Robotnicza filozofia.

No a teraz slow parę o moich relacjach z obiema klasami, które wcześniej opisałem. Sama, sama góra drabiny jest mi oczywiście nieznana. Za wysokie progi.

Dla przeciętnego Ekwadorczyka czy to klasy średniej czy to mniej uprzywilejowanego, Amerykanin to taka gnida, której pieniądze wypadają z kieszeni. Niepojęte dla nich jest, że cześć z nas wyjechała ze Stanów ze względu na koszty utrzymania. Wielu Amerykanów tego nie dostrzega z dwóch powodów. Po pierwsze lubią tę odrobinę luksusu jaką dają niższe ceny chociażby w restauracjach. Po drugie czują potrzebę dowartościowania się poprzez pomoc finansową dla drobnych producentów, umożliwiając im dalszy rozwój. Wielu Amerykanów pracuje nawet pro bono dla rożnego rodzaju fundacji wspierających tutejszą kulturę.

Tubylcy jednak patrzą na nas z perspektywy portfela. Według nich śpimy na pieniądzach. Mój słowacki znajomy, w którymś momencie, a gość jest wyjątkowo przeczulony na punkcie kasy, przetłumaczył sobie na hiszpański, że on żaden Amerykanin tylko ubogi Słowak. Z tą kartka łaził i gdzie go próbowali naciągnąć, wyciągał ów rękopis wprawiające osłupienie swoich rozmówców.

W kontekście traktowania mnie jako bankomatu o wiele więcej szacunku mam do tych z dołów finansowych. Sam nie chciałbym pracować za dwie dychy na dzień i nosić ciężkie kamienie na budowę muru. Postanowiliśmy, że przynajmniej będziemy serwować naszemu robotnikowi kawę z drożdżówkami w południe. No i co? Po pierwsze podpadliśmy sąsiadom, reprezentantom średniej klasy, bo to wymuszało na nich podobne działanie, chociaż podobno nigdy nikt z nich nie uległ naszym zwyczajom. Po drugie jak to mówią dasz komuś palec a on odgryzie ci całą kończynę. Nasz robotnik postanowił nas naciągać na dniówce. Nigdy nie zjawiają się na czas, zawsze, pomimo przerwy na kawę, ucinał sobie przedłużony antrakt na swoje śniadanie. Niewiele sobie z tego robiliśmy bo wyliczyliśmy, że nawet jeśli pracuje około sześć i pół godziny to to jest mniej więcej trzy dolce za sześćdziesiąt minut, czyli całkiem nieźle. Ale jak dasz kurze grzędę to co ona zrobi? Ano właśnie, gościu ścinał godziny jak się dało aż trzeba było rzec coś do słuchu. Na moje uwagi odpowiadał promienistym uśmiechem i przyrzekał poprawę jak dewotka w konfesjonale. Pokuta trwała parę dni i od nowa Polska Ludowa. Kolejna zjebka, jak to mówi mój znajomy góral, parę dni lepszych i znowu chowanie się po krzakach. Nie powiem robił to bardzo inteligentnie no i ten jego promienny uśmiech przyprawiał mnie o bezradność. Do tego stopnia, że wciąż go zatrudniam i wciąż gramy w tą samą grę. Ostatnio jednak osobiście służę mu pomocą fizyczną, ja mam trochę ruchu i nie wyglada to jakbym go nadzorował. No i wszyscy jesteśmy zadowoleni, moja pani również.

A jak idzie mi z klasą wyżej? Dajcie pomyśleć.

Reklamy

Cel odgórny

Wszystko już zapewne zostało powiedziane o strajku pracowników oświaty. Nie będę zatem się powtarzał. Otrzymałem natomiast w poczcie zgrabny wierszyk w temacie i nim się postanowiłem podzielić.

Źródło.http://facebook.com/pokojnauczycielski

Słowo o średniakach

Średniacy, czyli klasa pośrodku sama w sobie jest mocno zróżnicowana. Tu można spotkać tych co się odbili z dołu, tych co ku niemu grawitują, takich co się usadowili w niej dość mocno i wreszcie tych, którzy wyciągają ręce aby przedostać się piętro wyżej.

Ta gromada ludzi jest szeroka niemal jak sam Pacyfik. Znajdziesz tu sklepikarza, drobnego handlarza, rolnika, przedsiębiorcę, budowlańca, architekta, lekarza, notariusza i wreszcie prawnika. Tych trzech pierwszych to doły, następnych trzech to środek i wreszcie końcówka to awangarda klasy średniej.

W tej grupie społecznej sporo ludzi ma wyższe wykształcenie, sporo z nich zdobyło je poza granicami Ekwadoru. Wielu z nich ma jakieś koligacje rodzinne z Hiszpanią w związku z czym tam byli. Wiedzieli więcej niż ci na kompletnym dole stąd zżera ich konsumpcjonizm. Pragną żyć lepiej, chcą więcej.

Władze Ekwadoru mocno pomagają tej grupie zachęcając do studiowania zagranicą, zgadzając się na częściowe pokrycie kosztów tym, którzy wrócą.

To ta grupa społeczna najbardziej ucieszyła się z nalotu na Cuenkę ludzi dobrze sytuowanych z krajów bogatego zachodu. Wielu spośród średniaków mówi po angielsku a ten język w urzędach jest kompletnie bezużyteczny. Potrzeba zatem tłumacza. Początkowo nie było aż tylu mówiących w języku jankesów. Wraz jednak z coraz większym nalotem Amerykanów na Cuenkę z zagranicy zaczęli powracać Ekwadorczycy, którzy wyczuli, źe nadszedł ich czas. Stąd tłumaczy namnożyło jak pszczół w ulu Ci jednak co byli na miejscu już zbudowali sobie swoją bazę i strzegą jej dniem i nocą.

Lepiej sytuowani średniacy muszą to pokazać. Znam przypadek dziewuchy nieco ponad trzydziestoletniej, która ma sprzątaczkę w domu chociaż sama nie pracuje. Przynależność przecież zoobowiązuje. Znam lekarkę, która sama mieszka z przysposobionym synem i ma trzy służące, jedna mieszka na stałe, dwie dochodzą. Twierdzi, źe w ten sposób pomaga w bezrobociu. Coś w tym jest. Ona poza tym rzeczywiście większość czasu spędza poza domem.

Jednym z najbardziej wziętych zawodów jest notariusz. Jest ich tutaj więcej niż bezdomnych psów. Nie wiem wszystkiego o urzędach ekwadorskich, natomiast przy załatwianiu spraw imigracyjnych okazało się, że wszystkie moje dokumenty muszą być uwierzytelnione przez oczywiście notariusza. Skala spraw jakie się tam załatwia musi być przerażająco okrutna, bo chociaż jest ich całe mnóstwo to i tak swoje w kolejce trzeba odczekać. Wszystko oczywiście podlega opłacie, która oczywiście jest uzależniona od wielkości sprawy, notariusz musi przeglądnąć i podpisać niemal wszystkie transakcje związane z zakupem ziemi czy domu, przez to też przeszedłem.

Adwokaci i lekarze też nie mogą narzekać. Ceny za usługi tych pierwszych kształtują się na wysokości tego ile trzeba zapłacić adwokatowi w Stanach. Czy również dla Ekwadorczyków? Tego nie wiem, chociaż mocno w to wątpię.

Większość lekarzy ma prywatne praktyki. Ceny zróżnicowane ale mniej więcej wszyscy są w tym samym przedziale od trzydziestu do pięćdziesięciu zielonych. Prywatny szpital, który istnieje w Cuence uważany jest za jeden z najlepszych w Ameryce Południowej. Doba w nim to stówa w pokoju pojedynczym z czterema posiłkami w ciągu dnia. Przeszedłem i przez to gdy mi wypalali tarczyce.

W tej grupie im wyżej ludzie usadowieni tym bardziej są chciwi. I w tym przypadku odwołam się do swojego doświadczenia ale to już w następnej notce.

Podział na klasy w Ekwadorze

Żeby do końca być szczerym na temat krainy arów i hektarów, czyli mojego obecnego miejsca zamieszkania postaram się teraz podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat ludzi. To oni w znacznym, stopniu determinują nasze samopoczucie zwłaszcza gdy mieszkamy poza granicami swojej ojczyzny.

Będę oczywiście trochę generalizował ale to wynik moich doświadczeń. Nie znaczy zatem, że wszyscy są tacy sami, tak padło na mnie, ot co.

Ekwador podobnie jak większość krajów świata dzieli się na trzy klasy, bogaci średniacy i zjadacze chleba. Z bogatymi jest jednak inaczej niż w krajach uprzemysłowionych. Tutaj to nie są pojedynczy ludzie a raczej całe rodziny. To taka pozostałość systemu kolonialnego, kiedy jedna czy parę rodzin posiadało niemal całe państwo.

To co ja mam to pewnie skromne kieszonkowe członków owych rodów. To oni w sporej mierze determinują politykę aczkolwiek w coraz mniejszym stopniu. Swoistą grupą są oczywiście politycy. Przeciętnie inteligentny Ekwadorczyk sam przyzna, że największą bolączką tego państwa jest korupcja. Nie ma zatem w tym zakresie zbytnich różnic. Obecny prezydent ściga swojego poprzednika bo coś tam podobno wykrył. Dodam tylko, że obaj byli członkami tej samej partii i kiedyś obecny był wiceprezydentem czyli zastępcą tego, którego teraz ściga. Taka zabawa dużych chłoptasiów w dorosłych mężczyzn.

Rząd wie, że jest niedoskonały, stąd aby zapewnić sobie jednak nieomylność na wszystko, ponoć, powtarzam ponoć, nie można go krytykować w mediach. Politycy mogą sobie nawzajem wytykać brudy, krytyka medialna natomiast musi mieć swoje granice.

Z racji swoich możliwości finansowych moje kontakty ograniczają się przede wszystkim do klasy średniej i do zwykłych zjadaczy chleba. Średniacy mają w tym gronie sporą przewagę bo mówią po angielsku w przeciwieństwie do dolnych warstw społecznych. Wolę jednak te ostatnie bo to dzięki nim mój hiszpański robi postępy. Średniacy wolą ulepszać swój angielski i tu już mamy konflikt interesów. Robię za nauczyciela a sam niewiele od nich mogę się nauczyć. Ci na dole gwiżdżą na angielszczyznę i wymagają ode mnie hiszpańskiego. No i jak ich nie lubić? Przecież ja chce być poliglotą i szprechać to znaczy hablować w paru językach w tym w iberyjskim przede wszystkim. Mojej córki teściowie tylko hablają i póki co nijak z nimi nie mogę się dogadać. Idzie jednak ku lepszemu. Mamy dorywczego pracownika który używa tylko castelliano czyli hiszpańskiego i on robi za mojego nauczyciela. Problem tylko w tym, że jak mówią moi sąsiedzi, hiszpański Don Pepe to niekoniecznie nawet ekwadorska odmiana tylko taki lokalny żargon. Będzie zatem ciekawie, bo z tym mam największą styczność. Dodatkowo gość jest głuchy jak pień prawie i często muszę powtarzać mu coś kilka razy zanim wreszcie jesteśmy na tej samej stronie. Kiedyś słuchała nas jego córka. Nie pamietam już szczegółów ale wyszło jakoś tak, że ja mówiłem o pogodzie a on przyznał, że jego krowa ostatnio daje mniej mleka. Córka warknęła powalającym śmiechem a ja zgodziłem się na mniej mleka jutro. Trzeba wiedzieć, że Don Pepe dostracza nam świeże mleko wydojone ledwie parę minut temu. Oprócz tego Jose czyli Pepe jest naszą złotą rączką do prac na zewnątrz. Osiem godzin czegokolwiek od pracy na grządkach po budowanie muru z kamieni to dwie dychy zielonych. Da się zatem wytrzymać.

Lubię te moje z nim rozmowy, mają one swój klimat i nigdy nie wiem do czego doprowadzą.

Ludzie z tej warstwy z racji swoich dochodów mało, jeśli gdziekolwiek, gdzie byli, jeszcze mniej widzieli. W swoich poglądach dość prości i szczerzy do bólu. Polska dla mojego Pepe to kraj gdzieś na końcu świata gdzie trzeba lecieć zapewne kilka tygodni. Wypytuje mnie jednak często jak to w tej Polsce ludzie żyją, czy jest podobnie, jak jest drogo takie tam najbardziej przyziemne pytanka wynikające przede wszystkim z jego życiowego doświadczenia.

To tyle o ludziach z dołu. O średniakach następnym razem.

Narodziny gwiazdy.

Nie, nie będzie o filmie, chociaż szczerze mówiąc chodziła mi po głowie notka na ten temat. Film oglądałem ale chciałem zobaczyć oryginał z Barbarą Streisand, żeby mieć porównanie. Niestety zbyt stary a zatem i ciężki do kupienia.

Jestem, odkąd pamietam, kibicem sportu. Dyscypliny, które oglądam zależą oczywiście od mojego miejsca zamieszkania. Ameryka Południowa zwariowana jest na punkcie piłki nożnej. Transmisji z tej dyscypliny sportu na kanałach publicznych nie brakuje każdego dnia. Oglądam mecze, szczególne te, w których występują nasi zawodnicy. Aktualnie pod względem popularności naszym najbardziej rozpoznawalnym zawodnikiem tutaj jest Krzysztof Piątek. Tak jest, już nie Lewandowski czy Milik lecz zawodnik AC Milan. Dzięki ilości zdobytych bramek nazywają go tutaj El Pistolero.

Muszę przyznać, że w trakcie pobytu w Stanach, gdzie piłka nożna nie jest aż tak popularna, odwykłem od rozgrywek w niej, bo bardziej interesowały mnie dyscypliny, którymi żyje przeciętny Amerykanin. Wsród nich jest oczywiście tenis. Jeden z najwiekszych turniejów przecież odbywa się w Nowym Jorku. Dzięki Agnieszce Radwańskiej wciągnąłem się w turnieje tenisowe. Jej sukcesy zapewne mocno spopularyzowały ten sport w naszym kraju. Potem zjawił się Janowicz ale wygląda na to, że zgaśnie szybciej niż rozbłysnął.

Sukcesy naszej zawodniczki doprowadziły do wysiewu kolejnych talentów. Ostatnie niepowodzenia Radwańskiej i niespodziewane zakończenie kariery byłyby ciężkie do strawienie dla każdego kibica gdyby nie nowa fala utalentowanych graczy. W samą porę cała ich plejada wypływa na wielkie wody. Dzisiaj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nasza zawodniczka zagra w finale turnieju tenisowego. I nie będzie to żadna z sióstr Radwańskich ale Iga Światek. Śledzę jej osiągnięcia od pewnego czasu. Jako juniorka wygrała bodaj Wimbledon. W tym roku wkracza na zawodowe korty i juz po czterech miesiącach grania doszła właśnie do finału poważnego turnieju w Szwajcarii. Szczerze mówiąc byłem mocno już zmęczonymi tenisem wokół Agnieszki Radwańskiej. Tym bardziej cieszy mniej sukces młodej Igi z Warszawy. A zatem umarł król, niech żyje król. No nie do końca, powinno być umarła królowa niech żyje królowa. Prawdę mówiąc król Janowicz też chyba już się nie podniesie, niech więc żyje król Hurkacz a może Majchrzak, bo obaj ci zawodnicy mają predyspozycje do przejęcia tronu po krzykliwym Janowiczu.

Trochę humoru na weekend

Ostatnie humoreski z mjej poczty elektronicznej od znajomych przypadły do gustu. Skoro tak to znalazłem jeszcze parę dowcipasów ze szkolnych zeszytów.

Przez kilkadziesiąt lat Polska nie pokazywała się na mapie, bo była rozebrana.

     ***

Aleksander Wielki był dlatego sławny, bo założył wielkie reformy.

    ***

Działalność tajnych związków kończyła się ścinaniem członków.

    ***

Gaudenty wziął kropidło, zakropił mu oczy i członkiem uderzył w czoło.

    ***

Krzyżacy mordowali, palili i gwałcili starców, kobiety i dzieci.

    ***

Car, idąc do celu, opierał się na mordzie.

    ***

Emilia Plater była pułkownikiem o kobiecych piersiach widocznych spod munduru.

   ***

Kajetan Koźmian przez 25 lat gładził swój język.

   ***

Hanka i Wasylek kochali się tak bardzo, że ona się utopiła, a on umarł z głodu.

   ***

Jagna na szczęście nie była długo chora, wkrótce zmarła.

   ***

Liczne wypadki spowodowane są także przez dzieci. Te ostatnie powstają

     przez niedbalstwo, nieostrożność lub podczas zabawy. Chyba rodziców

   ***

Lis był chytry a pod spodem biały.

   ***

Krasicki zawsze wesoły i uśmiechnięty zmarł w roku 1801.

   ***

Na skutek żałoby swojej matki Iwona urodziła się 5 lat po śmierci ojca.

   ***

Obok grobów smutnych i zaniedbanych stały groby tętniące życiem.

   ***

Ludzie pierwotni mieli narządy z kamienia.

Z historii Cuenki

Dwunasty kwietnia to ważna data w historii Cuenki. To właśnie tego dnia miasto zostało założone przez hiszpańskich konkwistadorów. Miało to miejsce w 1557 roku a oficjalna nazwa miasta brzmiała Santa Ana de los Rios de Cuenca. Zanim jednak do tego doszło na tym terenie mieszkali Indianie Cañari którzy żyli tutaj ponad tysiąc lat. Długo stawiali opór Inkom, jednak w końcowym rozrachunku musieli uznać wyższość najeźdźców. Inkowie z kolei przetrwali tylko czterysta lat. W czasie ich panowania Cuenca była drugim po Cuzco najważniejszym ośrodkiem ich królestwa. Niestety dwóch synów ważnego wodza Inków Huayna Capac, wdało się w wojnę między sobą co w znaczny sposób ich osłabiło i umożliwiło przejęcie tych ziem przez Hiszpanów. Przyszli oni w drugiej połowie szesnastego wieku i zdominowali te tereny aż do powstania niezależnych państw południowoamerykańskich.

Tradycyjnie zatem dzień ten jest świętowany w mieście. Odbywa się wiele imprez, pokazów i wszelkiego rodzaju przedstawień i koncertów od muzyki rozrywkowej do poważnej.

Jest to dzień wolny od pracy choć drobni przedsiębiorcy niekoniecznie są zmuszani do celebrowania tego dnia.

Centrum miasta zmienia się w jeden wielki stragan z rożnego rodzaju kiermaszami oferującymi wszystko od obrazów do słodyczy i innych niekoniecznie wysokich lotów różności.

Na jeden dzień otwarcie kiermasze nie miałoby sensu. Będą zatem trwały przez cały weekend.

W tym roku postanowiliśmy odpuścić obchody. Jest dość tłoczno i głośno a najważniejsze imprezy odbywają się wieczorem. Dla mas jest to zbyt późno biorąc pod uwagę powrót w nasze górki.

Wiem jednak, że będzie się sporo działo szczególnie w starej części miasta, w której będzie również najwiecej koncertów dla mieszkańców i dla turystów.

Byłem w mieście dwa dni wcześniej i już dało się czuć atmosferę imprezy. Niestety nie nie miałem siły na oglądanie bo wyszedłem właśnie od dentysty wciąż nie czując języka po anestezjologii. A przede mną jeszcze jedna wizyta. 😭😃

No i będzie z tego Inka.

Skoro o filmach mowa.

Wielokrotnie wspominałem na tych stronach o mojej słabości do filmów. Oglądnąłem ich bez liku. Nie mam jakiegoś specjalnego gatunku, który przedkładam nad inne. Ostatnio jednak mocno wciągnęły mnie historie poparte faktami. Większość z nich jest oczywiście bardzo sfabularyzowana jednak sedno wydarzeń zostaje zachowane.

Jeśli nie film oparty na faktach to wtedy decyduje obsada. Mam kilku aktorów i aktorek, którzy mnie prawie nigdy nie zawiedli i gdy oni pojawia się w rolach głównych taki film kończy na mojej półce.

Staram się natomiast trzymać z dala od seriali. Trwają zbyt długo i pożerają mnóstwo czasu. Zdarza się jednak, źe od czasu do czasu i serial mnie wciągnie. Tak było z Ranczem, przed którego oglądaniem długo się broniłem. Okazał się jednak bardzo zabawnym portretem naszym własnym.

Wsród aktorów, którzy nieodmiennie nie zawodzili mnie, odmawiając występowania w podejrzanych produkcjach był Kevin Spacey. Doskonały aktor i prawdę mówiąc nie pamietam filmu, w którym on by grał i film okazał się niewypałem. To on był powodem, że zdecydowałem się odejść od swojej niechęci do seriali i dałem się wciągnąć w „House od Cards”. Nieprawdopodobna historia rozgrywająca się w Białym Domu. Kevin Spacey zagrał oszukanego polityka, który z chęci rewanżu niszczy po kolei wszystkich, którzy stanęli mu na drodze. Aż wreszcie on został prezydentem. Wyjątkowo podła postać. Aktor zanim zagrał, rozmawiał z wieloma waszyngtońskim politykami. Po tych rozmowach stwierdził, że sposób w jaki przedstawił swojego bohatera niewiele odbiega od charakterystyki tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Białym Domu i w amerykańskim parlamencie i senacie. Brud, syf, podchody, zniszczyć za wszelką cenę. To wszystko można zobaczyć w tym serialu. Jego żonę gra Robin Wright, równie chciwa i równie żądna władzy. Przez pięć sezonów to Spacey był centralną postacią. Gdzieś jednak właśnie w trakcie emisji piątej serii, Kevin popadł w problemy w życiu prywatnym. To, że jest gejem było już wiadomo. Nikt natomiast nie wiedział, że lubił się dobierać to swoich kolegów na planie bez ich przyzwolenia. No i sprawa się rypła. Spacey stał się balastem. Musiał też zniknąć z serialu, którego był częściowym producentem.

Szósty sezon zatem zaczął się ni stąd ni zowąd jego brakiem. Okazało się, że zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak czy inaczej to jego żona była teraz prezydentem USA. No i tu się zaczyna problem. Scenariusz tego sezonu to haniebna kopia z życia Michaela Corleone. On po odejściu swojego ojca przejmował władze nad mafią. Wyglądało na to, że jego rodzina jest u kresu i jego dni są policzone. Tymczasem Mike miał plan. W najmniej spodziewanym momencie usunął wszystkich swoich przeciwników i tych, którzy stali mu na drodze do bycia ojcem wszystkich ojców.

Identycznie robi Robin Wright. Tylko, że… to już po pierwsze było a po drugie do takiej roli trzeba być bezwzględnym i to widz musi widzieć. Bezwzględna ona była tylko, źe nie tak jak Spacey, którego każdy gest, każdy ruch sprawiał wrażenie, źe z tym człowiekiem lepiej być w dobrej komitywie.

No cóż świetny serial przez pięć sezonów, w szóstej odsłonie mnie zawiódł. Jeśli będzie siódma, w co wątpię to już beze mnie. Ale oglądać Kevina warto, bo facet pokazał świetne rzemiosło. Szkoda, że nie umiał trzymać rąk przy sobie.

„Vice” czyli polityczny awanturnik.

Od paru tygodni przymierzałem się do obejrzenia „Vice” czyli historii o Dicku Cheney byłym wice-prezydencie USA. To przecież czasy, w których tam byłem czyli w jakiś sposób mam do tego swoje odniesienie.

Lubię filmy będące zapisem prawdziwych wydarzeń, szczególnie gdy dotyczą one wydarzeń wielkiej polityki. Ciekawy dla mnie jest proces podejmowania decyzji i przesłanki jakie do niego doprowadziły. Zatem ten film spełniał to co jest dla mnie ważne. Dawno temu obejrzałem „W” czyli opowieść o młodym Bushu. Teraz do tego doszedł „Vice” i możliwość porównania oceny tamtej prezydentury przez dwóch rożnych reżyserów. Bush Junior wywołuje w Stanach skrajne emocje. Wcale mnie to nie dziwi bo oba filmy potwierdzają, że był on kukłą w rękach swojego wice-prezydenta. To Dick Cheney zasadniczo podejmował kluczowe decyzje dotyczące polityki zagranicznej i to on stał za sławnym stwierdzeniem o broni masowego rażenia w Iraku.

Zwykle funkcja zastępcy prezydenta to typowo osoba na pokaz bez większego znaczenia w rządzeniu krajem. Tak jednak nie było za rządów Busha, to on był bardziej na pokaz a polecenia wydawał Cheney.

Młody przyszły wice-prezydent miał skłonności do alkoholu i bójek. Z tego powodu wyleciał z prestiżowej amerykańskiej uczelni Yale. Zmuszony był podjąć pracę w kompanii obsługującej linie wysokiego napięcia. Tutaj rownież dał się poznać jako awanturnik ze skłonnościami do czterdziestu procent. Kto wie jakby się skończyło jego życie gdyby nie jego małżonka. Postawiła mu ostre warunki i chłop musiał się zdecydować. Na nieszczęście dla Stanów.

Każdy ma swoją opinię. Z mojej perspektywy okres prezydentury Busha i Cheney’ego był najgorszym w trakcie mojego ponad dwudziestoletniego pobytu w Stanach.

Film jest bardzo dobrze zrobiony a jeśli chodzi o charakteryzację to byłem pod wielkim wrażenie. Christian Bale, który zgrał głównego bohatera wizualnie w rzeczywistości kompletnie odbiega od postury byłego wice-prezydenta. Został jednak przerobiony w sposób niesamowity. Być może jest on mniej znanym aktorem jednak ma już spore osiągnięcia i swoich sympatyków.

Cheney to wyjątkowo ciemna postać amerykańskiej polityki. Był moment, że demokraci podczas prezydentury Busha chcieli go usunąć ze stanowiska. Gdy jednak uświadomili sobie, że prezydentem zostałby Dick Cheney, szybko ten pomysł porzucili.

Warto zobaczyć „Vice” bo sporo w nim faktów i brudów, o których nie każdy pamięta. No i wreszcie po to aby po raz kolejny uświadomić sobie, że większość polityków to jednak pospolite kanalie.