W świecie paranoi.

Po ostatnich sukcesach przewodniej siły narodu, Komitet Centralny partii podjął jedynie słuszną decyzje o konieczności budowy trasy szybkiego ruchu łączącej Żoliborz z Brukselą. Wstępna faza tego projektu zakłada wyłączenie tej dzielnicy z granic miasta stołecznego Warszawy, w której przestał czas się bezpiecznie przywódca wszystkich Porządnych i Spolegliwych ludzi kraju.

Zgodnie z planem trasa będzie przebiegać przez do tej pory mała znaną miejscowość Brzeszcze. Zadecydowały o tym czynniki ekonomiczne. Nitka łącząca to miasteczko z Warszawą już została oddana do użytku. Pierwsze próby trasy wykazały drobne niedociągnięcia i problemy. Okazało się jednak, że trasa sama w sobie nie budzi zastrzeżeń. Kłopoty jakie zostały zgłoszone głównemu wykonawcy wynikają zdecydowanie z braku doświadczenia kadry kierowniczej to znaczy kierowców. Zgodnie z wytycznymi partii zachodzi potrzeba ponownego ich przeszkolenia w Centralnym Ośrodku Szkolenia Kadry Kierowniczej na wydziale Kierowca Samochodu.

Trwają już zakrojone na szeroką skale prace związane z ominięciem Warszawy i przekierowaniem autostrady bezpośrednio na Żoliborz. Równocześnie planiści opracowują najkrótsze możliwe połączenie z Brzeszczy do Brukseli. Rozpoznawalność przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich i jej wybór do Parlamentu Europejskiego pozwoli na otrzymanie konkretnych środków pieniężnych z komisji finansów unii.

Nadzór nad całym projektem przejął osobiście Pierwszy Przyzwoity.

Powstaje również nowy plan zagospodarowania przestrzennego Brzeszczy i okolic. Staną się one głównym i bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym na tej trasie. W tym kontekście wróci się również do idei budowy centralnego portu lotniczego. Oryginalnie miał on powstać w okolicach Radomiu. Najnowsze badania wykazują jednak, że z Brzeszczy jest jeszcze bliżej do Afryki i San Escobar. To może być wzięte pod uwagę na najbliższym plenarnym posiedzeniu Biura Politycznego Komitetu Centralnego Partii. Sprawa również zostanie poruszona na nieoficjalnym spotkaniu spolegliwych z Radomia z Pierwszym Przyzwoitym kraju, który w trosce o mieszkańców tego miasta podejmie odpowiednie kroki w celu zrekompensowania strat wizerunkowych przewodniej siły lepszego sortu.

W świecie paranoi wyobraźnia nie ma granic.

Czas budowy.

Czas start. Dom za pół roku. My w tym czasie ciągle pracowaliśmy gdzieś tam daleko od miejsca budowy. Musieliśmy zdać się na naszego architekta i budowlańca w jednej osobie. Ustaliliśmy warunki przelewów, które miały następować po zakończeniu kolejnej fazy budowy. Postępy miały być poparte zdjęciami.

Nie było to oczywiście najszczęśliwsze rozwiązanie ale w tym konkretnym momencie nasze opcje były mocno ograniczone. Słyszeliśmy sporo opowieści o wirtualnych budowach, takich, które powstawały tylko na podstawie zdjęć z innych placów budów by wyciągnąć pieniądze od inwestorów. Czuliśmy jednak, że naszym ludziom możemy zaufać.

Nasz plan działał. Otrzymywaliśmy zdjęcia co jakiś czas, pokazujące postępy. W zamian my przesyłaliśmy kolejny raty. Zdjęcia nie pozostawiały żadnych zastrzeżeń co do budowy i jej miejsca. Nasi znajomi jakby przeczuwali nasze obawy zatem każda fotografia zawierała również panoramę okolicy.

Budowa niestety przedłużyła się, co nie do końca było winą architekta. Pora deszczowa skutecznie ograniczała jego działalność w związku z czym harmonogram musiał ulec korekcie. Nam to nawet pasowało, bo zaplanowaliśmy nasz przyjazd, znając tutejsze realia, z dwumiesięcznym opóźnieniem. Mimo to budowa w dalszym ciągu trwała.

Nie mogliśmy, z uwagi na nasze zobowiązania za wielką wodą, pozostać do zakończenia. Ono przesuwało się coraz bardziej, co nie robiło nam wielkiej rolnicy bo na tym etapie nie byliśmy gotowi na przeprowadzkę.

W trakcie tego pobytu postanowiliśmy jednak urządzić tradycyjną parapetówkę. Tutaj to wyglada inaczej. Zaprasza się bowiem nie tylko znajomych ale również wszystkich robotników budowlanych, którzy brali udział w realizacji naszego przedsięwzięcia. Mam wrażenie, ze w sumie było mniej więcej sześćdziesiąt osób. Impreza ta nazywa się tutaj Łasipaczana. Nie znam pisowni, więc to jej fonetyczny wygląd. Ma ona dwa cele do spełnienia. Pierwszy to podziękowanie robotnikom za trud włożony w budowę. Drugi to oczywiście uwolnienie miejsca od wszystkiego co złe. Stąd wszyscy robotnicy muszą być zaproszeni bo ten niezaproszony mógłby rzucić na nas jakiś urok. Nie tyle na nas co oczywiście na nasz dom.

Impreza nie mogła się odbyć bez alkoholu. Miałem wreszcie przyjemności poznać ichnią wódkę pod nazwą Zhumir. Robi się to na bazie trzciny cukrowej, zatem jest lekko słodkawe. Ma swoje czterdzieści oczek ale ponieważ jest słodkie to ich aż tak bardzo nie czuć. Mieszają to z colą co powoduje, że się to świetnie pije niczym soczek. Zwala z nóg niespodziewanie, o czym sam się przekonałem. Dotrwałem do końca biesiady, mocno jednak “zmęczony”.

Po zakończeniu imprezy wszyscy już wiedzieli co to znaczy „na zdrowie”, a ja poznałem hiszpański odpowiednik czyli Salud.

No to na zdrowie i salud.

Negocjacje.

Większość rzeczy w Ekwadorze można negocjować. Podejrzewam, że tak już jest w większości państw na świecie. Oczywiście nie każdy sklep dopuszcza takie praktyki, jednak prywatni właściciele zdają sobie sprawę, że ich cena jest tylko punktem wyjściowym. Dlatego denerwuje mnie, gdy w Polsce idę do sklepu, za każdym razem przy próbie zbicia ceny patrzą na mnie jak na gościa z kosmosu.

Znaliśmy cenę działki ale potrzebna nam była też cena budowy domu. Wszystko w sumie zapewniała nam nasza administratorka, jej ojciec był właścicielem terenu a mąż architektem. Przedstawiciel tego zawodu nie tylko wykonuje tutaj plan ale później również nadzoruje i kontroluje jak postępuje progres budowy.

Zacząć musieliśmy oczywiście od planu a potem dokonać kosztorysu budowy. W grę wchodziły dwie koncepcje. Pierwsza bryła domu w kształcie litery L, druga natomiast litery U. Zobaczyliśmy plan L i nie przypadł nam specjalnie do gustu. Prawdę powiedziawszy, nie powinienem mówić nam tylko Alicji. Ja wyłączyłem się z procesu planowania, wiedząc z doświadczenia, że w tym względzie moja wiedza, jak ma być wszystko rozplanowane żeby było funkcjonalnie, jest żadna. Tak czy śmak czekaliśmy na propozycję U.

Wyszła ona zdecydowanie korzystniej. Podstawę U stanowiła kuchnia na środku kominek a zanim pokój telewizyjny. Boki natomiast stanowiły po jednej stronie pokoje gościnne a po drugie nasza sypialnia. Jeszcze tylko miejsce na spiżarnię, pralnie i gotowe. Z naszej sypialni było wyjście na taras a środek miało stanowić patio z miejscami na klomby wzdłuż okien. Wnętrze U w części mieszkalnej miało być oszklone aby dać nam widok na górę.

Ważnym elementem było dla nas światło dzienne, dla pewności aby mieć go pod dostatkiem, chcieliśmy mieć okna dachowe. Tu jednak nasz budowlaniec/architekt stwierdził, że to zbędny koszt bo słońce na równiku świeci z każdej strony i ze światłem nie będzie problemu. Sądziliśmy, że gość wie o czym mówi skoro przecież tutaj mieszka. Błąd w rozumowaniu. Ale o tym mieliśmy się przekonać już po skończeniu domu.

Elewacja, tym razem na moje żądanie miała być wykonana z okolicznego kamienia podobnie jak dom brata naszej administratorki.

Wszystko zatem zostało uzgodnione poza ceną oczywiście. Kosztorys domu był wyższy niż się spodziewaliśmy ale od tego są właśnie negocjacje. Doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie dać im nasza cenę za pole i dom. No i zaczęliśmy się wymieniać cenami oni swoją, my swoją. Jak to zwykle bywa oni wiedzieli ile mogą opuścić ja ile chce zapłacić. Oni zawyżyli ja zaniżyłem i spotkaliśmy się w środku. Chyba jednak bardziej po ich stronie niż mojej.

Czas start, dom miał być gotowy w pół roku.

Jak powstawał nasz apartament.

Stare miasto Cuenki znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rekonstrukcja w tej części miasta musi zatem być bardzo restrykcyjna i zatwierdzona przez tysiące rożnych urzędników. Bydynek może być w stanie agonalnym, nic nie szkodzi, stare miasto rządzi się swoimi prawami.

Nasz budowlaniec opowiadał nam, że przeszedł przez prawdziwe piekło starając się uzyskać stosowne zezwolenia. Był niejako prekursorem w tej materii i nikt nie wierzył, źe mu się uda jeszcze dodatkowo coś na tym zarobić.

Szło wszystko jak krew z nosa, ze względu właśnie na utrzymanie konstrukcji budynku zgodnie z wymogami konserwatora zabytków.

Stare miasto Cuenki zostało założone w szesnastym wieku. Dopiero jednak w dziewiętnastym wieku nastąpiła jego ekspansja. Stąd większość budynków to właśnie dziewiętnastowieczne konstrukcje.

Podejrzewam, że i nasz pochodził właśnie z tego okresu. Najważniejsza przy rekonstrukcji była zewnętrzna fasada, która musiała spełniać bardzo rygorystyczne przepisy i wkomponowywać się w otoczenie. Wnętrze to juz inna sprawa. Tu wszystko mogło być już nowoczesne. Tak właśnie powstawał nasz apartament, w wielkich bólach i z kłodami rzucanymi przez lokalne władze. Gdy jednak został zakończony na uroczystym otwarciu pojawił się sam major miasta ze zdumienia ponoć przecierając oczami. Po tym sukcesie nasz budowlaniec dostał natychmiast pozwolenie na następny projekt a potem na kolejne pięć. W ślad zanim zjawili się kolejni inwestorzy. O ile ten pierwszy budynek z naszym apartamentem został z trudem sprzedany, o tyle następne szły juz jak ciepłe bułeczki. Wciąż jest duże zainteresowanie tymi zrekonstruowanym budynkami, tyle, że ceny są już bardzo zniechęcające.

Na zewnątrz

We wnętrz w trakcie konstrukcji. Jeszcze nic nie widać ale to wlasnie w tej

Rozstrzenie miało zmieścić się siedem apartamentów. Jedne juz istniał jako cześć ściany frontowej.

Efekt końcowy. Dodatki oczywiście nasze.

A na pietrze sypialnia. Nowocześnie w starym mieście.

Tramwaj, dom i zgadywanki

Cuenca już od ponad czterech lat to jeden wielki plac budowy. Gdy bodaj w 2013 roku ogłoszono śmiały plan konstrukcji linii tramwajowej, opinie były bardzo podzielone. Ciekawe, że turystom ta idea bardzo przypadła do gustu, w przeciwieństwie do miejscowych. Ci drudzy znając tutejsze realia pewnie wiedzieli od samego początku, że termin skończenia inwestycji to opowiastka wyssana z palca miejscowych polityków. Takiego doświadczenia nie mieli rzecz jasna ci, którzy się tutaj osiedlili w związku z czym ich wiedza na temat terminów oddania czegoś tam do użytku była oczywiście ograniczona. Cuenkanie rzeczywiście mieli racje. Planowany trzyletni okres zakończenia budowy przedłużył się juz o dwa lata i ma mieć miejsce w tym roku a konkretnie w listopadzie. Jak zwykle opóźnienia w tej części świata na ogół wynikają z gdzieś tam rozpływających się pieniędzy. Sądzę, że to nie tylko problem Ekwadoru bo państwowe pieniądze rzeczywiście mają wielu chętnych, niekoniecznie mających dobre chęci, stąd zapewne wstępne kalkulacje tego typu zamierzeń finansowanych przez państwo powinny być pewnie o kilkadziesiąt procent większe. W kolejce po nagrody stoją często nawet ci, którzy nie wiedzą nic ani na temat inwestycji, ani na jakikolwiek temat. Nieprawdaż pani premier? Nie inaczej sprawy miały się z cuenkańską linią tramwajową. Pieniędzy zabrakło jeszcze przed skończeniem połowy inwestycji. Podobno źle dokonano obliczeń, ale co bardziej światli mieszkańcy Cuenki wiedzą, że przeleciały one przez dziurawe kieszenie miejscowej władzy. Budowa zatem trwa i wyglada rzeczywiście na to, że w tym roku doczekamy się jej końca. Dwie główne ulice starego miasta powoli zaczynają wracać do użytku. Cieszy to szczególnie właścicieli wszelkiego rodzaju małych sklepików od restauracyjek począwszy a na pamiątkach skończywszy. Dla mnie największą udręką instalacji linii tramwajowej były ciagle zmieniające się trasy autobusów. Pozamykane ulice powodowały, że nigdy nie miałem pewności czy dojadę do celu, czy też pan kierowca będzie zmuszony gdzieś skręcić i już więcej nie wróci na trasę, którą powinien jechać. Ot taka nowa gra loteryjna: zgadnij gdzie jedziemy. To nawet było fajne bo poznałem nowe zakamarki miasta. Mniej mnie jednak to bawiło gdy wracałem do domu bo i tym razem autobus zatrzymywał się dość często w innym miejscu oferując mi kolejną zabawę, tym razem pod tytułem zgadnij gdzie się dzisiaj zatrzymuję. Wygląda jednak na to, że będę miał to już za sobą a miasto coraz bardziej zaczyna przypominać mi miejsce, które tak bardzo przypadło mi do gustu kiedyś tam, całkiem niedawno temu. I tylko moja „willa” zdaje się nie pojmować, że mam dość wszelkiego rodzaju zgadywanek szczególnie z zakresu „zgadnij co dzisiaj nie będzie działać”. Jak to jednak mówią, koło domu zawsze jest coś do zrobienia. Będę się musiał chyba z tym pogodzić.

Nowy prezydent i tramwaj

Wyborcze niesnaski zdają się przechodzić w Ekwadorze powoli do historii. Urzędujący od ponad miesiąca nowy prezydent Lenin Moreno rzeczywiście stara się przekonać do siebie wszystkich, włączając w to tych, którzy jeszcze parę miesięcy temu byli zdecydowanie przeciwko niemu. Po miesiącu sprawowania władzy jego poparcie, zgodnie z badaniami opinii publicznej przekroczyło sześćdziesiąt procent. Świadczy to, że nie udało się przegranemu kandydatowi do końca podzielić ludzi. Z punktu widzenia osiedlających się obywateli z innych krajów, na większe zmiany się nie zanosi. Moreno utrzymał w mocy wszystkie zmiany prawne wprowadzone przez Rafaela Correę. Z moich obserwacji wynika, że pomimo zaostrzenia przepisów imigracyjnych nadal istnieje spore zainteresowanie, wsród przynajmniej Amerykanów, aby dalej się tutaj osiedlać. Zapewne pomaga w tym nieobliczalna polityka Trumpa, który coraz bardziej daje się we znaki swoim wyborcom. Cuenca od conajmniej czterech lat boryka się z budową linii tramwajowej, która miała być jeszcze jednym ogniwem przyciągającym turystów. Budowa na początku cieszyła się popularnością, jednak wiele utrudnień spowodowanych zamkniętymi ulicami na skutek budowy doprowadziło mieszkańców do niechęci w stosunku do tej inwestycji. Zgodnie z opublikowanymi informacjami budowa potrwa o dwa lata dłużej niż się spodziewano a co za tym idzie jej koszt rownież wzrośnie. Przy wyliczeniach pomylono się o około sześćdziesiąt milionów dolarów co rownież miało wpływ na zwolnienie tempa. Z pomocą obiecał przyjść nowy prezydent, który ma wyasygnować z budżetu państwa brakujące pieniądze. Obserwuje konstrukcje linii od samego początku i nie da się ukryć, że cały ten projekt staje się coraz bardziej uciążliwy. Największym problemem są oczywiście pozamykane ulice, które negatywnie odbijają się nie tylko na ruch w centrum ale też na dochód wszelkiego rodzaju właścicieli małych butików czy innych sklepów. Na placu budowy często nie widać żywej duszy co może się wiązać z brakiem pieniędzy. Linia jednak ma i swoje pozytywne strony, abstrahując od korzyści związanych z zanieczyszczeniem powietrza. Dzięki niej odrestaurowano dwie główne ulice historycznego centrum miasta. Na dzień dzisiejszy przewidywane zakończenie budowy ma nastąpić w pierwszej połowie przyszłego roku. Jestem przekonany, że tramwaj zmieni oblicze miasta, które staje się coraz bardziej atrakcyjne turystycznie. Jednym z planów, o których mówi się coraz głośnie to włączenie Cuenki do Inka Trail, który jest bardzo duża atrakcją w Peru. Połączenie szlaków turystycznych ze szlakami u południowego sąsiada może jeszcze bardziej pobudzić zainteresowanie miastem. Póki co skończmy jednak ten tramwaj bo widok rozkopanych ulic zdecydowanie nie zachęca. Wyglada na to, że z pomocą nowego prezydenta może się to wkrótce udać.

Patio, taras i budowa

Gdy rozpoczynaliśmy budowę naszego domu parę lat temu wiedzieliśmy dokładnie jak nasze gniazdko ma być skonstruowane aby spełniało nasze potrzeby i marzenia. Biorąc pod uwagę wygodę chcieliśmy aby wszystko znajdowało się na jednej kondygnacji jako, że schody przestały nam odpowiadać. Chcieliśmy rownież aby cześć gościnna oddzielona była od prywatnej, stąd decyzja o kształcie domu podobnym do litery „u”, gdzie lewa strony byłaby nasza a prawa dla odwiedzających nas. Podstawa „u” czyli środek stanowić miały kuchnia i pokój telewizyjny. Chcieliśmy mieć rownież taras, który byłby połączony z nasza sypialnią i duże patio, na którym moglibyśmy odpoczywać wsłuchując się w odgłos rzeki jednocześnie wykorzystując możliwość bycia na słońcu. Nasz plan, który opracowaliśmy z miejscowym architektem spełniał wszystkie te założenia. Nie znaliśmy jednak warunków atmosferycznych i pogodowych okolicy. Kiedy więc wreszcie zamieszkaliśmy w naszym pałacyku okazało się, że wsłuchiwanie się w odgłos rzeki czy to z tarasu, czy to z patio możemy włożyć miedzy bajki na półce z książkami z uwagi na halny, który niewiele robił sobie z naszych  potrzeb. Mieliśmy sporo słońca, co z tego kiedy wietrzysko obrzydzało pobyt na zewnątrz nie licząc się z naszymi prośbami. To był jednak tylko jeden problem, z którego szybko zdaliśmy sobie sprawę. Drugi pojawił się w porze deszczowej, która trwa tutaj dłużej niż jesienna słota w naszym kraju. Musieliśmy zatem wprowadzić pewne modyfikacje aby móc korzystać zarówno z tarasu jak i z patia. Nad patiem wybudowaliśmy szklany dach i dodatkowo zamknęliśmy go szklaną ściana a taras oszkliliśmy w całości wstawiając parę okien. Zmieniło to kompletnie możliwości użytkowe obu pomieszczeń. Spędzamy bardzo dużo czasu właśnie na patio, które daje nam mnóstwo światła i słońca. Nasi sąsiedzi pozazdrościli nam pomysłu i postanowili swój taras, z którego niewiele mieli pożytku, rownież oszklić i zadaszyć. Zaczęli swój projekt jakoś pod koniec stycznia i wciąż z nim walczą. Nie, nie z powodu skomplikowanej konstrukcji a z powodu pogody. Spodziewali się oczywiście trochę deszczu o tej porze roku ale nikt nie sądził, że w tym roku dodatkowo wpływ na pogodę w tym rejonie będzie miał El Niño z wybrzeża. Pacyfik jest cieplejszy o ponad pięć stopni a to przełożyło się na większą ilość opadów. W takich warunkach oczywiście budowa idzie jak krew z nosa i częściej nie da się pracować niż jest to możliwe. Ostatnie jednak kilka dni jakby słońce wygrywało z chmurami i deszczem i przejmowało wiodącą rolę w kształtowaniu pogody. Nie mieliśmy żadnych opadów od tygodnia. Wrócili zatem robotnicy do naszych sąsiadów w wiadomym celu. Wyglądało na to, że będą mieli pracowity dzień…kiedy nagle znowu przyszedł deszcz. Chociaż był to tylko przelotny opad to o tej porze roku a szczególnie w tym momencie nigdy nic nie wiadomo. A gdy ma się szklany dach nad głową to nawet deszcz wyglada inaczej. I pomyślałem sobie jakim to człowiek jest dziwnym stworzeniem bo jak innemu jest trochę pod wiatr to tak jakby nam było trochę lepiej. I jak tu nie stracić szacunku do samego siebie?

Konstrukcje, budowy, specjaliści

Odkąd wróciliśmy do Ekwadoru, z przerwą na wycieczkę do Peru, cały czas coś robimy wokół domy. Zaczęło się tradycyjnie niewinnie od zbudowania muru, który ma za zadanie trochę uprządkować nasza sytuacje przed domem. Mur ten jeszcze zakontraktowałem z okolicznym robotnikiem przed wyjazdem do Polski dając mu wolna rękę jeśli chodzi o termin jego wykonania. Miał go zrobić w trakcie naszej nieobecności sądzę jednak, że wolał być opłacany na bieżąco toteż po naszym przyjeździe okazało się, źe tylko wykopał pod niego rów. I tak się zaczęło. Chcąc trochę przyspieszyć całą tą konstrukcje zdecydowałem się na role pomocnika. Cztery ciężarówki okolicznego kamienia o rożnej wielkości to praca prawie jak na siłowni, która chociaż fizycznie wyczerpująca daje sporo mentalnego odpoczynku. Mój brygadzista był człowiekiem o bardzo rozwiniętym poczuciu estetyki co często doprowadzało mnie do skrajnej rozpaczy zwłaszcza gdy kamień, który mu podałem nie pasował do jego wizji. Napracowaliśmy się przy tym murze setnie ale efekt był zgodny z oczekiwaniem. Okoliczny kamień ma coś w sobie szczególnego i jakąś specyficzną energię i prawdę mówiąc wykorzystywałbym go do wszystkiego co możliwe. Nasz dom rownież jest z niego zbudowany. Przesada oczywiście nie jest wskazana. Z jednej strony nasz dom graniczy z zarośniętym dziką trawą dość wysokim pagórkiem. Powstał on na skutek robót przy konstrukcji domu. Niestety owo wzniesienie sztucznie stworzone przy opadach powoduje osuwanie się ziemi w dół. Alicja już od dawna myślała o wzmocnieniu tego miejsca belkami ale w taki sposób aby utworzyły one swego rodzaju stopnie umożliwiając na nich plantacje kwiatów czy innego zielska charakterystycznego dla tego terenu. Przymierzaliśmy się do tego projektu od kilku lat, ceny jednak były zaporowe i musieliśmy go na trochę odłożyć. W tym roku udało nam się wreszcie wygospodarować trochę funduszy i zdecydowaliśmy się nasz plan zrealizować. Do tego wynajęliśmy okolicznych specjalistów bo to zdecydowanie przekraczało moje kwalifikacje i wiedzę okolicznych majsterkowiczów. Konstrukcja tego cacka pochłonęła ponad pięć tygodni udręki z brudem, kurzem, transportami i innymi „przyjemnościami” wynikającymi z budowy. Nasz front domu wyglądał jak pole bitwy, na którym ja z moim brygadzistą walczyłem z murem z jednej strony zaś naprzeciwko specjaliści od wzornictwa ogrodowego próbowali nam odebrać miejsce do składowania materiałów. Obeszło się bez ran postrzałowych i większych kłótni i jakoś oba przedsięwzięcia dotarły do celu w mniej więcej tym samym czasie. Jeszcze w trakcie budowy kamiennej ściany Alicja zdecydowała się oprzeć na niej namiot. Moja zapalona ogrodniczka nie mogąc sobie poradzić z uprawą niektórych warzyw z uwagi na niesprzyjającą pogodę postanowiła spróbować jeszcze raz tyle, że pod namiotem. I tak ruszyliśmy z następnym projektem, do którego przyszli nowi specjaliści. W tym samym czasie, z uwagi na sporą ilość kamienia, który pozostał po konstrukcji muru zdecydowałem się na budowę balustrady, która miała oddzielić nasz dom od przyszłego miejsca na parking. Około dwadzieścia pięć metrów specjalnego nadproża zbudowanego z kamienia z kolumnami, a jakże oczywiście ze skał, a w to wkomponowana metalowa balustrada, którą na zamówienie wykonał lokalny rzemieślnik. To zdecydowałem się wykonać razem z moim specjalistą od murów. Spore braki w kamieniu wykończeniowym spowodowały, że każda kolumna to inna konstrukcja ale wszystko razem dało całkiem fajny efekt. Dobiliśmy z tym wszystkim do końca i juz widzimy potrzebę kolejnych usprawnień bo tak z tym wszystkim zwykle bywa, źe jak się zacznie jedno to w trakcie jego konstrukcji coś nowego przychodzi do głowy. Musimy jednak z kolejnymi pomysłami poczekać bo w niewiadomy dla mnie sposób ktoś zainstalował drenaż w mojej kieszeni i pochłonięty jestem szukaniem winowajcy. 

Ekwadorskie realia

Nasz dom i nasza posesja znajdują się u podnóża Andów. Dokonując wyboru lokalizacji braliśmy pod uwagę przede wszystkim odległość od Cienki, od której nie chcieliśmy być zbyt daleko. Miejsce to ujęło nas ze względu na ciszę, walory krajobrazowe oraz wypływająca z gór rzekę, która stanowi granice naszej posesji. Cena nie była wygórowana, Cuenca na rzut kamieniem wszystko to ostatecznie doprowadziło do podjęcia decyzji o zakupie tej działki i budowie domu. Nasza decyzja była w miarę spontaniczna a kiedy w grę wchodzą emocje często przysłaniają one pewne niedociągnięcia czy tez braki zakupowanego towaru, jeśli tak to można określić. Większość naszej działki, chociaż nie całość to jednak łagodne zbocze. Moja żona to zapalony ogrodnik a zatem aby mogła się spełnić w swoim hobby musieliśmy coś zrobić aby teren przysposobić do ogrodnictwa. Rozwiązaniem okazało się budowanie murów zaporowych, które umożliwiły wyrównanie terenu na potrzeby Alicji. W górach na brak kamieni nie możemy narzekać zatem z pół-produktem muru nie było problemów. Długo jednak szukaliśmy wykonawców i to nie dlatego, że jest ich brak ale dlatego, że mało który z tych ludzi posiada samochód żeby do nas dojechać. Uruchomiliśmy wszystkie nasze znajomosci i ostatecznie znaleźli się chętni. Budowany przez nich mur wyglądał jednak dość podejrzanie co zmusiło nas do zmiany obsady. Okazało się bowiem, że lokalny budowlaniec właśnie skończył gdzieś tam coś tam i był gotów podjąć się kontynuacji naszego przedsięwzięcia. Natychmiast było widać różnice w wiedzy toteż ze spokojem oczekiwaliśmy zakończenia robót. Tak sie złożyło, ze mur ów budowany był na parę tygodni przed naszym wyjazdem zatem jego sprawdzenie nastąpiło już po naszym powrocie. Kiedy ponownie dotarliśmy do naszej oazy spokoju mur wciąż stał co było dobrym omenem, niestety pękło mu się i zgodnie ze zdaniem znawców tematu czy wcześniej czy pózniej owo cacko miało się zawalić, chyba że zdecydujemy się go wzmocnić. Cóż było robić. Znaleźliśmy trzecia ekipę, ustaliliśmy cenę i już następnego dnia ekipa stawiła się do pracy. Ekipa była w składzie dość niespotykanym, mąż, żona oraz najstarszy syn. Wzięli się jednak ostro do pracy bo tym razem zatrudniliśmy ich na umowę na całość wykonania robót. Żona wykonawcy nosiła deski szalunkowe, panowie przygotowywali wszystko pod betonowanie. Praca przy betonowaniu to ciężki kawałek chleba i wiem co mowię bo miałem możliwość popróbować jak to smakuje. Cała trojka pracowała od ósmej rano gdzieś do dziewiątej wieczorem. Panowie w pewnym momencie dali kobiecie wolne. Na zewnątrz było dość chłodno a ona siedziała na schodach wiodących z patio na zewnątrz naszego domu. Nie mogliśmy na to patrzeć i zaprosiliśmy panią do środka. Zaczęliśmy nawet prowadzić z nią najprostszą z prostych rozmów. Pani okazała się piećdziesięciojednoletnią osobą, matką dziewięciorga dzieci. Najstarszy syn miał dwadzieścia siedem lat a najmłodsza córka to dziewięciolatka. Tydzień pózniej ojciec przyszedł aby zdemontować szalunek. Do pomocy przyprowadził ową dziewięciolatkę i starszą o parę lat siostrę. Dziewczęta znosiły deski szalunkowe do pomieszczenia gospodarczego, w którym chcieliśmy żeby były zmagazynowane. Ekwador to wciąż kraj na dorobku. Obecny prezydent stara się zachęcić wszystkich do nauki widząc w tym lepszą przyszłość dla kraju. Podziały społeczne są jednak bardzo widoczne. W centrum Cuenki wciąż można spotkać czyścibutów i drobnych handlarzy oferujących co się da za jedynego dolara. Ma to wszystko swoją specyfikę i urok. Pomimo ciężkiej sytuacji niektórych warstw nie wyczuwa się przygnębienia a wręcz odwrotnie bo każdy dzień może przynieść jakąś pozytywna zmianę. I to mi się podoba najbardziej.

Budujemy nasz dom

Budowę naszego domu w Ekwadorze rozpoczęliśmy na wiosnę 2012 roku. Projekt oryginalnie przedstawiony przez Pedra zakładał budowę domu w kształcie litery „L”, My jednak chcieliśmy aby dom był wyraźnie wewnątrz podzielony na część prywatną i gościnną. Mając to na uwadze ustaliliśmy, że dom będzie miał kształt litery „U”. Jedno skrzydło będzie idealne dla nas a drugie dla odwiedzających nas znajomych czy też rodziny. Podstawa „U” czyli nasz środek miałby stanowić powierzchnie w której toczyłaby się większość naszego życia a zatem kuchnia razem z pokojem telewizyjnym. Oba pomieszczenia byłyby oddzielone kominkiem. Dodatkowo wnętrze „U” pozowalałoby na stworzenie tarasu na zewnątrz domu, który moglibyśmy używać jako miejsce do wypoczynku przy ładnej pogodzie. Konstrukcja ruszyła w marcu i zasadniczo wszystko było gotowe zgodnie z naszymi założeniami już w październiku. Dom pewnie byłby gotowy nawet wcześniej jednak warunki zewnętrzne oraz pogoda trochę przedłużyły prace budowlane. Nam sie jednak nigdzie nie spieszyło a cena była ustalona i długość budowy nie miała znaczenia na jej wysokość. Przez cały okres budowy Pedro na bieżąco przesyłał nam zdjęcia z jej postępów. My w zamian dosyłaliśmy fundusze zgodnie z ustaleniami poczynionymi wcześniej. W sierpniu zdecydowaliśmy sie na wizytację miejsca budowy. Chcieliśmy rownież zdecydować na temat wyposażenia wnętrza. Zgodnie z naszą umową Pedro miał wykonać meble kuchenne oraz szafy do pokojów gościnnych, łazienek oraz naszego pomieszczenia służącego jako szafa otwarta. Mieliśmy rownież dokonać wyboru sprzętu domowego jak lodówka, zmywarka do naczyń, kuchenka gazowa. Będąc już na miejscu podjęliśmy decyzje w sprawach wykończeniowych wewnątrz i na zewnątrz domu, które nie były ujęte w oryginalnym planie. Dom zasadniczo był gotowy w stanie surowym i na tyle wykończony, ze postanowiliśmy urządzić typową polską wiechę dla znajomych, sąsiadów oraz robotników. Jest to szczególnie ważne, jako ze ma chronić mieszkańców przez złymi mocami i zapewnić powodzenie w przyszłości. Budowa rzeczywiście odbywała sie w trudno dostępnym terenie i wymagała trochę więcej pracy i zaangażowania. Bardzo chcieliśmy podziękować robotnikom za wkład ale z drugiej strony było dla nas równie istotne poznanie naszych sąsiadów. W Ekwadorze tradycja urządzania wiechy, na co oni maja swoje określenie, jest rzadko obchodzona chociaż ma stare korzenie. Dodatkowym punktem tego zwyczaju jest montaż na dachu atrybutu twojej wiary. Jako rzymskokatoliccy chrześcijanie zamontowaliśmy krzyż, który został wykonany na nasze specjalne zamowienie u lokalnego wytwórcy specjalizującego sie w wyrobach metalowych. I tak w sierpniu dom został poświęcony, złe moce przegonione. Teraz tylko wykończyć środek, zainstalować sprzęt gospodarstwa domowego i można juz mieszkać. Ale o tym następnym razem.