My tu jeszcze wrócimy.

Nasz ostatni spacer w góry wyższe od miejsca, w którym mieszkamy zaowocował poznaniem terenów, w które dotarliśmy po raz pierwszy. Szczytu żadnego nie osiągnęliśmy ale wielkimi krokami zbliżamy się coraz bliżej niego.

Okoliczna wspinaczka nie ma nic wspólnego z żadnym trekingiem, jak to się dzisiaj mówi popularnie o tego typu wyprawach. Tu nie ma żadnych dróg w góry. Mnóstwo za to prowizorycznych ścieżek wzdłuż ogrodzeń z pastwiskami.

Nad naszym domem dumnie i majestatycznie rozpanoszyła się góra. Od tej strony jednak wyjsć nie sposób bo krzaki i drzewa pilnie strzegą aby nikt spokoju wzniesieniu nie zakłócał. Raz juz próbowaliśmy pokazać przyrodzie, że z nami łatwo nie będzie. Chociaż wspięliśmy się do jakiejś polanki to jednak dość mocno podrapani, że nie wspomnę o kolcach w ubraniu i innych częściach drzewostanu, który czepiał się naszej odzieży jakby po raz pierwszy człowieka zobaczył w tej okolicy.

Poszliśmy tym razem naokoło. Chociaż dalej to droga łatwiejsza. Po mniej więcej dwóch godzinach dotarliśmy dość wysoko. Można było wyżej tyle, że nogi przypominały nam, że wciąż czeka nas droga powrotna.

Wydawało nam się, że w linii prostej jesteśmy mniej więcej nad naszą hacjendą.

Zbocze nie wyglądało zbyt stromo. Czemu nie. Zdecydowaliśmy się na kolejne wyzwanie. Początkowo nawet nie było źle. Z czasem jednak robiło się coraz gęściej i coraz stromiej. Dodatkowo nie mieliśmy pewności czy rzeczywiście z tych chaszczy wyjdziemy tam gdzie chcieliśmy. Parliśmy do przodu tak długo jak to było możliwe. Wreszcie teren stał się zbyt stromy. Przyroda wygrała. Straciliśmy pewnie z godzinę na tej próbie skrócenia drogi. Tym razem porażka ale my tu jeszcze wrócimy.