Słów parę o Oscarach

Dziewięćdziesiąte pierwsze rozdanie Oscarów mamy za sobą. Pod względem oglądalności spektakl ten ustępuje jedynie finałowi futbolu amerykańskiego i przyciąga przed telewizory miliony widzów na całym świecie. W tym roku z racji meksykańskiej produkcji „Roma”, podejrzewam, że cały Meksyk i wiele państw Ameryki Łacińskiej jeszcze bardziej przykleiło się do odbiorników telewizyjnych.

Zwykle przed samym widowiskiem, większość filmów nominowanych wcześniej już oglądałem. Tym razem jednak było inaczej. Widziałem tylko parę z nich.

Hollywood jest bardziej niż przewidywalny w ostatnim czasie. Zasadniczo nie musiałem niczego oglądać by w większości kategorii wytypować zwycięzców. Akademia przyznająca wyróżnienia, przestała się chyba kierować jakimikolwiek przesłankami merytorycznymi, w zamian wsłuchując się w nastroje polityczne i społeczne. Tak właśnie było w tym roku.

Od wielu lat Afroamerykanie narzekają na brak ich filmów i aktorów w palecie wyróżnionych. Słyszałem nawet stwierdzenia, że Oscary to ostatni bastion rasizmu w USA. Gdy więc w rolach drugoplanowych pojawiły się nominacje dla czarnoskórych, stawiałem zdecydowanie na ich zwycięstwo. Sami sprawdźcie kto wygrał. Powiem jednak, że Mehershala Ali w filmie Green Brook bardzo mi się podobał. Jest on uznanym aktorem a jego najbardziej znana rola to lobbysta Remi z głośnego serialu House of Cards. Czy był lepszy od pozostałych aktorów, nie wiem, bo pozostałych filmów nie oglądałem.

Nie oglądałem „Romy” więc ciężko będzie mi się na jej temat wypowiadać. Z mojego doświadczenia wiem, że Hollywood jest zwykle przeciwko Waszyngtonowi. Nie lubią i obecnego prezydenta. Jego pomysł budowania muru na granicy z Meksykiem zapewne pomógł bardzo „Romie” w ilości nominacji jak również otrzymanych statuetek. Stąd „Zimna Wojna” stała na przegranej pozycji. W kategoriach, w których konkurowała o wyróżnienie przegrała właśnie z „Romą”.

Były to chyba najsłabsze Oscary jakie oglądałem w ostatnim czasie, pod każdym względem. Brak prowadzącego, brak wielkich gwiazd, podejrzane nominacje, wyjątkowo nieudane widowisko próżności. Na tym tle rzeczywiście „Bohemian Rhapsody” błyszczała wyjątkowo jasno. Jednak i ten film został pokonany pod względem ilości Oscarów przez „Romę”, która w sumie zgarnęła aż cztery wyróżnienia.

Najlepszym filmem okazał się „Green Book” chociaż wszyscy stawiali na „Bohemian Rhapsody”. I tu znowu mamy do czynienia z efektem ostatnich krytyk względem Akademii. Oglądałem oba filmy i oba zrobiły na mnie duże wrażenie. Oba opowiadają tą samą historie. I jeden i drugi film oparty był na faktach. Mnie bliżej do historii wokalisty Queen-u. Główny bohater „Green Brook” to ciemnoskóry pianista, który musi zmagać się z segregacją rasową na trasie swoich koncertów. Presja była wielka i moim zdaniem jurorzy jej nie udźwignęli.

W kinie chyba następuje zmiana warty. Z bardziej znanych aktorów nie było nikogo. „Zimna Wojna” nie była jedynym polskim akcentem. W „In Memoriam” przypomniano zmarłego w listopadzie w ubiegłem roku wybitnego operatora Witolda Sobocińskiego.

I to już tyle z tej wyjątkowo nieudanej imprezy.

Reklamy

Brawo Naomi.

Od minionej soboty trwa w mediach dyskusja na temat finału US Open kobiet. Mecz o mistrzostwo mężczyzn przeszedł bez echa, odbył się i tyle. Lubię tenis i wolę go w wydaniu kobiet. Pewnie jestem seksistą, według mamy o nazwisku Serena Williams. A ja po prostu wolę go dlatego, że zwycięzca, w przeciwieństwie do mężczyzn, tutaj jest mało przewidywalny. Są faworytki oczywiście ale to mało w tej chwili znaczy. Era sióstr Williams powoli dobiega końca co powoduje, że każda zawodniczka może wygrać najsilniej obsadzony turniej. I to mi właśnie odpowiada. Z nadzieją patrzę na falę naszych zdolnych tenisistek z Igą Świątek na czele, która zapewne już wkrótce minie w rankingach przemęczoną tenisem Agnieszkę Radwańską.

W Nowym Jorku przedstawicielka tej nowej fali mocno wlazła za skórę niezwykłej przegrywać, zwłaszcza w finale, Serenie Williams. Zawodniczka z kraju kwitnącej wiśni, o dziwo tego samego koloru skóry co jej przeciwniczka, nie pozwoliła na zbyt wiele gasnącej gwieździe tenisa amerykańskiego, a tej krew się musiała mocno gotować w żyłach. Nerwy wreszcie puściły gdy została upomniana o niedozwoloną pomoc trenera z trybun. Nawiasem mówiąc to jakaś paranoja, że w trakcie meczu tenisista nie może otrzymywać wskazówek od swojego trenera. To chyba jakiś debilny przeżytek tylko w tej dyscyplinie sportu. Tak czy inaczej, przepis jest przepisem. Status gwiazdy i gra przed własną publicznością, według Sereny, powinien dawać jej tylko jej zrozumiałe przywileje. Wydarła się zatem na „bezczelnego” sędziego oskarżając go o rożne różności z seksizmem, rasizmem, złodziejstwem na czele. Ona, matka córki, którą stara się wychowywać w poszanowaniu najwyższych wartości, nie mogła się na takie zachowanie arbitra zgodzić. Sytuacja wyglądała wręcz groteskowo, zwłaszcza, że do udziału włączył się patriotyczny tłum kibiców, wygwizdując niewinnego arbitra. Gwoli bycia fair, nie dziwię się kibicom, zapewne w każdym innym kraju sytuacja byłaby podobna gdyby sędzia ukarał faworytkę tłumów. Zastanawiam się jednak na kogo by buczeli kibice gdyby sytuacja się odwróciła i to Japonka opluwała by sędziego stekiem wyzwisk? Tłum rządzi się jednak swoim prawami, do których zapewne nie należy obiektywizm. Tak było, tak jest i tak będzie.

Serena została ukarana za swoje zachowanie co powinno świadczyć, że jednak było ono conajmniej niestosowne jeśli nawet nie chamskie. I co z tego? Do głosu doszły „mądre głowy” o znanych nazwiskach, stając murem po stronie tego czego bronić się nie powinno czyli pospolitego chamstwa. Koronnym ich argumentem jest przymykanie oczów na męskie chamstwo wsród tenisistów. Może i to ma miejsce. Czy to jednak może być usprawiedliwieniem zachowania Amerykanki? Mądre głowy nie mają nic przeciwko męskiemu pluciu pod warunkiem, że będzie na to przyzwolenie kobietom. Miast domagać się wyrugowania chamstwa z kortu tenisowego bez względu na płeć zawodników, wolą równouprawnienie. Seksizm i rasizm to dzisiaj bardzo mocne karty jeśli nie najmocniejsze w całej talii poprawnie politycznych zachowań. Nawet jeśli bronią tak karygodnych zachowań jak to Sereny Williams z sobotniego finału.

Na tym tle Naomi Osaka, pogromczyni gniewnej tenisistki ze Stanów, wyglądała jak jakiś dziwoląg, wykonując tradycyjny japoński ukłon pod każdego adresem z Sereną Williams na czele, choć ta niewątpliwie bezkrytycznie zgnoiła ten wielki dzień w jej karierze. Brawo Naomi.

Zakurzone ciało.

Czy można być oryginalnym w swoim komentarzu, po takim meczu? Czy można napisać coś czego ktoś nie napisał? Osobiście nie sądzę. Wiadra pomyj zapewne wyleją się dziś i jutro na naszą reprezentacje. Nikt, w najgorszych snach, nie wyobrażał sobie takiego scenariusza. Przed zakończeniem potyczek grupowych możemy się pakować, nie mając najmniejszych szans na wyjście z grupy. Dwa lata temu ci sami zawodnicy zachwycali na boiskach Francji. Nie pojmuję zatem komentarza kapitana naszej drużyny, że to było wszystko na co nas aktualnie stać. Nagle zapomnieliśmy jak się gra w piłkę nożną? Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem gwiazdy Lewandowskiego. Nie ujmując nic z jego osiągnięć, drażni mnie u niego wyjątkowy brak skromności. W tym aspekcie Robert Lewandowski przypomina mi Ronaldo, którego ego nie ma sobie równych. Niestety jeśli chodzi o umiejętności to monachijska gwiazda jeszcze wiele musi się uczyć od Portugalczyka. Ten zdobył już cztery bramki na mistrzostwach, z których dwie padły po wykreowanych przez siebie samego sytuacjach. Nasz kapitan, oceniając nasz występ powinien zacząć od siebie, nic szczególnego bowiem nie pokazał. To nie był ten sam zawodnik, który podczas mistrzostw Europy podrywał kolegów do walki. Tym razem zniżył się do ich poziomu. Dwa lata temu nasi piłkarze byli kupowani niemal na pniu, przez najlepsze kluby Europy. Czy po tych mistrzostwach ktoś będzie chciał nasze gwiazdy z Paryża, Monachium czy Neapolu. Mam poważne watpliwości.

Niemal każde rano zaczynam od prysznica. To taki rytuał, który pozwala mi na powrócenie ze świata snów do świata dnia bardziej rześkim i z otwartymi szeroko oczami. Nie inaczej było dzisiaj. Po meczu naszych gwiazd poczułem jednak nieodpartą ochotę zmycia z siebie pyłu, napewno nie gwiezdnego, niesmaku jaki opanował moje ciało. I choć nie czułem się brudnym to spływająca po mnie woda okazała się balsamem dla mej „przykurzonej” skóry.

Gorzej z duszą. Ona będzie potrzebowała czasu na zapomnienie.

Status gwiazdy

Koniec sierpnia i początek września to tradycyjnie termin wypełniony imprezami sportowymi. Nie wiem czy to tylko jest tak w tym roku czy zawsze. Trwają mistrzostwa Europy w siatkówce, rozpoczęły się w koszykówce, eliminacje do mistrzostw świata w piłce nożnej, rozgrywki ligowe, kolarstwo w Hiszpanii i oczywiście jeden z największych turniejów tenisowych, cześć wielkiego szlema, czyli US Open. W rym roku bez Sereny Williams, która została właśnie matką. Po raz pierwszy od ponad roku pojawiła się za to inna jego gwiazda Maria Szarapowa. Rosjanka nie cieszy się zbyt wielką sympatią wsród zawodniczek. Złapana na dopingu, straciła nie tylko sporo pieniędzy ale rownież i respekt wielu tenisistów. Wzbudza wiele krytyki szczególnie za sposób w jaki jest traktowana przez organizatorów wszelkich turniejów. Nie grając od ponad roku jej miejsce w klasyfikacji powoduje, że powinna brać udział w eliminacjach przedturniejowych. Tak się jednak nie dzieje bo na ogół otrzymuje od każdego dziką kartę. Nie jest to oczywiście dobry przekaz dla innych zawodników, szczególnie dla tych co zaczynają dopiero sportową karierę. Status gwiazdy, pozwolił zatem Szarapowej na udział w US Open bez eliminacji. W tym roku w turnieju na nagrody przypada ponad pięćdziesiąt milionów zielonych, z tego na zwycięzców w turnieju indywidualnym po trzy miliony siedemset tysięcy na twarz. Reklamodawcy płacą krocie za swoje wizytówki na kortach i zapewne chcą aby były one widoczne na każdym kroku. Kort centralny znany jako Arthur Ashe to najdroższe miejsce. Może pomieścić ponad dwadzieścia tysięcy kibiców. Ci natomiast lubią gwiazdy, nawet jeśli kiedyś się szprycowały. Tak więc Szarapowa nie dość, że dostała dziką kartę, to występuje ekskluzywnie na właśnie korcie centralnym. Skrytykowała to Caroline Woźniacki, ale mało kogo to obchodzi. Status gwiazdy, jakim cieszy się Rosjanka przyciąga kibiców a im jest ich więcej tym bardziej prawdopodobny jest sukces reklamodawcy. Pieniądze konsekwentnie psują sport, niestety od tego nie ma ucieczki, bo wyczyn dzisiaj kosztuje. Szkoda jednak, że niszczone są przy okazji dobre obyczaje, jeśli w ogóle to określenie jest dzisiaj rozumiane. Promowanie kogoś kto walczy nieczysto jest złym przykładem dla każdego i powinno być piętnowane. Za parę lat ci ludzie, którzy klaszczą Szarapowej na trybunach będą się dziwić skąd ich dzieci biorą złe przykłady. Zysk stał się kluczem do wszystkiego i ja to rozumiem, byle tylko nie za wszelka cenę. Nasi tenisiści niestety kompletnie zawiedli. Radwańska sprawia wrażenie zmęczonej swoją karierą i przyjeżdża bardziej chyba po wypłatę niż żeby gdziekolwiek w turnieju dojść. Przegrała o wejście do szesnastki z tenisistką, która gra singla, debla i w grze mieszanej. Na korcie to jednak Radwańska wyglądała bardziej zmęczona. Nie wyszedł debel ani Kubotowi, ani Matkowskiemu. Pozostały nam jeszcze dwie pary w grze mieszanej i juniorzy, wśród których Maja Chwalińska wygląda bardzo obiecująco. Na koniec jeszcze słowo o „wyciu” na korcie. Wszystko zaczęło się od Moniki Seles, która doprowadzała przeciwniczki do białej gorączki swoimi wrzaskami. Próbowano walczyć, ale na niewiele się to zdało. Wrzaski, sapanie, mruczenie, jęki to dzisiaj norma. I tu muszę wrócić ponownie do Szarapowej, bo to jej z pełnej piersi ni to okrzyk, ni to jęk jest wręcz nie do zniesienia. Obserwując w zwolnionym tempie jej uderzania i patrząc na jej twarz odnosi się wrażenie, że ma to zabarwienie swego rodzaju złości, która zostaje wyładowana na piłce. Podobno na te jej sapanie dał się złapać jeden z muzyków znanej rockowej kapeli, licząc na podobne emocje w chwilach intymnych. Zawiódł się jednak srogo, bo miast egzaltacji poczuł Sound of Silence.

Z muzyką przez życie

Od dawna nosiłem się z zamiarem napisania czegoś na temat mojej ulubionej muzyki. Zdecydowałem jednak, że nie będę tworzył żadnej listy bo nawet nie potrafiłbym coś takiego zredagować. Pomyślałem zatem, ze stworze coś na kształt z muzyką przez życie. Zestaw wybranych przeze mnie utworów to nagrania, które coś tam dla mnie znaczyły i kiedyś tam odbiły mi się o uszy i pozostały w mojej pamięci. Oto one:

Fool on the hill-The Beatles. Kiedyś dawno temu w czwartkowe wieczory leciała Kobra czyli teatr sensacji. Ten utwór był ozdobnikiem jednego z tych teatrów i tak poznałem The Beatles.

Girl – The Beatles, kolejne przedstawienie Kobry i kolejny szlagier tamtych lat
All you need is love – The Beatles, wszystko jest w tytule, czyż można nie lubić czegoś takiego? Można z samych przebojów tej grupy stworzyć niezła listę, powstrzymam się na tych trzech utworach.
Brown Sugar – Rolling Stones. Obie grupy konkurowały miedzy sobą Mick Jagger to jednak osobowość sama w sobie. 
Angie – Rolling Stones, zapamiętałem ten utwór, kiedy na długiej przerwie w ogólniaku pozwalali nam grać naszą muzykę. Angie to był chyba najczęściej grany utwór.
Anybody seen my baby-Rolling Stones, to już z poźniejszych lat. Usłyszałem na koncercie i już to ze mną zostało. I w tym wypadku z utworów można by stworzyć osobną listę ale poprzestanę na tych trzech.
What a wonderful World – Luis Armstrong, niesamowity głos, niesamowity utwór.
Non, Je ne regrette rien – Edith Piaf, jak wyżej, niesamowity głos, niesamowity utwór.
Cry Baby – Jenis Joplin, ze swoim głosem Joplin mogła osiągnąć wiele, nie osiągnęła ale kto usłyszał ten utwór już nigdy jej nie zapomni
Star Spangled Banner -Jimmi Hendrix, zagrać na gitarze hymn Stanów Zjednoczonych w taki sposób jak to zrobił Hendrix, niemożliwe.
Hey Jude – Jimmi Hendrix, a to już chyba jego najbardziej znany utwór. I on mógł dokonać wiele ale niestety narkotyki i jego twórczość przerwały
Have you ever seen the rain – Creedence Clearwater Revival, kiedyś na targach zwanych dzisiaj halami targowymi sprzedawano chałupniczo tłoczone pocztówki z muzyką. Pocztówka z tym nagraniem to była jedna z pierwszych moich „płyt”
Je T’aime – Jane Birkin i Serge Gainsbourg, ile ten utwór wykreował plotek, podejrzeń a ponoć nawet był przez jakiś czas zakazany. Podobno oryginalną wykonawczynią była sama Brigitte Bardot ale to wersja z Jane żyje do dziś 
Puppy love – The Osmonds, rodzina Osmondów konkurowała z Jacksonami o palmę pierwszeństwa. Utwór ten to piosenka Paula Anki ale The Osmonds zrobili z niego przebój. Puppy love to moja pierwsza prywatka sylwestrowa. Someone help me pleae…
Saturday night fever – Bee Gees, lata siedemdziesiąte, lata disco z genialnym Travoltą tańczącym do muzyki Bee Gees, tego się nie da zapomnieć.
Tragedy – Bee Gees, i więcej muzyki disco z jej najbardziej znaną grupą. Głos wokalisty to jeden z tych jedynych w swoim rodzaju i niepowtarzalnych.
My friend is wind – Demis Roussos, skoro już mówimy o kimś z niepowtarzalnym głosem. To jego jeden z najwiekszych przebojów
The answer is blowing in the wind – Bob Dylan, to historia muzyki. Przede wszystkim protest songi, których przykładem jest właśnie ten tytuł. 
Goodbye my love, goodbye – Demis Roussos, a to chyba największy jego przebój.
Staraway to heaven – Led Zeppelin, to klasyk tego zespołu i nie ma co więcej na ten temat pisać.
D’yer Maker – Led Zeppelin, to inny Zeppelin, bardziej melodyjny i spokojniejszy dla mnie to jeden z lepszych utworów tej grupy
When a blind man cries – Deepe Purple, to klasyk tej grupy, niepowtarzalny i jedyny w swoimi rodzaju.
Fools – Deep Purple, kolejny niepowtarzalny przebój tej grupy. Definitywnie jeden z moich ulubionych.
Perfect Strangers – Deep Purple, to już trochę późniejsza kompozycja ale równie dobra i warta posłuchania.
Wish you were here – Pink Floyd, to olbrzymi tego okresu, ilośc niesamowitych nagrań przekracza możliwości tej listy. Wish you were here to rewelacyjny utwór.
Another Brick in the Wall – Pink Floyd, celowo pomijam Dark Side of the Moon bo to chyba najbardziej popularna płyta tej grupy. Warto jednak poznać The Wall ze świetnymi kompozycjami.
Private Investigations – Dire Straits, Mark Knopfler to głos, który trudno zapomnieć a Private Investigations jeden z jego najbardziej znanych utworów.
Romeo and Juliet – Dire Straits. Wspaniały utwór, wspaniały Mark Knopfler definitywnie do słuchania zawsze i wszędzie.
Tunnel of Love – Dire Straits, jeszcze jeden genialny utwór tej grupy. Cała płyta zatytułowana Making Movies to niesamowite przeżycie.
Mamma Mia – Abba, czwórka ze Szwecji  zdominowała w pewnym okresie rynek muzyki rozrywkowej i chyba słusznie
Dancing Queen – Abba. Kolejny wielki przebój sympatycznej czwórki ze Szwecji. Nie myśle aby w tym czasie odbywały się prywatki bez ich nagrań.
Imagine – John Lennon, po rozpadnięciu się The Beatles John Lennon stworzył wiele wartościowych utworów, z których Imagine to chyba największy i najważniejszy.
Band on the run – Paul McCartney, Paul nie pozostawał w cieniu Johna i sam nagrał niezliczone ilości przebojów, z których ten chyba jest najpopularniejszy.
You look wanderful tonight – Eric Clapton, niesamowity gitarzysta i wykonawca, mi najbliższa jest właśnie ta kompozycja. 
Needles and pins – Smokey, trochę muzyki rozrywkowej. Smokey to jeden z moich ulubionych zespołów. Wesołe pogodne kawałki na każdą okazje.
View for the bridge – Kim Wilde, kolejna wokalistka z muzyką lekką, łatwą i przyjemną zawsze miło się tego słucha.
Maria Magdalena – Sandra, ta piosenkarka w swoim najlepszym czasie stworzyła sporo prywatkowych hiciorów, które do dzisiaj słucha się bardzo przyjemnie
Stumblin’ In – Suzi Quatro i Chris Norman, lekko, łatwo i przyjemnie. Oboje często pojawiali się na listach przebojów.
Cum on Feel the Noize – Slade, kompletnie zapomniana grupa a ten kawałek to był bardzo popularny hit. Świetna muzyka.
The Ballroom Blitz – Sweet, kolejna świetna grupa tamtych czasów, to były świetne czasy dla rocka brytyjskiego
Samba Pa Ti – Carlos Santana, wielki gitarzysta i solista. Ten instrumentalny utwór to był olbrzymi przebój. Wspaniała muzyka.
Europa – Carlos Santana, kolejny instrumentalny utwór utwór tego wspaniałego gitarzysty i muzyka latynoskiego. Chce się słuchać.
The children of the revolution – T. Rex, dawno zapomniany utwór nie dla mnie jednak. Zdecydowanie największy przebój tej grupy.
Bangladesh – George Harrison and friends, to był chyba pierwszy koncert gwiazd na jakiś cel. Coś wyjątkowego.
Sweet Lord – George Harrison, z pewnością George nie był tak popularny jak Lennon i McCartney ale nagrał parę utworów wartych polecenia
One way ticket – Boney M, typowo taneczna muzyka, pamietam bo zapisałem się na kurs tańca, czegoś nas uczyli do tego kawałka, już nie pamietam. 
Hotel California – Eagles, końcówka lat siedemdziesiąt to właśnie Eagles a to był ich największy przebój
Mamy Blue – Top Pops, z jakiś powodów utwór ten jest mi bardzo bliski, nie wiem dlaczego ale utkwił mi w pamięci.
Modern Talking – Atlantis is calling, to początek lat osiemdziesiątych, żadna prywatka nie mogła się obejść bez przebojów tej grupy.
Final Countdown – Europe, magnetowidy w Polsce jeszcze nie były dostępne. Ktoś mi go pożyczył i właśnie Finał Countdown był moim pierwszym nagraniem na taśmę VHS. Sam utwór zrobił furorę i jest popularny do dzisiaj.
l’m still standing – Elton John, wielki muzyk tamtych lat, popularny zresztą do dzisiaj, utkwił mi w pamięci właśnie w tym utworze
Up town girl – Billy Joel, piano men, bardzo popularny. W Up town girl wystąpiła Christie Brinkley, z którą spędził pózniej parę lat.
Papa don’t preach – Madonna, jeszcze nie gwiazda ale juz rozpoznawalna postać w muzyce. Lubię jej początki późniejszą twórczość już mniej
Thriller – Michael Jackson, król popu nie może nie być wymieniony. Thriller to nie rylko muzyka ale i teledysk, który chyba jest jego najlepszym telewizyjnym nagraniem.
Africa – Toto, trudno nie zapamietać bardzo oryginalnej melodii tego utworu, Toto większości z nas kojarzy się właśnie z tym  przebojem.
We are the World – US for Africa, kolejny przebój zaśpiewany przez gwiazdy na cel dobroczynny. 
True Colors – Cindy Lauper, bardzo fajny utwór z bardzo fajna i ciekawą wykonawczynią.
Dancing in the dark – Bruce Springsteen, ikona muzyki amerykańskiej. Byłem na jego koncercie i widziałem jak na niego reagują. Niesamowite.
Nothing compares 2 U – Sinead O’ Connor, mało mnie interesują jej poglądy, ten utwór to jej największy przebój, który bez wątpienia musiał zrobić na wielu wrażenie.
Listen to your heart – Roxette, bardzo fajny i ciepły duet ze Szwecji. Przytulanki prywatkowe to chyba była ich specjalność.
Must have been love – Roxette, jeszcze jeden niezapomniany kawełek tego duetu. Zawsze fajnie się tego słucha.
Self Control – Laura Branigan, jeden przebój ale jaki, chociaż to było tak dawno to jednak pozostał w mojej pamięci.
Janie’s got a gun – Aerosmith, jedna z bardziej popularnych grup a jej wokalista Steve Taylor to twarz grupy. Utwór ten to pokaz ich możliwości.
Voyage, voyage – Desireless, nie znam innych utworów tej dziewczyny ale ten jeden to jest właśnie taki rytm, który lubię.
Twist in my sobriety – Tanita Tikaram, definitywnie wielki przebój Tanity i defitywnie musiał się znaleźć na mojej liście.
Life is life – Opus, zapomniany utwór australijskiej grupy Opus. Warto do niego wrócić bo to dobra muzyka 
Welcome to the jungle – Guns ‚N Roses, to był najlepszy utwór tej grupy w latach osiemdziesiątych. Coś jest w nim przynajmniej dla mnie.
November rain – Guns ‚N Roses, ten utwór to rewelacyjna ballada, która ma wszystko. Koniecznie trzeba posłuchać
I wish it would rain down – Phil Collins, z bogatego dorobku tego artysty wybrałem ten utwór oraz
Another Day in paradise – Phil Collins, oba utwory z tej samej płyty i oba równie doskonałe i pełne refleksji.
Dance me to the end of love – Leonard Cohen. Wspaniały wykonawca ballad, rewelacyjny głos i wspaniała kariera.
Wrapped around your finger – Police, bardzo popularny zespół lat osiemdziesiąt a ten utwór to moim zdaniem ich największy przebój.
Solsbury Hill – Peter Gabriel, to podobnie jak Phil Collins wielka postać z Genesis ale zdobył rownież wielka popularność jako artysta solowy.
Wind of change – Scorpions, nie jestem w tym wyborze specjalnie unikalny. Znają go wszyscy a i grupa warta jest wspomnienia.
Loosing my Religon – R.E.M., ich tez nie sposób pominąć. Wiele dobrej i uznanej muzyki. 
Private dancer – Tina Turner, przedstawiać jej nie trzeba. Z jej przebojów tez można by ułożyć niezłą listę. Bardzo lubię ten utwór oraz
What love got to do with it – Tina Turner. To jej szlagier odnoszący się do jej burzliwego związku z Ikiem Turnerem. Powstał też film na ten temat.
Moonlight in Somosa – Robert Plant, łagodniejsza strona wokalisty Led Zeppelin, który nagrał parę płyt solo.
Nothing else matters – Metalica, nie jestem zwolennikiem heavy metalu, ale grupy tego gatunku potrafią nieźle zaskoczyć. Ten utwór to właśnie tego przykład.
It’s my life – Bon Jovi, bardzo popularna grupa, wiele przebojów ten według mnie jest najlepszy.
Mr. Jones – Counting Crows, w latach dziewięćdziesiątych już na dobre zadomowiłem się w Stanach i muzyka zza oceanu zaczęła być coraz ważniejsza dla mnie.
Time of your life – Green Day, fajne słowa, utkwiły mi w pamięci i od czasu do czasu lubię tego posłuchać jeszcze raz i jeszcze raz.
What it’s like – Everlast, nie znam bliżej tego zespołu ale ten utwór zadomowił się w mojej głowie podczas wyprawy do Nowego Meksyku i juz tam został.
Zombie – Cranberries. Lubię tego typu utwory. Charakterystyczna melodia i charakterystyczny wokal. 
I will always love you – Whitney Houston, nieprawdopodobny głos, niesamowity talent, smutne życie, ale utworu nie sposób zapomnieć. 
Don’t speak – No Doubt, to był pierwszy wielki hit tej grupy i pierwszy pokaz możliwości Gwen Stafani, samą swoją energią na scenie nie pozwala oderwać od siebie oczu.
Un-break my heart – Tony Braxton, sam głos robi wielkie wrażenie. Utwór definitywnie niemożliwy do zapomnienia. 
Smooth Operator – Sade, kolejna gwiazda muzyki nastrojowej. Dla mnie Smooth Operator to jej najlepszy utwór.
Desert rose – Sting, kompletnie inna twarz solisty Police. Wyjątkowo przypadło mi to do gustu.
My heart will go on – Celine Dion, czyli główna melodia z Titanica. Może i trochę ckliwa, jednak głos Celine to najwyższa półka.
One – U2, Bono i jego grupy nie ma co przedstawiać. Ten utwór wyjątkowo przypadł mi do gustu bo to jest taka moja muzyka
Ironic – Alanis Morissette, największy jej przebój. Bardzo utalentowana i bardzo ciekawy głos. Piosenka bardzo długo cieszyła się wielkim powodzeniem.
Cup of life – Ricky Martin, ta piosenka stała się oficjalnym przebojem mistrzostw świata w piłce nożnej w 1998. Świetny i dynamiczny utwór.
Lets get loud -Jennifer Lopez, nie jest to moja ulubiona piosenkarka ale jak już śpiewa to już śpiewa. Ma wiele utworów do dobrej zabawy.
Bring me to life – Evanescence, bardzo ciekawa piosenka i bardzo ciekawa artystka. Ten utwór to taka moja muzyka.
With Arms Wide open – Creed, bardzo dobrze zapowiadający się zespół z bardzo dobrym wokalistą. Coś jednak nie wyszło do końca ale utwory zostały.
Higher – Creed, jeszcze jeden świetny utwór tej grupy. 
Polityk – Coldplay, świetny zespół i wiele znanych przebojów, wyjątkowo lubię ten wlasnie utwór oraz
Yellow – Coldplay, spokojniejsza wersja możliwości Chrisa Martina, wokalisty tej grupy
Whatever – Shakira, muzyka latynoska coraz cześciej gości wsród moich utworów. Taniec to doskonała forma relaxu a do tej muzyki swietnie się można bawić.  
Who knew – Pink, bardzo zadziorny głos. Rownież bardzo dobra muzyka do tańca i zabawy.
Loose yourself – Eminem, to piosenkarz, który wykonuje specyficzną muzykę. Nie wszystko da się lubić, ten utwór zrobił jednak na mnie wrażenie 
Somebody that I used to know – Gotye, przykład na muzykę, może mniejszej wartości, ja jednak lubię rytmiczne i taneczne melodie.
Promiscuous – Nelly Furtado, kolejna piosenkarką latynoska, ciekawa wokalistka ten utwór przypadł ni do gustu najbardziej.
Hello – Beyonce, do tańca i do dobrej zabawy. Wielka gwiazda współczesnej muzyki rozrywkowej.
Chasing Cars – Snow Patrol, nie znam innych kawałków tej grupy ale ten bardzo mi sie spodobał i lubię do niego wracać.
Rain over me – Pitbull i Marc Anthony, wielkie gwiazdy muzyki latynoskiej, świetny utwór, świetny teledysk i świetna zabawa.
International love – Pitbull i Chris Brown, jeszcze jeden bardzo fajny utwór tego wykonawcy w towarzystwie innego piosenkarza. 
Stereo Love – Edward Maya, motyw przewodni tego utworu jest grany na harmonii i jest to zrobione fantastycznie. Nie znam innych utworów tego wykonawcy i nie muszę ten mi w zupełności wystarczy.
I to by było na tyle. Celowo pominąłem polską muzykę bo noszę się z zamiarem stworzenia czegoś podobnego ale poświęconego właśnie naszym muzykom.

Gwiazdy z tamtych lat

Zmotywowany publikacją jednej z czytanych przeze mnie blogerek postanowiłem skreślić parę słów na temat polskich aktorów tych, którzy utkwili w mojej pamięci. Nie mam zamiaru tym razem tworzyć żadnej listy bo jakakolwiek klasyfikacja nie ma tym przypadku najmniejszego sensu. Nie mam zamiaru rownież tworzyć nic co mogłoby przypominać historie kina polskiego bo tym w bardzo fajny sposób zajmuje się juz blogerka Verdis. 

W przeciwieństwie do gwiazd Hollywood, Polscy aktorzy utkwili w mojej pamięci dzięki swoim występom w serialach. Produkcje te do dzisiaj cieszą się wielką popularnością i są powtarzane niemal każdego roku. Właśnie w kontekście serialu mam nadzieje przypomnieć wszystkim o moich, i mam nadzieje wielu innych czytelników, gwiazdach polskiego kina. 

Zacznę od „Przygód pana Michała” serial zrealizowany na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski”. W rolach głównych zagrali Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki, Mieczysław Pawlikowski, Daniel Olbrychski, Władysław Hańcza, Mariusz Dmochowski, Marek Perepeczko, Barbara Kraftówna, Barbara Brylska, Magdalena Zawadzka, Irena Karel. Każde z tych nazwisk mówi samo za siebie. Ja chciałbym tylko dodać, że w poźniejszych produkcjach role Pana Michała zagrał rownież Zbigniew Zamachowski, skądinąd bardzo dobry aktor ale do wzorca w wykonaniu Łomnickiego nie sądzę żeby się zbliżył. Czyż można było lepiej zagrać Zagłobę? Próbował Kazimierz Wichniarz i Lech Ordon, też wspaniali aktorzy,  jednak rubaszny Zagłoba to tylko Mieczysław Pawlikowski. Czyż żył w ówczesnej Polsce ktoś kto nie życzyłby jak najgorzej Azji w wykonaniu Daniela Olbrychskiego? Nie myśle. To był fantastyczny pokaz kunsztu aktorskiego przez pana Daniela. Magdalena Zawadzka jako Hajduczek i bardziej poważna Barbara Brylska w głównych rolach kobiecych  czyż można je zapomnieć? Mariusz Dmochowski nie daje nikomu szans w odtwarzaniu Jana Sobieskiego. Jeszcze nic nie napisałem o Andrzeju Łapickim wybornym Ketlingu. Czyż można zapomnieć zakochaną w Azji, Irenę Karel jej brata Marka Perepeczkę i ich ojca Władysława Hańczę. Nie sposób. Wyborni aktorzy, wspaniałe postacie. Mogę zamknąć oczy i widzę ich wszystkich jakbym to wszystko dopiero oglądał.
Następny serial na mojej liście to „Chłopi”. To rownież ekranizacja powieści tym razem Władysława Reymonta. W rolach główny wystąpili: Władysław Hańcza, Ignacy Gogolewski, Tadeusz Fijewski, Augustyn Kowalczyk, Emilia Krakowska. Mniejsze role zagrali rownież: Bronisław Pawlik, Kazimierz Wichniarz, Tadeusz Janczar, Mieczysław Czechowicz, Lech Ordon, Franciszek Pieczka. Nie mam zamiaru opisywać każdego zwłaszcza, że głównego bohatera czyli Władysława Hańczę już przedstawiłem powyżej. Chłopi to jednak kultowa rola Emilii Krakowskiej, Ignacego Gogolewskiego, Tadeusza Fijewskiego i Augustyna Kowalczyka. W moim przekonaniu jeśli ktoś kiedyś zdecyduje się na ponowne nakręcenie Chłopów, nowi odtwórcy bedą mieli ciężki orzech do zgryzienia bo aktorstwo powyższej czwórki to najwyższa półka. 
Kolejny serial i kolejna ekranizacja powieści. Tym razem Tadeusz Dołęga-Mostowicz i „Kariera Nikodema Dyzmy” z Romanem Wilhelmim w roli głównej. Czy można było lepiej sportretować chama i rozrabiakę? Nie ma takiej możliwości. Roman Wilhelmi wystąpił w jeszcze paru serialach, o czym pózniej, ale Nikodem Dyzma to zdecydowanie najlepsza rola. Kogo jeszcze mamy w tym serialu: Bronisław Pawlik, Grażyna Barszczewska, Jerzy Bończak, Wojciech  Pokora, Leonard Pietraszak, Tadeusz Pluciński, Igor Śmiałowski, Barbara Brylska, Mieczysław Czechowicz, Bogusz Bilewski, Tomasz Stockinger, Ewa Szykulska. Niemal cała czołówka ówczesnego kina. Mało pamiętamy o nich wszystkich bo Roman Wilhelmi przyćmił swoją grą każdego z nich. Warto jednak pamietać o nich bo ze swoich zadań wywiązali się w doskonały sposób szczególnie Wojciech Pokora, Jerzy Bończak i Bronisław Pawlik.
Następny serial, który chciałbym wziąć na tapetę to „Czterdziestolatek”. Andrzej Kopiczyński w roli głównej z Anną Seniuk grającą jego żonę stworzyli małżeństwo jedyne w swoim rodzaju. Serial do dziś cieszy się olbrzymim powodzeniem bo po trosze przedstawia też ówczesne realia. Parę słów na temat innych aktorów, którzy albo grali w każdym odcinku, albo przewinęli się gdzieś tam w którymś momencie. Pierwszeństwo należy się oczywiście Irenie Kwiatkowskiej, kobiecie pracującej, fenomenalna aktorka a swój kunszt pokazała już w „Wojnie domowej” grając u boku Kazimierza Rudzkiego. W „Czterdziestolatku” wystąpili również: Leonard Pietraszak, Ryszard Pietruski, Alina Janowska, Roman Kłosowski, Janusz Kłosiński, Zofia Czerwińska, Zbigniew Maklakiewicz, Wojciech Pszoniak, Jan Nowicki, Wojciech Pokora, Władysław Hańcza, Janusz Gajos, Stefan Friedman, Wacław Kowalski, Jan Kobuszewski, Jerzy Ofierski, Grażyna Szapałowska, Jerzy Cnota i wielu innych. 
Idziemy dalej. Kolejnym serialem, który chociaż kojarzy się z jednym aktorem, w którym wystąpiła cała plejada ówczesnych gwiazd to „Stawka większa niż życie”. Główny bohater to oczywiście Stanisław Mikulski ale grający Bunnera Emil Karewicz to też postać na zawsze związana z tym serialem. Nie pamietam ile odcinków nakrecono ale w każdym z nich nie brakowało renomowanych nazwisk. Wspomnę tutaj tylko pare nazwisk, których jeszcze nie wymieniałem: Ewa Wiśniewska, Krzysztof Chamiec, Igor Śmiałowski, Krystyna Feldman, Marian Opania, Edmund Fetting, Iga Cembrzyńska, Ignacy Machowski, Gustaw Lutkiewicz, Leszek Herdegen, Czesław Wołłejko, Henryk Bąk, Stanisław Jaśkiewicz, żeby tylko przytoczyć paru z nich. 
„Czarne Chmury” to przede wszystkim Leonard Pietraszak, Ryszard Pietruski, Anna Seniuk, Elżbieta Starostecka, Edmund Fetting, Janusz Zakrzeński, Stanisław Niwinski oraz Karol Strasburger. Niezapomniana historia pułkownika Dowgirda prawdziwego polskiego patrioty do dziś jest rownież powtarzana.
Zabawny „Janosik” historia chociaż ze smutnym zakończeniem to jednak aktorzy w niej występujący to ikony polskiej komedii może poza głównym bohaterem Markiem Perepeczko, reszta jednak to prawdziwe tuzy tej formy filmu: Marian Kociniak, Mieczysław Czechowicz, Wiltold Pyrkosz, Bogusz Bilewski, Jerzy Cnota czy Marian Łącz. To główne postacie a przecież w odcinkach pojawiali inni znani z tamtych czasów aktorzy.
Następny zabawny serial to „Alternatywy 4”. Kogóż my tu nie mamy. Nie będę wspominał o Romanie Wilhemim bo on to dla mnie po wieki wieków Dyzma, ale oprócz niego zagrali tu Wojciech Pokora, Zofia Czerwińska, Janusz Gajos, Kazimierz Kaczor, Jerzy Turek, Halina Kowalska, Gustaw Lutkiewicz, Stanisława Celińska, Bożena Dykiel, Jerzy Kryszak, Mieczysław Voit, Wiesław Gołas, Wojciech Siemion, że wymienię tylko najbardziej znane nazwiska. 
Kto pamięta „Kolumbów” smutna i tragiczna opowieść o powstaniu warszawskim i jego uczestnikach. Ten serial był chyba największym hołdem poprzedniego systemu do tego zrywu Warszawy a zagrali w nim wschodzące gwiazdy polskiego kina a wsród nich: Jan Englert, Władysław Kowalski, Andrzej Zaorski, Jerzy Trela, Maciej Damięcki, Ryszarda Hanin, Krzysztof Kowalewski, Piotr Fronczewski, Lech Ordon i wymieniam tu tylko najbardziej znanych przeze mnie aktorów. Wszyscy oni pozostawili po sobie ślad w kinematografii tego okresu.
Parę słów na temat „Domu” historii otrząsającej  się z pożogi wojennej Warszawy na podstawie jednej kamienicy. Serial nakręcono w 1980 ale jego końcówkę dokręcono w 2000 i nie wyszło to zbyt naturalnie, ale mniejsza o to. W serialu zagrało ponad 250 aktorów a ja przypomnę tylko te najważniejsze nazwiska i pominę tych, których juz wcześniej wymieniałem przy okazji innych seriali. Dom to przede wszystkim woźny, którego grał Wacław Kowalski a wsród innych wystąpili rownież: Jan Englert, Bożena Dykiel, Zbigniew Buczkowski, Tadeusz Janczar, Tomasz Stockinger, Joanna Szczepkowska, Stanisław Zaczyk. 
Na koniec zostawiłem sobie dwa seriale. Jeden z nich pomimo swojej popularności wywołuje uśmiech politowania, drugi natomiast z uwagi na inna obsadę w wersji filmowej przyprawia mnie o ból głowy w sensie wyboru lepszych aktorów.
Zacznę od „Lalki” Bolesława Prusa. W kinie główne postacie to Beata Tyszkiewicz, Mariusz Dmochowski i Tadeusz Fijewski. W serialu to Małgorzata Braunek, Krzysztof Chamiec i Bronisław Pawlik. Beata Tyszkiewicz to niekwestionowana królowa kina i pomimo całego uznania dla Małgorzaty Braunek nie sposób nie przyznać jednak pierwszeństwa w roli Izabeli Łęckiej pani Beacie. Podobnie rzecz się ma z Wokulskim, Mariusz Dmochowski w rolach silnych mężczyzn to jeden z naszych najwiekszych aktorów. Nie podejmuje się natomiast wyboru lepszego Rzeckiego. I Tadeusz Fijewski i Bronisław Pawlik sportretowali go w sposób dla nich specyficzny i niepowtarzalny. 
W serialu mamy jeszcze takie tuzy jak Jan Englert, Stefan Friedman, Wojciech Pokora, Emil Karewicz żeby tylko przytoczyć pare nazwisk.
Czas na ostatni z seriali, o którym chciałem skreślić parę słów. To oczywiście „Czterej pancerni i pies”. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje nad wartościami tej produkcji bo i byłaby to raczej próżna argumentacja. Każda władza dla celów propagandowych coś tam wymyśla aby wywołać pozytywne emocje wsród szczególnie dorastającej części społeczeństwa. I tak moim zdaniem należy odbierać ten serial. Mnie cieszy, że piosenka z czołówki „Czterech pancernych i psa” cieszy się taką sympatią kibiców reprezentacji Polski w wielu dyscyplinach zespołowych. Ale miało być o aktorach. Zatem serial ten to początek kariery Janusza Gajosa, Włodzimierza Pressa to także główne role Romana Wilhelmiego i Franciszka Pieczki. Zagrali w serialu rownież Tadeusz Fijewski, Wiesław Golas, Barbara Kraftówna, Witold Pyrkosz, Marian Opania, Jerzy Turek, Mieczysław Czechowicz, Roman Kłosowski, Janusz Kłosiński, Małgorzata Niemirska i zjawiskowa Pola Raksa. Kim była Pola Raksa? Na to pytanie odpowiedział Zbigniew Hołdys w „Autobiografii”. Nie zagrała w filmie polskim jakiś znaczących ról. Zgadzam się jednak z autorem „Autobiografii” miała to coś w sobie co rozpalało serca wszystkich młodzieńców.
Kogo pominąłem z tamtych czasów? Świadomie Jerzego Stuhra i Olgierda Łukaszewicza bo ich role w „Seksmisji” nikomu o nich nie pozwolą zapomnieć. „Seksmisja” to kultowa komedia z rewelacyjnymi rolami obu panów.
Nie mogę w mojej galerii wybitnych aktorów pominąć Zbigniewa Zapasiewicza, Kaliny Jędrusik, Jerzego Zelnika, braci Damięckich, Jana Machulskiego, Wiesława Michnikowskiego, Jacka Fedorowicza, Jerzego Bińczyckiego, Jadwigi Barańskiej, Jana Dobrowolskiego, Krystyny Sienkiewicz, Anny Dziadyk-Dymnej dumy Karguli i Pawlaków. Nazbierało się tego trochę a i tak jestem pewien, że pominąłem wielu wspaniałych aktorów.