Wieczorna niespodzianka

Równikowe położenie Ekwadoru sprawia, że przez dwanaście miesięcy w roku dzień trwa dwanaście godzin i tyleż samo noc. Zaczyna świtać w granicach szóstej a po całym dniu zmierzch rozpoczyna się również około szóstej tyle, że oczywiście wieczorem.

W zależności od zachmurzenia, zrób zapada odrobinę szybciej lub odrobine później. To może sprawiać wrażenie, że niektóre dni są krótsze, inne natomiast dłuższe. Nic z tych rzeczy. Doba podzielona jest równomiernie na dwunastogodzinny ranek z dniem i tyleż samo trwający konkubinat wieczoru z nocą.

Tak tytułem wprowadzenia bo ostatniego wieczoru niebo kompletnie nas zaskoczyło. Dzień był wyjątkowo łaskawy i słoneczny. Chmury próbowały go nam zrujnować od czasu do czasu przysłaniając słońce i odgrażają się deszczem. W pewnym momencie nawet coś zaczęło kapać nam na głowy. To był jednak taki przelotna i kapryśna niebieska próba zepsucia nam dnia.

Zgodnie ze swoim dziennym rozkładem słońce zaczęło chylić się zachodowi w granicach szóstej. Wciąż jednak jeszcze było widno gdy niespodziewanie na niebie pojawiło się to oto cudo.

Zdążyliśmy z naszymi komputero-aparatami wypaść na zewnątrz

Nie trwało to dłużej niż trzy, cztery minuty, po chwili tęcza znikła

W jej miejsce niebo jakby zapłonęły niespodziewanie.

Lecz i ta czerwień po chwili zaczęła łagodnieć.

I nastała noc.

Ponad chmurami

Droga z Guayaquil do Cuenki to około dwustupiecdziesieciokilometrowy odcinek. Pokonaliśmy go już dziesiątki razy. W Guayaquil znajduje się bowiem lotnisko, z którego odlatujemy w świat i na, które przylatujemy wracając do domu. To portowe i zarazem największe miasto Ekwadoru oddzielają od Cuenki Andy. Nie ma innego wyjścia trzeba je przeciąć aby dostać się z jednego miasta do drugiego.

Tak się niefortunnie składa, że nasze odloty i przyloty powodują, że ową trasę pokonujemy albo jeszcze przed wschodem słońca albo już po jego zachodzie.

Uciekają nam zatem widoki, które są dane tym, którzy jadą tą trasą, szczególnie w słoneczny dzień. Nam się to też udało, było to jednak na tyle dawno, że nie wszystko pamietam.

Kierowca taksówki, który dostarcza nas i odbiera z lotniska, pokonuje tą trasę jednak bardzo często i to w rożnych porach dnia i roku. Zamieszcza co ciekawsze zdjęcia z tej trasy na swoim profilu na FB. Niedawno właśnie to zrobił. Zdjęcie bardzo mi się spodobało. Dziś miałem możliwość rozmawiać z nim i zgodził się na jego skopiowanie u mnie.

Bez specjalnego zatem przedłużania, oto one.

Mniej więcej godzina od Cuenki

Nad zatoką

Jeszcze tylko skok nad Atlantyk a zasadniczo nad Zatoke Meksykańską oddaloną od Meridy o około pół godziny jazdy samochodem i nasz pobyt dobiegnie końca.

Pogoda dopisała, zobaczyliśmy sporo, czas do domu. Takie wizyty, niezbyt długie są dla nas najlepsze. Równocześnie byliśmy w tej samej strefie czasowej. Chociaż podróż kilkunastogodzinna zawsze jest męcząca to szybciej dochodzi się do siebie gdy nie trzeba organizmu przeprogramować na inne godziny.

Dogrzalismy się za wszystkie czasy. Temperatura każdego dnia powyżej trzydziestu stopniu. Na dłuższą metę ciężko byłoby to znieść. Nasze górki dają odrobine wytchnienia. Słońce niewątpliwie potrzebne jest do życia, jednak jego nadmiar może być dość dokuczliwy. Właśnie te dziesięć dni w Meksyku mnie o tym przekonało.

Merida zrobiła na mnie duże wrażenie. Meksyk również. Doszedłem nawet do przekonania, że jeśli Meksyk jest trzecim światem to zapewne Ekwador nie łapie się nawet w tym pojęciu. W Meridzie w przeciwieństwie do Cuenki widać amerykański kapitał na każdym kroku. Aż dziw bierze, że Donek tak się uwziął na ten mur. Może on chce pobić Mur Chiński bo i na Chińczyków zagiął parol.

Mniejsza o to. Nad Zatoką Meksykańską mieliśmy podziwiać zachód słońca. I tak się stało. Przy okazji jednak zaskoczyły mas chmury i kolory nieba. Stąd będzie więcej chmur na obrazkach niż samej okolicy.

Gorąca planet zachodzi

To było po wschodniej stronie

Nagle zjawiły się po zachodniej stronie te ciemne ciężki chmury

Niebo po zachodniej stronie.

Coraz ciemniej i coraz więcej ciemnych chmur

A na wschodzie ten szalony „gorący statek kosmiczny”

I to wszystko. Kolorowe miejsce nad zatoką.

W oczekiwaniu

Za oknem pada. Rozłożyłem się na patio na dwóch fotelach w pozycji do drzemki. Chata posprzątana, walizki prawie spakowane. Trzeba do nich dołożyć kosmetyki, potem już będzie można je zamknąć.

Dom również zabezpieczony, w okna wstawione metalowe ramy z prętami. W drzwiach napis: złodziejom wstęp wzbroniony, może się zawstydzą gdyby im przyszło do głowy nas odwiedzić.

Jesteśmy gotowi. Od trzech dni się przygotowujemy. Poszło całkiem sprawnie, mogę zatem zalec na moich patiowych fotelach i oddać się słodkiej drzemce. Nade mną chmura deszczowa i krople już uderzają w szklany dach. Patio daje nam możliwość poczucia bycia na zewnątrz a jednak również wewnątrz. Uśmiecham się więc do deszczu przymrużając oczy. Słodkie lenistwo.

Czeka nas nieprzespana noc. O północy wyruszamy. Trzy godziny taksówką do Guayaquil. Tam mamy być na dwie godziny przed odlotem. Potem półtorej godziny do Panamy, półtorej na zmianę samolotu i pięć godzin do celu podróży.

Lotnisko w Panamie jest małe i bardzo przyjazne dla tranzytowego pasażera. Odkąd jednak na fotelu amerykańskiego prezydenta zasiadł pewien blondyn, odtąd nawet pasażerowie tranzytowi muszą przechodzić kolejną kontrolę przed lotem do ziemi obiecanej. Ponoć sprawdzają czy ktoś nie ma w tylnej części ciała małego Donalda. Mam nadzieję, że się prześliznę.

Na szczęście nie lecimy tam z wielkimi nadziejami, jakie towarzyszyły wielu tym, którzy emigrowali kiedyś do Stanów. Kraj ten ma niewątpliwie wiele plusów, ale to już nie to samo państwo sprzed trzydziestu lat. My lecimy do potomstwa, które dorobiło się swojego potomstwa. Póki co ta kolejna generacja nie jest zbyt liczna ale kto wie może gamonie wezmą się do roboty. Będziemy zatem rozpieszczać małą Cecylkę, po to ponoć są dziadkowie.

Lekko senny, wciąż jednak patrzę na deszczowe chmury i wsłuchuję się w melodię kropel uderzających o szklany dach. Chmury opadły do wysokości moich oczów.

Powieki robią się coraz cięższe w tym sennym nastroju. Dam sobie w oko, czasu wciąż sporo. Może mi się coś przyśni.

A gdy słońca brak.

W poprzednim moim wpisie zaprezentowałem zdjęcia gdy słonko zagląda nam do okien. Niestety tak się nie dzieje zawsze. Przez ostatnie dwa lata dokucza nam El Niño. To taki klimatyczny ewenement spowodowany wyjątkowo ciepłą wodą w oceanie. Nie każdego roku ma tak silny wpływ na klimat na kontynencie. W ostatnich latach jakby się uwziął na Ekwador i nie ma najmniejszego zamiaru popuścić. Jego głównym efektem są oczywiście wzmożone opady deszczu. Z tego co mówią ludzie odwiedzający wybrzeże, mocno ono ucierpiało z powodu nadmiaru opadów.

Nie inaczej jest i u nas. Nie wiem jak te chmurzyska mnie tu znalazły, ale zdecydowanie mają negatywny wpływ na mój humor. Prawdę mówiąc w tym roku nie mieliśmy zbyt wiele ciepła w tradycyjnie letnich miesiącach czyli styczniu i lutym. Grunt jest tak mocno nasycony wodą, że jej więcej nie może przyjąć. Nie jest to dobre dla roślinności. Przyroda jednak jakoś sobie z tym musi poradzić. Zbliża się maj, który zwykle jest dość mokry. Co będzie w tym roku? Ano zobaczymy.

Jak El Niño potrafi zmienić to co tak pięknie prezentuje się w słońcu?

Ano sami zobaczcie.

To jest cuenkańska strona

To centralna w kierunku lewej

A to na wprost

Niby wciąż zielono, ale czegoś brakuje.

W drodze przez Andy

Jednym z największych niedostatków Cuenki jest brak lotniska. Znaczy się jest krajowe ale jedyne połączenie jakie ma to jest z Quito stolicą Ekwadoru. To połączenie byłoby nawet dobre gdyby nie trzeba było w w Quito długo czekać na lot do Stanów. Latamy zatem z Guayaquil, do którego dojeżdżamy taksówką. Koszt jej jest niższy niż dwóch biletów lotniczych do stolicy, zatem ma to sens. Jedyną uciążliwością jest fakt, że w ten sposób nasza podróż wydłuża się o około czterech do pięciu godzin. A człowiek im „młodszy” tym bardziej niecierpliwy.

Gdy wracamy to również przelatujemy do Guayaquil. To jest port nad Pacyfikiem. Lądujemy zatem na poziomie oceanu. Po około półtorej godziny jazdy zaczynamy się wspinać w Andy. W najwyższym punkcie zwanym Trzy Krzyże osiągamy wysokość ponad cztery tysiące sto metrów. Od tego momentu zjeżdżamy w dół do Cuenki, która znajduje się na wysokości dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza.

Zwykle lądujemy około północy. Widoki w górach są zatem żadne. Zdarzyło na, się jednak pare razy pokonać ta trasę za dnia. Wielokrotnie tonęliśmy we mgle a pogoda na zewnątrz zmieniała się z godziny na godzinę.

Znalazłem pare zdjęć z jednego z naszych powrotów. Chmury i słońce na horyzoncie robiły niesamowite wrażenie. Osadzie sami.

Niebo wyglądało bardzo groźnie.

Ale to co było w oddali napawało optymizmem

W sumie widok był niesamowity i nic więcej.

A koło domu już było normalnie.