Foty z aparatu – 3

Czy pamiętacie farmę kakaową w drodze nad ocean? Dzisiaj wracamy na nią właśnie ze fotkami z aparatu. Mój wpis na jej temat nie był kompletny bo brakowało paru zdjęć obrazujących proces tworzenia czekolady.

W oryginalnej notce zabrakło równie zdjęcia owocu kakaowca niemodyfikowanego. Nadrabiam zatem te zaległości zaczynajac właśnie od owocu.

Oryginalny owoc kakaowca. Bardzo wrażliwy na choroby i pogodę. Rzadko spotykany na farmach. Stanowi mały odsetek produkcji.

Tak wyglada ziarno kakaowe po wysłużeniu, wyprażeniu i wyłuskanie gotowe do dalszej obróbki

Domowa maszyna do mielenia ziarna.

Masa kakaowa.

Do masy dodać można panele czyli cukier z trzciny cukrowej oraz inne smakowe atrybuty. Tak może powstać czekolada albo…

Napój czekoladowy. Oczywiście tak się robi w warunkach domowych

Spróbowałem i napoju i masy z panelą. I jedno i drugie tak przyrządzone to smakowo produkty popularnie zwane organicznymi. Żadnych prezerwantów czy innej chemii.

Tak oto, mając dostęp do ziarna kakaowego można we własnym zakresie zrobić sobie i czekoladę, i napój czekoladowy. Kakao nieprzetworzone ma olbrzymie wartości zdrowotne o czym każdy wie i każdy może przeczytać. Z tego co wiem ziarno nieprzetworzone jest dostępne w Polsce. Do dzieła.

Reklamy

Farma kakaowa

Droga, którą się poruszaliśmy łączy Cuenkę z Guayaquil. Powstała jakieś piętnaście lat temu. Skróciła przejazd o ponad trzy godziny. Przecina Andy w okolicach Parku Narodowego Cajas. Cuenca leży na wysokości dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Zanim zaczniemy zjeżdżać w kierunku wybrzeża musimy się wspiąć na wysokość prawie czterech tysięcy dwustu metrów. To Trzy Krzyże najwyższy punkt na trasie. Od tego momentu poruszamy się wzdłuż krawędzi zjeżdżając niżej i niżej. Po jednej stronie góry po drugiej przepaście. Poruszanie się wzdłuż zboczy to również mnóstwo zakrętów bardzo ostrych i wiraży mniej niebezpiecznych. Nie sposób się rozpędzić bo odcinki prostej drogi są za krótkie. Dodatkowym niebezpieczeństwem są błotne osuwiska ziemi. Niestety ostatnie lata El Niño znacznie zwiększył ilość opadów a te z kolei spowodowały obsuwanie się z górskich zboczy wszelkiego rodzaju kamieni i ziemi prosto na drogę. W dwóch punktach okazało się, że trzeba było zorganizować objazd bo nasza autostrada była nieprzejezdna. Ale to już taka specyfika tej drogi.

Po około trzech godzinach dotarliśmy do naszej farmy kakaowej i mango. To bardzo skromne agroturystyczne miejsce prowadzi rodzina bez żadnej pomocy. Bez przewodnika mało kto by tu trafił. Podejrzewam zatem, że kompania turystyczna ma jakiś układ z tym miejscem.

Wypadliśmy z autobusu by poznać okolice ale i przy okazji zaznajomić się z procesem wytwarzania czekolady. Wszystko oczywiście zaczyna się na drzewie kakaowym, które w tym klimacie owocuje przez cały rok. Ponoć do końca lat pięćdziesiątych Ekwador był mocarstwem kakaowym. Potem przyszła zaraza i szlag trafił mnóstwo upraw. Aktualnie jednak Ekwador wrócił do grona eksporterów ziarna kakaowego. To co wysyła się stąd stanowi ledwie cztery procent światowego eksportu. Jednak aż siedemdziesiąt pięc procent tego, uważane jest za gatunkowo najlepsze ziarno na świecie.

Zaraza spowodowała mnóstwo zniszczeń w przemyśle. Wynaleziono zatem zmodyfikowane ziarno odporne na choróbska. Farma, która nas gościła w głównej mierze hodowała właśnie te zmodyfikowane kakao. Wśród drzew jednak były również i te tradycyjne, które są już rzadkością.

Ten przystanek zaprogramowany miał dla nas lunch. Tradycyjne saviche na pierwsze i makaron z warzywami plus deser, to wszystko za pięć całych zielonych. Oferta była inna ale nasza silna trójca pod wezwaniem to sami wegetarianie i kurczak trzeba było zmienić na kluski.

W podziękowaniu za gościnę nabyliśmy dwie tabliczki czekolady. Hop do autobusu i po chwili znowu w drodze. Cel czyli Montañita jeszcze cztery godziny jazdy. Coraz bliżej do plaży, coraz bliżej do oceanu.

Owoce drzewa kakaowego

Wnętrze owocu. W środku tego białego dojrzewa ziarno.

Teraz trzeba je wysuszyć.

Potem wyprażyć. Takie ziarno łatwo rozłupać by wydostać ze środka kakao gotowe do przetworzenia w wyrób czekoladowy.

Przerywnik kulinarny.

Po ostatniej dawce zdjęć z okolicy postanowiłem dać wszystkim odetchnąć od krajobrazowych uniesień. Nie chcąc popaść w jedno-tematyczność postanowiłem wyruszyć na podbój kuchni. Zauważyłem, że blogi kulinarne cieszą się dość dużym powodzeniem, może zatem i mnie się uda zachęcić kogoś do przygotowania czegoś mojego pomysłu.

Pascal, czy jak mu tam, ze mnie żaden. Nie zamierzam zatem pchać się w rewiry potraw skomplikowanych. Ostatnio udało mi się wymyślić coś wyjątkowo prostego czyli słonecznik w czekoladzie.

Ziarna kakaowego w Ekwadorze nie brak. Czekoladę w czystej postaci można kupić bez większych problemów. Z tego co nam tutaj mówiono jest pare procesów przetwarzania ziarna w czekoladę. Każdy z nich jest oczywiście inny i każdy powoduje, że stuprocentowa czekolada inaczej smakuje. Czyste sto procent zwykle nie jest zjadliwe bo gorzkie jak wszyscy diabli. Jest jednak proces, który nie ruguje wszystkich składników ziarna co powoduje, że stuprocentowy ekstrakt z niego nie jest aż tak gorzki.

Na moje potrzeby użyjemy właśnie ten mniej gorzki produkt, który można kupić na Calle Gaspar Sangurima w sklepie Awari. Słonecznik kupiłem na targowisku zwanym Ferria Libre. Nic więcej mi do przygotowania mojego deseru nie potrzeba.

Sposób przygotowania:

Na półmisek usypujemy płatki czekolady do późniejszej obróbki.

Przygotowujemy rownież ziarna słonecznika.

W proporcjach mniej więcej jeden płatek czekolady dwadzieścia ziaren słonecznika usypujemy na dłoń. Zawartość można potrząsnąć obiema rękami, to jednak jest dowolne. Ja wrzuciłem wszystko do ust tam się i tak wymieszało.

Przed połknięciem należy pogryźć aby wydobyć smak mieszanki. Osobiście byłem zachwycony. Wyjątkowo proste i smakowite.

Życzę smacznego i czekam na opinie. 😂