Hiszpański syndrom.

Jako fanatyka sportu napawa mnie obrzydzeniem gdy sędziowie mają niewątpliwy wpływ na wynik zawodów. Właśnie dobiegło końca spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Realem. Nie pojmuje co się dzieje z arbitrami, często najwyższej klasy, na terenie Hiszpanii. Już w ubiegłym roku mecz pomiędzy Barceloną i PSG zakończony dyskusyjnym zwycięstwem Katalończyków pozostawił po sobie wielki niesmak. Tydzień pózniej z łagodności arbitra skorzystał Real. Nie inaczej sprawy mają się w tym roku. W poprzedniej rundzie bałwan z gwizdkiem w ostatniej minucie dopatrzył się karnego dla Realu. Jeśli nawet doszło do złamania przepisów i niedozwolonego kontaktu to biorąc pod uwagę dramaturgię meczu i fakt, że to była jego końcówka, za to konkretne przewinie odgwizdanie rzutu karnego było nie tylko głupią decyzją ale rownież wypatrzyło wynik meczu. Kretyńska decyzja sprawiła, że zawodniczy Juventusu i jego kibice mieli prawo czuć się oszukani. A jak było dzisiaj? Wszyscy chyba widzieli. Marcelo zagrywa ręka w polu karnym i nic. Ramos powala Lewandowskiego rownież w polu karnym i nic. Tutejsi komentatorzy, którzy zdecydowanie faworyzują kluby hiszpańskie, oglądając powtórki owych zagrań sami przyznawali, że w obu sytuacjach należał się Bawarczykom rzut karny. Nic z tego, sędzia chwilowo oślepł. Zastanawia mnie po co wprowadza się system VAR, wokół którego jest tyle szumu jeśli cymbał odmawia jego użycia. Nie jestem specjalnym fanem Bayernu i prawdę mówiąc drużyna, która popełnia tak karygodne błędy dając w prezencie dwie bramki zespołowi kalibru Real Madryt, pewnie nie zasługuje aby awansować dalej. Niezależnie od tego sposób w jaki Real przeszedł dalej powoduje u mnie odruch wymiotny. Po co grać te mecze? Może lepiej już na samym początku ustalić, że Real ma wygrać całe rozgrywki i święto lasu. Drużyna z Madrytu po raz trzeci z rzędu zameldowała się w finale rozgrywek Ligi Mistrzów. Jest to niewątpliwy sukces. Szkoda jednak, że zarówno w ubiegłym jak i w tym roku sposób w jaki tam dotarli nie ma nic wspólnego z fair play i w pełni zasłużonymi zwycięstwami.

Aż się boje myśleć co będzie jutro

Co się dzieje z arbitrami sędziującymi mecze drużyn hiszpańskich na ich terenie? Nie mam pojęcia. Fakt pozostaje faktem, że po raz kolejny sędzia miał wpływ na awans drużyny z La Liga. Piłkarze Barcelony na poprzedniej rundzie powinni zakończyć swój udział w lidze mistrzów. Niemiecki arbiter zrobił wszystko co było w jego mocy aby do tego nie dopuścić. Nie wiem czy to była presja z trybun czy może presja z UEFA, które zapewne zarabia więcej na transmitowaniu meczów Barcy niż na PSG, definitywnie jednak prowadzący to spotkanie nie wytrzymał ani jednego ani drugiego i sprezentował Katalończykom awans. Śmiało można zaliczyć go w poczet klubu pana Paduranu, którego pamięta każdy polski kibic. Sędziujący dzisiejszy mecz arbiter z Węgier to uznana marka. To co jednak pokazał w dzisiejszym meczu zupełnie go dyskwalifikuje. Czasami jedna decyzja może mieć kapitalne znaczenie na przebieg meczu jednak aż trzy kardynalne błędy to na tym poziomie zdecydowanie zbyt wiele. Ja rozumiem, że pomyłki sędziego wkalkulowane są w rozgrywki piłkarskie. Pomyli się raz dla tej drużyny drugi raz dla innej i w sumie wszystko się balansuje. Jeśli jednak myli się tylko w jednym kierunku to praktycznie walka na boisku przestaje mieć sens. Nie chce posądzać arbitra spotkania pomiędzy Bayernem a Realem o stronniczość, nie da się jednak ukryć, że wypatrzył wynik dzisiejszego spotkania nawet jeśli to zrobił nieświadomie. Do osiemdziesiątej minuty meczu panował na przebiegiem gry. Chociaż nikt nie robi z tego momentu wielkich kontrowersji jednak dla mnie decyzja o nieukaraniu Casemiro za faul bez piłki na Robbenie drugą żółtą kartką to kluczowy moment tego meczu. Sprawozdawcy południowoamerykańscy, którzy zdecydowanie kibicowali Realowi rownież uważali, że to był brzydki faul i nawet gdyby Casemiro nie miał wcześniej żółtej kartki to ten faul był z pogranicza czerwonego kartonika. Wyrzucenie Vidala za wyimaginowany faul tylko powoduje, że brak jakiejkolwiek reakcji arbitra w poprzedniej sytuacji mógł być tylko wynikiem presji publiczności. Nie będę pisał o bramce wielkiej gwiazdy, niskich lotów, Realu śmiesznego Ronaldo, którą zdobył z ewidentnego spalonego, a która zmusiła Bayern do odkrycia się  i w konsekwencji do straty dwóch kolejnych goli. Trzy kardynalne błędy, wszystkie w jedną stronę na tym poziomie to kompromitacja. Nie jestem specjalnym kibicem Bayernu i nie mam zamiaru szczególnie rozpaczać z powodu ich wyeliminowania. Drażnią jednak sytuacje gdy wynik meczu został w jakiś sposób wypatrzony. Podoba mi się to co wymyślono w futbolu amerykańskim. Trener ma prawo w trakcie meczu dwukrotnie nie zgodzić z decyzją sędziego. W takiej sytuacji arbiter ma obowiązek obejrzeć akcje w zwolnionym tempie i albo utrzymać swoją decyzje albo ją zmienić. Rozumiem zastrzeżenia przeciwników tego typu rozwiązań broniących płynności gry. Mało mnie jednak ta płynność obchodzi jeśli na wynik mają wpływ decyzje arbitra. Po dzisiejszym dniu mamy w półfinale dwie drużyny z Madrytu. Jeśli jutro kolejny sędzia przepchnie Barcelonę to na dobrą sprawę proponuje z La Ligi zrobić Ligę Mistrzów i niech wszystkie mecze odbywają się na wszelki wypadek na ich terenie. Rozgrywki te od dawno wzbudzają we mnie niesmak ale widać jest na nie zapotrzebowanie i ludzie to oglądają. Dotąd dopóki centrala robi na tym szmal a bogaci się bogacą wystawiając jęzor maluczkim, tak długo nie zobaczymy żadnych zmian. Czy Barcelona odrobi jutro straty z Turynu? Oby tylko do tego nie doprowadził kolejny „kalosz”. 

Kolej na Real i Bayern

W najbliższą niedziele w Ekwadorze odbędą się wybory. Nie znam dokładnie jeszcze całego tego systemu ale z tego czego się doczytałem to wynika, że wybiorą nie tylko nowego prezydenta ale tez i cały parlament. Podobnie jak w większości krajów gdzie wybiera się prezydent a rownież w Ekwadorze może on piastować swoje stanowisko tylko dwie kadencje. W związku z tym aktualny prezydent Rafael Correa nie może kandydować jako, że pełnił ta funkcje juz dwukrotnie. Mówiono wiele na temat zmiany konstytucji umożliwiającej trzecią kadencje ale spadająca popularność gospodarza tutejszego białego domu zmusiła go chyba do zastanowienia się nad tym projektem i wycofania się z niego. Umrze zatem król i nastanie nowy król. Kandydatów, tak jak na całym świecie gdy chodzi o stanowiska publiczne, jest więcej niż bezdomnych psów na ulicy. Politycy jak wszędzie tak i tutaj nie mając innego pomysłu na swoje życie chcą decydować o naszym życiu. To się chyba już nie zmieni chyba, że ludzkość wywróci cały porządek tego świata do góry nogami. Póki co na to się jednak nie zanosi ale nigdy nie mów nigdy, kto zatem wie co nam przyszłość przyniesie. Głównym kandydatem na odziedziczenie schedy po ustępującym prezydencie jest były jego zastępca, który cieszy się jego poparciem i w obecnej chwili przewodzi we wszystkich przedwyborczych prognozach niejaki Moreno o bardzo źle wiozącym imieniu Lenin. Tak, tak Lenin może odżyć niespodziewanie w Ekwadorze. Wywodzi się on z tej samej partii co ustępujący przywódca aczkolwiek podobno w poglądach miedzy nimi jest wiele różnic. Tak czy inaczej partia ta ma zabarwienie prospołeczne w kierunku ubogich jego warstw. Dotychczasowa polityka Rafaela Correy i jej popularność bardzo zmarginalizowała opozycje. Ostatnie jednak posunięcia rządu połączone ze światowym kryzysem nie cieszyły się zbytnim poparcie przeciętnego Ekwadorczyka. Umocniło to pozycje opozycji, która wydaje się zdobywać coraz większa popularność. Chociaż w wyścigu po fotel prezydenta startuje wielu sprzeciwiających się obecnemu układowi już dzisiaj cała opozycja zapowiedziała, że po wyłonieniu swojego lidera w drugiej turze wyborów zjednoczą się pod jego przywódctwem. Nic nie wskazuje bowiem na to, że uda się wyłonić prezydenta już w pierwszej turze. Przewaga Lenina Moreno choć zdecydowana jeśli nawet się utrzyma to w tej chwili nie doprowadzi do jego wyboru. Druga rura ma się odbyć drugiego kwietnia i w niej juz nie będzie miało znaczenia ile procent, który kandydat uzyska tylko wygra ten, który zdobędzie więcej głosów. Jak juz wspomniałem równocześnie toczy się walka o sto trzydzieści siedem miejsc w parlamencie. I tu kandydatów jest zatrzęsienie. Z moich obliczeń wynika, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać na tą fuchę. Kandydatów z tego co wyczytałem jest ponad trzy tysiące pięćset na sto trzydzieści siedem miejsc czyli prawie trzydziestu na jedno miejsce czyli prawie jak na medycynę czy archeologię śródziemnomorską za czasów słusznie minionych. Trochę zapewne przesadzam z tym stwierdzenie, że co drugi Ekwadorczyk chce się załapać ale to wynika głównie z mojej niechęci do polityków. Jeśli w tej gonitwie po pieniądze podatników tutaj można dostrzec coś pozytywnego to chyba tylko to, że wybory i do parlamentu, i na prezydenta odbywają się w tym samym czasie co zapewne pozwoli koszty tej demokratycznej zabawy chociaż trochę obniżyć. Będąc rezydentem Ekwadoru ma prawo do wzięcia udziału w tej szopce. Póki co wciąż bardziej odpowiada mi ta bożonarodzeniowa a wnieś nie ma miejsca dla polityków.