Ekwadorskie początki

Zanim jednak dobiliśmy po raz pierwszy do Ekwadoru trzeba było nasz pobyt zaplanować. Chodziło przede wszystkim o to co chcemy zobaczyć, gdzie pojechać w kontekście ewentualnego zainwestowania w zakup czegokolwiek. Ja się do tego nie nadaje, nie mam cierpliwości do czytania informacji, przeszukiwania rożnych stron internetowych, to nie należy do moich silnych stron. Luśka zatem przygotowała nam ekwadorski rozkład jazdy.

Okazało się również, że żona naszego znajomego Ekwadorczyka jest księgową, specjalistką w rozliczeniach podatkowych. Jedną z jej klientek była, co za zbieg okoliczności, Ekwadorka, której syn miał swoją agencje turystyczną w Quito.

Nawiązaliśmy z nim kontakt, przekazaliśmy co nas interesuje a on miał nam opracować dwutygodniowe zwiedzanie. Dzięki poczcie elektronicznej byliśmy z nim cały czas w kontakcie. Wciąż nas zapewniał, że wszystko jest przygotowane na masz przyjazd, trasy opracowane, hotele zarezerwowane przewodnicy wynajęci.

Pełni emocji i trochę niepewni przyszłości wylądowaliśmy w Quito. Tu nas odebrała kuzynka znajomego Ekwadorczyka. Przywitała nas kwiatami, co było wyjątkowo miłe. Spędziliśmy u niej trzy dni w trakcie, których pokazała nam Quito, okolice oraz miejsce przez, które przebiega równik. Cudowna kobieta poświęciła nam mnóstwo czasu, użyczyła swego domu, nie oczekując niczego w zamian.

W międzyczasie byliśmy w kontakcie z agencją, która miała przygotować nam zwiedzenie Ekwadoru. Wreszcie, już po naszym przylocie przedstawili nam cenę całości. Sama cena nie była problemem, lecz fakt, że nie chcieliśmy przeznaczać na tę opłatę naszych pieniędzy kieszonkowych. Jak to Amerykanie mieliśmy pare kart kredytowych, które bez problemu mogły unieść koszt naszej eskapady. I tu zaczęły się problemy bo do kosztu wycieczki nasz wspaniały agent doliczył ekstra 10% kosztów manipulacyjnych karty kredytowej. Czuliśmy jak w pułapce. Jesteśmy na miejscu i zostaliśmy trochę wystawieni do wiatru. Gdyby nam podano cenę przed wylotem, moglibyśmy przetransferować pieniądze i zaoszczędzić te 10%. Nasz agent miały na tyle czasu aby to wszystko tak załatwić, bo wiedział o naszym przyjeździe na półtora miesiąca przed jego terminem. Przecież to jednak nie jego pieniądze. Daliśmy mu do zrozumienia, że jesteśmy bardzo niezadowoleni z takiego nas potraktowania. Zaproponował nam więc jednodniową wycieczkę, która miała być formą przeprosin. Zawsze coś, pomyśleliśmy i zgodziliśmy się zwłaszcza, że po części mogliśmy zobaczyć jedno z miejsc na naszym rozkładzie jazdy.

Gdzieś coś jednak zostało zgubione w tłumaczeniu pomiędzy językami. Nie powinno bo i on i my rozmawialiśmy po angielsku. Okazało się, że owa „przeprosinowa” wycieczka to kolejne sto zielonych. Znowu rozmowy, wyjaśnienia, tłumaczenia. Wydawało nam się, że doszliśmy do porozumienia. Wieczorem w naszym hotelu zjawił się przedstawiciel agencji celem odbioru zaliczki na pokrycie kosztów naszej wycieczki. Nazajutrz mieliśmy zacząć naszą ekwadorską przygodę. Daliśmy mu żądane sto dolców i z nadzieją oczekiwaliśmy jutra.

Na pół godziny przed planowanym odebraniem nas z hotelu, zdaliśmy klucze do pokoju i spakowani czekamy na agenta. Piętnaście minut spóźnienia to norma. Kiedy jednak minęło pół godziny zaczęliśmy się denerwować. Luśka postanowiła sprawdzić pocztę elektroniczną. A tam niespodzianka. Jest wiadomość od agenta, że z uwagi na niemożliwość dogadania się z nami zdecydował się na unieważnienie naszej wycieczki.

Wszędzie są podli ludzie i wszędzie są rownież wspaniali. Zadzwoniliśmy do naszej trzydniowej opiekunki, która nawiasem mówiąc była lekarzem. Ponownie nas przygarnęła, znalazła alternatywną agencje i juz nazajutrz byliśmy w podróży. Nie byliśmy w dobrych humorach. Wtedy więcej przemawiało za porzuceniem pomysłu o Ekwadorze niż za jego kontynuacją.

Najważniejsze jest jednak nie poddawać się chwilowym nastrojom. One często są mylne. Tak się okazało w naszym przypadku, skoro jednak tu jesteśmy.

A jak doszło do wyboru Cuenki, to w następnym wpisie. Przyrzekam Szarabajko.