W Górach Stołowych

Cudze chwalicie, swego nie znacie….jak mówi nasze stare porzekadło. Coraz częściej zaczynam sobie zdawać sprawę jak bardzo mało wiem na temat polskich atrakcji turystycznych. Nie chodzi mi tu wcale o miasta, bo miałem szanse poznać trochę Kraków, Warszawę, Rzeszów i parę innych miast. Bardziej zawsze kręciła mnie natura i właśnie w tym zakresie mam w naszym kraju spore zaległości. Przyjazdy na kilka tygodni, gdy się ma tutaj rodzinę, której nie widziało się latami, nie dają szans na poświęcenie czasu na zwiedzanie. Znam zatem ojczyznę słabo może nawet słabiutko.

Aktualny pobyt też nie zapowiadał żadnych wycieczek. Nazbierało się bowiem trochę spraw do załatwienia. Przy okazji rownież odwiedzenie części krewnych bliższych i dalszych było jednym z punktów pobytowych programu. Wiedziałem jeszcze przed przyjazdem, że będziemy na Dolnym Śląsku, a konkretnie w Kłodzku, gdzie chciałem spróbować jednego z lekarzy praktykujących medycynę alternatywną. Tak się dobrze złożyło, że w tych okolicach mamy paru krewnych i ja, i Luśka. Nawiązaliśmy zatem z nimi kontakt nie licząc na terenowe wyprawy. Tymczasem spotkała nas wspaniała niespodzianka. Kuzyn z Pieszyc pod Dzierżoniowem zafundował nam wycieczkę w Góry Stołowe na ich szczyt zwany Strzelińcem. Nie bardzo wiedziałem czego oczekiwać ale nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować z takiej okazji.

Już sama droga dojazdowa wywarła spore wrażenie. Relatywnie wąska ale po obu stronach lasy i świeże powietrze. Oczy otwierały mi się szeroko a wewnętrznie zbluzgałem siebie, bo przecież kiedyś mieszkałem stąd o rzut kamieniem. No ale to co pod nosem to mało atrakcyjne.

Strzeliniec przywitał nas wyjątkowo dużą ilością weekendowiczów, nie tylko z Polski ale rownież z niedalekich Czech. Świetna atmosfera, piękna pogoda i jeszcze lepsze humory dodawały chęci do ruchu i małej wspinaczki. Samo podejście z postojami krajobrazowymi już było niezapomnianym przeżyciem. Dopiero jednak zejście inna trasą wywołało we mnie wszystkie ochy i achy. Jak to możliwe, że natura tak może ułożyć skały, nie mam zielonego pojęcia, dość jednak powiedzieć, że niektóre przejścia między nimi, z zawieszonym nad głowami olbrzymim skalnym sufitem, przyprawiały o dreszcze. Byłem wręcz zdumiony, że coś takiego może istnieć. Dróżka zejściowa prowadziła przez tunele i pagórki by wreszcie dotrzeć do kilku setek schodków prowadzących do wyjścia. Natura po raz kolejny dała nam niezapomniane przeżycia, które niestety tępota ludzka zdewaluowała. Nie jestem przeciwnikiem alkoholu i nie stronie specjalnie od niego. Napawa mnie jednak obrzydzeniem picie w takim miejscu i do tego na trasie. Banda przygłupów, sądząc z jakichś powodów, że są zabawni, postanowiła upić się nie widokami lecz gorzałką. I to nawet nie było najgorsze, lecz wrzask z jakim chcieli na siebie zwrócić uwagę. Żenujące, zwłaszcza, że na trasie byli też turyści z innych krajów. Bez względu jednak na tą nawiedzoną bandę szczerze polecam Strzeliniec bo warto go zobaczyć. Z chęcią tu wrócę jeśli się uda.

Dzięki Lechu, to była super wycieczka.

Reklamy