Głupota ma się dobrze.

Na nic zdały się próby przełożenia rozmowy imigracyjnej Luśki. Połamany, przetrącony, żeby nie wspomnieć o niewyspaniu, o pierwszej nad ranem zaległem na tylnym siedzeniu próbując nadrobić poprzednią nieprzespaną noc. Plan był prosty; zaliczyć spotkanie z urzędasami i zaraz po nim w drogę powrotną. Samej jazdy tam i z powrotem należało liczyć około piętnastu godzin. Javier, nasz kierowca, wyglądał gotowy i wypoczęty na ten rajd. Nie zwlekając zatem wyruszyliśmy. Z wrażeń turystycznych z drogi do Quito mogliśmy kompletnie zrezygnować bo przecież poruszaliśmy się w godzinach nocnych. Poza tym próbowałem wymusić na sobie chociaż odrobine snu. Ten jednak nie chciał przychodzić bez względu na pozycje jaką przybierałem na tylnym siedzeniu. Szlag mnie trafiał z tego powodu bo czułem się coraz bardziej zmęczony. Zasnąć się zatem nie udało. Dodatkowo hektolitry wypitej witaminy c przed podróżą, teraz domagały się częstych postojów.

Na miejsce naszego spotkania dotarliśmy na dwie i pół godziny przed czasem, czyli ni w to, ni w owo, bo w sumie zbyt mało czasu żeby cokolwiek zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zatem czekać w okolicach budynku, przy okazji nasz kierowca mógł sam teraz rozłożyć się w samochodzie i nabierać siły przed drogą powrotną. Quito to taka kicha bardzo długa i jednocześnie wąska. Ku memu zdziwieniu okazało się, że leży ono wyżej niż Cuenca bo na wysokości prawie trzech tysięcy metrów czyli o całe pięćset metrów wyżej. To właśnie w okolicach stolicy Ekwadoru przebiega równik stąd zapewne temperatura była wyższa. Zdjąłem zatem z siebie zatem podkoszulek, nie chcą się przegrzać. Zaraz jednak musiałem po niego wracać. Okazało się bowiem, że stoimy w jakimś dziwnym korytarzu. Na jednym jego końcu słonecznie, na drugim zaś wieje niczym na Grenlandii bo i sam wiatr był stosunkowo zimny. Schowaliśmy się zatem w budynku, w którym mieliśmy odbyć naszą rozmowę kwalifikacyjną. Gmaszysko wielkie i przestronne ale tylko na parterze dla obywateli. Wyższe piętra musowo zajmować musieli jacyś wybrańcy ludu, do których dostępu bronili strażnicy. Godzina naszej rozmowy okazała się picem na wodę. Dobrze, że nasza prawniczka poleciła innemu prawnikowi z Quito aby się nami zaopiekował. W przeciwnym razie ile by to wszystko trwało, Bóg raczy wiedzieć. Żaden z urzędasów nie miał dla nas czasu. Zlecili zatem przeprowadzenie rozmowy z nami, uwaga….naszemu opiekunowi. Zasadniczo to nie była nawet rozmowa tylko konieczność wypełnienia formularza osobno dla mnie osobno dla Luśki, których porównanie miało świadczyć o tym, że pozostajemy w związku małżeńskim. Jeszcze jedna urzędnicza głupota, mająca chyba tylko na celu potwierdzenie zasadności utrzymania na państwowym garnuszku niezłej rzeszy bezdusznych biurokratów. Po wypełnieniu owych kwestionariuszy musieliśmy je podpisać i tu swoją obecnością zaszczyciła nas przepracowana pani, która miała z nami niby rozmawiać ale jakoś nie bardzo miała na to ochotę. Wszystko to zajęło piętnaście w porywach do dwudziestu minut i byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Ponad siedem godzin jazdy w jedną stronę dla dwudziestu minut wątpliwej potrzeby rozmowy. No cóż głupota ma się dobrze na całym świecie.

Urzędnicze nonsensy

Domyślam się, że każdy w takiej czy innej formie miał kiedyś do czynienia z czystej krwi biurokratą, który interpretuje przepisy od kropki do kropki a pojęcie zdrowego rozsądku jest mu obce. Ludzie ci w swoim bezdusznym rozumieniu przepisów i prawa potrafią doprowadzić człowieka do białej gorączki. Wiele przepisów zostało wymyślonych pod konkretną sytuacje aby zapobiec czemuś takiemu w przyszłości. Niestety ludzie, którzy mają interpretować owe zapisy prawa często, chowając się za nimi, kreują petentom istne piekło na ziemi. Sytuacja ta dotyczy wszystkich krajów bo kazdy urzędnik, gdziekolwiek na świecie, posiadający trochę władzy sądzi, że jest pępkiem tegoż świata. Przekonałem się o tym rownież i tutaj w Ekwadorze. Ale zanim do tego dojdę chciałbym opisać moje najzabawniejsze spotkanie z biurokratami. 

Zacznę od Polski. Mój syn postanowił ubiegać się o paszport naszego kraju. Chciał koniecznie mieć ten paszport wystawiony w Polsce nie w żadnym konsulacie poza granicami. Niestety jego dokumenty wygasły i aby mógł złożyć podanie musiał udowodnić, że nigdy nie zrzekł się obywatelstwa polskiego. Nie mam do tego zastrzeżeń. Zebraliśmy zatem wszystkie kwity, metryki, zaświadczenia, ponieśliśmy opłaty skarbowe wypełniliśmy podanie i zadowoleni z wykonanej roboty składamy owe dokumenty pani w Urzędzie Wojewódzkim. Miła pani przegląda wszystko z dokładnością aptekarki i…..znalazła wreszcie brak. Na odpisie z aktu małżeństwa moja żona figuruje z pierwszym i drugim imieniem podczas gdy na matryce urodzenia syna wpisano tylko jej pierwsze imię. Sprawa jest nie do załatwienia i należy to wyjaśnić. Nie ma znaczenia Pesel i inne identyfikatory potwierdzające, że matka syna i moja żona to ta sama osoba. Sprawę należy wyjaśnić a dokumenty syna o potwierdzenie obywatelstwa nie mogą w takim stanie rzeczy zostać przyjęte. Gdzie sens i logika w tym wszystkim? Nie będę się rozpisywał ile zmarnowaliśmy czasu aby wreszcie zdać sobie sprawę, że bez pomocy kogoś ze zdrowym rozsądkiem nie uda nam się rozwiązać tej kwadratury koła. I tak się też stało. Znajomy miał znajomego…reszta niech pozostanie tajemnicą, najważniejsze że syn papier otrzymał i mógł złożyć dokumenty …. o dowód bo bez niego paszportu nie wydadzą.
Skok przez granicę. Niemcy. Po iluś tam latach nieobecności w Polsce wreszcie zdecydowałem się na przyjazd do kraju ojców. Poszukiwania najbardziej efektywnej ceny biletu skończyły się na jego zakupie w konkurencyjnych dla Lufthansy liniach niemieckich, których imienia juz nawet dzisiaj nie pamietam bo one już nie istnieją. Miałem lecieć z Nowego Jorku do Duseldorfu a stamtąd do Warszawy. Całe to,przygotowanie i podniecenie podróżą spowodowało, że zapomniałem o ważności swojego paszportu. Przy odprawie paszportowej w Nowym Jorku tez nikt na jego ważność nie zwrócił uwagi i tak pełen niecierpliwości i nadziei na wzruszające spotkania po latach wylądowałem w Duseldorfie. Tu miałem zmienić linie lotnicze i do Warszawy udać sie juz Lufthansą. No i zaczęło się. Przy odprawie pani zauważyła, że mój paszport wygasa w ciągu bodaj dwóch tygodni. Chociaż wciąż ważny to jednak podróżować dalej nie będę bo mój paszport musi mieć co najmniej pół roku ważności. Na nic zdały się zapewnienia, ze uaktualnię swój dokument natychmiast po przylocie do Polski. Nie i koniec. Samolot z bagażami sobie poleciał a ja z bólem głowy zostałem. Rozumiem, że nie dopatrzyłem ważności paszportu i nie mam zamiaru obwiniać za to osób trzecich. Wale się, w piersi moja wina. Fakt jednak nie zatrzymania mnie w Nowym Jorku i pozostawienie mnie w Niemczech w połowie podróży uważam za pozbawiony sensu. Aby skończyć ta historie powiem tylko, że paszportu w Niemczech nie uaktualniłem a na następny samolot, zgodnie z sugestią przedstawiciela oryginalnych linii, którymi leciałem, zjawiłem się w ostatnim momencie. Odprawiali juz inna obsługa i jako ostatni, szybko, szybko znalazłem się w upragnionym samolocie do Warszawy. Tyle, ze moje bagaże właśnie wracały z Warszawy do Duseldorfu o czym się dowiedziałem po wylądowaniu na Okęciu. Paszport oczywiście bez problemów w Polsce przedłużyłem do dziś jednak nie rozumiem dlaczego musi być ważny co najmniej pół roku. 
Czas na Stany Zjednoczone. Dali mi tutaj urzędnicy sporo popalić i pewnie mógłbym na ten temat stworzyć książkę prawie jak science fiction bo, niektóre przepisy nie mają żadnego realnego uzasadnienia. Parę lat temu wspólnie ze znajomymi z Polski postanowiliśmy zwiedzić zachodnie Stany. W planach mieliśmy Kalifornię, Newadę, Utah, Arizonę. Z New Jersey w tamte strony to spory kawałek zatem oczywiście do Los Angeles poleciałem samolotem. Po około trzech tygodniach podróżowania nadszedł czas powrotu. Znajomi odlatywali z terminalu miedzynarodowego a ja z krajowego. Po zamach terrorystycznych w Nowym Jorku lotniska w Stanach to wszechobecna ochrona pod milionem rożnych postaci. Paszport czy dukument osobisty sprawdzają wielokrotnie i mogę to jeszcze zrozumieć. Ja uzywałem do celów identyfikacyjnych swojego prawa jazdy wydanego w Stanach. Podczas jednego ze wznowień mojego prawka ktoś połknął „e” i zostałem przechrzczony na Mark zamiast Marek. Nigdy nie sprawiało to problemu, nikt nigdy tego nie kwestionował aż do Los Angeles. Tu pracownica jednej z rządowych organizacji wpadła na trop przestępcy o imieniu Mark, którego bilet wystawiony był na imię Marek. Zaparła się pani detektyw i nie wpuści mnie do odprawy bagażowej aż nie wyjaśnię tej różnicy w imionach w wydziale komunikacji w Pensylwanii skąd pochodziło moje prawo jazdy. Ale jak się mam tam dostać, pytam? A to już nie mój problem. Prawie cztery tysiące kilometrów od domu ale pani ma władze i mało ją cokolwiek interesuje. Na dużych lotniskach jest jednak parę bramek do przejścia przez odprawę i to pewnie mnie uratowało bo koleżanka nadgorliwej okazała się mniej dokładna.
Pare słów teraz na temat Ekwadoru. Moje doświadczenie z biurokratami tutaj jest zdecydowanie najmniejsze ale jednak…. Zainwestowaliśmy trochę kapitału tutaj w związku z tym nadszedł czas aby się jakoś zalegalizować. Istnieje pare możliwości, z których dla nas najwygodniejszym było ubieganie o stały pobyt z uwagi na inwestycje jakich dokonaliśmy tutaj. Użeranie się z wszelkiego rodzaju urzędami imigracyjnymi jest zapewne znane wielu naszym obywatelom. Urzędy te wprost uwielbiają walić ludziom kłody pod nogi bez najmniejszego sensu ot tak dla zasady. Aby zalegalizować swój pobyt tutaj potrzebna jest oczywiście fura dokumentów. Wszystkie musza być tłumaczone tu na miejscu a przysięgły tłumacz z Polski jest dla nich nikim. Wszystko musi być potwierdzone pieczęcią apostille, która tez musi być na miejscu przetłumaczona. Dodatkowo osoba tłumacząca musi ów transkrypt podpisać w obecności notariusza a ten obić wszystkie dokumenty setkami podpisów i pieczęci, istne wariactwo. Co kraj to obyczaj. Skompletowałam moje papierzyska i udałem sie z nimi do urzędu imigracyjnego.  Mila pani przeglądnęła i zasadniczo wszystko przyjęła zastrzegając się jednak, że to nie ona podejmuje finałową decyzje. Po ośmiu tygodnia decyzja zapadła tyle, że odmowna. Okazało się, że zaświadczenie o niekaralności, których musiałem przedłożyć dwa, jedno z nich jest nieprawidłowe. Przedłożyłem bowiem zaświadczenie z lokalnej policji, z miasta w którym mieszkałem w Stanach a urzędasom chodzi o zaświadczenie z policji stanowej. Chociaż w spisie dokumentów potrzebnych stoi jak byk „z miejsca zamieszkania” to owo miejsce w pojęciu biurokratów to stan a nie miasto. Taki drobny szczegół. Próba tłumaczenia to walenie głową w beton. Muszę uzupełnić bo bez tego jednego papierzyska nici z mojego pobytu. Jestem w trakcie załatwiania owego zaświadczenia, które oczywiście musi być apostille, przetłumaczone przez krajowego specjalistę od języków i podpisane w obecności notariusza. Jaki będzie finał? Nie wiem, ale trzymajcie za mnie kciuki.