W drogę

Trasę na lotnisko w Guayaquil znamy niemal na pamięć. W końcu to już parędziesiąt razy odbyliśmy tą podróż. W większości jednak odbywaliśmy ją po ciemku. Tym razem udało nam się pokonać ją za dnia. Około dwieście pięćdziesiąt kilometrów z Cuenki na lotniska. Dwie trzecie tej trasy to przejazd przez Andy. Jadąc zboczami gór widoki są niesamowite.

Początkowo wspinamy się z naszych trzech tysięcy metrów kolejne półtora kilometra wyżej. Potem już z górki na pazurki.

Zaczynamy podróż oczywiście dość ciepło ubrani. Po zjeździe na poziom morza trzeba się przebrać bo tu kompletnie inny klimat. Po około trzech i pół godzinach docieramy na lotnisko. Wiele się zmieniło od ostatniego razu. Odlatuje tylko nasz samolot chyba w ramach social distancing. Odprowadzający nie mają prawa wejścia do budynku terminalu. Wejść mogą jedynie podróżujący. Trzeba jednak mieć jakąś kopię biletu o tym świadczącą. Przed wejściem do budynku bagaże wkłada się do komory i tam przechodzą one jakieś odkażenie. Paszport trzeba trzymać czasy czas w rękach bo co chwile ktoś coś sprawdza lub chce się upewnić, że ty i paszport to jedna osoba. Co go zamkniesz już trzeba go znowu otwierać. Na końcu tej całej sprawdzającej wycieczki, nadanie bagażu, kontrola paszportowa i prześwietlenie podróżnego i jego podręcznych bagaży. To był już standard przed wirusem. Oficerowie imigracyjni odcięci jednak od publiki szkłem grubym na kilometr, tak na wszelki wypadek.

Lotnisko puste. Nie może być inaczej, odlatuje bowiem tylko nasz aeroplan.

Wpuścili nas do niego już godzinę przed odlotem, bo jednak trzeba jeszcze raz wszystkich sprawdzić, być może jakimś cudem ludziska się podmienili. Maska na twarzy cały czas obowiązkowa.

Siedzimy w środkowym rzędzie z trzema fotelami. Masz sąsiad nie ma maski. Nam to nie przeszkadza specjalnie. Pani siedzącej pod oknem z maską i przyłbicą na głowie najwyraźniej jednak tak. Zwraca zatem delikatnie uwagę gościowi. Ten jakby głuchy. Skarga do obsługi i po chwili pan już ma maskę nie pod ręka ale na twarzy.

Rozumiem ludzkie obawy i wcale mi z nich nie jest do śmiechu. Tym jednak razem mam mieszane odczucia. Dlaczego? Ano po godzinie od startu zaczęto podawać pierwszy posiłek, a na dwie godziny przed lądowaniem kolejny. Maski poszły w dół na conajmniej pół godziny za każdym razem. Nasza pani z przyłbicą, choć odmówiła jedzenia, tym razem nie miała nic do gadania. Pisałem niedawno o milicyjnej logice. Widać, że ten sposób myślenia wcale nie jest obcy w innych zawodach.

Spanie w samolocie dla kogoś kto śpi na brzuch to propozycja z gatunku niemożliwych. Toteż następny dzień był bardziej podobny do chodzenia we śnie niż do świadomego jego przeżycia.

Pół podróży z głowy. Jeszcze skok przez Atlantyk i melduje się w Belwederze. Tfu, na Podkarpaciu … czy to jakaś różnica.

W drodze na lotnisko

Bye, bye Ekwador

Hello America

Prawie jak w domu

Coraz bliżej domu

34 myśli na temat “W drogę

Dodaj własny

      1. Aaaa, a ja myślałam, że jednak znaleźliście jakąś drogę. Nie jestem za bardzo w temacie. Już sobie odpuściłam myśl o ewentualnych wakacjach w Grecji (na przykład), gdy dowiedzieliśmy się, że Polacy, którzy polecieli na Zakyntos złapali koronawirusa i teraz muszą tam odbyć kwarantannę. Na ich koszt oczywiście:-) To ja chyba wolę poczekać do przyszłego roku….

        Polubienie

        1. My byśmy tez siedzieli w domu. To jednak inna para kaloszy. Te wakacje będą dość wyczerpujące bo pary przy nich trzeba będzie mieć więcej niż zwykle.
          Do kraju stąd póki co nic nie lata. Jak zacznie to pewnie się zjawie.

          Polubione przez 1 osoba

        2. No tak, Polacy też wybierają miejsca na swoim kontynencie i nie wiem czy polecieliby gdzieś dalej, nawet gdyby mogli. Bo np. w Grecji, na Zakyntos u wylatujących już Polaków wykryto wirusa i co? Muszą tam zostać, żeby odbyć kwarantannę. Na własny koszt. Co by było, gdyby tak trafiło na miejsce drogie, tak na bogato?

          Polubione przez 1 osoba

        3. To prawda, wszystko stanęło na głowie. Właśnie obejrzałam instastory jednej z aktorek, która szuka pracy…. każdej w zasadzie. Od wyprowadzania pieska, bo bycie kelnerką.

          Polubione przez 1 osoba

  1. Samolot tak długo leci, że nie wiem, czy te maseczki dużo pomagają…
    „Homemabe kiełbasa i pierogi”, piękny szyld ❤ Ale w sumie obcokrajowcy też często mówią "kiełbasa" i "pierogi" po polsku, przetłumaczone traci część znaczenia. 😉

    Polubienie

      1. Miałam kiedyś szefa Włocha mieszkającego w Polsce, który po polsku prawie nie mówił, ale nazw jedzenia znał dużo i używał polskich nawet tam, gdzie nie miało sensu, typu „I want kiełbasa and ziemniaki”. 😉

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

Na skraju miasta

takie tam obserwacje

transcendentphoto.com

professional photography - going beyond ordinary limits

mamamyslicielkahome.wordpress.com/

O macierzyństwie. O książkach. O życiu.

Balladeer's Blog

Singing the praises of things that slip through the cultural cracks

Work and travel

My work and travel. Chcesz coś zmienić? Może zmień wszystko!

arek nowakowski

wordpress.com

The Biveros Effect

To Travel is to Live

U stóp Benbulbena

pocztówki z Irlandii

Śpiew ptaka

Życie tu i teraz jak śpiew ptaka, który śpiewa po prostu, zawsze.

Prefiero quedarme en casa

Un blog sobre lo que me gusta escribir

%d blogerów lubi to: