Nie ze mną…

..te numery Bruner. To już kultowe sformułowanie, którego moje pokolenie używało wielokrotnie. Scena, w której to zostało wypowiedziane przez Hansa Klossa do Hermanna Brunera też należy chyba do najbardziej popularnych. Nie ze względu na to zdanie lecz na niezapomniany szyderczy uśmiech Emila Karewicza, który wykreował postać niemieckiego esesmana.

Stanisław Mikulski pożegnał nas kilka lat temu. Dziś dołączył do niego w krainie wiecznych łowów Emil Karewicz. Choć znany przede wszystkim ze „Stawki Większej niż Życie” to jednak stworzył wiele niezapomnianych postaci. Wystąpił również w serialu Lalka i w filmie Krzyżacy.

Odszedł kolejny wielki aktor czasów tak chętnie nazywanych „słusznie minione”. Patrząc na zestaw imion ludzi, którzy tworzyli tamto kino i tamten klimat, w mojej ocenie, to co powstaje dzisiaj nie wywołuje już ani takich emocji ani takiego zainteresowania. Pojawiają się oczywiście filmy wartościowe dotykające wielu aspektów życia współczesnego. Czy jednak współcześni aktorzy bardziej dbający o czerwony dywan niż warsztat pozostaną dla obecnego pokolenia legendami takimi jak dla nas Emil Karewicz? Ja mam wątpliwości.

Szczerze mówiąc do góry mi się specjalnie nie spieszy. Jakoś człowiek przyzwyczaił się do tego ziemskiego padołu i tkwi zapewne w fałszywym przekonaniu, że tu i tylko tu czeka na niego żyje prawdziwie. Niestety nie mamy możliwości porównania. No i ta niepewność.

Trochę jednak zazdroszczę temu panu na wysokościach, że ma tam u siebie świetnych komediantów i zapewne skręca się ze śmiechu. Jeśli dołożymy do tego Jerzego Gruzę, doskonałego obserwatora tamtych czasów, to gdzieś tam spod jego ręki jako reżysera wychodzi zapewne rewelacyjny obraz naszego wchodzenia w dorosłe życie. Oczywiście z idolami naszej „słusznie minionej” choć pięknej, młodości, w rolach głównych.

Hasta la vista. I’ll be back

Któż nie pamięta tych kultowych sformułowań wypowiedzianych przez terminatora z przyszłości. Zagrał go Arnold Schwarzenegger po raz pierwszy w 1984. Tak, tak to już trzydzieści sześć lat od daty produkcji oryginalnego „Terminatora”.

Sukces jaki on odniósł spowodował, ze powstały kolejne części a nawet serial. Tego ostatniego nigdy nie oglądałem. Przyznam jednak, że w temacie Terminator mam tak jak fani Gwiezdnych Wojen, oglądałem każdy następny film i zawsze byłem pod wrażeniem coraz to lepszych efektów specjalnych.

Niedawno ukazała się szósta odsłona tej sagi. Niewiele się zmieniło. Ponownie z przyszłości komputery wysyłają mordercę a ludziska, którzy z nimi walczą obrońcę dla człowieka, którego bezwzględne maszyny chcą unicestwić zanim za kilkanaście lat sprawi im tyle kłopotu.

W rolach głównych ponownie wystąpili oryginalni bohaterowie sprzed trzydziestu sześciu lat. Może nie całkiem bo rola Schwarzeneggera była raczej drugoplanowa. Linda Hamilton, która grała w oryginalnym Terminatorze postać, którą ów miał zgładzić, tu sama gra kogoś kto walczy z maszynami wysyłanymi z przyszłości. Oczywiście główni bohaterowie czyli nowy morderca, nowy obrońca i postać do zgładzenia to już inni aktorzy.

Jak to zwykle bywa w tego typu kolejnych obrazach, każdy następny jest coraz gorszy i nie dorównuje oryginałowi. Nie inaczej jest w tym przypadku. Arnold, który wciąż gra maszynę jakby trochę się postarzał i przybrał na wadze. Przecież to robot i raczej procesom starzenia takiego jaki dotyczy ludzi nie powinien podlegać. To jednak nie był największy mankament tego filmu. Zdecydowanie nie pasuje do niego Linda Hamilton. Mocno już wiekowa, starająca się zagrać twardą kobitkę. Trochę jak dla mnie wyszło to sztucznie. Pani po sześćdziesiątce szalejąca na ekranie z giwerami rożnego kalibru i strzelająca do wszystkiego co się rusza. Nie wyszło to najlepiej zwłaszcza, że i jej dialogi były ubogie i praktycznie sprowadzały się do jak najczęstszego używania słowa „fuck”. Fuckowala zatem tam gdzie była potrzeba i tam gdzie był to zbyteczny ozdobnik. Chyba trochę przesadzono z tym ukazywaniem jej jako silnej baby, przepraszam kobiety.

Osobne słowo na temat efektów specjalnych. W moim odczuciu za dużo. Niektóre wręcz nieprawdopodobne co raczej negatywnie wpływa na film.

Resztę, kto lubi tego typu produkcje, niech każdy sam sobie obejrzy.

Zdecydowałem się napisać tą notkę przede wszystkim z powodu sentymentu jaki mam do pierwszej części, tej sprzed trzydziestu sześciu lat. Do dziś pamietam okoliczności oglądania tego filmu. Polska tamtych czasów i oglądanie najnowszych produkcji z Hollywood polegało na domowych sesjach. Ktoś miał magnetowid i kopie filmu na VHS. Potem robiło się małe spotkanko i oglądało się ów film. Tak właśnie obejrzałem Terminatora numer jeden, u kuzyna. Przeżycie było olbrzymie. Efektów takich jakie są dostępne przy dzisiejszej technologii wtedy nie było. Film był jednak majstersztykiem trzymającym w napięciu do ostatnich minut. No i Linda wtedy była taka łaska nebeska a Arnold chociaż mało mówił, pewnie lepiej, jako maszyna był wręcz doskonały. No i te jego krótkie dialogi, w sam punkt bez zbędnych dłużyzn.

No i ja byłem młodszy …. dużo młodszy.

Pooskarowe rozważania.

Minęły dwa dni od rozdania Oscarów. Nie jestem szczególnym fanem tego spektaklu próżności. Ciekawość jednak zwyciężyła i po raz kolejny dałem się wciągnąć w oglądanie. Jestem w tej samej strefie czasowej zatem żadnego poświęcenie to nie wymagało. Obejrzałem parę nominowanych filmów w tym Jokera, który był moim faworytem. Joaquin Phoenix, według mnie, zagrał życiową rolę i w porównaniu do innych kandydatów zasłużenie wygrał w kategorii najlepszego aktora. Podobnie było w kategorii najlepszych aktorek. Rene Zwillinger zaskoczyła mnie bo nie znałem jej z tego typu dramatycznych ról. Sądzę, źe i ona zasłużenie wygrała.

Niestety nie oglądałem Parasites czyli Pasożytów, filmu który zaskoczył wszystkich i wygrał w czterech kategoriach. Po raz pierwszy w historii Oscarów najlepszym filmem stała się produkcja nieanglojęzyczna. Parasites wygrało w kategorii najlepszych filmów zagranicznych, najlepszych filmów w ogóle i przy okazji najlepszym reżyserem okazał się twórca tego filmu.

Bong Joon-ho okazał się bardzo zabawnym człowiekiem. Na scenie potrzebował tłumacza bo znał tylko kilka słów po angielsku. Po zdobyciu drugiej statuetki oznajmił, że będzie całą noc pić. Gdy po raz trzeci wezwano go do odebrania kolejnego Oscara z uśmiechem na ustach stwierdził, że będzie musiał pić do rana. Swój chłop. Przy czwartym Oskarze za najlepszy film roku stał juz tylko na boku i pozwolił mówić innym.

Parasites podobnie jak w ubiegłym roku Roma zaskoczył chyba bardzo wielu. Jeśli jednak spojrzeć na kierunek w jakim idzie Hollywood to można odnieść wrażenie, źe staje się wrażliwy na to co się dzieje na świecie.

Ubiegłoroczny sukces Romy, pochodzącej z Meksyku odebrano jako protest przeciwko budowie muru na granicy USA – Meksyk. I słusznie bo mur niczego nie rozwiąże tylko wzajemne porozumienie i współpraca.

Tegoroczny zwycięzca Parasites, którego wciąż nie oglądałem, traktuje o chciwości i nierównościach klasowych. Widać pogłębiające się różnice w dochodach uzmysłowiły wytwórni filmowej, źe świat idzie w złym kierunku.

Będąc dzisiaj w Cuence zakupiłem Parasites. Obejrzę już za chwilę i w następnym wpisie podzielę się swoimi spostrzeżeniami.

Tegoroczne Oscary niczym innym mnie nie zaskoczyły. Rozpoczęło się wystąpieniem Chrisa Rocka i Steve’a Martina. Miało być śmieszne. Nie było. Chris Rock jak zwykle narzekał na skromny udział filmów i aktorów afroamerykańskich. Te jego tyrady stają się wręcz męczące.

Tradycyjnie każdy z nagrodzonych miał chwile czasu na wygłoszenie krótkiej mowy. Każdy oczywiście dziękował Akademii, reżyserom, kolegom po fachu. Kochania i miłości w wypowiedziach do wszystkich w tym żon, mężów i dzieci było zdecydowanie zbyt wiele. Aż na scenę wyszedł Joaquin Phoenix. Żadnych podziękowań, żadnego umizgiwanie się do tłumu. Powiedział jednak wiele o nas ludziach. Nie ma o nas najlepszego zdania. Przy czym jego uzasadnienie tego stanu rzeczy bardzo do mnie trafiło. Mówił o nas wszystkich nie wyłączając z tego grona rownież siebie. No cóż, każdy widzi świat inaczej. Zwycięstwo filmu, którego motywem przewodnim jest krytyka chciwości może świadczyć, że nie tylko Joaquin to dojrzał. Może dostrzega to coraz więcej ludzi.

Olgierd z Jankiem wiecznie żywi.

Dzisiaj na FB zobaczyłem po raz kolejny to samo zdjęcie Gajosa z Wilhelmim pochodzące chyba z Alternatyw 4, tylko z innym dialogiem. Ta fota jednak pasuje do tylu różnych scen z życia rzadu, że chyba pomysłodawcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Swoją droga przyszło mi na myśl, że w film czasami może być czymś w rodzaju przepowiedni. Na „Czterech pancernych i psie” uśmiercili Olgierda, reszta załogi dojechała do Berlina. W życiu Roman Wilhelmi tez opuścił ten padół a reszta wciąż tworzy z jednym z aktualnych nestorów polskiego kina jakim niewątpliwie jest Franciszek Pieczka.

To jednak ujęcie Gajosa z Wilhelmim wciąż robi furorę szczególnie w mediach społecznościowych.

Szogun zawsze olewał Dudusia.

To chyba już było na moim blogu. Ale tych panów nigdy za wiele.

No i to dzisiejsze w kontekście próby zawieszenia posiedzenia SN. Co prawda chłopaki nabijają się z Julki ale Elka przy okazji też wyszła na kukłę.

Serial, aktorzy, podobieństwa

Mam wyjątkową słabość do polskich seriali. Nie, nie tych aktualnych tasiemcowych. Do tych starych. Zapewne ma to uzasadnienie w tym, że tamte lata są mi dość bliskie a im człowiekowi więcej wiosen przybywa tym bardziej robi się sentymentalny. W swoich zbiorach mam większość kultowych produkcji. Nie będę ich wymieniał bo chyba łatwiej byłoby powiedzieć czego nie mam.

Nie miałem „Polskich Dróg”. Zrealizowano je pod koniec lat siedemdziesiątych. Niewiele pamiętałem z fabuły. Kiedy jednak podczas ostatniego pobytu w Polsce zobaczyłem go w Empiku nie miałem złudzeń, że oto nadejszła wiekopomna chwila aby dokonać zakupu.

Właśnie obejrzeliśmy ostatni odcinek. Lata siedemdziesiąte to era propagandy sukcesu i Edwarda Gierka. Nie mogło to pozostać bez wpływu na scenariusz. Serial pokazuje lata wojny oczywiście przez pryzmat zbliżających się zmian. Niektóre wydarzenia były oparte na historycznej prawdzie. Pokazano bowiem rozstrzelanie ludzi z łapanki w Palmirach czy proces wysiedlania mieszkańców zamojskich wiosek.

Bodaj trzynaście odcinków pokazuje realia życia w okresie okupacji. Nie mogło się oczywiście obejść bez pokazania skonfliktowanych ze sobą środowisk przedwojennej władzy z rodzącą się do życia klasą robotniczą. Jak to się skończyło wszyscy wiemy.

W ostatnim odcinku ma miejsce wymiana zdań pomiędzy dwoma bohaterami filmu. Brat jednego z nich jest na liście skazanych, znajomy drugiego z nich jest rownież na tej liście. Ma dojść do wykonania wyroku na konfidentce niemieckiej, która może spowodować odwet ze strony Niemców. Brat nie waha się poświecić swojego brata w przeciwieństwie do drugiego bohatera, który chciałby spróbować pomóc znajomemu. W dialogu pomiędzy nimi, jeden z nich mówi o upływie czasu. Stwierdza między innymi, że za trzydzieści, czterdzieści lat już niewielu będzie pamiętało kto kogo napadł, jakie były przyczyny, ile ludzi zginęło, kto był zły a kto dobry, a ocenę dobrą z historii będą oferować za określenie ilości ofiar z dopuszczalnym błędem do miliona osób. Prorocze słowa. II Wojna Światowa skończyła się niecałe siedemdziesiąt pięć lat temu. Niby dużo, niby mało. Pamięć o jej okrucieństwach zanika. Na całym świecie coraz cześciej mamy do czynienia z ruchami nacjonalistycznymi i neofaszystowskimi. Nawet w naszym kraju, który najbardziej został dotknięty zbrodniami wojennymi, da się to zauważyć. Czyżby rzeczywiście nasza pamięć była tak krótka?

Pisząc ten artykuł uzmysłowiłem sobie, że idea filmu Forrest Gump była bardzo podobna. Życie głównego bohatera pokazane jest w kontekście najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych tego okresu. Polskie Drogi, które powstały wcześniej, pokazują najważniejsze wydarzenia okresu wojennego ale w kontekście życia głównego bohatera. Tak się złożyło, ze był on w Krakowie gdy aresztowani profesorów. Był na Zamojszczyźnie gdy Niemcy ją pacyfikowali. Był obecny w tej samej grupie ludzi gdy aresztowano Grota czyli Stefana Roweckiego szefa AK. Był w Warszawie podczas łapanki, po której większość ludzi zginęła w Palmirach.

Kto wie, być może scenarzysta Forresta Gumpa, wzorował się na naszym serialu.

Na koniec słowo o aktorach. Sama śmietanka tamtych czasów. Zbigniew Zapasiewicz, Bronisław Pawlik, Wacław Kowalski, Leszek Herdegen, Ryszarda Hanin, Zofia Mrozowska, Beata Tyszkiewicz, Anna Neherbecka, Jadwiga Jankowska- Cieślak, Stanisław Mikulski, Jan Machulski, Jan Englert, Kazimierz Kaczor. W głównej roli wystąpił młodziutki Karol Strasburger.

Mało znam dzisiejsze gwiazdy. Tamtych jednak do tych dzisiejszych nie da się porównać. To był, moim zdaniem złoty wiek polskiego kina.

Z mojej filmoteki

Maniakalnie zbieram filmy. Mam już nawet stałego sprzedawcę, który mnie rozpoznaje i widząc moje wybory sam mi poleca co kupić. Nie jestem specjalnym wielbicielem jakiegoś gatunku. Nie znoszę jednak horrorów.

Wyprawa do Cuenki zawsze kończy się zakupem kilku tytułów. Nawet jeśli ich nie obejrzę to następna wyprawa, następne tytuły. W sklepie z filmami czuje się jak kobitka w obuwniczym czy odzieżowym, nie sposób mnie z niego wyciągnąć. Tak już mam i dopóki łażę to się zapewne nie zmieni.

Wieczór u nas to kino z dvd. Ja nie popuszczę nawet kiepskiemu filmowi, Luśką poddaje się po dwudziestu minutach.

Ostatnio wpadł nam w ręce film o Flipie i Flapie. Kto ich nie pamięta? Okazuje się, że pomimo olbrzymiego powodzenia do bogaczy nie należeli. Wiele rzeczy na ich temat nie wiedziałem jak na przykład, że wiele dialogów i skeczy wymyślił Stan Laurel czyli Flip. Jego żoną była Rosjanka, tez dla mnie nowość. Panie za sobą nie przepadały ale pod koniec życia Flapa, czyli Olivera Hardiego wreszcie doszło między nimi do porozumienia. Nowością dla mnie był też fakt, że gdy ja pękałam ze śmiechu z ich komedii obaj już nie żyli. Oliver Hardy zmarł w 1957 roku a Stan Laurel osiem lat później. Po odejściu Flapa, Flip nigdy nie zgodził się na zmianę partnera i już więcej nie zagrał, chociaż wciąż pisał skecze.

Aktorzy podszywający się pod obie postacie wywiązali się ze swój ich ról, w moim przekonaniu znakomicie, z lekką przewaga grającego Flipa, Steve’a Coogana. Wbrew pozorom, pomimo kilku bardzo zabawnych scen, film nie do końca był śmieszny. Szczególnie końcówka i choroba Flapa chwytały za pompę. Dobrze jadnak było wrócić do tamtych czasów, prostych numerów i zabawnej mimiki i gestykulacji. Mnie to wciąż bawiło.

Filmy akcji z reguły oglądam sam. Moja dziewczyna totalnie nie trawi tego gatunku. Lubię efekty specjalne, chociaż czasem sama tematyka jest tak bezdenna, że nawet pirotechniczne fajerwerki nie są w stanie podnieść oceny filmu. Tak właśnie było z filmem „Hunter, Killer”, którego polskiego tytułu oczywiście nie znam. Ten film zapewne wymyślił jakiś zapaleniec, święcie przekonany o pokojowej misji Stanów Zjednoczonych we współczesnym świecie. Oto w podłej Rosji dochodzi do zamachu stanu. Nawet jednak tam o tym nie wiedzą. Władze w swoje łapy przechwycił wojskowy bandzior zmierzający do konfrontacji ze strażnikami pokoju. Póki co prezydenta Rosji przetrzymuje jako zakładnika, żeby nie było na niego, że on spowodował konflikt. Tylko uwolnienie owego prezydenta może zapobiec trzeciej wojnie. No nigdy nie zgadniecie kto uwalnia owego prezydenta. Nie będę zatem psuł tego żałosnego widowiska. Omal sobie paznokci nie poobgryzałem, z tych nerwów ma się rozumieć. Czy coś jeszcze można o tym czymś napisać. O, rzeczywiście, nawet Ekwadorczycy nie byli pewni gatunku tego filmu. Na wszelki wypadek określili go jako film akcji i komedia. Dodam od siebie wcale mnie ona nie rozśmieszyła. USA strażnik pokoju, to tak jakbym suponował, że Jarek Kaczyński jest demokratą.

https://youtu.be/D2zdFwgUYBg

Moje ku pamięci.

Każdego roku o tej porze, jak media długie i szerokie układają one dla nas listę pod nazwą In Memoriam. A na niej największe znamienitości, które pożegnały naszą planetę i przeniosły do innego wszechświata. Z przerażeniem i smutkiem przeglądam owo zestawienie bo wielu z tych ludzi to przecież idole mojej młodości. Wspaniali aktorzy, nie mylić z celebrytami, którzy odcisnęli swoje piętno na moim sposobie odbierania sztuki filmowej. To pokolenie powoli odchodzi z godnością bez pchania się na „ścianki”.

Gdy w ubiegłym roku odszedł Witold Pyrkosz, uświadomiłem sobie, że to ostatni Janosik. Gdzieś tam już niemal wszyscy czekali na niego. Kręcą zatem kolejne odcinki serialu, choć już nie ku naszej uciesze, to ku radości tych, którzy wraz z nimi przenieśli się w bezkres wieczności. Bawią i rozśmieszają ich wszystkich do łez, tak jak to robili z nami podczas swojej ziemskiej wycieczki.

Gdzieś tam obok nich w innym teatrze Ketling, Wołodyjowski i Zagłoba przy gąsiorku miodu pitnego deliberują na temat wojny z Tatarami rozsyłając wici i zwołując swoje chorągwie.

Gdzieś tam kobieta pracująca poucza inżyniera Karwowskiego na tematy wszelkie od chłodzenia koniaku po miłosne zauroczenie. Maliniak utrudnia mu życie na budowie a Wardowski, dyrektor Zjednoczenia, wpada na okresowe niezaplanowane wizyty piętnując marnotrawstwo materiałów. Teść zapewne uczy naszego niezapomnianego inżyniera jak posługiwać się bronią na polowaniu. Dołączył do nich ostatnio inżynier Gajny, czas już przecież był aby ktoś zajął się jakością wody gdzieś tam w tym równoległym świecie.

Nie mam watpliwości, że i talent kapitana Klossa w tamtym wymiarze jest wykorzystywany dla dobra ogółu w walce ze złem.

Nie wiem jak jest tam odbierany pokrętny Nikodem Dyzma ale czy można mieć do niego pretensje, że wykorzystał nadążającą się sytuacje. Pozwoliła mu na to naiwność i ślepota otaczających go ludzi.

Mam nadzieję, że nie ma już płota pomiędzy posesjami Kargula i Pawlaka a oni i bez niego powodują we wszystkich niekontrolowane wybuchy śmiechu. Jakże mogłoby być inaczej?

I jeszcze serialowa „Lalka”. Być może gdzieś tam w tym bezkresie, Wokulskiego miłość do panny Izabeli Łęckiej spotkała się z jej wzajemnością ku zadowoleniu pana Ignacego Rzeckiego.

Gdzieś tam odgrywają rownież swoje role niezapomniany Hetman Sobieski i jedyny w swoim rodzaju wręcz kultowy Czereśniak.

To tylko kilku genialnych twórców swoich ról, którzy przyszli mi na myśl. Nie sposób spamiętać ich wszystkich.

Zamykam oczy i widzę ich wszystkich. I aż się nie chce oczów otwierać.

Pooskarowe refleksje

Nie jestem krytykiem filmowym w związku z czym nie mam zamiaru wypowiadać się na temat wartości artystycznych nagrodzonych na tegorocznych Oskarach filmów. Nie wszystkie też oglądałem. Mam jednak wrażenie, że moje przewidywania się potwierdziły. Wygrał film stworzony przez Afroamerykanów czego osobiście się spodziewałem. Z pięciu najważniejszych kategorii w trzech wygrali Afroamerykanie. Tylko najlepszego aktora i aktorkę wygrali aktorzy spoza tego kręgu. Nie oglądałem Moonlight więc nie będę polemizował z jego wyborem. Zaskoczyła mnie ilość nominacji dla La La Land i sześć ogólnie przyznanych Oscarów dla tego filmu. W moim przekonaniu ten muzyczny romans to aczkolwiek miły w oglądaniu film to jednak nie ma w nim nadzwyczajnego. Jeśli jednak weźmie się uwagę kto był producentem tej produkcji to wszystko staje się jasne. Nie zdziwił mnie rownież brak uznania Akademii dla Hacksaw Ridge, który wyreżyserował Mel Gibson, którego wypowiedzi na temat właścicieli Hollywood są powszechnie znane. Sam film na mnie zrobił bardzo duże wrażenie a odtwarzający główną rolę Andrew Garfield w moim przekonaniu zasłużył bardziej na Oscara niż Casey Affleck, skądinąd rownież świetny aktor. Jego rola w filmie Manchester by the Sea była bez wątpienia trudna jednak nie aż tak ciekawa i charakterystyczna jak występ Andrew Garfielda. To oczywiście moja opinia.

Bardzo ucieszyło mnie ujęcie Andrzeja Wajdy w tradycyjnym przeglądzie twórców filmu, którzy pożegnali nas w trakcie ubiegłego roku. W tym segmencie na ogół przedstawiani są twórcy lokalni zatem znalezienie się w tym gronie świadczy o tym, że twórczość naszego zmarłego reżysera cieszy się tutaj dużym uznaniem. Dobrze by było gdyby nasi rządzący się nad tym zastanowili i zamiast odżegnywać się od wielkich Polaków poświęcili im więcej uwagi wykorzystując ich wizerunek dla dobra kraju. To chyba jednak za dużo dla tej ekipy.
Definitywnie rozśmieszył mnie bojkot Oscarów przez reżysera z Iranu, który wygrał w kategorii filmów nieanglojęzycznych. Nie spodobała się jemu polityka Trumpa dotycząca zakazu wjazdu do Stanów mieszkańców pewnych krajów. Nie będę bronił prezydenta USA tyle, że w takich sytuacjach dobrze jest pamietać o swoim gnieździe. Jak to się dzieje, że w krajach islamskich w tym w Iranie nie można praktykować innych religii? Ciekaw jestem czy to nie przeszkadza oburzonemu reżyserowi. Jak to mówi stare polskie porzekadło – cudze pod lasem się widzi a swoje pod nosem już trudno. Śmieszą mnie rownież polityczne wystąpienia aktorów potępiających Washington. Żyją oni w luksusie o jakim przeciętny człowiek nawet nie może marzyć, kompletnie oderwani od realiów dnia codziennego oburzają się na amerykańską politykę. To nie oni przecież giną w zamach terrorystycznych na lotniskach czy w innych środkach transportu. Rozumiem oburzenie ale dotychczasowe metody walki zdają się zawodzić zatem chyba trzeba spróbować czegoś innego. Wszyscy chcemy wolności i jak najmniejszej ilości zakazów i nakazów. Problem w tym, że aby do tego doszło w każdym kraju walka ze złem musi wyglądać identycznie. Sprzeciwiając się zatem polityce waszyngtońskiej żądajmy równocześnie od krajów sprzyjających terrorystom aby włączyły się do wspólnej walki. W przeciwnym wypadku krytyka wyglada śmiesznie. 
Zakończeniu tegorocznych Oscarów przejdzie do historii jako największa kompromitacja w jego dziejach. Prezentujący kandydatów do najlepszego filmu roku Warren Beatty i Faye Dunaway ogłosili zwycięstwo La La Land. Jego twórcy pojawili się na scenie, odebrali statuetki i rozpoczęli swe mowy dziękczynne. Gdy nagle ktoś dokonał sprostowania pokazując kopertę z najlepszym filmem, którym okazał się Moonlight. Chwilowa konsternacja przerodziła się w kompletne zamieszanie. Twórcy La La Land musieli oddać statuetki i zejść ze sceny, na której niespodziewanie pojawili się już prawdziwi zwycięzcy. Okazało się, że prezenterzy nie mieli prawidłowej koperty. W jakiś sposób otrzymali przed wejściem na scenę kopertę z nazwiskiem najlepszej aktorki. Ponieważ była nią odtwórczyni głównej roli z La La Land więc kierując się tym faktem postanowili ten film ogłosić laureatem nagrody. Dlaczego żadne z nich nie zgłosiło, że maja nieprawidłowa kopertę? Niewiadomo, fakt pozostaje faktem, że zamieszanie powstałe w związku z tym było żenujące i pozostanie na długo w pamięci widzów.

Święto kina czyli Oscary 2017

W najbliższą niedziele świat filmu pochłonie bez reszty wszystkich kinomanów kolejną odsłoną kultowych Oscarów. Przetoczą się po czerwonym dywanie największe gwiazdy współczesnego kina ubrane w stroje specjalnie zaprojektowane na tą okazje. Przekaz telewizyjny oglądać będą miliony widzów bez względu na strefę czasową. W Stanach parę kanałów transmitować będzie wywiady, rozmowy, przewidywania z aktorami, krytykami i Bóg wie kim jeszcze. Druga po Super Bowl impreza w Stanach musi mieć swoją oprawę. W ubiegłym roku udało mi się wytypować zwycięzcę w kategorii najlepszego filmu. Było to relatywnie łatwe biorąc pod uwagę kto rządzi w Hollywood i jaka była tematyka zwycięskiego filmu. Akademia dostała jednak srogie cięgi za brak nominacji dla aktorów ciemnoskórych. Will Smith zdecydował się nawet zbojkotować święto filmu. Fala krytyki, która przelała się przez wszystkie media zdominowała przekaz spektaklu i podzieliła świat filmu. Nie pomogło nawet obsadzenie w roli prowadzącego Chrisa Rocka, ciemnoskórego uznanego komika. On prawdę mówiąc nie zamierzał trzymać języka za zębami i dolał swoimi tekstami oliwy do ognia. Rasizm znowu stał się zatem tematem przewodnim. Nie było mi specjalnie żal włodarzy Hollywood. Z drugiej jednak strony opinie o rasistowskim podłożu uważam za mocno przesadzone. Afroamerykanie umieją się upominać o swoje co widać przy tegorocznych nominacjach. Przejęta ubiegłoroczną krytyką Akademia wyciągnęła odpowiednie wnioski. Trzy filmy spośród dziewięciu to obrazy dotyczące i wiążące się z produkcją ciemnoskórych artystów. Właśnie tych trzech filmów nie oglądałem bo męczy mnie to ujadanie o rasizmie, który jeśli istnieje to jakoś uszedł mojej uwadze w trakcie moich ponad dwudziestu pięciu lat życia w Stanach. Nie będę zatem typował tegorocznego zwycięzcy ale nie zdziwi mnie dominacja afroamerykańskich produkcji w ramach „przeprosin” za rok ubiegły. Na mnie duże wrażenie zrobiły „Arrival” i „Hacksaw Ridge”. Pierwszy to futurystyczna historia sporo mówiąca o nas samych a drugi to ekranizacja autentycznych zdarzeń z okresu drugiej wojny światowej i inwazji Stanów Zjednoczonych na Japonię. Reżyserem tego drugiego filmu jest Mel Gibson, który nie cieszy się wielkim uznaniem wsród właścicieli Mekki amerykańskiego kina. Andrew Garfield odtwórca głównej roli w tym filmie wywiązał się ze swojej roli doskonale i stawiałbym na niego w konkurencji najlepszy aktor, tyle że nominowany został też Denzel Washington za swoją rolę w produkcji afroamerykańskiej, która mówi o segregacji i problemach ludzi czarnych w tym okresie. Denzel już raz dostał Oscara co może pomóc innym aktorom. Nie podejmuję się typować najlepszej aktorki bo i tu mogą zdecydować inne niż warsztat aktorski wartości. Już jutro wszystko się wyjaśni a ja sam z ciekawością obejrzę ten jarmark próżności po to tylko aby zweryfikować moje pro-ciemnoskóre podejrzenia tej edycji Oscarów.  

Gwiazdy z tamtych lat

Zmotywowany publikacją jednej z czytanych przeze mnie blogerek postanowiłem skreślić parę słów na temat polskich aktorów tych, którzy utkwili w mojej pamięci. Nie mam zamiaru tym razem tworzyć żadnej listy bo jakakolwiek klasyfikacja nie ma tym przypadku najmniejszego sensu. Nie mam zamiaru rownież tworzyć nic co mogłoby przypominać historie kina polskiego bo tym w bardzo fajny sposób zajmuje się juz blogerka Verdis. 

W przeciwieństwie do gwiazd Hollywood, Polscy aktorzy utkwili w mojej pamięci dzięki swoim występom w serialach. Produkcje te do dzisiaj cieszą się wielką popularnością i są powtarzane niemal każdego roku. Właśnie w kontekście serialu mam nadzieje przypomnieć wszystkim o moich, i mam nadzieje wielu innych czytelników, gwiazdach polskiego kina. 

Zacznę od „Przygód pana Michała” serial zrealizowany na podstawie powieści Henryka Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski”. W rolach głównych zagrali Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki, Mieczysław Pawlikowski, Daniel Olbrychski, Władysław Hańcza, Mariusz Dmochowski, Marek Perepeczko, Barbara Kraftówna, Barbara Brylska, Magdalena Zawadzka, Irena Karel. Każde z tych nazwisk mówi samo za siebie. Ja chciałbym tylko dodać, że w poźniejszych produkcjach role Pana Michała zagrał rownież Zbigniew Zamachowski, skądinąd bardzo dobry aktor ale do wzorca w wykonaniu Łomnickiego nie sądzę żeby się zbliżył. Czyż można było lepiej zagrać Zagłobę? Próbował Kazimierz Wichniarz i Lech Ordon, też wspaniali aktorzy,  jednak rubaszny Zagłoba to tylko Mieczysław Pawlikowski. Czyż żył w ówczesnej Polsce ktoś kto nie życzyłby jak najgorzej Azji w wykonaniu Daniela Olbrychskiego? Nie myśle. To był fantastyczny pokaz kunsztu aktorskiego przez pana Daniela. Magdalena Zawadzka jako Hajduczek i bardziej poważna Barbara Brylska w głównych rolach kobiecych  czyż można je zapomnieć? Mariusz Dmochowski nie daje nikomu szans w odtwarzaniu Jana Sobieskiego. Jeszcze nic nie napisałem o Andrzeju Łapickim wybornym Ketlingu. Czyż można zapomnieć zakochaną w Azji, Irenę Karel jej brata Marka Perepeczkę i ich ojca Władysława Hańczę. Nie sposób. Wyborni aktorzy, wspaniałe postacie. Mogę zamknąć oczy i widzę ich wszystkich jakbym to wszystko dopiero oglądał.
Następny serial na mojej liście to „Chłopi”. To rownież ekranizacja powieści tym razem Władysława Reymonta. W rolach główny wystąpili: Władysław Hańcza, Ignacy Gogolewski, Tadeusz Fijewski, Augustyn Kowalczyk, Emilia Krakowska. Mniejsze role zagrali rownież: Bronisław Pawlik, Kazimierz Wichniarz, Tadeusz Janczar, Mieczysław Czechowicz, Lech Ordon, Franciszek Pieczka. Nie mam zamiaru opisywać każdego zwłaszcza, że głównego bohatera czyli Władysława Hańczę już przedstawiłem powyżej. Chłopi to jednak kultowa rola Emilii Krakowskiej, Ignacego Gogolewskiego, Tadeusza Fijewskiego i Augustyna Kowalczyka. W moim przekonaniu jeśli ktoś kiedyś zdecyduje się na ponowne nakręcenie Chłopów, nowi odtwórcy bedą mieli ciężki orzech do zgryzienia bo aktorstwo powyższej czwórki to najwyższa półka. 
Kolejny serial i kolejna ekranizacja powieści. Tym razem Tadeusz Dołęga-Mostowicz i „Kariera Nikodema Dyzmy” z Romanem Wilhelmim w roli głównej. Czy można było lepiej sportretować chama i rozrabiakę? Nie ma takiej możliwości. Roman Wilhelmi wystąpił w jeszcze paru serialach, o czym pózniej, ale Nikodem Dyzma to zdecydowanie najlepsza rola. Kogo jeszcze mamy w tym serialu: Bronisław Pawlik, Grażyna Barszczewska, Jerzy Bończak, Wojciech  Pokora, Leonard Pietraszak, Tadeusz Pluciński, Igor Śmiałowski, Barbara Brylska, Mieczysław Czechowicz, Bogusz Bilewski, Tomasz Stockinger, Ewa Szykulska. Niemal cała czołówka ówczesnego kina. Mało pamiętamy o nich wszystkich bo Roman Wilhelmi przyćmił swoją grą każdego z nich. Warto jednak pamietać o nich bo ze swoich zadań wywiązali się w doskonały sposób szczególnie Wojciech Pokora, Jerzy Bończak i Bronisław Pawlik.
Następny serial, który chciałbym wziąć na tapetę to „Czterdziestolatek”. Andrzej Kopiczyński w roli głównej z Anną Seniuk grającą jego żonę stworzyli małżeństwo jedyne w swoim rodzaju. Serial do dziś cieszy się olbrzymim powodzeniem bo po trosze przedstawia też ówczesne realia. Parę słów na temat innych aktorów, którzy albo grali w każdym odcinku, albo przewinęli się gdzieś tam w którymś momencie. Pierwszeństwo należy się oczywiście Irenie Kwiatkowskiej, kobiecie pracującej, fenomenalna aktorka a swój kunszt pokazała już w „Wojnie domowej” grając u boku Kazimierza Rudzkiego. W „Czterdziestolatku” wystąpili również: Leonard Pietraszak, Ryszard Pietruski, Alina Janowska, Roman Kłosowski, Janusz Kłosiński, Zofia Czerwińska, Zbigniew Maklakiewicz, Wojciech Pszoniak, Jan Nowicki, Wojciech Pokora, Władysław Hańcza, Janusz Gajos, Stefan Friedman, Wacław Kowalski, Jan Kobuszewski, Jerzy Ofierski, Grażyna Szapałowska, Jerzy Cnota i wielu innych. 
Idziemy dalej. Kolejnym serialem, który chociaż kojarzy się z jednym aktorem, w którym wystąpiła cała plejada ówczesnych gwiazd to „Stawka większa niż życie”. Główny bohater to oczywiście Stanisław Mikulski ale grający Bunnera Emil Karewicz to też postać na zawsze związana z tym serialem. Nie pamietam ile odcinków nakrecono ale w każdym z nich nie brakowało renomowanych nazwisk. Wspomnę tutaj tylko pare nazwisk, których jeszcze nie wymieniałem: Ewa Wiśniewska, Krzysztof Chamiec, Igor Śmiałowski, Krystyna Feldman, Marian Opania, Edmund Fetting, Iga Cembrzyńska, Ignacy Machowski, Gustaw Lutkiewicz, Leszek Herdegen, Czesław Wołłejko, Henryk Bąk, Stanisław Jaśkiewicz, żeby tylko przytoczyć paru z nich. 
„Czarne Chmury” to przede wszystkim Leonard Pietraszak, Ryszard Pietruski, Anna Seniuk, Elżbieta Starostecka, Edmund Fetting, Janusz Zakrzeński, Stanisław Niwinski oraz Karol Strasburger. Niezapomniana historia pułkownika Dowgirda prawdziwego polskiego patrioty do dziś jest rownież powtarzana.
Zabawny „Janosik” historia chociaż ze smutnym zakończeniem to jednak aktorzy w niej występujący to ikony polskiej komedii może poza głównym bohaterem Markiem Perepeczko, reszta jednak to prawdziwe tuzy tej formy filmu: Marian Kociniak, Mieczysław Czechowicz, Wiltold Pyrkosz, Bogusz Bilewski, Jerzy Cnota czy Marian Łącz. To główne postacie a przecież w odcinkach pojawiali inni znani z tamtych czasów aktorzy.
Następny zabawny serial to „Alternatywy 4”. Kogóż my tu nie mamy. Nie będę wspominał o Romanie Wilhemim bo on to dla mnie po wieki wieków Dyzma, ale oprócz niego zagrali tu Wojciech Pokora, Zofia Czerwińska, Janusz Gajos, Kazimierz Kaczor, Jerzy Turek, Halina Kowalska, Gustaw Lutkiewicz, Stanisława Celińska, Bożena Dykiel, Jerzy Kryszak, Mieczysław Voit, Wiesław Gołas, Wojciech Siemion, że wymienię tylko najbardziej znane nazwiska. 
Kto pamięta „Kolumbów” smutna i tragiczna opowieść o powstaniu warszawskim i jego uczestnikach. Ten serial był chyba największym hołdem poprzedniego systemu do tego zrywu Warszawy a zagrali w nim wschodzące gwiazdy polskiego kina a wsród nich: Jan Englert, Władysław Kowalski, Andrzej Zaorski, Jerzy Trela, Maciej Damięcki, Ryszarda Hanin, Krzysztof Kowalewski, Piotr Fronczewski, Lech Ordon i wymieniam tu tylko najbardziej znanych przeze mnie aktorów. Wszyscy oni pozostawili po sobie ślad w kinematografii tego okresu.
Parę słów na temat „Domu” historii otrząsającej  się z pożogi wojennej Warszawy na podstawie jednej kamienicy. Serial nakręcono w 1980 ale jego końcówkę dokręcono w 2000 i nie wyszło to zbyt naturalnie, ale mniejsza o to. W serialu zagrało ponad 250 aktorów a ja przypomnę tylko te najważniejsze nazwiska i pominę tych, których juz wcześniej wymieniałem przy okazji innych seriali. Dom to przede wszystkim woźny, którego grał Wacław Kowalski a wsród innych wystąpili rownież: Jan Englert, Bożena Dykiel, Zbigniew Buczkowski, Tadeusz Janczar, Tomasz Stockinger, Joanna Szczepkowska, Stanisław Zaczyk. 
Na koniec zostawiłem sobie dwa seriale. Jeden z nich pomimo swojej popularności wywołuje uśmiech politowania, drugi natomiast z uwagi na inna obsadę w wersji filmowej przyprawia mnie o ból głowy w sensie wyboru lepszych aktorów.
Zacznę od „Lalki” Bolesława Prusa. W kinie główne postacie to Beata Tyszkiewicz, Mariusz Dmochowski i Tadeusz Fijewski. W serialu to Małgorzata Braunek, Krzysztof Chamiec i Bronisław Pawlik. Beata Tyszkiewicz to niekwestionowana królowa kina i pomimo całego uznania dla Małgorzaty Braunek nie sposób nie przyznać jednak pierwszeństwa w roli Izabeli Łęckiej pani Beacie. Podobnie rzecz się ma z Wokulskim, Mariusz Dmochowski w rolach silnych mężczyzn to jeden z naszych najwiekszych aktorów. Nie podejmuje się natomiast wyboru lepszego Rzeckiego. I Tadeusz Fijewski i Bronisław Pawlik sportretowali go w sposób dla nich specyficzny i niepowtarzalny. 
W serialu mamy jeszcze takie tuzy jak Jan Englert, Stefan Friedman, Wojciech Pokora, Emil Karewicz żeby tylko przytoczyć pare nazwisk.
Czas na ostatni z seriali, o którym chciałem skreślić parę słów. To oczywiście „Czterej pancerni i pies”. Nie mam zamiaru wdawać się w dyskusje nad wartościami tej produkcji bo i byłaby to raczej próżna argumentacja. Każda władza dla celów propagandowych coś tam wymyśla aby wywołać pozytywne emocje wsród szczególnie dorastającej części społeczeństwa. I tak moim zdaniem należy odbierać ten serial. Mnie cieszy, że piosenka z czołówki „Czterech pancernych i psa” cieszy się taką sympatią kibiców reprezentacji Polski w wielu dyscyplinach zespołowych. Ale miało być o aktorach. Zatem serial ten to początek kariery Janusza Gajosa, Włodzimierza Pressa to także główne role Romana Wilhelmiego i Franciszka Pieczki. Zagrali w serialu rownież Tadeusz Fijewski, Wiesław Golas, Barbara Kraftówna, Witold Pyrkosz, Marian Opania, Jerzy Turek, Mieczysław Czechowicz, Roman Kłosowski, Janusz Kłosiński, Małgorzata Niemirska i zjawiskowa Pola Raksa. Kim była Pola Raksa? Na to pytanie odpowiedział Zbigniew Hołdys w „Autobiografii”. Nie zagrała w filmie polskim jakiś znaczących ról. Zgadzam się jednak z autorem „Autobiografii” miała to coś w sobie co rozpalało serca wszystkich młodzieńców.
Kogo pominąłem z tamtych czasów? Świadomie Jerzego Stuhra i Olgierda Łukaszewicza bo ich role w „Seksmisji” nikomu o nich nie pozwolą zapomnieć. „Seksmisja” to kultowa komedia z rewelacyjnymi rolami obu panów.
Nie mogę w mojej galerii wybitnych aktorów pominąć Zbigniewa Zapasiewicza, Kaliny Jędrusik, Jerzego Zelnika, braci Damięckich, Jana Machulskiego, Wiesława Michnikowskiego, Jacka Fedorowicza, Jerzego Bińczyckiego, Jadwigi Barańskiej, Jana Dobrowolskiego, Krystyny Sienkiewicz, Anny Dziadyk-Dymnej dumy Karguli i Pawlaków. Nazbierało się tego trochę a i tak jestem pewien, że pominąłem wielu wspaniałych aktorów.