Zza szyby autobusu

Nasza przygoda trwała niemal tydzień. W ciągu tego czasu objechaliśmy dość sporą część Ekwadoru, szczególnie wybrzeża. To oczywiście było naszym celem. Tam słońce znaleźć można najprędzej.

Zrobiliśmy niezłą pętle. Mam zawsze kłopoty z określeniem dystansu w przybliżeniu. Tak jest i tym razem. Zakładam zatem, że było to w granicach ośmiuset kilometrów. Te pierwsze kilometry robiliśmy etapami, ostatnie natomiast czyli powrót do domu to non stop jazda. Dotarcie do domu zajęło nam ponad dwanaście godzin. Dwie przesiadki i całość, jak obliczyliśmy, to mniej więcej tyle samo co lot ze Stanów do Polski.

Nie sposób opisać tego wszystkiego co widzieliśmy, bo wiele rzeczy trzeba zobaczyć na własne oczy. Tylko one maja moc dogłębnej subiektywnej oceny. Widzieliśmy piękno, strach, grozę, niepokój, bezmyślność.

Poznaliśmy też drugą twarz Ekwadoru. Nie to, że jej nie znaliśmy. Za każdym jednak następnym razem, przypatrując się jej z bliska nasze uczucia przeplatały się od zdumienia przez niewiarę do przybicia.

Szybko zmieniające się obrazy zza szyby autobusowego okna często były ciężkie do zrozumienia. Z jednej strony niepojęte warunki w jakich żyje część ludności, z drugiej jednak niespodziewane obrazki przypominające dobrze sytuowane kraje zachodu. Oto na przykład dojeżdżając do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru, jakieś trzydzieści kilometrów przed nim nagle ukazało nam się mini miasteczko slumsów. Chałupiny stojące jedna na drugiej, na czterech wbitych w ziemie palach, bez okien z drewnianymi okiennicami. Ziemia pokryta błotem i wszechogarniający brud. Z tym żałosnym miejscem graniczyło pole golfowe z pięknie przystrzyżona trawą, wymyślnymi pagórkami, jeziorkami i tym wszystkim z czego tego typu miejsca są znane. Ledwie się ono skończyło i nowa fala czteropalowych slamsów.

Ekwador jest niewątpliwie bardzo zróżnicowany. Z tego co wiemy państwo nie stroni od pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Problem jednak w tym, że wiele z tych osób po prostu nie chce zmienić swojego stylu życia. Ta niechęć często jest właśnie wynikiem niewiary, że można żyć inaczej. Ludzie z dolnych warstw społeczeństwa latami traktowani byli jak niewolnicy, być może w ich świadomości dalej tkwi, że od tego nie ma ucieczki. Mógłbym to nawet zrozumieć. Jednak jest też drugi aspekt. Pojmuje biedę ale i w niej można żyć z odrobiną dumy i godności. Jeśli jednak właścicielowi nie chce się nawet utrzymać podstawowego porządku wokół swojego obejścia to tego już nie pojmuję. Takich obrazków widzieliśmy dość sporo. Były zagrody zadbane ale natłok pospolitego brudu tu i ówdzie i to przy głównej drodze był nie tyle irytujący co zdumiewający i przygnębiający.

Nie widać tego w dużych miastach, takich jak choćby Cuenca, jadnak wyjazd na prowincje pokazuje to drugie oblicze Ekwadoru, smutne a czasami wręcz żałosne.

Oczywiście turysta tego nie zobaczy. On trzyma się wytyczonych tras i miejsc do odwiedzenia. Wystarczy jednak wsiąść w autobus relacji Bahia del Caraquez – Guayaquil by zobaczyć to czego większość wolałaby nie widzieć. Niestety zdjęć nie udało mi się wykonać, bo do tego potrzeba postoju a autobus zatrzymuje się tylko w określonych miejscach. Tam już mniej widać.

Tak czy inaczej wybrzeże i słonko odpłaciły nam z nawiązką za trudy podróży. Pacyfik i jego ciepła woda napewno zachęciły nas do powrotu. To co zobaczyliśmy, nie wszystko zapewne było budujące. Takie są jednak realia, i to nie tylko tutaj.

Przystanek autobusowy. Rozkład jazdy na ścianie.

Przydrożny warzywniak.

Kolejny warzywniak

Momentami płasko i monotonnie

Reklamy