Z historii Cuenki

Dwunasty kwietnia to ważna data w historii Cuenki. To właśnie tego dnia miasto zostało założone przez hiszpańskich konkwistadorów. Miało to miejsce w 1557 roku a oficjalna nazwa miasta brzmiała Santa Ana de los Rios de Cuenca. Zanim jednak do tego doszło na tym terenie mieszkali Indianie Cañari którzy żyli tutaj ponad tysiąc lat. Długo stawiali opór Inkom, jednak w końcowym rozrachunku musieli uznać wyższość najeźdźców. Inkowie z kolei przetrwali tylko czterysta lat. W czasie ich panowania Cuenca była drugim po Cuzco najważniejszym ośrodkiem ich królestwa. Niestety dwóch synów ważnego wodza Inków Huayna Capac, wdało się w wojnę między sobą co w znaczny sposób ich osłabiło i umożliwiło przejęcie tych ziem przez Hiszpanów. Przyszli oni w drugiej połowie szesnastego wieku i zdominowali te tereny aż do powstania niezależnych państw południowoamerykańskich.

Tradycyjnie zatem dzień ten jest świętowany w mieście. Odbywa się wiele imprez, pokazów i wszelkiego rodzaju przedstawień i koncertów od muzyki rozrywkowej do poważnej.

Jest to dzień wolny od pracy choć drobni przedsiębiorcy niekoniecznie są zmuszani do celebrowania tego dnia.

Centrum miasta zmienia się w jeden wielki stragan z rożnego rodzaju kiermaszami oferującymi wszystko od obrazów do słodyczy i innych niekoniecznie wysokich lotów różności.

Na jeden dzień otwarcie kiermasze nie miałoby sensu. Będą zatem trwały przez cały weekend.

W tym roku postanowiliśmy odpuścić obchody. Jest dość tłoczno i głośno a najważniejsze imprezy odbywają się wieczorem. Dla mas jest to zbyt późno biorąc pod uwagę powrót w nasze górki.

Wiem jednak, że będzie się sporo działo szczególnie w starej części miasta, w której będzie również najwiecej koncertów dla mieszkańców i dla turystów.

Byłem w mieście dwa dni wcześniej i już dało się czuć atmosferę imprezy. Niestety nie nie miałem siły na oglądanie bo wyszedłem właśnie od dentysty wciąż nie czując języka po anestezjologii. A przede mną jeszcze jedna wizyta. 😭😃

No i będzie z tego Inka.

Reklamy

Dlaczego Cuenca.

W naszą podróż po Ekwadorze wyruszaliśmy z mieszanymi uczuciami. Problemy z agencją spowodowały, że podniecenie wycieczkowe znacznie opadło. Byliśmy jednak już na miejscu więc nie było sensu załamywać rąk tylko korzystać z przyjemności zwiedzania.

Ekwador dzieli się na trzy strefy, wybrzeże, Andy i dżungla. Mój domowy przewodnik skreślił dżunglę jeszcze przed wyjazdem przede wszystkim z powodu klimatu. Pozostały wybrzeże i Andy. W tych rejonach poszukiwania ewentualnych ciekawych miejsc skoncentrowały się wokół Quito, Manty i Cuenki.

Stolicę Ekwadoru, którą mieliśmy okazję poznać w pierwszych dniach naszego pobytu niemal natychmiast odrzuciliśmy. Wielkie, przepełnione miasto z korkami na ulicach nie było zdecydowanie tym czego szukaliśmy.

Około półtorej godziny jazdy na północ od Quito znajdowało się małe miasteczko o nazwie Cotacachi. Zasadniczo nic specjalnego, jednak sporo Amerykanów wybierało to miejsce. Musieliśmy to sprawdzić. Otóż panuje tam dość specyficzny mikroklimat. Otoczone górami w pięknie położonej dolinie, rzeczywiście robiło wrażenie. Niestety, tu Amerykanie budowali swoje domy w ramach zamkniętych enklaw otoczonych murami. My chcieliśmy być częścią tutejszej ludności a nie separować się od niej. Poza tym wielkość miasta nie napawała optymistycznie z punktu widzenia rozrywek wszelkiego rodzaju.

Osobiście mam słabość do wody. Ocean przemawiał do mnie wielkimi literami. Manta jednak nas zawiodła. Okazała się przede wszystkim miejscem imprez i sporej ilości młodzych ludzi z całego świata. W ramach pobytu zabrano nas na wycieczkę małym busem do okolicznego parku narodowego nad oceanem. Przepiękne miejsce, znajdujące się na trasie o zachęcającej nazwie „Droga Słońca”. Wraz z nami było jeszcze pięć osób w wieku od osiemnastu do dwudziestu lat. Czuliśmy się jak rodzice grupy. Okolice Manty i Droga Słońca to wspaniałe miejsca ale i temperatura, i wilgotność też odpowiednia. Znaleźliśmy pare ciekaw miejsc w niedużej odległości od Manty, które ewentualnie mogłyby wchodzić w grę na przyszłość. Przed nami była jeszcze Cuenca.

Żeby dojechać do Cuenki musieliśmy wrócić do Quito. Przyczyna była dość prosta, jeśli ludzie latają w Ekwadorze to tylko do stolicy. Zatem połączenie lotnicze Manty z Cuencą musiało odbyć się przez Quito.

Cuenca nas kompletnie zaskoczyła. Przede wszystkim tempo wolniejsze niż w stolicy i spokojniej niż w Mancie. Ze zdziwieniem też stwierdziliśmy, że pomimo wysokości warunki pogodowe są doskonale. Poznaliśmy okolice z parkiem narodowym w Cajas a stare miasto położone na wzniesieniu bardzo nam przypadło do gustu. To był początek sporego zainteresowania Cuenką przez jedną z najbardziej popularnych stron internetowych propagujących Amerykanom życie poza krajem na emeryturze. Już w owym roku mieszkało w Cuence na stałe pare setek rodzin ze Stanów, Kanady i co ciekawe również z Australii.

Wiedzieliśmy już, że jeśli zdecydujemy się na Ekwador to tylko i wyłącznie na Cuenke. Tylko czy napewno chcemy jeszcze jednej życiowej przeprowadzki.

Na to pytanie miała nam dać odpowiedz kolejna wizyta w Ekwadorze ale już tylko ograniczona do Cuenki.

Wróciliśmy zatem po pół roku na miejsce przestępstwa. Zanim jednak do tego doszło na internecie domowa planistka nawiązała kontakt z Australijką mieszkającą w Cuence, która pracowała dla ekwadorskiego budowlańca. On właśnie odnawiał historyczny budynek w centrum miasta, w którym miało się znajdować osiem apartamentów na sprzedaż. Ceny bardzo przystępne. Po przyjeździe zamieszkaliśmy w hotelu, którego właścicielami okazali się przybysze z kraju kangurów. Oni byli tu już chwile, dzięki czemu ich hotel i restauracja stanowiły miejsce spotkań emigrantów. No i wyobraźcie sobie poznaliśmy małżeństwo on Amerykanin, ona…Polka.

Sponsorem tego wypadu był poznany na internecie budowlaniec. Starał się jak mógł aby nas zainteresować kupnem apartamentu. Nie musiał. Okolica, miasto ilość emigrantów ze Stanów i Kanady no i ta Polka zrobiły swoje.

Została tylko zaliczka i czekać. Wybór stał się ciałem.

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?

W razie „W” prztrwamy

Nasz przysiołek, jeśli to można tak nazwać, liczy sobie sześć domostw. Pierwsi lokatorzy postanowili się tutaj wybudować mniej więcej sześć lat temu. Większość tych terenów stanowiła własność jednej rodziny. Z biegiem jednak czasu i rozwojem Cuenki zainteresowanie tą okolicą zaczęło wzrastać. Pierwotni właściciele podzieli ją na szereg  działek i zaczęli je sprzedawać. Prawo budowlane na terenach poza miastem praktycznie nie istnieje co pozwala na swobodne budowanie według własnego uznania i portfela. My jesteśmy ostatnią rodziną, która zdecydowała się osiedlić na tym terenie. Położenie bardzo nam odpowiadało ale przed wszystkim spokój i cisza przerywana jedynie szumem rzeki to było właśnie to czego szukaliśmy. Nie znaliśmy oczywiście motywów naszych sąsiadów, które spowodowały, że i oni się tutaj osiedlili. Zaczynamy jednak powoli ich poznawać dzięki czemu poznaliśmy ich powody. Okazuje się, że większość z nich uwierzyła w zbliżający się koniec świata. Jeden z naszych sąsiadów jest bardzo na bieżąco ze wszystkimi teoriami i jest przeświadczony o zbliżającym się Armageddonie. Nie znam teorii, która jego przekonuje dość jednak powiedzieć, że wybrał to miejsce bo zgodnie z mapami, które muszą być częścią tej przepowiedni ta okolica ma przetrwać. Sam kiedyś byłem pod wpływem kalendarza Majów, który głosił jakiś tam kataklizm 21 grudnia 2012 roku. Jednak do tego nie doszło zatem i mój stosunek do tego typu przepowiedni uległ zmianie. Nasze zauroczenie okolicą nie miało nic wspólnego z próbą przetrwania czegokolwiek. Jak się jednak okazało cztery rodziny osiedlając się tutaj kierowały się właśnie teoriami o zbliżającym się końcu świata. Zgodnie z owymi przypuszczeniami miał on już nastąpić, co się oczywiście po raz kolejny nie sprawdziło. Zdruzgotana takim obrotem sprawy jedna z rodzin wróciła już do Cuenki bo mieszkając tutaj i jednocześnie pracując to było dla nich zbyt uciążliwe. My na szczęście dojeżdżać codziennie nie musimy a dwa razy w tygodniu wypady do miasta nie stanowią większego problemu. Nasza oaza spokoju okazało się zatem, że ma jeszcze jeden dodatkowy walor w przypadku końca świata my tutaj przetrwamy zgodnie z wiedzą naszego sąsiada. No i jak tu się nie cieszyć z takiego wyboru. Prawdę mówiąc gdybyśmy się zdecydowali wrócić do Polski też chyba byśmy przetrwali bo z tego co słyszę wiele teorii mówiących o zniszczeniu Europy wskazuje nasz kraj jako miejsce, które ni zginie. Osobiście bardzo lubię te futurystyczne przepowiednie zwłaszcza jeśli wiem, że moje miejsce da sobie radę.

Oaza spokoju

Guayaquil to największe ekwadorskie miasto. Tutaj zawsze lądujemy wracając do domu. Stąd, z uwagi na ilość bagaży, do domu zamawiamy prywatny transport. Guayaquil to port czyli znajduje się na poziomie morza. My musimy się wspiąć po wyjezdzie z miasta na trzy tysiące metrów powyżej poziomu. Podróż z Guayaquil do Cuenki zabiera naM około czterech godzin. Musimy wjechać w Andy gdzie drogi jak w każdych górach wiją się wzdłuż zboczy i praktycznie nie ma możliwości rozpędzenia samochodu bo zakręty prześcigają się nawzajem. Trasa jest bardzo malownicza ze wspaniałymi widokami często jednak widoki ogranicza mgła. Po osiagnięciu wysokości czterech tysięcy dwustu metrów zaczynamy zjeżdżać w dół. Nieco wcześniej znajduje się wjazd do parku narodowego Cajas. Park ten zajmuje około trzydzieści jeden tysięcy hektarów i ciągnie się niemal do samej Cuenki. Park ten to ulubione miejsce wszelkiego rodzaju ludzi którzy lubią góry i wędrówki po nich. Trzeba być jednak przygotowanym na szybko zmieniające się warunki atmosferyczne z gwałtownie opadającą mgłą włącznie. Z tego właśnie powodu nie poleca się niedoświadczonym wędrowcom poruszać się po Cajas bez przewodnika. Cajas to rezerwat przyrody pełen większych i mniejszych jezior. Stąd Cuenca czerpie wodę na swoje potrzeby. Stąd rownież wypływają dwie rzeki, które przepływają przez Cuenkę a pod koniec swojej drogi wpadają do Amazonki. Po wyjezdzie z parku znajdujemy się około pół godziny od centrum Cuenki. Po drodze jednak wciąż przejeżdżamy przez tereny górzyste i wiele miejsc to tereny o restrykcyjnych przepisach do zabudowy. Jednym z takich miejsc jest Mazan, który praktycznie znajduje się już w granicach administracyjnych Cuenki. Mazan bardzo długu był własnością kilku rodzin i dopiero paręnaście lat temu coraz więcej ludzi zaczęło się tutaj osiedlać. Cześć Mazanu jest dostępna do zabudowy. To tu właśnie zdecydowaliśmy się osiedlić. Cieżko się pisze o urodzie jakiegoś miejsca bo tylko naocznie można ten fakt docenić. Inna sprawa, że do takiego opisu trzeba mieć tez zdolności a ja raczej z umysłów ścisłych i opisywanie piękna nigdy mi nie wychodzi. Tak się jednak złożyło, że sąsiad podesłał mi link do filmiku, który traktuje i pokazuje piękno tego terenu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko skreślić krótkie wprowadzenie. Zapraszam zatem do Mazanu gdzie gdzieś tam za zakręt pośród drzew i gór stoi nasza oaza spokoju.

Obchody niepodległości Cuenki 

Cuenca została założona przez hiszpańskich konkwistadorów 12 kwietnia 1557 roku jako stolica królewskiej prowincji. Obok Cuenki na terenie dzisiejszego Ekwadoru istniały jeszcze inne hiszpańskie prowincje. Stolicą jednej z nich było Quito zaś nad Pacyfikiem stolicą tamtejszej prowincji był Guayaquil. Te miasta to dzisiejsze trzy największe skupiska ludności tego państwa. Każde z nich jednak wyzwalało się. spod hegemonii hiszpańskiej na własny rachunek. Cuenca oficjalnie uzyskała niepodległość 3 listopada 1820.  Historia Ekwadoru jest bardzo skomplikowana a ilość dat związanych z powstaniem i proklamacją niepodległości może przyprawić o zawrót głowy. Ekwador obchodzi swoją niepodległość 10 sierpnia ale oficjalnie Ekwador został uznany jako państwo 16 lutego 1830. Zanim jednak do tego doszło niepodległość ogłaszały kolejno Guayaquil, Cuenca i Quito. Z tego tez powodu dni niepodległości w Ekwadorze jest kilka w tym rownież 3 listopada czyli dzień uzyskania niepodległości przez Cuenkę. Na obchody tego dnia do miasta zjechali przedstawiciele nie tylko poszczególnych części państwa ale też pojawili się twórcy ludowi z całej Ameryki Południowej. Inauguracja dni niepodległości  miała miejsce w piątek 30 października i trwała aż do wtorku 3 listopada. Kiermasze ze sztuką ludową były rozrzucone po całym mieście jednak główne ich skupisko znajdowało się wzdłuż głównej rzeki Cuenki Tomabamby. Tam też prezentowali swoje ekspozycje rzemieślnicy z innych krajów Ameryki Południowej od Kolumbii na północy aż po Urugwaj na południu. Mieli też swoje stoiska Indianie z dżungli amazońskiej a ich rękodzieło rzeczywiście robiło wrażenie. Oczywiście wszystko było na sprzedaż, jednak przy takiej okazji rownież pojawiło się sporo turystów a to z kolei zawyżało ceny. Targowanie się jest uważane za normalne i nikt się z tego,powodu nie obraża z czym miałem do czynienia w Polsce. Próbowaliśmy się kontrolować z naszymi zakupami niestety przekroczyliśmy limit ale warto było. Z jednej strony,  rzecz które kupiliśmy bardzo nam przypadły do gustu swoją niepowtarzalnością a z drugiej strony chcemy wspierać drobne rzemiosło, które na ogół jest oferowane przez małych producentów, dla których jest to jedyna forma zarobkowania. W kiermaszowych namiotach można było zobaczyć olbrzymie ilości wyrobów glinianych, których produkcja często jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Równie bogato prezentowały się wszelkiego rodzaju wyroby z drewna od rzeźb artystycznych przez rożnego rodzaju maski aż po meble. Wszechobecne były wyroby z alpaki i lamy ale ceny wyrobów z alpaki były dość wysokie. W okolicach Cuenki znajduje się miasto słynne z ręcznego wyrobu gitar klasycznych zatem i ich nie mogło zabraknąć. Kto wie czy gdyby nie mój antytalent muzyczny nie dałbym się  namówić na jedno z tych cudeniek. Może następnym razem jako element dekoracyjny, może. Nie zabrakło rownież stoisk z biżuterią, którą prezentowały prawie wszystkie kraje regionu. Cuenca żyła imprezami przez niemal tydzień czasu. Nie zabrakło rownież wszelkiego rodzaju koncertów ale z tych niestety musieliśmy zrezygnować z uwagi na godziny w jakich one miały miejsce. Poniedziałek i wtorek czyli 2 i 3 listopada były dniami wolnymi od pracy toteż nikt sobie nie żałował. Nam wystarczył jeden dzień aby poczuć smak i temperaturę imprezy a że pogoda dopisała bo było w granicach trzydziestu stopni to nawet nie zauważyliśmy jak upłynął  nam czas. Trochę zmęczeni dotarliśmy do domu późnym wieczorem z workiem pełnym wrażeń. 

Warto wiedzieć wybierając się do Ekwadoru.

Nadszedł juz chyba czas by podzielić się ze wszystkimi, a szczególnie z tymi którzy chcieliby lub planują odwiedzić Ekwador lub Amerykę Południową, informacjami ważnymi z punktu widzenia turysty. Polska jako kraj Unii Europejskiej objęta jest bezwizowym wjazdem do Ekwadoru. Wizę ważną dziewięćdziesiąt dni otrzymuje się na lotnisku i nie słyszałem aby ktokolwiek miał z tym kłopoty. Należy jednak pamietać, że trzeba posiadać bilet powrotny, który mieści się w terminie dziewięćdziesięciu dni. Jeżeli ktokolwiek planuje dłuższy pobyt to musi się liczyć z kosztem $350 za przedłużenie wizy o kolejne dziewięćdziesiąt dni. Nie wiem jak oblicza się długość pobytu w innych krajach, natomiast muszę przestrzec tych wszystkich którzy myślą, że jeśli wyjada po dziewięćdziesięciu dniach z Ekwadoru do na przykład Peru i wrócą zaraz następnego dnia to otrzymają kolejne dziewięćdziesiąt dni, to są w błędzie. Wiza ekwadorska naliczana jest od momentu pierwszego wjazdu do tego kraju. A zatem jesli ktoś przyjechał tutaj powiedzmy sobie pierwszego czerwca i przebywał przez całe dziewięćdziesiąt dni tutaj, to aby otrzymać kolejna bezpłatna wizę można wrócić do Ekwadoru nie wcześniej niż pierwszego czerwca następnego roku. Oczywiście ci którzy wyjechali przed upływem dziewięćdziesięciu dni mogą wykorzystać resztę dni w trakcie następnego pobytu nawet przed pierwszym czerwca następnego roku. Dni te jednak przepadają po upływie tej daty i od nowa przysługuje nam dziewięćdziesiąt dni. Ekwador ma dwa lotniska międzynarodowe. Jedno jest w stolicy kraju Quito a drugie w największym mieście Ekwadoru Guayaquil. Quito jako miasto ma napewno więcej historii i z tego punktu widzenia jest napewno ciekawsze. Ze stolicy można odwiedzić pare bardzo ciekawych miejsc jak choćby Park Narodowy Cotapaxi z wulkanem o tej samej nazwie, który znajduje sie około dwóch godzin jazdy od Quito. W samej stolicy i jej centrum można spędzić całe tygodnie na zwiedzeniu historycznego centrum. Kolejna atrakcja będzie oczywiście równik, który przebiegu w pobliżu Quito a w jego miejscu znajduje sie muzeum i statua reprezentująca centrum kuli ziemskiej. Nie mogę zbyt wiele powiedzieć na temat Guyaquil, jako że nigdy nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu. Miasto to jest jednak bardzo ważnym ośrodkiem i wszyscy którzy przylatują do Ekwadoru przede wszystkim dla oceanu to tu należy rozpocząć swoją wizytę. Właśnie z Guayaquil autobusami można dostać się  prawie w każdy punkt ekwadorskiego wybrzeża. Od Machali na południu po Mantę i Bahia del Caraquez na północy. Ceny biletów autobusowych to około dziesięciu dolarów do Bahia del Caraquez, najdalej oddalonej od Guayaquil, i około pięć godzin jazdy. Jeśli ktoś chce zobaczyć Cuenkę to powinien rownież lecieć do Guayaquil skąd, autobusem w ciagu czterech godzin można dostać sie do Cuenki. Z Europy podobno najlepiej jest lecieć z Madrytu lub Barcelony. Ameryka Południowa i jej mieszkańcy to w jakimś sensie rodzina tych co wyjechali z Hiszpanii. W związku z tym podobno istnieje bardzo dużo połączeń pomiędzy Hiszpanią i wszystkimi krajami tej części świata. Inna opcja jest lot z Amsterdamu liniami holenderskimi, ten jednak podobno jest droższy. Nigdy nie leciałem bezpośrednio z Europy do Ekwadoru zatem są to tylko informacje zasłyszane. Dla tych, którzy lecą ze wschodnich stanów USA istnieją dwie znane mi możliwości. Pierwsza to bezpośredni lot liniami LAN z portu lotniczego JFK w Nowym Jorku a druga to wylot z Newarku z przesiadką w Panamie liniami Copa Airlines. Z Nowego Jorku można rownież lecieć liniami TAME, mam jednak z nimi bardzo złe doświadczenie i dlatego nie polecam. Z uwagi na miejsce zamieszkania w stanach dla nas korzystniej jest latać z Newarku a zatem liniami Copa. Lotnisko w Panamie nie należy do wielkich i bardzo łatwo sie po nim przemieszczać. Zwykle przerwa między  lotami trwa około dwóch do trzech godzin. Walutą obowiązującą w Ekwadorze jest dolar amerykański a zatem ci co mieszkają w stanach nie muszą dokonywać żadnej wymiany. Planujący pobyt w Ameryce Południowej dłużej niż dziewięćdziesiąt dni z przylotem i wylotem z Ekwadoru, muszą okazać się jakimś biletem, choćby autobusowym, że nie zamierzają przebywać tylko w tym państwie. Brak takiego „zaświadczenia” może skutkować w niewpuszczeniu do samolotu. Z niewiadomych mi przyczyn nie wolno wwozić do Ekwadoru kwoty większej niż dziesięć tysięcy dolarów, nie można rownież przekroczyć tejże kwoty przy wyjezdzie. Z innych informacji, ważne jest aby mieć jak najwiecej jednodolarówek oraz pięciodolarówek. Większość zakupów na targowiskach to są kwoty w przedziale od dolara do pięciu. Robiąc zakupy należy tak płacić aby reszta była mniejsza od pięciu dolarów. Banknot ten jest najcześciej podrabianym w Ekwadorze. Uwaga ta oczywiście dotyczy targowisk a nie sklepów. Ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy, zatem jeśli są jakieś pytania z chęcią na nie odpowiem w ramach swoich możliwości.

Panama Hat, Gringo, Eloy Alfaro

 Jednym z najbardziej znanych wyrobów pochodzących z Ekwadoru są tzw. kapelusze Panama. Ich nazwa oczywiście może wskazywać mylnie, ze to produkt pochodzący z Panamy. Roślina z której wytwarzany jest ten kapelusz jest bardzo popularna w Ekwadorze. Jej liście swoim kształtem przypominają liście palmy sama roślina nie należy jednak do tego gatunku. Kapelusze te są produkowane już od siedemnastego wieku. Jakość kapelusza i jego wartość a co za tym idzie również cena zależy od grubości słomki z jakiej kapelusz jest upleciony. Im cieńsza słomka tym kapelusz jest bardziej wartościowy i oczywiście droższy. Te najdroższe i najbardziej pracochłonne kapelusze znane są pod nazwa Montecristis a ich nazwa pochodzi od miejscowości w której były wyrabiane.  Kapelusze tu produkowane miały na jednym calu kwadratowym nawet do 2500 splotów. Taki kapelusz sprawiał wrażenie zrobionego z litego materiału. Dawał on się zwinąć a po zwinięciu można go było przeciągnąć  przez środek obrączki ślubnej. Inną jego zaleta było również to, że po wypełnieniu jego wnętrza, woda wcale nie przeciekała. Właścicielem fabryki kapeluszy w Montecristi był Eloy Alfaro. Jest on uważany za ojca Ekwadoru a w samym Montecristi znajduje się muzeum poświecone jego działalności. Dzięki dochodom ze sprzedaży i eksportu kapeluszy był bardzo wpływową postacią w historii Ekwadoru. Dwukrotnie został wybrany jego prezydentem. Do największych jego osiągnięć należało rozdzielenie władzy od kościoła. Dzięki niemu zostały wytyczone granice Ekwadoru a jego idee wśród których były, wolność słowa, darmowa świecka edukacja, legalizacja związków małżeńskich zawartych w sposób świecki, sprawiały ze nie cieszył się popularnością wśród tradycyjnie konserwatywnych pro katolickich kręgów. Doprowadził jednak do zjednoczenia kraju i jego rozwoju. Za jego prezydentury powstała pierwsza linia kolejowa łącząca Quito z Guayaquil. Niestety ciągła walka z konserwatystami doprowadziła do jego upadku a on sam wraz z gronem swoich najbliższych współpracowników został podstępnie brutalnie zamordowany. Właśnie z jego fabryk kapelusze Panama były eksportowane na cały świat. Ponieważ jednak Ekwador nie posiadał miasta z którego można było wysyłać produkty,  używano w tym celu portów Panamy. Właśnie dlatego kapelusze produkowane w Ekwadorze a wysyłane w świat z Panamy zaczęto po raz pierwszy nazywać kapeluszami Panama. W trakcie budowy kanału panamskiego były one szczególnie popularne. Chroniły przed słońcem a jednocześnie ich struktura sprawiała ze były bardzo przewiewne.  W trakcie jednej z wizyt na budowie kanału, amerykański prezydent Theodore Roosevelt sam przechadzał się właśnie w tym kapeluszu po budowie. Jego zdjęcia dotarły do Stanów dzięki czemu kapelusz został jeszcze bardziej spopularyzowany a nazwa Panama Hat weszła na stale w obieg. Dziś jednak najważniejszym miastem w produkcji kapeluszy Panama w Ekwadorze jest Cuenca. Znajduje się tutaj muzeum jak również fabryka kapeluszy oraz drobni jego producenci. Również z Panamą wiąże się określenie gringo. Nie ma tu już  aż tak wiele historii ale samo pochodzenie tego słowa jest dość ciekawe. Gringo, zgodnie z opowieścią naszego ekwadorskiego przewodnika, pochodzi od dwóch wyrazów: Green czyli zielony oraz go czyli iść. W trakcie budowy kanału panamskiego większość amerykańskich nadzorców ubierała się na zielono. Okoliczna ludność za nimi zbytnio nie przepadała i chciała żeby sobie stad poszli. Wołali zatem do nich Green go co miało znaczyć ‘’idź stąd zielony’’. Amerykanie nigdzie oczywiście nie poszli a Panama do dziś jest bardzo zależna od Stanów. Określenie jednak zmieniło swoja pisownie i w formie gringo, oznacza napływowego białego już nie kolonizatora jednak wciąż obcego.

Cuenca i jej stare miasto

Ecuador_Mania 127Jednostką administracyjną w Ekwadorze są prowincje, które z kolei dzielą się na kantony. Wszystkich prowincji jest 24 a Cuenca jest stolica prowincji Azuay, której powierzchnia liczy nieco ponad 8,300 kilometrów kwadratowych. Oficjalna data powstania Cuenki to 12 kwietnia  1557 roku. Najwyższy punkt w Cuence sięga 2550 metrów nad poziom morza a najniższy 2350. Już sam ten fakt świadczy, ze miasto jest urozmaicone pod względem geograficznym. Cuenca rozciąga się na niespełna 71 kilometrach kwadratowych. Centrum miasta stanowi oczywiście tak zwane stare miasto z charakterystyczna katedrą w samym jego środku. Katedra ta a może raczej bazylika jest najbardziej rozpoznawalnym widokiem miasta. Jej specyficzne niebieskawe kopuły górują nad starym miastem dzięki czemu stanowią swego rodzaju drogowskaz jak dostać się do starego miasta z innych punktów Cuenki. Stare miasto znajduje się na liście dziedzictwa kultury UNESCO i trzeba przyznać, ze jest odnawiane i restaurowane ze szczególna uwagą i troską. Nie może być inaczej bo przecież właśnie stare miasto jest największą atrakcją turystyczną Cuenki. Większość ulic jest jednokierunkowa z uwagi na ich szerokość. Właśnie tu w centrum na starym mieście znajdują się również biura administracji państwowej. Powoduje to niestety ciągły ruch, który momentami może być uciążliwy. Z uwagi na ograniczoną przepustowość uliczek czyni się starania aby ograniczyć ruch w centrum. Właśnie takim rozwiązaniem ma być konstrukcja linii tramwajowej, której zakończenie przewidywane jest na 2017 rok. Powinno to pozwolić na wyeliminowanie komunikacji autobusowej, która jest zmorą starego miasta. To właśnie tu na starym mieście znajduje się najwięcej pamiątek związanych z historią miasta. Na niemal każdej ulicy można je znaleźć. Najbardziej znane ulice to Gran Columbia, Simon Bolivar, Beningo Malo, Calle Larga. Większość kościołów Cuenki znajduje sie właśnie na starym mieście. Większość z nich w dalszym ciągu zachowała swój oryginalny kształt i wystrój. Wewnątrz można wciąż poczuć oddech minionych lat. Kościoły, może poza kilkoma wyjątkami są na ogół otwarte i dostępne dla zwiedzających przez większą cześć dnia. To właśnie tutaj na starym mieście znajdziemy również najwięcej muzeów, które podobnie jak kościoły są otwarte przez większą cześć dnia a nie które z nich oferują darmowe zwiedzanie. Ostatnie parę lat były szczególne dla Cuenki. Znalazła się ona na listach miejsc  godnych do zwiedzenia, przygotowywanych przez wiele znanych organizacji propagujących turyzm. Dodatkowo znane organizacje zajmujące się wyszukiwaniem tanich i atrakcyjnych miejsc na emeryturę, zachęcają szczególnie Amerykanów do poznania Cuenki. Wszystko to spowodowało niebywale zainteresowanie miastem przejawiające się we wzroście ruchu turystycznego jak również we wzroście inwestycji prywatnych inwestorów.  Większość z nich restauruje stare kamienice na potrzeby mieszkaniowe. Bardzo liberalna polityka umożliwiająca obcokrajowcom dokonywanie zakupów mieszkań tylko sprzyja dalszemu rozwojowi miasta. Szacuje się, ze obecnie w Cuence zamieszkuje w granicach pięciu tysięcy obcokrajowców , z których większość przeprowadziła się tutaj w ostatnich pięciu latach. Świadczy to o niesłabnącym zainteresowaniu miastem. Wielu spośród naszych znajomych zdecydowało się ubiegać o kartę stałego pobytu w Ekwadorze wybierając i państwo i miasto jako miejsce na dalsze spokojne życie.