Skąd się wzięło

Wbrew sobie, bo lubię zmieniać tematy, poświęciłem ostatnio sporo miejsca stosunkom, nieseksualnym oczywiście, pomiędzy krajami znajdującymi się, jeden na rzeką Potomac, a drugi nad Wisłą.

Często o czymś, z czym zetknęliśmy się w naszym życiu, zapominamy. Gdzieś tkwi w nas jakaś drzazga ale jeśli nieruszona to nie przywołuje obrazów, które chcemy usunąć z pamięci.

Wystarczy jednak jakieś drobne zajście i oto wszystko ponownie wraca z otchłani przeżyć zapomnianych i wypływa na powierzchnie.

Tak się stało właśnie w moim przypadku. Chamskie potraktowanie nas przez Donka zza oceanu, bez mojej wiedzy przywróciło już dawno zapomniane pojęcie Dumb Polack. W zachowaniu prezydenta USA w stosunku do nas można dopatrzyć się wiele z tego sposobu myślenia.

Skąd się wzięło to niezbyt chlubne określenie? Pojawiły się komentarze z takim właśnie zapytaniem.

Sam specjalnie nie znam genezy tego zwrotu. Pamietam jednak moją rozmowę z moim poprzednikiem na stanowisku przewodniczącego lokalnej grupy polonijnej. Napomknął on wtedy, źe gdy w latach międzywojennych wyemigrowały do Stanów całe rzesze Polaków, większość z nich stanowili prości ludzie, bez wykształcenia, bez znajomosci języka. Ludność ta bardzo ciężko się asymilowała w nowych warunkach, wręcz izolując się od otoczenia. Mieli jednak silne poczucie związku z ojczyzną więc organizowali się w grupach, na ogół przy kościele. Pomagali sobie wzajemnie odkładając drobne kwoty na wspólny fundusz w razie gdyby komuś zdrowie odmówiło posłuszeństwa. Większość z nich stanowiło okoliczną siłę roboczą. Kontakt z tymi ludźmi był jednak bardzo utrudniony z uwagi na barierę językową. I tak ktoś określił ich jako Dumb Polacks.

Nie pamietam jednak czy mój rozmówca użył właśnie tego sformułowania. Wpisałem więc w pana Google powyższe dwa wyrazy i tak znalazłem artykuł na temat sześciu najbardziej popularnych stereotypów dotyczących naszej nacji.

Na pierwszym miejscu, a jakże, autor umieścił Dumb Polack.

Autor strony o nazwie snorkynomad potwierdza to co usłyszałem od mojego znajomego. Jest jednak bardzo obiektywny w ocenie łatki, która nam przyklejono. Oto jego słowa w moim tłumaczeniu:

Większość Polaków przybyła do Stanów w okrutnych czasach związanych z hitleryzmem na zachód od Polski. Byli to biedni, niewykształceni i nieznający języka angielskiego ludzie. Nie ma zatem w tym nic dziwnego, ze pojawiły się miedzy nimi a tubylcami problemy.

Nie powinno to mieć jednak nic wspólnego z byciem tępym czy mądrym. Bardziej odnosić się powinno do nieznajomości języka i trudności natury socjalno-ekonomicznej w nowych warunkach. Jeśli byśmy wzięli jakąkolwiek inna grupę ludzi z innego kraju i usadowili ich w podobnych warunkach to efekt byłby taki sam”- konkluduje autor.

Dalsze przeszukiwania internetu potwierdzają powyższą tezę. Angielska Wikipedia tak oto pisze:

w czasach gdy Polska znajdowała się pod zaborami, wielu Polaków przybyło do Stanów uciekając przed prześladowaniami i opresją ze strony zaborców. Byli oni na ogół zatrudniani przy pracach im dostępnych, z reguły wymagających wysiłku fizycznego. Sposób postrzegania Polaków nie zmienił się, nawet gdy wielu z nich stało się częścią klasy średniej”.

Znalazłem jeszcze kilka innych artykułów potwierdzających tą tezę. Nie znoszę jednak przydługich artykułów więc skończę na tym przytaczanie cytatów z innych pozycji.

Dumb Polack wciąż egzystuje, chociaż już tylko w niższych warstwach społecznych i przejawia się głównie w niewyszukanych żartach na nasz temat. To mnie najcześciej dotykało, te głupie żarty, które niejednokrotnie wcale nie były śmieszne.

W następnym wpisie zaprezentuje ich próbkę. Póki co czekam na pytania.

Zza szyby autobusu

Nasza przygoda trwała niemal tydzień. W ciągu tego czasu objechaliśmy dość sporą część Ekwadoru, szczególnie wybrzeża. To oczywiście było naszym celem. Tam słońce znaleźć można najprędzej.

Zrobiliśmy niezłą pętle. Mam zawsze kłopoty z określeniem dystansu w przybliżeniu. Tak jest i tym razem. Zakładam zatem, że było to w granicach ośmiuset kilometrów. Te pierwsze kilometry robiliśmy etapami, ostatnie natomiast czyli powrót do domu to non stop jazda. Dotarcie do domu zajęło nam ponad dwanaście godzin. Dwie przesiadki i całość, jak obliczyliśmy, to mniej więcej tyle samo co lot ze Stanów do Polski.

Nie sposób opisać tego wszystkiego co widzieliśmy, bo wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy. Tylko one maja moc dogłębnej subiektywnej oceny. Widzieliśmy piękno, strach, grozę, niepokój, bezmyślność.

Poznaliśmy też drugą twarz Ekwadoru. Nie to, że jej nie znaliśmy. Za każdym jednak następnym razem, przypatrując się jej z bliska nasze uczucia przeplatały się od zdumienia przez niewiarę do przybicia.

Szybko zmieniające się obrazy zza szyby autobusowego okna często były ciężkie do zrozumienia. Z jednej strony niepojęte warunki w jakich żyje część ludności, z drugiej jednak niespodziewane obrazki przypominające dobrze sytuowane kraje zachodu. Oto na przykład dojeżdżając do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, jakieś trzydzieści kilometrów przed nim nagle ukazało nam się mini miasteczko slumsów. Chałupiny stojące jedna na drugiej, na czterech wbitych w ziemie palach, bez okien z drewnianymi okiennicami. Ziemia pokryta błotem i wszechogarniający brud. Z tym żałosnym miejscem graniczyło pole golfowe z pięknie przystrzyżona trawą, wymyślnymi pagórkami, jeziorkami i tym wszystkim z czego tego typu miejsca są znane. Ledwie się ono skończyło i nowa fala czteropalowych slamsów.

Ekwador jest niewątpliwie bardzo zróżnicowany. Z tego co wiemy państwo nie stroni od pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Problem jednak w tym, że wiele z tych osób po prostu nie chce zmienić swojego stylu życia. Ta niechęć często jest właśnie wynikiem niewiary, że można żyć inaczej. Ludzie z dolnych warstw społeczeństwa latami traktowani byli jak niewolnicy, być może w ich świadomości dalej tkwi, że od tego nie ma ucieczki. Mógłbym to nawet zrozumieć. Jednak jest też drugi aspekt. Pojmuje biedę ale i w niej można żyć z odrobiną dumy i godności. Jeśli jednak właścicielowi nie chce się nawet utrzymać podstawowego porządku wokół swojego obejścia to tego już nie pojmuję. Takich obrazków widzieliśmy dość sporo. Były zagrody zadbane ale natłok pospolitego brudu tu i ówdzie i to przy głównej drodze był nie tyle irytujący co zdumiewający i przygnębiający.

Nie widać tego w dużych miastach, takich jak choćby Cuenca, jadnak wyjazd na prowincje pokazuje to drugie oblicze Ekwadoru, smutne a czasami wręcz żałosne.

Oczywiście turysta tego nie zobaczy. On trzyma się wytyczonych tras i miejsc do odwiedzenia. Wystarczy jednak wsiąść w autobus relacji Bahia del Caraquez – Guayaquil by zobaczyć to czego większość wolałaby nie widzieć. Niestety zdjęć nie udało mi się wykonać, bo do tego potrzeba postoju a autobus zatrzymuje się tylko w określonych miejscach. Tam już mniej widać.

Tak czy inaczej wybrzeże i słonko odpłaciły nam z nawiązką za trudy podróży. Pacyfik i jego ciepła woda napewno zachęciły nas do powrotu. To co zobaczyliśmy, nie wszystko zapewne było budujące. Takie są jednak realia, i to nie tylko tutaj.

Przystanek autobusowy. Rozkład jazdy na ścianie.

Przydrożny warzywniak.

Kolejny warzywniak

Momentami płasko i monotonnie

O kapocie i głupocie

Postanowiłem dać Wam chwile odpocząć od moich ekwadorskich opowieści i pomęczyć Was chwile moimi rymowankami.

Natenczas Jaro

Chwycił swą szarą

Zimową kapotę

Co jego biedotę

Podkreślać miała

Egzamin zdała

Owa kapota

Bo ludu głupota

Jest bezgraniczna

I równie cyniczna

Jak człek ów mały

Co dla swej chwały

Mędrca udaje

W rządzeniu krajem

Zbudź się ciemnoto

Pod tą kapotą

Oszust się kryje

Co dla nas szyje

Dług ponad miarę

Który za karę

Płacić będziemy

Gdy po nim na ziemi

Jak po Stalinie

Pamięć przeminie

Bogactwo i bieda

Bieda i bogactwo to pojęcia kontrastowe, znajdujące się na przeciwstawnych biegunach zagadnienia o nazwie posiadanie. Oba te terminy na ogół sprowadzamy do rzeczy materialnych. Bogactwo duchowe jest chyba niezbyt modne. Stopień zamożności czy jej brak można rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Ta najbardziej popularna w statystykach, to zapewne klasyfikacja według państw w dochodzie na mieszkańca. Trochę ona jest myląca bo i w tych najbogatszych krajach nie brakuje biedy na poziomie jednostki czyli szarego człowieka. Świat jako całość ma wystarczająco dużo możliwości aby biedę zlikwidować, nikt jednak nie wymyślił sensownej formuły jak to zrobić.

Pogłębiają się zatem dysproporcje pomiędzy państwami jak i pomiędzy ludźmi je zamieszkującymi. Każdy widział zdjęcia głodujących dzieci w Afryce. Każdy zapewne widział fotki z dzielnic biedy w Indiach czy innych państwach azjatyckich. Każdy tez wie o totalnym zdewastowaniu Wenezueli przez następcę Chaveza, który za nic nie chce oddać władzy rujnując przy okazji całe państwo. W Ameryce Łacińskiej bieda dotknęła Honduras, z którego tysiące ludzi próbuje przedostać się do ziemi obiecanej pod nazwą Stany Zjednoczone.

Wyliczać można bez końca. Bogate kraje wolą jednak przeznaczać dochody na zbrojenia bo przecież grozi nam najazd zapewne ufoludków z odległych planet wszechświata. Wmawianie ludzi konieczności zbrojeń i wydatków na cele to nic innego jak demagogia strachu. Im bardziej się czegoś boimy tym szybciej wyrazimy zgodę na wydawanie dodatkowych miliardów z budżetu państwa na obronę.

Coś mi się wydaje, że agresja leży w naszej naturze i jak już z czymś wewnątrz sobie nie można poradzić to najlepiej znaleźć wroga wewnętrznego a w najgorszym przypadku zewnetrznego. Teraz przestał nam odpowiadać Iran i zachodzi konieczności jemu pomocy. Jego sąsiad czyli Irak z tej chęci pomocy do dziś nie może się pozbierać.

Kraje bogate przyciągają biednych z krajów ubogich. Niezbyt zamożny Ekwador przekonał się jak ciężko poradzić sobie z uciekinierami z Wenezueli. Tu, miejsc pracy i pieniędzy na świadczenia socjalne brakuje rdzennym mieszkańcom. A jak zapewnić utrzymanie tysiącom uciekinierów z zawładnie przez tyrana Wenezueli?

Stany Zjednoczone i Polska przy Ekwadorze to bogacze. Co jednak uderzyło mnie odkąd tu jestem to brak ludzi żebrzących i wyciągających rękę po darmowy datek. Tu nawet pucybutom opłaca się sterczeć na ulicy żeby zarobić pare groszy na własne potrzeby. Nawet ci umordowani Wenezuelczycy nie żebrają. Wiele tego widziałem w Polsce i w USA, szczególnie w dużych miastach. Jak to jest zatem z tymi bogatymi krajami; im zasobniejsze tym więcej biedy?

Rzecz o lekarzach bez granic

Podejmując decyzje o zakupie filmu zwykle sprawdzam jego obsadę. Zakładam, że utytułowani aktorzy raczej będą stronić od szmirowatych scenariuszy. Na ogół to się sprawdza, chociaż nie zawsze. Decydując się na zakup „The Last Face” kierowałem się występującą w nim Charlize Theron, która należy do tych kilku aktorów, których filmy chętnie oglądam. Nie wiem ile historia ma wspólnego z aktualnymi wydarzeniami, niemniej jednak ruch i organizacja pod nazwą Lekarze bez Granic jest bardzo dobrze znany. Warunki w jakich ci ludzie pracują i ich oddanie, nie sposób opisać. Każdego dnia są oni narażeni na poniesienie najwyższej ofiary jaką jest ich własne życie. Ilość konfliktów na kontynencie afrykańskim trudno jest ogarnąć i jednocześnie trudno pojąć ich genezę. Ludzie giną każdego dnia, konwoje pomocy humanitarnej są napadane, obozy z uchodźcami atakowane. W tych warunkach właśnie pracują lekarze bez granic. Wszechobecna bieda i życie w warunkach, które urągają naszym czasom to chyba jedno z przesłań tego filmu. Oczywiście bez romansu, który ma miejsce pomiędzy ponętną Theron i jednym z lekarzy film nie byłby ciekawy. To ta cześć filmu, w której mamy do czynienia z tak zwanymi momentami. Nie ona jednak stanowi o jego sile. Patrząc na to wszystko z mojego fotela przed telewizorem zastanawia mnie jak to się dzieje, że nie ma żadnej kontroli nad sprzedażą broni do tych miejsc, w których jej posiadanie daje niemal nieograniczoną władzę. Pozwala kilku barbarzyńcom terroryzować całe połacie kraju a żyjącą w okolicach ludność traktować gorzej niż niewolników. Tysiące ludzi ucieka przed garstką uzbrojonych bandytów, których nic nie obowiązuje, którzy za pomocą terroru przejęli władze powodując niezliczoną ilość uchodźców. Wiele tego typu filmów stara się poruszyć świat do działania i do spojrzenia na te problemy ponad partykularnymi interesami. Efekty póki co zdają się być marne, o czym chociażby świadczy wciąż narastającym problem uchodźców w Europie. Wiele z tych katastrof i dramatów ludzkich można by rozwiązać na miejscu przy wsparciu i porozumieniu możnych tego świata. Ci jednak z większą pasją są zainteresowani kreowaniem wojen nich ich unikaniem, bo przecież chodzi o strefy wpływów a konflikty zbrojne to niczym paw, z kultowego utworu Dżemu, który znosi złote jaja. Końcowy apel filmu wart jest przytoczenia w całości, szczególnie dla krajów, których rządy, chowając się za swoimi tak zwanymi wartościami nie pojmują tragedii tych ludzi. Słowu uchodźca, z racji krajów, z których oni pochodzą doczepiono łatkę potencjalnego terrorysty. Tymczasem większość nich, to wykształceni i prości ludzie, którzy podobnie jak my mają marzenia. Jeden z moich ulubionych stand-up komików, nieżyjący już, George Carlin, w jednym ze swoich skeczów powiedział, że nic i nikt nie zagraża istnieniu ziemi tak jak ludzie. Trudno się z tym nie zgodzić.