Moje pierwsze amerykańskie auto

Po przeczytaniu wpisu Caffe na temat kupna samochodu, przypomniała mi się moja historia z kupnem mojego pierwszego auto w USA. Była ona trochę zakręcona, zatem czemu jej tutaj nie opisać.

Posiadanie samochodu na peryferiach wielkich miast w Stanach to wymóg. Bez niego ciężko znaleźć pracę. Poza dużymi miastami komunikacja autobusowa tutaj nie istnieje. Bez auta nie sposób egzystować.

Dość długo udawało mi się bez niego obejść. Przede wszystkim dzięki temu, źe miejsce, w którym pracowałem zatrudniono sporo znajomych i ci początkowo mnie wozili. Czy wcześniej czy później chciałem jednak mieć własny środek lokomocji. W zakupie pomógł mi niezastąpiony pan Franciszek, powojenny emigrant, który starał się być przydatny nam w wielu potrzebach.

Nie stać mnie było na nowe auto. Udaliśmy się zatem na stacje benzynową prowadzoną przez znajomego pana Franciszka. No i zostałem zauroczony. Auto wielkości dzisiejszego crossover z trzema rzędami siedzeń to było to co chciałem dla pięcioosobowej rodziny. Cena była przystępna, jeśli dobrze pamietam chyba siedemnaście stówek zielonych.

Tak się złożyło, że dzięki panu Franciszkowi pracowałem, a raczej uczyłem się zawodu doradcy finansowego u jego zięcia. Wyjątkowo niesympatyczna kreatura, ale wyboru nie miałem. Na pierwszym spotkaniu ze mną oświadczył, że nie przedstawiam dla niego żadnej wartości ale jak chce to mogę się uczyć pomagając mu przy składaniu różnego rodzaju broszur produktów finansowych dla jego klientów. Zawód wydał mi się ciekawy, więc pracowałem za friko ucząc się go jednocześnie.

Mój boss miał kilku braci. Jeden z nich też zamierzał poznać tajniki zawodu. No i gdy zobaczył moje auto, zapytał mnie gdzie je kupiłem. Zaraz po mojej relacji powiedział mi, że to był jego samochód i oddał go za stówę bo żarł olej jak smok wawelski i najlepiej bym zrobił gdym oddał tę kupę złomu i to jak najszybciej. Tego spodziewał się również sprzedawca, nie pomogły powoływania się pana Franciszka na znajomość i na etykę. Gość pokazał mi środkowy palec na dowidzenia. Auto początkowo nie wzbudzało zastrzeżeń. Rzeczywiście oleju trzeba było dolewać do niego dość często ale poza tym nie wyglądało to wszystko najgorzej. Któregoś dnia jednak zauważyłem, że jakieś druty wystają mi z opon. Były one nowiutkie gdy kupowałem ten złom. Rzeczywiście zbieżności to nie miało kompletnie, bo jej się nie dało nawet ustawić. Niemal każdego miesiąca jakieś nowości wychodziły na światło dzienne. Dni gamonia były policzone. Wciąż jednak człapał do przodu, ku mojej radości. Pożyczyłem go nawet znajomemu, który odbierał swoją przelatującą rodzicielkę z lotniska Kennediego w Nowym Jorku. No i to okazało się być jego ostatnią drogą. Żeby było śmieszniej wypluł z sobie wszystek olej w tunelu pod rzeką Hudson rozkraczył się na dobre, silnik szlag trafił i trzeba było umieścić mój pojazd na lawecie. Przy okazji tunel udało się znajomemu nieźle zablokować. Nie pamietam jak odebrał rodzicielkę ale to nie mogło być dla niej miłe oczekiwanie.

Koniec końców odsprzedałem zdezelowanego dziada…właścicielowi stacji benzynowej na, której go kupiłem. Zatoczył pełne koło mój Colt Vista a ja dostałem pierwszą lekcję w Stanach. Handlarzom używanych rzeczy nie można ufać. Nauka nie była aż tak bardzo kosztowna chociaż na tamte czasy były to dla mnie spore pieniądze. Wydałem na moje autko włącznie z naprawami pewnie w granicach trzech tysięcy. Nigdy już nie kupiłem używanego samochodu.

To nie ten, którego miałem. Ale bardzo podobny.

21 myśli na temat “Moje pierwsze amerykańskie auto

Dodaj własny

  1. Nie miałem szczęścia poczuć smak i zapach pierwszego własnego samochodu. Gdzieś na początku „Złotej Epoki Gierka”, chyba 1971 r., w prasie ukazały się ogłoszenia o możliwości zainwestowania w produkcję małego Fiata polskiego F126p. Rodzina mi, biednemu studentowi, wykupiła te „obligacje” i zacząłem oszczędzać wpłacając co miesiąc ok. 100 zł. (średnia płaca to ok. 1.400 zł.). Niestety ok. 1976 r. zmarł mój stryj i odziedziczyłem jego „Poloneza”. Prawie równocześnie znalazłem się na I miejscu w kolejce do zakupienia malucha za historyczne 49,7 tys. zł. Przesiadka z Poloneza na malucha nie była już jednak atrakcyjna, więc maluch poszedł pod bardzo opłacalny młotek. W miejscu pracy ok. 1984 r. pojawiła się możliwość wykupienia służbowego, dobrze wypasionego 2 litrowego, Fiata 132. Wprawdzie przez wiele lat byłem jeszcze jego właścicielem, ale jeździł nim mój chrześniak, bo rodzina zamarzyła mieć „beemę”, mimo, że ja straciłem zainteresowania bycia „szoferem”. Czasami dziwię się sobie, bo pomijając wczesne lata młodości odeszła mi całkowicie chęć prowadzenia samochodu, szczególnie na autostradach. Uznałem, że to straszliwa nuda i strata czasu, no chyba, że zdarzy się jakiś nocny pojedynek na szosie. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ja w kraju nigdy nie wydałem poza malucha. Ojciec miał co prawda dużego fiata a potem Poloneza, którymi od czasu do czasu mogłem sobie pojeździć.
      W stanach zacząłem od tego nieszczęsnego Colta, z którego przesiadłem się na pierwszą wersje Hyundaia. To była nówka. Potem już poszło Toyota, Nissan, VW, Honda. Trzymałem się Japończyków, jakoś ich samochody nie psuły się tak często jak to amerykańskie badziewie.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Śpiew ptaka

Życie tu i teraz jak śpiew ptaka, który śpiewa po prostu, zawsze.

Der Amateur Photograph

Ein Blog über Optik und Photographie - A blog about optics and photography

Co mi tam....

Poza facebookiem istnieje życie.

Prefiero quedarme en casa

Un blog sobre lo que me gusta escribir

saberblog

sabera myśli zapisane, czyli internetowa ziemia obiecana współczesnego narcyza i lansera

w poszukiwaniu perspektyw

moje bzdury, radości i frustracje

NIEZAPOWIEDZIANA

trochę na wesoło, trochę na smutno

Słowiki nie płaczą

If you were ever in doubt, don't sell yourself short, you might be bulletproof ~~

Melanż

Mam zakaz chlania, cale szczęście jebie zakazania

heygoodway

blog podróżniczo-lifestylowy

seashelllove

Z miłości do muszelek i niebanalnej biżuterii

RomanticSugar94

„Styl to sposób na zamanifestowanie tego, kim jesteś, bez konieczności mówienia”. – Rachel Zoe

%d blogerów lubi to: