Samounicestwiacze

Może mi ktoś pomoże i wytłumaczy sposób myślenia ludzi pchających się na eksponowane stanowiska. Czy ci ludzie mają choć odrobine samokrytyki, czy może im się wydaje, że z racji pełnionej funkcji nikt nie może się do nich doczepić.

Gdy się przy tym sami ośmieszają to jeszcze pal ich diabli, ale gdy przez swoją głupotę niszczą ważny ruch społeczny to to dla mnie jest niewybaczalne.

Do Grzegorza Schetyna wciąż nie dociera, źe z niego taki lider jak ze mnie kosmonauta. Ośmiesza już nie tylko siebie ale i partie, na której czele stoi. W dalszym ciągu chyba wierzy, że Jarosław albo ktoś z jego prominentnych kolesiów gdzieś się dadzą nagrać i to odwróci jego kartę. Żyjąc w jakimś urojonym świecie ciągnie to swoje ugrupowanie razem ze sobą w nieuchronną przepaść. Mi to nawet nie przeszkadza tyle, że z takim lidera szansę pogonienia Kaczyńskiego w skali od 1 do 10 określiłbym na minus 20, będąc przy tym bardzo zachowawczym.

Na szczęście Petru wziął się do robienia swetrów i przypadł gdzie gdzie już nikt nawet nie zagląda. To gdzieś to chyba ramiona pewnej posłanki. I w tym przypadku z chęcią bym wysłuchał opinii licencjonowanego psychiatry, który w sposób przystępny wypowiedziałby się na tamat motywów działania pana Ryszarda. Zniszczył samodzielnie ruch i partie, która przecież w pewnym momencie były drugą siłą polityczną w państwie.

Mateusz Kijowski przy powyższych osobnikach nie wyglada ani odrobine lepiej. Wiele ludzi poświęciło swój czas i uwierzyło w ruch pod szczytnym tytułem Komitet Obrony Demokracji. No bronili tą demokracje a przy okazji jej szef płacił ze składek swoje faktury. Ja nawet nie wiem czy ten komitet wciąż istnieje. Wiem natomiast, że przez głupotę i chciwość upadło coś co mogło znaczyć wiele. Nie zdażyło jednak bo dla kogoś ważniejsza była prywata niż sam ruch i jego cele. Mało mnie obchodzą tłumaczenia Kijowskiego. Ktoś kto zgodził się stać na czele czegoś takiego winien zdawać sobie sprawę, że ta władza będzie szukać na niego haków. Chyba, że ma się nierówno pod sufitem.

Gdy już myślałem, że szczyty zadufania w sobie zostały osiągnięte, gdy pojawił się nijaki Marek Lisiński. No temu odurzonemu chwilą popularności kompletnie się pomieszało w łepetynie. Wreszcie udało nam się wleźć z skórę skostniałym i znudzonym z nadmiaru przywilejów hierarchom kościelnym. Ich ukrywanie pedofilów w sukienkach udało się pokazać światu zewnętrznemu. Na fali coraz większej ilości skandali powstał ruch o wdzięcznej nazwie „Nie lękajcie się”, na którego czele staną rzeczony Lisiński, sam molestowany przez książęcego pedofila. Szczytne cele fundacji miały się jednak nijak do celów prywatnych jej prezesa. Jego niebywała chciwość i domaganie się pieniędzy od innych pokrzywdzonych wyszły na wierzch bo wyjść musiały i rozlały się po mediach niczym fala powodziowa po ostatnich opadach. Ucierpiał wizerunkowo na tym cały ruch dając oskarżonym pedofilom kościelnym odrobine wiatru w żagle.

Czy w tym kraju jest jeszcze jakiś porządny człowiek? Ktoś kto rozumie konsekwencje swojej głupoty i odpowiedzialność jaka spoczywa na jego barkach? Jedyny, który przychodzi mi na myśl to Jurek Owsiak. Raz krzyknął ze sceny Qurwa i oczywiście doniesiono na niego. Polowanie na niego trwa w najlepsze, widać jednak ani Kijowski, ani Lipiński tego nie dostrzegli. Sam już nie wiem czy przypadkiem nie podstawił ich prezes na te stanowiska, żeby zniszczyć jakiekolwiek oddolne inicjatywy.

Z takim ludźmi o podejrzanym morale nasze możliwości odsunięcia od władzy oligarchy z Żoliborza są znikome, rzekłbym żadne.

Frycowe czyli pomocnicy z klasy średniej.

Klasa średnia to już wyższa i bardziej przemyślana kombinacja związana z naciąganiem naiwniaków. Niestety i ja się dałem na to nabrać. Tyle, że do czasu. Cały wic polega na jak najszybszym załapania języka. To do końca nie chroni przed naciągaczami ale daje możliwość przynajmniej sprawdzenia ceny u kogoś innego. Mam swojego taksówkarza, który zna sporo rzemieślników i on służy mi jako osoba zaufana. Niezależnie od tego mam paru innych znajomych, którzy rownież do tej pory mnie nie zawiedli.

Jak sobie pomyśle o początkach to wciąż ciarki mi biegają po plecach. Mam jednak inne podejście do życia i przyznam, że nie ma we mnie nienawiści do tych, którzy mnie wykorzystali. Jest natomiast wiecej złości do siebie samego za obdarzanie ludzi zbyt wielkim zaufaniem. Myśle rownież, że takie rzeczy to nie jest kwestia Ekwadoru lecz ludzi, a ci wszędzie są tacy sami. Gdziekolwiek byśmy nie próbowali swoich sił, trzeba zapłacić frycowe. Czasami kosztuje wiecej, czasami mniej, uciec od tego jednak niepodobna.

Gdy zdecydowaliśmy się na kupno apartamentu, Cuenca nie była tak znanym miejscem wsród obcokrajowcow jak teraz. Nasz budowlaniec czy deweloper jak to się teraz modnie mówi, dbał o klienta bo przebierać nie było w czym. Wraz ze wzrostem zainteresowania miastem i pojawieniem się większej ilosci przybyszów, ceny wszystkiego poszły do góry. My wciąż byliśmy w trakcie wykańczania naszego apartamentu no i oczywiście korzystaliśmy z pomocy naszego „przyjaciela” budowlańca. On zarzekał się na wszystkie wiary, że najbardziej zależy mu na tym abyśmy nie byli wykorzystani. Gościu był dość przekonujący zwłaszcza, że zafundował nam jednodniową wycieczkę po Cuence z przewodnikiem. Nie znam kosztu tego naszego poznawania miasta ale gdy nam pokazał rachunki za ekstra pomoc to wtedy poznaliśmy jego prawdziwą twarz. Juz pisałem poprzednio, że dniówka niewykwalifikowanego robotnika to około dwadzieścia zielonych. Kupiliśmy żyrandol za, jesli pamiec mnie nie myli, mniej więcej trzy dychy. Poprosiliśmy o założenie. Rachunek sto pięćdziesiąt dolców. Czyli mniej wiecej siedem i pół robotnika pracowało nad tym projektem i to cały dzień. Już wtedy znaliśmy realia robocze. Spytaliśmy go ilu ludzi i jak długo nad tym pracowało. Wyłapał sarkazm, obniżył do pięćdziesięciu dolców czyli dwaj pół robotnika instalowało nasz żyrandol cały Boży dzionek. Frycowe. On stracił nas bezpowrotnie, choć na płaszczyźnie czysto towarzyskiej wymieniamy ukłony. Takich przyjaciół, którzy „martwili” się naszym portfelem w pierwszej fazie mieliśmy kilku. Niestety największy zawód sprawił nam architekt/nadzorca budowy domu. Jego żona, która chętnie przyjmowała podarunki od nas, okazała się jeszcze bardziej wyrachowana. Frycowe. Nie pytajcie, czy nie mam dość w związku z tym Ekwadoru, bo ludzie wszędzie są lepsi i gorsi. Początki nigdy i nigdzie nie są łatwe. Za naukę trzeba płacić. Nie wyszliśmy na tym najgorzej bo słyszałem, że wielu dawało solidne zaliczki, które stracili bezpowrotnie. W tym kontekście nie mam prawa narzekać.

Porównując zatem moje doświadczenia na płaszczyźnie świadczenia usług okazuje się, źe bycie Amerykaninem dla wielu tutaj brzmi jak cziczing czyli dźwięk maszyny wyrzucającej pieniądze. Jesli jednak robotnik narżnie cię na kilka dolców udając, że pracuje to średniak w tym kontekście jest o wiele bardziej bezwzględny. Prawdę mówiąc aktualnie to juz tylko smutno-śmieszna historia bo cały wic polega na tym aby jak najszybciej poznać realia…no i oczywiście ten cholerny język. No i na zakończenie przyznam, źe mam więcej sentymentu do mojego robotnika niż do wielu zatroskanych o mnie i nazywających siebie moimi przyjaciółmi rekinów z klasy średniej.

Czerwone sukno.

Ubiegłoroczna „Angora” w kilku swoich numerach przedrukowywała fragmenty książki Roberta Krasowskiego pod tytułem „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt. Historia polityczna III RP. Lata 2005-2010”. Autor, w moim przekonaniu, w miarę obiektywnie pokazuje sylwetki braci Kaczyński i Donalda Tuska, co widać szczególnie w kontekście obecnie trwającej wojny. Nie ulega watpliwości, że to co się stało w opisywanym czasie pomiędzy oboma politykami nigdy nie znajdzie pokojowego rozwiązania. Niestety w swoją prywatną, wzajemną niechęć uwikłali nie tylko swoje partie ale i całe społeczeństwo. Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu jest oczywiste, że rownież Donald Tusk nie jest bez winy za doprowadzenie do aktualnych wydarzeń. Zarówno on jak i jego przeciwnicy cierpieli i mam wrażenie, że cierpią dalej na przerost ambicji i dla zniszczenia siebie nawzajem gotowi są poświecić cały kraj. Z książki wynika, że w tamtych latach była szansa na współpracę obu partii, której nie chciał przed wszystkim obecny przewodniczący RE. Kulisy rozgrywek pomiędzy zwaśnionymi stronami wydają się być przedstawione dość rzetelnie. Kaczyńscy w końcowym efekcie ponieśli klęskę, której Tusk nie potrafił wykorzystać, zniechęcając swoją polityką do siebie tą cześć społeczeństwa , która dzisiaj stoi murem za Jarosławem. Chociaż nie musiał, bo bracia sami sobie rzucali kłody pod nogi, to jednak swoim zachowaniem ignorował ich obu poniżając na każdym kroku. Już wtedy było wiadome, że jakiekolwiek porozumienie nie było możliwe, a co gorsze jak pokazuje dzień dzisiejszy, taka opcja nawet nie wchodzi w aktualnie w grę. Smoleńsk oczywiście przepełnił czarę goryczy, która przerodziła się w ślepą nienawiść i chęć zemsty w umyśle Jarosława Kaczyńskiego. Dziś zatem kiedy on w kraju rozdaje karty, otoczony ślepą służbą, nie zamierza poprzestać na słowach. Mając poparcie dużej części wyborców, którzy w swojej nienawiści do Tuska są równie ślepi, będzie parł do jego zniszczenia za wszelką cenę. Śledzę to co się aktualnie dzieje z przerażeniem. Gdzieś, w tym całym systemie zwanym demokracją,  popełniono błąd zezwalając jednej opcji politycznej na bezceremonialne decydowanie o całym kraju. System wyborczy nie powinien zezwalać i umożliwiać konkretnej partii posiadania większości w parlamencie, zmuszając w ten sposób adwersarzy do współpracy i szukania kompromisów dla dobra, co oni tak dumnie nazywają, ojczyzny. Ktoś, kiedyś nie pomyślał, że władza może dostać się w ręce chorych egocentryków, bez skrupułów, wyzutych  z uczuć, dla których słowo kraj znaczy tyle samo co dla Bogusława Radziwiłła, czyli czerwone sukno. Oto jak nasze zalety opisał w Potopie Henryk Sienkiewicz, słowami powyższego szlachcica skierowanymi do Kmicica:

Jest, panie kawalerze, zwyczaj w tym kraju, iż gdy kto kona, to mu krewni w ostatniej chwili poduszkę spod głowy wyszarpują, ażeby się zaś dłużej nie męczył. Ja i książę wojewoda wileński postanowiliśmy tę właśnie przysługę oddać Rzyczypospolitej. Ale że siła drapieżników czyha na spadek i wszystkiego zagarnąć nie zdołamy, przeto chcemy, aby choć część, i to nie lada jaka, dla nas przypadła. Jako krewni, mamy do tego prawo” i dalej „Rzeczpospolita to postaw czerwonego sukna, za które każdy ciągnie”.

Nie inaczej jest dzisiaj. Ciągną więc każdy w swoją stronę ku uciesze tych, którzy nic z tego nie mają, ale samo patrzenie sprawia im przyjemność, nie widzieć dlaczego.

Czas na reklamę

Dobra zmiana, z którą wiązał tak wielkie nadzieje Ojciec Dyrektor rownież zawodzi jego oczekiwania. A przecież dla zwycięstwa partii, która miała ową zmianę wprowadzić, zaangażował się całym sobą i całą wspólnotę, którą reprezentuje. Poświecił swój czas, kładąc na szali cały swój autorytet. Przyświecały mu w tym wartości reprezentowane przez partię prezesa, która w wierze upatrywała i upatruje to co jest najważniejsze dla naszej kultury. Obrona wiary i jej dogmatów przyniosła upragnione zwycięstwo i szanse na ambitne wprowadzenie rzeczonych zmian. Tajemnicą poliszynela jest wstręt i niechęć kleryka z Torunia do pieniędzy, władzy i życia w zbytku. Egzystujemy jednak w czasach, w których bez tych atrybutów niewiele da się zdziałać, zwłaszcza jeśli ma się tak niewyobrażalnie wielkie ego jakie przytrafiło się propagującego życie w skromności temu słudze kościoła. Zmysł biznesowy jakim jest obdarzony ów propagator wiary, zapewne był mu nadany przez jego stwórcę, zatem wszystko co robi to jest na cześć i chwałę jego imienia. Schowany za nim czuje się bezpieczny, bo gdyby używał tych samych sloganów w imieniu sił nieczystych pewnie nie mógłby liczyć na podobne ślepe poparcie. Nienawiść jest równie ślepa jak i miłość, tyle, źe łatwiej o poparcie zasłaniając się tą drugą. Mając zatem rzesze oddanych miłujących naszą tzw kulturę, przyczynił się do zwycięstwa obecnie panującej nad nami opcji. Ta już wielokrotnie mu się za tę pomoc odpłaciła, przyznając niezliczone ilości donacji podległym jemu różnego rodzaju przedsięwzięciom. Choć mają one niewiele wspólnego z wiarą i kościołem, to jednak schowany za plecami kreatora ziemi redemptorysta tak nie uważa. Kwoty przelane na jego konta a raczej na konta jego inicjatyw mogłyby zapewne pomóc wielu, ale przecież tu nie chodzi o wspomożenie czy coś mieszczącego się w granicach tego określenia. Pycha władzy już dawno zdominowała sposób myślenia tego duszpasterza. Domaga się teraz aby jego kanał telewizyjny był bardziej wykorzystywany w celach reklamowych oczywiście za skromną opłatą. W normalnym kraju, normalni menedżerowie reklamują swoje przedsiębiorstwa tam gdzie wiedzą, źe można osiągnąć z tego określony i wymierny wynik ekonomiczny. Decyduje o tym oczywiście oglądalność i popularność czy to danego kanału, czy też emitowanego programu. Tej prostej zależności zdaje się nie rozumieć chciwy kleryk. I pewnie osiągnie swój cel bo jego żale mają moc, której obawia się nawet sam prezes, zwłaszcza, źe spółki z udziałem Skarbu Państwa to dla rządzących studnie bez dna.

Podatek od bycia gringo

Kolejne lata spędzone w Ekwadorze pozwalają mi na coraz lepsze poznanie okolicznych ludzi i ich zwyczajów. Dochodzę powoli do wniosku, że świat w podstawowych sprawach i aspektach życia mało się różni. Ekwador jest krajem na dorobku. Widoczne są duże podziały społeczne. Ludzie, którzy reprezentują tutejszą średnią klasę muszą mieć pomoc domową bo wręcz nie wypada aby kobieta zajmowała się domem nawet jeśli ma na to czas. Amerykanin albo ktoś pochodzący z zagranicy, próbujący się tutaj osiedlić jest postrzegany jako bezdenny worek z pieniędzmi.  Nie jest to oczywiście generalna zasada ale można ją odczuć niemal na każdym kroku. Co ciekawe na bycie bez skrupułów wykorzystanym narażają nas przede wszystkim ci lepiej sytuowani często starający wkraść się w nasze łaski. Jest to bardzo łatwe bo ta grupa ludzi zna język angielski co umożliwia im łatwe nawiązywanie kontaktów z przybywającymi do Ekwadoru Amerykanami, których większość nie ma pojęcia nawet bladego o języku hiszpańskim. Polegają zatem często na reklamowanych przez swoich znajomych mówiących po angielsku tubylcach. Pojęcie podatek od bycia gringo jest bardzo powszechny wsród przybywających do Ekwadoru. Wielu z nas nie ma problemu z płaceniem wyższych cen na prywatne usługi bo płace robotników są tak niskie, że pare dolarów więcej na dniówce nie robi większej różnicy dla przeciętnego amerykańskiego portfela. Sam wykorzystujė do prac koło domu miejscowego robotnika i chociaż mamy dżentelmeńską umowę co do wynagrodzenia mój pomagier często spóźnia się i wychodzi wcześniej. Fakt jednak pozostaje faktem, że pracuje bardzo cieżko a gdy zwracam mu uwagę na jego brak punktualności śmieje się do mnie rozbrajająco co  wywołuje i na mojej twarzy uśmiech i jutro jest to samo. Przyzwyczaiłem się  już do tego zwłaszcza, że wkłada w to co robi dużo serca i stara się to zrobić jak najlepiej, a że przy okazji nie pracuje umówionej ilości godzin przestało mieć większe znaczenie. Inaczej sprawy mają się z tymi niby mądrzejszymi bardziej wykształconymi tzw znajomymi, którzy często uważają siebie za naszych przyjaciół. Większość z nich jest opętana przez chciwość i pozbawiona wszelkich skrupułów. Pamietam jak jeden z tej właśnie grupy ludzi na spotkaniu z amerykańskimi inwestorami mówił jak bardzo go martwi fakt, że jesteśmy wykorzystywani przez cwanych Ekwadorczyków a po chwili rzucał w nas takimi cenami, że nawet w najdroższym stanie w USA z a podobna usługę tyle by nikt nie zapłacił. Z tego typu postawą spotkałem się tutaj wielokrotnie aczkolwiek daleki jestem od generalizowania. Wszyscy rozumiemy, źe tutejsze koszty utrzymania są dla nas w porównaniu z życiem w Stanach czy Polsce o wiele niższe. Wielu z nas płaci podatek od bycia gringo z uśmiechem. Jest jednak różnica pomiędzy sposobem w jaki nam naliczają ów podatek robotnicy i ci tzw przyjaciele. Chciwość wszędzie ma taki sam kształt i wygląd. Mam wiele respektu dla tych, którzy cieżko pracując starają się troszeczkę „nabrać” swojego pracodawcę. Na chciwców jedyna rada jest jak najszybsza nauka języka z czym walczę każdego dnia. Idzie jak po grudzie ale ja im jeszcze pokaże. 

Kredyty, pożyczki, odpowiedzialność i etyka

 Ostatnio padło wiele słów na temat pożyczkobiorców, czy też kredytobiorców. Szczególnie drażliwym tematem są ci, którzy użyli nieszczęsnych franków pochodzących z państwa zwanego Szwajcarią dla sfinansowania swoich życiowych potrzeb mieszkaniowych. A że sprawa dotyczy sporej grupy ludzi toteż chcący czy niechcący stali się oni mięsem wyborczym, bo przecież każdy głos jest na wagę złota. Czy się da coś z tym zrobić, tego nikt tak naprawdę nie wie, ale obiecać można, wszak z tego się nie strzela. Każdy ma jakąś własną opinie na ten temat. Ci co wzięli pożyczkę w owych frankach czują się oszukani i domagają się ochrony ze strony państwa. Ci, których to nie dotyczy nie widzą powodów do tego aby finansować pomoc dla „frankowiczów”, bo każdy wiedział co robi podpisując stosowny dokument. 
  W operacjach walutowych zawsze zawarte jest  pewne ryzyko, z którym trzeba się liczyć. Raz na wozie raz pod wozem – powiadali ci co się na tym znali. Przeliczyli się zatem ci, co z frankami ze Szwajcarii się związali, niech więc teraz ponoszą konsekwencje. Racja jest jak zwykle po środku. Tylko gdzie jest ten środek? Aby to wyjaśnić postanowiłem użyć przykładu przeciętnego Kowalskiego. Załóżmy zatem, ze pan Kowalski razem ze swoją lepszą połową chcą kupić dom. Oboje Kowalscy pracują i mają całkiem niezły dochód. Upatrzyli sobie nawet domek swoich marzeń, ale nie mają na tyle gotówki, aby go kupić bez pożyczki. Ale od czego są banki. Dobrodzieje na pewno pomogą nam w spełnieniu naszych marzeń pożyczając drobną kwotę niezbędną do tego aby spełnić nasze marzenia. Państwo Kowalscy udają się zatem do pobliskiego banku w celu przedyskutowania swoich możliwości z panem bankierem, często też hucznie zwanym doradcą finansowym. Ów dżentelmen z uwagą wysłuchuje naszych Kowalskich po czym przedstawia możliwości jakie ma bank w zakresie interesującym klientów. Sympatyczny pan budzi w nas zaufanie i decydujemy się skorzystać z jego usług. Jest super. Pan doradca poprosił nas teraz o stertę dokumentów, zaświadczeń, podkładek i innych tego typu papierzysk, aby dokładnie zdiagnozować naszą sytuację finansową i nasze możliwości płatnicze. Na „krzywy ryj” to tylko Dyzmie udało się załapać na żarcie. Składamy zatem te papierzyska, a pan dobrodziej żąda coraz to nowych zaświadczeń i podkładek. Wreszcie ma wszystko. Wszyscy jesteśmy zadowoleni, bo pan nas wreszcie zakwalifikował i w imieniu swojej instytucji chętnie pożyczy nam te parę groszy. Jest super. Nasz ukochany dobroczyńca nie zamierza jednak poprzestać na suchym stwierdzeniu, ze oto przyznana została nam pożyczka. Teraz tak naprawdę zaczyna się jego praca, gdyż Pan przecież pracuje na prowizje, a produkt produktowi nie jest równy. Przedstawia nam te swoje oferty i propozycje. Tu zaoszczędzimy tyle, tam znów dołożymy trochę więcej, ale za to będziemy ubezpieczeni. Te na krótszy okres są niżej oprocentowane, a na dłuższy wyżej, ale przy dłuższym okresie opłata miesięczna jest mniejsza, bo rozkłada się na więcej rat. Mniejsza rata miesięczna to możliwość wykorzystania ekstra pieniędzy na inne zakupy. I tak miele ozorem, że w końcu sami już nie wiemy, co jest dla nas dobre, a co już aż tak bardzo nam się nie opłaca. Przeciętny Kowalski nie zna się na wszystkim tak jak na ten przykład pan Antoni M., którego wiedza od agentów przez obiekty latające do żyrandola w pałacu prezydenckim jest po prostu oszałamiająca. Nie wiem czy potrafiłbym coś napisać nie wspominając naszego speca od informacji wszelkich. Daleki jestem od oskarżania wszystkich doradców o kierowanie się własnym interesem przy tego typu pertraktacjach. Znając jednak realia amerykańskie wiem, że obiegowym powiedzeniem wśród rożnego rodzaju sprzedawców jest powiedzenie, że towaru się nie sprzedaje, sprzedaje się siebie. Większość ludzi kupi zatem produkt od tego, kto wzbudził w nim większe zaufanie. No i jest super, mamy dom, mamy hipotekę – najkorzystniejszą jaka tylko była dostępna, reszta to już bajka.
  Na nasze nieszczęście światem zawładnął kryzys. Okazało się, że kredyt walutowy, który tak zachwalał zaufany bankier już nie jest taki super. Jego koszty są o wiele większe niż się spodziewaliśmy i zaczynamy mieć problemy finansowe. Szukamy oczywiście pomocy u naszego doradcy ale teraz to on już niewiele może. Zaczynamy zalegać ze spłatami i widmo straty domu zaczyna być coraz bardziej realne. Juz nie jest super. Większość ludzi powie bez żalu, że za głupotę trzeba płacić, nauka zawsze kosztuje itd., itp. oskarżając Kowalskich o brak wyobraźni. Nie broniąc ich do końca pozwolę sobie mieć jednak trochę inne zdanie. Banki to nie instytucje charytatywne, nic nie robią za darmo. Proces kwalifikowania Kowalskich do przyznania lub do odmowy udzielenia pożyczki i jego końcowa decyzja, to też jest pewne ryzyko banku, za które pobiera od nas odsetki. Udzielając klientom kredytu bank sprawdza wiele rzeczy kierując się również trendami w gospodarce. Pożyczkobiorca nie jest ekonomistą i ma prawo nie wiedzieć, w która stronę idzie gospodarka, tym właśnie zajmują się doradcy finansowi ustalając stopień ryzyka i w zależności od niego wysokość oprocentowania kredytu. Im większe ryzyko tym wyższe odsetki. Dlaczego zatem jeśli coś idzie nie tak, to bank zostaje z naszym domem, a my lądujemy na ulicy? Uważam zatem, że banki również powinny ponosić odpowiedzialność za złe prognozy. Zwalenie całej winy na Kowalskiego w moim odczucie jest niemoralne i nieetyczne. Umowy powinny zawierać klauzule, które zmuszałaby instytucje finansowe do ponoszenia pewnej odpowiedzialności w przypadkach gdy ich prognozy nie potwierdziły się. Dla przykładu: W przypadku kredytów walutowych, gdy relacje pomiędzy walutami ulegają zmianie o 10% w jedną, czy w druga stronę taki kredyt powinien być z urzędu  przewalutowany na walutę krajową. Nie jestem specjalistą w tym zakresie, ale wydaje mi się, że takie rozwiązanie pozwoliłoby dzisiaj uniknąć całej tej sytuacji spowodowanej i przez głupotę tych co brali kredyty i przez chciwość banków. Kowalskim może zabrakło rozsądku, ale i banki w całej tej sytuacji nie są bez winy. Skoro nie dzielą się z podatnikami swoimi zyskami, to i podatnicy nie powinni być obciążani ich stratami.