będzie mu wybaczyć

Bronią przystojniaka nowi kumple

Mimo tego, że był dla nich lumpem

I tak się historia odwróciła

Kiedyś kijowani, dziś dorwali się do kija

Zapamiętaj zatem sobie chłopie

Ze kto pod kim dołki kopie

Ten na ogół sam w nie wpada

Bo tak robić nie wypada

Apel do Hetmana

Z nijakim smutkiem i rozczarowaniem dowiedziałem się, że nasz pierwszy i najbardziej nieprzejednany i nieprzekupny tropiciel komunistycznej agentury i donosicieli z tamtego okresu, zwanymi tajnymi współpracownikami, poszukuje nominacji na szefa NIK-u. Zdaje sobie sprawę, że jest to urząd, który w dużej mierze funkcjonuje na donosach. Rozumiem rownież, że grzebanie w aktach to ulubione zajęcie owego pana. Jest jednak wciąż tyle do zrobienia na niwie tropienia komuchów, zdrajców ojczyzny i sługusów Rosji, że przeniesienie tak doświadczonego znawcy tematu na mało znaczące stanowisko w jakiejś tam izbie zdaje się być pomysłem wyjątkowo chybionym.

Spora cześć naszego społeczeństwa żyje w jakimś baśniowym świecie bohaterów z tamtego wrednego okresu. Czterej pancerni i pies czy Stawka większa niż życie, wciąż cieszące się sporą popularnością, są tego najlepszym przykładem. Czas najwyższy aby owych pseudo-bohaterów zdewaluować, ośmieszyć i pokazać ich zdradzieckie mordy gorszego sortu w prawdziwym historycznie świetle. Przecież Kloss donosił do przeklętych na wyklętych, a banda z czołgu współpracowała z okupantem. Ludowi należy się prawda o tych kolaborantach i współpracownikach komunistycznych władz. Kto się do tego nadaje lepiej niż niestrudzony myśliwy z komisji do spraw wypadków podejrzanych? Nie zdziwiłoby mnie wcale, gdyby się okazało, że owi czołgiści i kapitan wermachtu maczali swoje brudne paluchy rownież przy pewnym samolocie.

Postulowałbym zatem aby naszego śledczego przeniesiono jednak do telewizji aby tam mógł, z pożytkiem dla nas wszystkich, odkryć i wyjaśnić kto był kim, kto na kogo donosił. Niech wreszcie ujrzy światło dzienne prawda przez tyle lat zamiatana pod dywan. Niech się ludzie dowiedzą, że Jacek molestował Agatkę, Balbina świntuszyła z Ptysiem a Kubuś Puchatek to tajny współpracownik o pseudonimie Kaczor Donald , ja na ironię. Sporo wiemy już o działalności Bolka. Wyjaśnić jednak należy rolę Lolka bo przecież oboje podróżowali po świecie, co było przywilejem w tamtym czasie. Tola też wydaje mi się podejrzana z tą jej niewinną miną. Reksio definitywnie musiał tropić żołnierzy wyklętych a pomysłowy Dobromir zapewne obmyślał wyuzdane sposoby torturowania tychże. Matołek zwiedził sporo świata, nie mogło to być za darmo. No i wreszcie Smok Wawelski, który wraz z Bartolinim Bartłomiejem poszukiwał Baltazara Gąbki. Przeszkadzał im w tym Don Pedro, zwany przez ówczesne władze szpiegiem. Toż to klasyczny przykład tępienia wyklętego Don Pedra przez bandę przeklętych namiestników narzuconego nam systemu.

Dzieciarnia po dzień dzisiejszy ogląda ten fałsz. Stąd konieczność aby przed każdą bajką ktoś zasługujący na ogólny szacunek w walce z zakłamaną historią, ukazał dzieciarni prawdziwe twarze tych skorumpowanych i zaprzedanych systemowi krętaczy.

Hetmanie Wielki, Szogunie Bezwzględny nie daj się prosić.

Historii nie da się zmienić.

Moja szanowna rodzicielka była wciąż dzieckiem kiedy na nasz kraj najechali sąsiedzi z zachodu. Miała właśnie rozpocząć szkolną przygodę jako pierwszoklasistka lecz musiało to poczekać. Mieszkając na wiosce nie miała aż takiej styczności okupantem jak ludzie z miast. Nie znaczy to oczywiście, że było jej rodzinie lżej czy lepiej. Pamięta okropności tych czasów chociaż jej najbliższa rodzina nie doświadczyła wywózek do obozów czy aresztowań i przesłuchań. Okres ten jednak był i dla nie traumą tak jak dla większości ludzi z krajów podbitych i okupowanych przez najeźdźców.

Paręnaście lat po wojnie wracała taksówką z dworca kolejowego do domu. Za kierownicą siedział młodzieniaszek, który zapewne urodził się w trakcie wojny lub zaraz po jej zakończeniu. Wiele z tamtych czasów pamietać nie mógł, jeśli cokolwiek. Tak był jednak wkur…ony PRL-em, że w swojej karkołomnej tezie oświadczył mojej mamie, że lepiej było już nawet za Niemca. Rodzicielka moja, będąc słabo odporną na bzdury i banialuki, nie zdzierżyła oczywiście. Dostało się zatem kierowcy konkretnie i zasłużenie.

W zakresie odporności na głupotę sporo pewnie odziedziczyłem po swojej matuli. Niestety nie ma wciąż żadnej szczepionki, która uodparnia na ludzką tępotę. Chociaż z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wyrozumiały i coraz mniej rzeczy go dziwi to jednak słuchanie, w moim przypadku, kogoś kto czasy słusznie minione zna tylko z opowieści ludzi pokroju Macierewicza, przyprawia mnie o wymioty. Nie, nie będę bronił PRL – u, sam z niego uciekłem. Wysiew tych IPN-owskich pseudonaukowców niespełna czterdziestoletnich znających ów system od podszewki, a raczej od strony pieluch, które pod koniec tego systemu wciąż jeszcze moczyli jest wręcz zatrważający. Co jeden to mądrzejszy i aż rwie się do krytyki postaw ludzi, którzy w tamtych czasach żyli. Skończyłem właśnie czytać historie PRL-u bez IPN-u. W jednym z rozdziałów przytoczono list Stefana Kardynała Wyszyńskiego do ówczesnego I Sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Kiedy w 1966 kościół chciał obchodzić tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce, inicjatywa ta spotkała się ze sprzeciwem przewodniej siły narodu. Chrześcijaństwo nie było bowiem po linii propagandowej partii. Kardynał wysłał więc list, w którym starał się objaśnić ówczesnej władzy, charakter obchodów i znaczenie tej rocznicy dla naszej historii. Pisze w nim jednak miedzy innymi, że historii bez względu na system i władzę, nie da się zmienić. Wydaje mi się to bardzo ważne spostrzeżenie. Tamte czasy nogą się wielu nie podobać i zapewne słusznie. Nie wszystko jednak było tylko czarne, tak jak niekoniecznie wszyscy wyklęci byli bez skazy. Czasu nie da się cofnąć, przynajmniej na razie. Szkoda jednak bo z chęcią bym przeflancował tych domorosłych myślicieli żeby zobaczyć ich wybory i niech ich potem krytykują następne pokolenia tych co nic nie przeżyli i mało widzieli.