Miejsca, które warto zobaczyć, Grand Canyon

Wiele jest miejsc na świecie, które każdy by chciał odwiedzić. Niektóre z nich to dzieło człowieka, inne zaś to wytwór natury. Każdy kraj ma coś specyficznego, szczególnego czego gdzieś indziej trudno byłoby znaleźć. O tym jednak fakcie wiedzą jednak przede wszystkim mieszkańcy danego kraju oraz garstka ludzi, których nazywamy podróżnikami.  Są jednak miejsca tak niepowtarzalne w swojej urodzie, że zna je niemal każdy człowiek żyjący na naszej planecie. Niewątpliwe jednym z nich jest Grand Canyon. Co roku ciągną tutaj miliony turystów a wielu z nich wraca tu wielokrotnie. Miejsce to jest parkiem narodowym i znajduje się w stanie Arizona. Canyon liczy sobie około 446 km długości a w najszerszym miejscu odległość z krańca na drugi kraniec sięga 29 kilometrów. Grand Canyon to wytwór rzeki Colorado, która wyrzeźbiła go na przestrzeni milionów lat, powodując, że w najgłębszym miejscu odległość z dna kanionu do jego szczytu sięga niemal dwóch kilometrów. Miałem to szczęście być w tym miejscu dwukrotnie i za każdym razem magia tego miejsca robiła na mnie olbrzymie wrażenie. Szczególnym przeżyciem jest oczywiście wschód słońca, który gromadzi na krawędzi kanionu rzesze ludzi bo jest to zjawisko jedyne w swoim rodzaju.  Ciemność spod jakiej minuta po minucie wyłania się czeluść kanionu i ta niesamowita gra kolorów skał nie może nie zrobić wrażenia. Moją pierwsza wizytę w kanionie zaliczyłem razem z moją rodziną i jak to zwykle bywa to właśnie ona zapisała sie głęboko w mojej pamięci. Główną przyczyną tego faktu było przede wszystkim to, że zdecydowaliśmy się, razem z moimi synami zejść do samego dna kanionu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że zaczęliśmy schodzić zbyt późno, przed czym ostrzegał nas student z Polski, który pracował w sklepie z pamiątkami w ramach wymiany studentów. Oczywiście nie uwierzyliśmy mu i postanowiliśmy udowodnić, że na zejście nigdy nie jest zbyt późno. I tak około godziny jedenastej rozpoczęliśmy naszą przygodę. Z krawędzi do dna kanionu jest nieco ponad dziewięć mil, mniej więcej piętnaście kilometrów. Ściany kanionu są dość strome zatem droga miała charakter zygzakowaty stąd się wziął ten dość długi dystans. Schodzenie na dół to nie jest aż tak wielki problem i zajęło nam to około trzech godzin. Rzeka Colorado nie zrobiła na nas większego wrażenia. Wygladała na brudną i zdecydowanie nie nadawała się do żadnej kąpieli nawet pamiątkowej. Na dole dowiedziałem się, że można na szczyt wrócić krótsza drogą licząca około siedmiu mil czyli jakieś 11 kilometrów. Nikt nam jednak nie uświadomił, że jest to trasa o wiele dziksza niż ta, którą zeszliśmy. Różnica polegała przede wszystkim na braku punktów z wodą, których nie brakowało na szlaku dłuższym. Rozpoczęliśmy naszą drogę powrotną nieco po godzinie drugiej w nadziei, że nawet jeżeli wspinać się będziemy dwa razy dłużej, czyli około sześciu godzin to i tak powinniśmy być na szczycie w granicach dziewiątej. Każdy z nas miał po półlitrowej butelce wody i tak zaopatrzeni ruszyliśmy w drogę powrotną. Po pewnie dwóch godzinach marszu natknęliśmy się na grupę schodzącą na dół w celu przenocowania, co jest dozwolone. Spytaliśmy ich jak jest jeszcze daleko do szczytu, mając nadzieje, że odpowiedź zaskoczy nas pozytywnie. Błąd w rozumowaniu, okazało się bowiem, że w najlepszym przypadku przeszliśmy może milę. Spojrzeli na nas z litością i śmiechem i podarowali nam trochę wody bo już wiedzieli, że nasze porcje nie wystarczyłyby nawet wielbłądowi, który znany jest z możliwości podróżowania po pustyniach i bez wody. Nie będę się rozwodził nad naszymi przygodami w drodze powrotnej, dodam tylko, że po około następnych dwóch godzinach spotkaliśmy parę schodzącą w dół. Ponowiłem pytanie o odległość do krawędzi. Odpowiedź nie była zbyt budująca. I tym razem nasi rozmówcy zaoferowali nam wodę, widząc ile nam jej jeszcze zostało. Najzabawniejsze było to, że rozmawialiśmy po angielsku, ale kiedy dziewczyna zaoferowała nam wodę, niespodziewanie chłopak odezwał się czystą polszczyzną, pytając ją czy jest pewna, że im wody wystarczy. Do krawędzi doszliśmy wreszcie parę minut po dwudziestej trzeciej, czyli po dziewięciu godzinach morderczej wspinaczki, wycieńczeni i szczęśliwi. Jedynym problemem był fakt, że znajdowaliśmy się około siedmiu mil od naszego hotelu ale to już rozwiązała taksówka.

Wróciłem na miejsce przestępstwa po czternastu latach. Tym razem w towarzystwie doświadczonych podróżników: Leszka z Izą i Wojtka z Magdą, którzy postanowili zwiedzić zachodnią cześć Stanów. Nie mogliśmy ominąć Grand Canyon. Leszek z Magdą zdecydowali się na zejście na dół. Chociaż rozpoczęli wcześnie rano od dzikiej strony to i tak cała wycieczka zajęła im cały dzień a do krawędzi dotarli kiedy było już mocno po zmroku. Na drugi dzień Leszek prezentował się dobrze, Magda jednak musiała odpuścić i trochę zwolnić a o dłuższym wspinaniu nie było mowy. Tym razem ja nie dałem się skusić.