Negocjacje.

Większość rzeczy w Ekwadorze można negocjować. Podejrzewam, że tak już jest w większości państw na świecie. Oczywiście nie każdy sklep dopuszcza takie praktyki, jednak prywatni właściciele zdają sobie sprawę, że ich cena jest tylko punktem wyjściowym. Dlatego denerwuje mnie, gdy w Polsce idę do sklepu, za każdym razem przy próbie zbicia ceny patrzą na mnie jak na gościa z kosmosu.

Znaliśmy cenę działki ale potrzebna nam była też cena budowy domu. Wszystko w sumie zapewniała nam nasza administratorka, jej ojciec był właścicielem terenu a mąż architektem. Przedstawiciel tego zawodu nie tylko wykonuje tutaj plan ale później również nadzoruje i kontroluje jak postępuje progres budowy.

Zacząć musieliśmy oczywiście od planu a potem dokonać kosztorysu budowy. W grę wchodziły dwie koncepcje. Pierwsza bryła domu w kształcie litery L, druga natomiast litery U. Zobaczyliśmy plan L i nie przypadł nam specjalnie do gustu. Prawdę powiedziawszy, nie powinienem mówić nam tylko Alicji. Ja wyłączyłem się z procesu planowania, wiedząc z doświadczenia, że w tym względzie moja wiedza, jak ma być wszystko rozplanowane żeby było funkcjonalnie, jest żadna. Tak czy śmak czekaliśmy na propozycję U.

Wyszła ona zdecydowanie korzystniej. Podstawę U stanowiła kuchnia na środku kominek a zanim pokój telewizyjny. Boki natomiast stanowiły po jednej stronie pokoje gościnne a po drugie nasza sypialnia. Jeszcze tylko miejsce na spiżarnię, pralnie i gotowe. Z naszej sypialni było wyjście na taras a środek miało stanowić patio z miejscami na klomby wzdłuż okien. Wnętrze U w części mieszkalnej miało być oszklone aby dać nam widok na górę.

Ważnym elementem było dla nas światło dzienne, dla pewności aby mieć go pod dostatkiem, chcieliśmy mieć okna dachowe. Tu jednak nasz budowlaniec/architekt stwierdził, że to zbędny koszt bo słońce na równiku świeci z każdej strony i ze światłem nie będzie problemu. Sądziliśmy, że gość wie o czym mówi skoro przecież tutaj mieszka. Błąd w rozumowaniu. Ale o tym mieliśmy się przekonać już po skończeniu domu.

Elewacja, tym razem na moje żądanie miała być wykonana z okolicznego kamienia podobnie jak dom brata naszej administratorki.

Wszystko zatem zostało uzgodnione poza ceną oczywiście. Kosztorys domu był wyższy niż się spodziewaliśmy ale od tego są właśnie negocjacje. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie dać im nasza cenę za pole i dom. No i zaczęliśmy się wymieniać cenami oni swoją, my swoją. Jak to zwykle bywa oni wiedzieli ile mogą opuścić ja ile chce zapłacić. Oni zawyżyli ja zaniżyłem i spotkaliśmy się w środku. Chyba jednak bardziej po ich stronie niż mojej.

Czas start, dom miał być gotowy w pół roku.

Dobrze mieć górę.

Ekwador a zasadniczo, poza Brazylią, cała Ameryka Południowa ma silne związki z Hiszpanią. Większość okolicznych rodzin ma w kraju na półwyspie iberyjskim kogoś tam, jakąś sto dwudziestą piątą wodę po kisielu ale jednak ma.

Nie inaczej jest z rodzinami w Cuence. Ktoś mi nawet mówił, że choć miasto liczy ponad sześćset tysięcy ludzi to jeśli zrobić im tutaj jakieś drzewo genealogiczne to się okaże, że większość ma wspólnych przodków.

W Ekwadorze podobnie jak we wszystkich krajach kultury hiszpańskiej kobieta nie przyjmuje nazwiska męża lecz po ślubie pozostaje przy swoim nazwisku. Jest ono zawsze dwuczłonowe, najpierw nazwisko rodowe matki a potem ojca. Zatem jeśli matka była z domu Kowalska a a nazwisko,ojca to Nowak to synowie i córki będą się nazywać Kowalska Nowak. Jeżeli teraz córka po owych rodzicach poślubi chłopaka po matce z domu Kaczyńska po ojcu Mazurek to ich dzieci trzymają nazwiska dziadków obu rodziców czyli w tym przypadku Nowak Mazurek, a ów Mazurek byłby kontynuowany w kolejnej generacji. Trochę to skomplikowane, ale tylko dla nas.

W Ekwadorze najbardziej popularnym nazwiskiem jest Jaramillo. Spotkałem bardzo wielu tubylców, którzy mają w jednym ze swoich członów właśnie to nazwisko. Spotkać można bardzo wielu Herediów, Moscosów, Espinosów, Lassów, Morenów. Wbrew pozorom Sanchez wcale nie jest taki popularny.

Owe hiszpańskie rodziny po zniewoleniu Inków zasadniczo podzieliły pomiędzy siebie olbrzymie połacie ziemi, stając się niemal wyłącznymi ich właścicielami.

Dzielili potem to pomiędzy swoje dzieci, a te pomiędzy następnych spadkobierców. Okazał się, że cała góra wraz z jej dolinami, na której zdecydowaliśmy się kupić działkę to własność jednej rodziny. Senior rodu, zdecydował się rozparcelować swoją cześć, podzielił ją miedzy dzieci, zostawiajac sobie ileś tam hektarów na własne potrzeby. Z tej puli cześć zdecydował się sprzedać. I tak pół hektara przypadło nam.

My znaliśmy jego córkę, którą nasza wspólnota mieszkaniowa zatrudniła jako administratorkę budynku. Jej mąż okazał się być architektem.

Zanim pokazali nam te tereny spędziliśmy sporo czasu z innymi agentami zajmującymi się sprzedażą domów i ziemi poszukując czegoś odpowiedniego.

W pewien weekend pojechaliśmy jednak na wycieczkę. Po niej już nic innego nie wchodziło w grę. Urzekła nas okolica, odległość od Cuenki spełniała nasze wymagania, no i ta dzika rzeka, która stanowiła granice naszej działki. Zeszliśmy do niej z posesji brata naszej administratorki i to był koniec.

Pozostały negocjacje.

Rzeka, jak widać

Nurt jak to w górach.

Dym syna właściciela gory zbudowany z okolicznego kamienia.

I pół hektara na sprzedaż. Tak wyglądało wtedy.

Dyniowe potyczki.

Nasza nieobecność w domu trwała nieco ponad cztery miesiące. I dużo to, i mało. My jednak wyjechaliśmy w okresie kiedy na półkuli południowej nadchodziła wiosna a więc pora dla ogrodowych zapaleńców najważniejsza. Moje ślubne szczęście to nie tylko ogrodowy zapaleniec ale wręcz szaleniec do potęgi ntej. Nie wiem ile ma książek na tematy ogrodnictwa, ile przeczytała artykułów w internecie, dość powiedzieć, że niemal każdego dnia coś sadzi a coś innego przesadza. Zbiera też nasionka wszelakie i rozsypuje je gdzie się da tak z ciekawości żeby zobaczyć co z tego wyrośnie.

W jednej z Angor, których nawiązałem multum, wyczytałem artykuł na temat lenistwa. Okazało się, że jest ono naturalne bo nasz mózg preferuje brak aktywności. Od razu polubiłem moje centrum myślenia jeszcze bardziej.

No ale jak tu leniuchować, kiedy kobitka lata z kilofem po grządkach. Nawet jako zimny drań nie mogę na to spokojnie patrzeć. Tak więc przed wyjazdem przygotowaliśmy nasze poletko tak aby było koło niego jak najmniej pracy dla osoby, którą poprosiliśmy o doglądanie. Nie wzięliśmy oczywiście warunków pogodowych pod uwagę. A te przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Dużo opadów i sporo słońca czyli wymarzona pogoda dla roślinek wszelakich.

Gdy wróciliśmy nad ranem nie mogliśmy oczywiście sprawdzić stanu naszej działki. Jednak juz po krótkiej drzemce, Luśka pierwsze kroki skierowała, nie trudno zgadnąć, do ogrodu. Obawiałem się tego ale wyszło gorzej niż się spodziewałem.

Po pierwsze okazało się jak kiepski jest mój hiszpański. To ja bowiem tłumaczyłem naszemu pomocnikowi co może a czego mu nie wolno. No i zgadnijcie? Dokładnie zrobił wszystko to czego mu nie kazałem. Luśka stosuje metodę, o której wyczytała gdzieś w mądrych książkach. Częścią tej metody jest rozkładanie na ziemi wokół roślinek ściętej trawy tak aby ona przeszkadzała chwastom przebicie się do światła. I tak to tłumaczyłem moim hiszpańskim. Tyle, że gdzieś musiałem popełnić błąd bo cała trawa została pięknie sprzątnięta.

Po drugie. Gdzieś tam jednak z tym moim polhiszpan musiałem dotrzeć do głowy naszego pomocnika. O ile trawę potraktował niezgodnie z moim życzeniem to już wszystko inne z sobie wiadomych przyczyn postanowił nie dotykać.

Przed wyjazdem Luśka na naszych patiowych grządkach posadziła dynie. Po czterech miesiącach naszej nieobecności dynia odebrała nam patio. Zarosła je od wschodu na zachód i od południa na północ. Dla nas zostało zero miejsca. Jeszcze tego samego dnia stoczyliśmy krwawą bitwę o nasze miejsce relaksu z zielskiem. Wygraliśmy, chociaż nie było łatwe. Swoimi czułkami dynia oplotła fotele i wszystko co stało jej na drodze. Po bitwie poczuliśmy się wreszcie jak w domu. Patio znowu było nasze.