Sytuacja hipotetyczna

W pewnym mieście, gdzieś na końcu świata, mieszkały cztery rodziny. Miasto było duże, więc nie wszyscy się znali. Każda z rodzin żyła w swoim środowisku. Wychowani w określony sposób członkowie owych rodzin kultywowali swoje tradycje, często z pogardą patrząc na tych myślących inaczej.

Tak się złożyło, że w tym samym czasie wszystkie małżonki, ku uciesze swoich panów, zaszły w ciąże. Termin rozwiązania każdej z pań był niemal identyczny.

Miasto, choć niemałe, miało niestety tylko jeden szpital. Gdy zatem nadszedł termin narodzin potomków, wszystkie panie spotkały na tym samym oddziale położniczym. No i stało się wszystkie damy powiły swoje pociechy w tym samym dniu. Żeby było ciekawiej każda z nich urodziła chłopaka.

Radość wsród panów była wielka. Każdy świętował narodziny swojego następcy w swój specyficzny sposób.

Abraham, Ali, Anatolii i Anthony urodzili się zdrowi i z dziecięcym wrzaskiem powitały świat. Maleństwa, jak to noworodki, były dość podobne do siebie. Tak się złożyło, że panie rodziły w tym samym czasie i gdy dzieciaki przeniesiono na sale noworodków pielęgniarki źle opisały chłopaków. Często się to nie zdarza. To był jednak zwariowany dzień. W szpitalu świętowali urodziny ordynatora wydziału położniczego. Pomylono wszystkich czterech i każdy trafił nie do swojego domu.

Ali, którego rodzicami było małżeństwo muzułmańskie trafił do domu wyznawców judaizmu. Anthony natomiast z matki i ojca Amerykanów trafił do familii wyznawców Islamu. Maluch małżeństwa żydowskiego skończył w domu Rosjan. Mały Anatolii niespodziewanie stał się Amerykanem.

Dzieci rodzą się z pustką w głowie, wolne od przesądów i niechęci. Nic więc dziwnego, że w procesie wychowania słuchają tego co maja im do powiedzenia rodzice. Ich wartości i wiara stają się przekonaniami ich dzieci.

Czterech chłopaków dorastało zatem w innych domach wsłuchanych w niedoskonałości swoich rodziców. I pewnie nikt nigdy by się nie zorientował gdyby nie fakt, że po dorośnięciu żaden z nich nie był podobny do swoich rodziców zewnętrznie. Zazdrośni o swoje kobiety mężczyźni postanowili upewnić się co do swojego ojcostwa. I sprawa się rypła. Mało, że nie oni byli ojcami swoich synów to i dzieciaki nie były od ich małżonek.

W ten sposób wyszedł na jaw szpitalny burdel, impreza jaka miała miejsce w dniu narodzin chłopców, niedopatrzenia i inne brudy, skrzętnie zamiatane pod dywan.

Co tu teraz robić. Syn islamistów nosił pejsy i był przygotowany do zostania Rabinem, Anthony czyli Ali miał wpojoną niechęć do Amerykanów, Abraham czyli Anatoli darzył wyjątkowym brakiem sympatii państwo Izrael. Biedny Anatoli teraz Anthony uważał za największego wroga państwo swoich biologicznych rodziców. Ot taka życiowa niespodzianka.

I po co ja to wszystko piszę? Od dawna chodziło mi to po głowie. Dzieci przychodzą na świat czyste, pełne nadziei. Nie ma w nich wrogości, nie ma w nich narodowości nawet. To my rodzice z małego judaisty potrafimy zrobić antysemitę, z małego islamisty przeciwnika tej wiary, z Rosjanina – rusofoba, a z Amerykaninia przeciwnika tej nacji. Wystarczyła szpitalna pomyłka a potem my nasączyliśmy te maleństwa nienawiścią, o ironio, samych siebie.

A może by tak opracować wspólne kryteria wychowania, wolne od religii i niechęci? Może lepiej odbierać dzieci rodzicom i niech się chowają tam gdzie nie ma żadnych podziałów? Może wtedy świat stanie się lepszym.

Reklamy

O byciu dziadkiem.

No i doczekaliśmy się wnuka a raczej wnuczki. My w wieku naszych dzieci mieliśmy już naszą rodzinkę skompletowaną. Dzisiaj jednak wszystko odbywa się inaczej. Kariery i pieniądze zdominowały młodych ludzi oczekiwania stąd pewnie wystrzegają się albo odkładają założenie rodziny na dalszą bliżej nieokreśloną przyszłość. Specjalnie nie spieszyło mi się do zostania dziadkiem bo to jakoś kojarzy mi się z facetem z laską, a ja wciąż jeszcze mam parę pomysłów do spełnienia i miejsc do zobaczenia. Z drugiej jednak strony biorąc pod uwagę wiek moich dzieciaków nie da się ukryć, że dla nich już nadszedł czas konkretnych rodzinnych decyzji. Tak czy inaczej Bartek chyba doszedł do tego samego wniosku. Nie mogliśmy oczywiście odmówić sobie bycia przy jego rodzinie w tym trochę dla mnie ciekawym momencie. Cecylia miała powitać ten świat dwa dni po naszym przyjeździe, jednak zdecydowała się przyspieszyć swoje narodziny o całe cztery dni. Przyjechaliśmy zatem do Bartka dwa dni tyle, że po fakcie. Nie miało to większego znaczenia bo prawdopodobnie rachunek szpitalowi się nie zgadzał i przetrzymali nasza wnuczkę następne cztery dni co spowodowało, że gdy wreszcie puszczono ją do domu, my już byliśmy na miejscu. Sam nie spodziewałem się efektu jaki na mnie wywarła. Dla każdego rodzica jego potomek jest zapewne najpiękniejszy i nie ma się co temu dziwić. Starając się być obiektywnym w tym względzie nie mogłem się pozbyć jednak uczucia, że mała Cecylia wygląda zdumiewająco uroczo. No cóż od momentu kiedy trzymałem noworodka upłynęło sporo czasu, stąd zapewne odrobina niepewności a potem swoistego zauroczenia. Stanęły mi przed oczami jako żywe obrazy z narodzin naszej córki i chcąc nie chcąc zaczęły się nasuwać porównania. Zasadniczo to nie ma żadnego porównania z tym co teraz i tym co było wtedy. Ilość podarków od znajomych dla małej Cecylii doprowadziła do sytuacji, że wiele z nich okazało się duplikatami. Patrzyłem na tą kolekcje rzeczy wszelakich w przekonaniu, że wiele z nich nigdy nie zostanie użytych bo mała wyrośnie. Czy ktoś jeszcze dzisiaj pamięta pieluchy do wielorazowego użytku z tetry, oprócz mojego pokolenia? Chyba nie. Mi natomiast do głowy by nie przyszło, że wymyślą kiedyś kołyskę z muzyką uspakajająco-relaksującą. I tylko dzieci się nie zmieniły, pozostając kompletnie bezbronne, zdane na rodziców i ich działanie. Hm, gdy tak myślę o tym to babcie chyba też się nie zmieniły. Patrząc na Luśkę widziałem jej mamę. Pewnie tak powinno być, przynajmniej jeśli chodzi o nasze tradycje wywiezione z Polski. A ja? Udało mi się mieć bobasa pare razy na rękach i nie będę ukrywał, że było to uczucie z pogranicza science fiction. Moja niechęć do bycia dziadkiem, wynikająca bardziej ze znaczenia tego słowa, które określa kogoś juz mocno wiekowego, została oto mocno zweryfikowana. Wystarczyło wziąć Cecylię na ręce.

Młodzi w Sejmie

Odkąd zjechałem do kraju nad Wisłą, nadrabiam moje zaległości prasowe. Nie mam na to zbyt wiele czasu ale pomalutku posuwam się do przodu. W Angorze z 11 czerwca donoszą o posiedzeniu parlamentarnym, które miało miejsce w Sejmie. Posłami były jednak dzieci i to one prowadziły obrady i dyskutowały na nurtujące ich tematy. Wydawałoby się, że jest to inicjatywa godna pochwały. I ja tak o tym myślałem dopóki nie zaznajomiłem się z procesem selekcji na małych posłów. Niestety jeśli patronem takiego przedsięwzięcia jest IPN to sam ten fakt determinuje sposób doboru młodych uczestników tej przygody. Aby zatem zasiąść w ławach sejmowych należało „w czasie sześciu tygodni zdobyć informacje o istniejących dotąd w swoim mieście czy gminie symbolach komunistycznego zniewolenia: nazwach placów, ulic, szkół czy osiedli, o pomnikach, tablicach itd. Należało dotrzeć do dokumentów (np. uchwał rad narodowych) nadających dekomunizowane dziś nazwy, relacji z gazet, fotografii i przewodników po okolicy. Trzeba było nagrać wywiady ze świadkami historii, dotrzeć do historyków regionalistów, akt w gminnych urzędach i oddziałach IPN. W miejsce dekomunizowanych symboli należało zaproponować lokalnych bohaterów, przekonując do ich kandydatur mieszkańców i radę gminy przez zorganizowanie okolicznościowej wystawy, gry miejskiej, badań ankietowych i wciągniecie do współpracy lokalnych mediów. Na koniec sprawozdanie z dekomunizacji (opis, zdjęcia, filmy) i propozycje uhonorowania lokalnych bohaterów należało wysłać do oceny”, domyślam się, że przez zahartowanych w boju z depeerelizacją, historyków z Instytutu Poronionej Nienawiści.

Nie było mnie jeszcze na świecie zaraz po wojnie, ale z opowieści mojego ojca wiem, że tak właśnie wyglądała wczesna robotniczo-chłopska indoktrynacja. Po takiej dawcę patriotycznego wychowania czegóż mroźna było się spodziewać po samych obradach tak dobranego gremium? Jeśli ktoś jest ciekawy odsyłam do artykułu, bo mi szkoda tutaj miejsca. Dla mnie już od dawna IPN było instytucją, której potrzeby istnienia nie jestem w stanie pojąć. Ludzie przesiąknięci odwetyzmem nie powinni być dopuszczani w pobliże dzieci i młodzieży. Ta ich chora ideologia może bowiem zrobić tyle samo psychicznego spustoszeni w umysłach dorastających ludzi ile seksualnie molestujący je kapłan. 

 

 

Angora Nr.23 11 czerwca 2017. Sejm, czyli krucjata dzieci.

Pięćset plus.

O święty Jarosławie

Wstaw się w mej sprawie

Do sądu gminnego

By mnie niewinnego

Na wolność wypuścił.

Ja wiem żem spuścił

Mej ślubnej lanie,

Lecz drogi panie

Prezesie kochany

Byłem zalany.

Te więc pretensje

Źem przepił jej pensje

I jeszcze z krzykiem

Były wynikiem

Że nerwy straciłem

I przywaliłem.

To jej jest wina

Bo cała gmina

Wie już od dawna,

Że ręka ma sprawna

Nie znosi krzyków

I żadnych wybryków

Gdym jest zmęczony

I podchmielony.

A pieniądz na dziecko

Co zabrać zdradziecko

Pragnie mi żona

To rzecz sprawdzona,

Że moja to kasa

Bo ja bobasa

W jej łonie zasiałem

I ojcem się stałem.

Lecz sądzi sędzia

Nie mając pojęcia 

Żem ja gagatkiem

Bom skrzywdził matkę.

Za zmianą sądów 

I ich poglądów

Tobie głos daje  

Bo mi się zdaje,

Że nasi sędziowie

Mieszają w głowie

Nie tylko matkom

Lecz także ich dziatkom,

Co mnie rujnuje

I zdrowie psuje.

Królu mój złoty

Przez swe głupoty

I pociąg do łóżka

Dręczy mnie wróżka

Co napić się nie da

Gdy przyjdzie kolega.

Mądrości chodząca

Wszystko wiedząca

Coś kraj umiłował 

I zrezygnował

Z kobiety, dla niego

Wyboru słusznegoś 

Władco dokonał 

Jam się przekonał 

Ze racje miałeś

Gdy kraj wybrałeś.

Wielmożny panie

Mam jedno pytanie  

Co mnie nurtuje,

Czy przysługuje

Te pięćset złotych

Gdy się ma koty?

Telewizji Norodowej odbiorca

I Twój oddany wyborca 

Edukacyjne przemyślenia

Jak bardzo chęć zniszczenia wszystkiego co ma w sobie posmak PRL-u owładnęła elity III RP widzimy na codzień. Bez względu na sens czy jego brak co się wiązało z tamtym okresem należało usunąć poczynając od zmian ulic a kończąc na konstytucji. O ile zmiana tej ostatnie była uzasadnione to już na przykład zmiana systemu edukacji skończyła się kompletnym fiaskiem. System ośmioklasowej podstawówki z czteroletnimi szkołami średnimi powodował konieczność zmiany otoczenia jedynie raz.  Mial tylko te jedna wadę, że był komunistyczny. Na siłę wprowadzono gimnazja, które miały szkolnictwo zmienić oczywiście na lepsze. Jakie są tego efekty, widzimy doskonale dzisiaj. Sfrustrowane dzieciaki, przemoc i agresja w szkołach gimnazjalnych to niemal standard. Na domiar złego szereg reform, które dają wiele praw uczniom spowodował, że dzisiejsza szkoła i pozycja nauczyciela staczają się po równi pochyłej. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem znęcania się na dziećmi czy kimkolwiek lub czymkolwiek. Mam jednak wrażenie, że w dzisiejszych czasach zwykła dyscyplina jest traktowana jak zła metoda wychowawcza. Brak tejże w dzisiejszych szkołach i niemożliwość jej wyegzekwowania to w moim odczuciu jeden z głównych powodów uczniowskiej agresji. W moich czasach też nie byliśmy złoci i dawaliśmy zdrowo nauczycielom w kość. Znaliśmy jednak granice, których nie można było przekroczyć. Nauczyciele też byli różni, jednak to ich słowo w końcowym rozliczeniu było najważniejsze, zwłaszcza jeśli każdy z nich miał problem z tym samym uczniem. Pisząc to, nie kieruje się żadną nostalgią za czasami minionymi lecz bardziej niepokojem o kierunek, w którym zmierzamy. Brak współpracy na linii nauczyciel – rodzice, ci ostatni pracujący często do późnych godzin, otaczające nas zakłamanie i hipokryzja w każdej dziedzinie życia a szczególnie w polityce, cwaniacy, którym powodzi się lepiej niż tym co uczciwie pracują przy nadmiarze praw chroniących młodego obywatela to wszystko spowodowało kryzys wartości edukacji jako czegoś ważnego samego w sobie. Dzieciaki to doskonali obserwatorzy. Świat jaki ich otacza nie zachęca do specjalnego dbania o edukacje. Wszechobecna agresja w środkach masowego przekazu i w życiu  codziennym nie może i nie pozostaje bez wpływu na sposób w jaki go postrzegają. Normy współżycia społecznego oparte na wykorzystywaniu wpływów, znajomosci to tylko utwierdza w nich przekonanie, źe szkoła to tylko mało ważny przystanek. Wyścig szczurów to znak dzisiejszych czasów. W nim wygrywa ten mocniejszy, cwańszy rzadko ten co ma wiedzę i przygotowanie. Czy można się dziwić uczennicom odkładającym koleżanki skoro ze wszystkich stron udowadnia im się, że władza to wynik posiadania muskułów a nie wykształcenia? W ramach dobrej zmiany chcą wrócić do ośmioklasowej podstawówki i czteroletniej szkoły średniej. Nie ma na to zgody środowisk nauczycielskich bo ta zmiana spowoduje zmniejszenie ilości stanowisk w ich zawodzie. Nie mnie zabierać głos w tej sprawie. Obawiam się jednak, że reforma niewiele zmieni w podejściu młodzieży do nauki jeśli świat ich otaczający dalej do niej będzie zniechęcał. 

Psia rodzinka

Żona mojego starszego syna, zreszta jak i on sam, to wielbiciele psów. Kochają te swoje czworonogi miłością niemal ślepą. Dawno temu sami mieliśmy my dwa psy, które stały się członkami naszej rodziny. Kiedy zaczęły chorować by w końcu opuścić ten świat ból z tym związany był zbyt wielki aby pokusić się o kolejnego milusińskiego. Gdy jednak nasz syn się usamodzielnił pies był niemal pierwszym zakupem. Zawsze lubiliśmy duże rasy w związku z czym i on z tego powodu preferował dużego czworonoga. Padło ponownie na wodołaza, z którymi mieliśmy bardzo dobre doświadczenie. To ten sam rodzaj co bernardyn i mniej więcej tej samej wielkości. Biało czarna odmiana tej rasy nazywa się lancier i jest trochę mniejsza od standardowego wodołaza. To bardzo łagodne psy, pomimo swojego rozmiaru kompletnie niegroźne. Gdy Bartek poznał się z Tarą okazało się, że i ona ma psa. Gdy zamieszkali razem były juz dwa czworonogi ale żeby mieć coś wspólnego zafundowali sobie kolejnego pieska. Mieli już dwa samce, oba sporych rozmiarów. Padło zatem na suczkę z ochronki tym razem o wiele mniejszą od obu psów, które już posiadali. Wkomponowała się ona jednak doskonale pomiędzy dwóch panów i stała się ulubienicą swojego państwa. Na tym jednak nie koniec. Postanowili bowiem, że nadszedł czas aby Savage, który był oryginalnym psem Bartka, miał kolesia swojej rasy. Zdawał się być trochę samotny i aby mu umilić resztę życia kupili mu przyjaciela, rownież wodołaza. Ten jednak był ciemnobrązowy. Savage to po angielsku dziki, żeby jeszcze bardziej podkreślić jedność obu psów nowy nabytek został nazwany z polska Dzikusem. I tak rodzina urosła do rozmiaru czterech czworonogów. Przyszedł czas na kupno domu. Znaleźli posesje, która spełniała ich marzenia ze względu na wielkość prawie dwuhektarowej działki. Marzeniem Bartka było posiadanie psa typu pitbul, który byłby odstraszaczem dla wszelkiej maści nieproszonych gości. Wkrótce wiec po kupnie domu rodzina rozrosła się do pięciu psiaków. W tym samym czasie syn zdecydował się na hodowle kurcząt a pitbula zadaniem miała być ich ochrona. Tak młody samczyk dorobił się imienia Kura. Gdy przyjechaliśmy w odwiedziny i uzmysłowiliśmy synowi, że kura to samica było już za późno. Ostatni nabytek wkomponował się w swoje otoczenie wręcz doskonale. Wszystkie psy porozumiewają się miedzy sobą wręcz wzorowo. Nie ma żadnego współzawodnictwa czy robienia sobie na złość. Właściciele by zreszta na to nie pozwoli. To chyba jedyne ograniczenie, żadnego skakania sobie do oczów, poza tym pełna swoboda i bezgraniczna miłość. Przed naszym aktualnym przyjazdem, synowa wyraziła zgodę na tymczasową opiekę nad kolejnym psem z rasy wodołazów, którego dotychczasowi właściciele z jakichś powodów musieli się pozbyć. Znaleziono dla niej, bo to jest samica, już nawet nowy dom. Kiedy jednak zjawili się perspektywiczni właściciele rozmiar psa przekroczył ich oczekiwania i bardzo szybko wycofali się z transakcji. Podobno są już kolejni zainteresowani. Póki co syn wraz z żoną i swoimi kuzynami z Polski zwiedza południe stanów a my hodujemy kury, kaczki i pilnujemy psów. I tu muszę przyznać, że te psiaki w ilości sześć wcale nam nie ograniczają czasu i, co może być wręcz nieprawdopodobnym stwierdzeniem, są prawie niewidoczne pod względem zachowania, trzeba tylko uważać żeby na któregoś nie nadepnąć. 

Wyklęty czy przeklęty? Sprawdź swoje papiery

Czytam, czytam i nie wierzę. Oto pierwszy obywatel naszego pięknego kraju w swojej wypowiedzi na temat żołnierzy wyklętych stwierdził, że nie ma jego zgody na rząd, jak on to nazwał, dusz przez postkomunistów. Swoim kwiecistym językiem miłości zaznaczył, że mało go obchodzą dokonania PRL- u bo w nim rządzili zdrajcy i zbrodniarze. Nasz pan prezydent podobnie jak formacja, z której pochodzi już tu na ziemi chcą odgrywać bogów i decydować kto jest wyklęty a kto przeklęty czyli jak zauważył nasz wpływowy polityk, zdrajcą i zbrodniarzem. Nie mam zamiaru gmerać w przeszłości rodziny pan prezydenta bo z dużym prawdopodobieństwem można by się w niej doszukać współpracy z rządami peerelowskimi. Nikt nie ma tego nikomu za złe bo takie były czasy. Każda współpraca była oczywiście inna i ta, która krzywdziła innego człowieka poprzez doniesienia na niego niewątpliwie powinna być piętnowana. Historia naszego kraju jest pełna wzlotów i upadków, powodów do dumy i wstydu. Tak chyba jest z każdym krajem. W innych państwach potrafią jednak zaakceptować ją taką jaka ona jest i iść do przodu. Inaczej u nas, żyjemy przeszłością, rozliczanie jej to dla politycznej elity naszego kraju jest jak śniadanie, obiad i kolacja czyli nie ma dnia aby myślec o przyszłości. Czytam te słowa naszego zniewolonego przez prezesa prezydenta i dochodzę do wniosku, źe to chyba właśnie ta jego relacja z naszym guru od wszystkiego pozwala mu mówić z taką światłością o czymś lub kimś sterowanym przez coś lub kogoś. Martwi a nawet bardzo martwi fakt, ze o ile prezes reprezentuje określony sposób myślenia wynikający z jego partyjnej ideologii o tyle prezydent jako głowa państwa nie powinien wpisywać się w to partyjne postrzegania naszego kraju. Powinien on stać ponad podziałami i szukać pojednania. A tymczasem w swoich słowach – „Bardzo wiele wpływowych miejsc we współczesnej Polsce zwłaszcza po 1989 roku w mediach i innych wpływowych instytucjach, fundacjach, zajmują osoby, których rodzice czy dziadkowie aktywnie walczyli z Żołnierzami Wyklętymi w ramach utrwalania ustroju komunistycznego, czyli krótko mówiąc byli zdrajcami – dzisiaj byśmy tak powiedzieli wprost, ja w każdym razie bym tak powiedział ” namawia do dalszej eskalacji nienawiści i to juz nie tylko przeciwko urzędnikom peerelowskim ale rownież ich dzieciom i wnukom. Do, którego, pokolenia zamierzamy ścigać rodziny Jaruzelskich, Gierków czy Gomułków? A może najlepiej ich wyrżnąć tak jak Polaków na Wołyniu? Głowa państwa powinna jako pierwsza skończyć z tym językiem miast podsycać nienawiść. Nie chce przypominać panu prezydentowi, że nasz ambasador w Berlinie tez nie ma czystych rąk. Wynika jednak, że jedne są czystsze inne brudniejsze i nie przez to co zrobili w przeszłości tylko dzięki temu komu służą dzisiaj. 

Ot i niespodzianka 

Już od dawna namawialiśmy z żoną nasze dzieci do odwiedzenia nas w naszym nowym miejscu na ziemi. Ciagle się jednak nie składało z rożnych powodów. Daliśmy sobie zatem spokój czekając na lepsze czasy. Rzeczywiście w życiu naszych dzieciaków nastąpiło w ostatnim czasie sporo zmian zawodowo personalnych toteż nie mieliśmy im za złe, że musimy troszkę poczekać. Jeżeli jednak nasze dzieciaki coś postanowią to na ogół wychodzi to od naszej córki. Jako najstarsza rzuca hasło i chłopaki w liczbie dwóch muszą się dostosować. Oczywiście takie sytuacje zdarzają się rzadko i muszą po temu być szczególne okoliczności. 

Styczeń to miesiąc urodzin mojej żony a że w tym roku były one okrągłe spodziewałem się zatem akcji pod tytułem „urodziny mamy”. Miałem jednak nadzieję kierować całym tym przedsięwzięciem chociażby z powodu, że tu gdzie mieszkamy trafić bez wskazówek kogoś zorientowanego, osobiście uważam za niemożliwe. Kiedy moje namowy spaliły na panewce uznałem, nie bez zawodu, że akcja została odwołana. Sądziłem, że bez moich wskazówek nie ma takiej opcji aby nas odnaleźli bo nawet taksówkarze z Cuenki nie bardzo wiedzą jak do nas trafić bez naszej pomocy. Zapowiadało się zatem, że spędzimy urodziny we dwoje…no właśnie zapowiadało się. Dzień przed urodzinami ktoś puka do drzwi, ktoś wypada zza rogu domu od strony tarasu…kompletny szok. Banda trojga, jak żartobliwe nazywam nasz przychówek, plus dwóch partnerów, mąż córki i narzeczona naszego starszego syna, stanęli przed nami powodując, że oboje z żoną zapomnieliśmy języka w popularnej gębie. Kątem oka w oczach jubilatki zauważyłem tak zwane wzruszenie i sam muszę przyznać, że i mnie coś stanęło w gardle bo z natury romantyczny i sentymentalny chyba jestem. Gdy wreszcie emocje opadły, jako że wciąż nie mogłem wyjść z podziwu, ze nas tutaj znaleźli, spytałem jak im się to udało. W tym właśnie momencie wyszedł talent organizacyjny naszej córki. Przede wszystkim organizacja wyprawy i jej szczegóły to jej zasługa. Ustalenie adresu chociaż nie było łatwe to jednak jak mówi nasze polskie przysłowie, koniec języka za przewodnika, w tym wypadku rolę języka odegrał internet. Córka znalazła na internecie kontakt z naszym znajomym z Cuenki, ten skontaktował ją z naszą sąsiadką a ta zorganizowała dojazd na miejsce. Niby proste ale tylko na pierwszy rzut oka. Coraz bardziej uzależniamy się od technologii i coraz to nowszych rozwiązań. Często sam to wszystko mocno krytykuję. Muszę z ręką na sercu dzisiaj stwierdzić, ze ów dzień i z nim związane przeżycia bez internetu, poczty elektronicznej i tego typu rozwiązań byłby niemożliwy.

Mostowe zebranie i wspomnienia z przeszłości

Podczas jednej z naszych wizyt w Ekwadorze poznaliśmy Milana prawdziwego Słowaka ze Słowacji nie mylić z Czechosłowacją. Utrzymywaliśmy ze sobą kontakt e-mailowy bo i on myślał o przeprowadzce do Ekwadoru. Jakoś rok temu na wiosnę odwiedził nas i zakochał się w okolicy. Tak się tez złożyło, że sąsiadki kuzyn mieszkający w okolicy musiał się przeprowadzić na drugi koniec Ekwadoru. To spowodowało konieczność sprzedaży domu. Milan skorzystał z okazji i wkrótce transakcja doszła do skutku. Mamy zatem w naszej enklawie jeszcze jednego obcokrajowca. Milan ma specyficzne podejście do rzeczywistości i na swoje potrzeby za wszystko co się dzieje poza jego kontrolą oskarża bliżej nikomu nieznaną grupę pod nazwą Big Boys. Mieszczą się w niej wszystkie najgorsze męty tego świata. Gdy Milan rozkłady owy układ na części pierwsze to okazuje się, że sporo jest w nim towarzystwa, które i nam obrzydza życie tyle, źe jego krąg złych ludzi do odstrzału jest kapkę większy. Piszę o tym tylko z tego powodu, że nasz słowacki sąsiad dał się juz wszystkim poznać ze swoimi poglądami i jak się coś złego dzieje to wszyscy wiedza, że to wina Big Boys. Wywołuje to czasem mniej czasem więcej śmiechu ale najważniejsze, że kolega się nie obraża. 

Na naszej drodze do cywilizacji, w jej połowie znajduje się drewniany most, który pamięta napewno zamierzchłe czasy. Ów most z racji swego sędziwego wieku ma swoje lepsze i gorsze dni. Jest zatem pieczołowicie pielęgnowany, tyle że najtańszym kosztem. Ostatnimi laty działalność budowlana, nie tylko nasza, dała mu się mocno we znaki i w aktualnej sytuacji wymaga juz bardziej poważnego remontu. Nasi ekwadorscy sąsiedzi zwołali zatem naradę wszystkich, na których zawalenie mostu mogłoby wpłynąć negatywnie. Most ów znajduje się mniej więcej w połowie drogi do naszego domu. Do mostu droga jest jakby lepsza od mostu do nas to już inny świat. Od głównej drogi do mostu mieszka około sześćdziesiąt rodzin za mostem juz tylko dziesięć. Władza lokalna uznała zatem, że nasze dziesięć rodzin, jeśli chcemy mieć dostęp do cywilizacji,  musi partycypować we wszelkich kosztach związanych z drogą i mostem. Spotkaliśmy się zatem aby przedyskutować stopień naszej partycypacji w kosztach i ewentualnego wkładu własnej pracy. Zebranie odbywało się oczywiście w języku hiszpańskim my zatem siedzielismy sobie niemal jak na tureckim kazaniu. Co jakoś czas znajomi tłumaczyli nam co jest grane i co jakiś czas pozwalano nam na wyrażenie naszej opinii oczywiście po angielsku co znajomi tłumaczyli zebranym na ichnie bałakanie. Milan próbował znowu obciążyć wszystkich nikomu bliżej nieznanych Big Boys rozluźniając w ten sposób atmosferę. Nie żeby była ona specjalnie napięta ale trochę śmiechu nikomu nigdy nie zawadzi. Po około dwóch godzinach wreszcie osiągnęliśmy porozumienie. Wbije się pare gwoździ, zmieni kilka desek i niech się dzieje wola nieba. Spytałem zaczepnie czy nie byłoby wskazane utworzyć jakiś fundusz mostowy i płacić do niego składki żeby mieć jakieś pieniądz na wypadek katastrofy jakiejś. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby bo jak się zawali to będziemy wtedy myśleć. Żyjemy tym co dzisiaj, co będzie jutro to daleka przyszłość po co zatem zawracać sobie głowę. Odpowiada mi takie podejście do życia bo nie lubię siė martwić jutrem. Ponieważ końcówka dotyczyła pieniędzy sporo zrozumiałem bo w pierwszej kolejności nauczyłem się liczenia po hiszpańsku. Spytano mnie jednak tak na wszelki wypadek ile zrozumiałem. Rzekłem, że prawie wszystko. Nie dali jednak za wygraną i poprosili o procentowe określenie słowa wszystko. Mam swoiste poczucie humoru i lubię trochę sobie pożartować, z czego dałem się już poznać, więc odpowiedziałem niezgodnie z prawdą, że procentowo to zrozumiałem jakieś pięć procent. Prawie wszystko w zestawieniu z pięcioma procentami wywołało efekt na, który liczyłem czyli serdeczny śmiech. Sytuacja ta przypomniała mi scenę z mojego życia. Moja kochana rodzicielka zawsze zarzucała mi i mojej żonie brak stanowczości w sprawach religijnych w stosunku do naszych dzieci. Staraliśmy się unikać drażliwego tematu ale mama zdecydowała się wybadać teren samodzielnie biorąc naszą córkę na spytki. Spytała więc babcia wnuczkę czy umie paciorek. Pytanie niezbyt szczęśliwe z naszego punktu widzenia ale ku naszemu zaskoczeniu córka bez momentu zastanowienia odpowiedziała: umiem babciu. Mieliśmy nadzieje, ze to wystarczy. Nie wystarczyło jednak, babcia poprosiła córkę o powiedzenie paciorka. To już były nie przelewki. Córka nasza jadnak pełnym spokoju głosem i przekonana o swojej wiedzy powoli i z namaszczeniem odpowiedziała: pa-cio-rek. Babcia nie była nawet w stanie skrytykować nas bo wiara naszej córki w prawidłowość odpowiedzi była powalająca. To zdarzenie zawsze przywołuje szczery wybuch śmiechu wszystkich tych, którym to opowiadam.

Chociaż musiałem udowodnić, że zrozumiałem więcej niż pięć procent z końcówki mostowego spotkania to wybuch śmiechu jaki spowodowałem świadczył o akceptacji mojego poczucia humoru. I o to chodziło.