A propos życzeń

Będzie sporo wszystkiego najlepszego. Rozwinąłem to odrobinkę i oto co z tego wyszło.

Co to takiego

Wszystkiego najlepszego?

I już donoszę.

To ciepłe bambosze,

To miłość żony

I bycie spełnionym,

To męża kochanie

I bycie w stanie

Liczyć na niego

W przypływie złego,

To uśmiech na twarzy

Co się kojarzy

Z udanym życiem,

To sobą bycie,

To trochę nadwagi

By dodać powagi

Samemu sobie

W potrzeby dobie,

To marzeń spełnienie

I zdrowia tchnienie,

To w domu spokój

I wokół nas pokój,

To dzieci zdrowe

Gdy trzeba gotowe

Przyjść nam z pomocą

Za dnia lub nocą,

To radość z poranka

Co niczym kochanka

Ze snu nas budzi,

To dzień co nie trudzi

Choć pracy jest pełen,

To być przyjacielem

I pośród nich tkwienie

Gdy się zmartwienie

Gdzieś tam pojawia,

To ogień co sprawia

Że chcemy więcej

I to czym prędzej

Od życia dostać,

To troskom sprostać

Zanim urosną,

To kwiaty co rosną

I pachną na łące,

To lato gorące

I zima łagodna,

To myśl swobodna

Co nas kształtuje

I wiarę buduje,

To ciepło z kominka

I ślad co szminka

Na twarzy maluje

Gdy ona całuje,

To dobra wódka

Gdy szara i krótka

Jest pora zimowa

I na tym ma mowa

Dobiegła końca

I tylko słońca

Wam jeszcze życzę

I na to liczę

Że nie pominąłem niczego

Wszystkiego najlepszego

Reklamy

Ameryka to jest taki dziwny kraj cz.I

Ameryka, jak się popularnie mówi na Stany Zjednoczone to taki dziwny kraj. Tutaj ojca dyrektora i jego falangę zeżarliby jeszcze przed śniadaniem zanim by zdążył otworzyć oczy. Zaraz to wytłumaczę.

Wyjeżdżając z Polski w naszego Szczepana wszędzie się jeszcze czuje atmosferę świąt. Na moim lotnisku w Rzeszowie gdzie rozpoczynałem swoją podróż, dekoracje, choinki i inne atrybuty świąt były wszechobecne. Trudno mi powiedzieć jak było w Monachium gdzie zmieniałem samolot aby przeflancować się przez Atlantyk. Mieliśmy tutaj tylko nieco ponad godzinę na przesiadkę a spraw formalnych do załatwienia multum. Wszystko odbyło się zatem z jęzorem na brodzie, aleśmy zdążyli na nasz wielopłat za wielki staw.

Po, w porywach do dziewięciu godzin dobiliśmy do miejsca, które wielu zwie ziemia obiecaną. Najpierw był Waszyngton, w którym zmienialiśmy samolot a potem wreszcie docelowy Newark dokąd zmierzaliśmy.

Rozglądałem się dookoła na obu lotniskach za czymś co podkreślałaby, że to okres świąt bożonarodzeniowych. Nie znalazłem bo i nie mógłbym nawet gdybym chciał.

Wszystko zaczęło się paręnaście lat temu. Na lotnisku, jeśli dobrze pamietam, w Seattle ustawiono, jak i zresztą na innych lotniskach, pokaźnych rozmiarów choinkę. Wtedy jeszcze Merry Christmas dominowało w przestrzeni publicznej. W Stanach konstytucja ma sporą siłę, zwłaszcza w aspektach gwarantujących wolność wyznania. Każdy ma prawo wierzyć w co innego. Z czym to się wiąże? Ano z tym, że nie wolno propagować jednej religii ponad drugą zwłaszcza w miejscach należących do pańtwa. I tak to właśnie było w owym Seattle. Otóż przedstawiciel judaizmu mocno się zezłościł na te choinkę domagając się atrybutów jego wiary na równie widocznych miejscach i w równie podobnych rozmiarach. Sprawa trafiła do sądu. No i gościu wygrał a Seattle dostało po portfelu. Z podziemi wyszły inne wyznania i strach ogarnął wszystkich przemożny. No bo żeby wszystkich zadowolić, pewnie miejsca na lotniskach by zabrakło. Śklanko z mlikiem się rozlała na wszystkie strony i instytucje tudzież rownież. Zgłosili się rownież goście od jakiegoś smoka, że oni też chcą swoje atrybuty. I cóż było robić? I tak oto choinkę szlag trafił. Znikły też napisy Merry Christmas a pojawiły się Happy Holidays czy Season Greatings. No te nikogo nie obrażają i mają charakter ponadreligijny.

Wrócę teraz do ojca dyrektora. Niechby spróbował wysłać te swoje bojówki na lotniska czy gdzie indziej. Przegrałby z kretesem. Nie dlatego, że ludzie mają coś przeciwko naszej wierze lecz dlatego, że sfera publiczna musi respektować innych przekonania. To taka zdobycz i warunek tutejszej demokracji. Nazywa się to wolność. Przybiera ona czasami kolory, których możemy nie lubić. Ale w tym momencie pojawiają się kolejne słowa – akceptacja i tolerancja. Ojciec Tadeusz musiałby się tego nauczyć w Ameryce albo miałby wielgie, wielgachne problemy natury finansowej i nie tylko.

Latanie na wesoło.

Ten blog rozpocząłem kierując się dwoma swoimi potrzebami. Ważniejsza oczywiście była ta aby nawiązać kontakty z innymi ludźmi i podzielić się z nimi swoimi spostrzeżeniami na różne tematy. Większość moich wpisów ma właśnie taki charakter. Są jednak i notki wynikające z potrzeby pozbycia się złych emocji. Opisanie i zdefiniowanie ich pozwala mi na rozliczenie się z nimi i o nich zapomnienie. Klawiatura przyjmie wszystko, zatem czemu nie.

Taki więc będzie charakter tego wpisu. Przy okazji zamknę temat mojej podróży do kraju.

Większość z nas w dobie internetu kupuje swoje bilety w wirtualnych agencjach podróżnych. Ja tak robię od lat. Mam parę tych, które zawsze sprawdzam. Niezależnie od tego przeglądam oferty innych biur, bo cena biletu dla mnie jest dość ważna. Tak się więc stało, że mój ostatni bilet zakupiłem na portalu pod nazwą Justfly. com, kierując się przede wszystkim ceną. Nie było zresztą w niej żadnych ograniczeń, które mogłyby mieć dla mnie jakieś znaczenie. Zanim jednak ja dokonałem zakupu, linie lotnicze, zapewne w poszukiwaniu większych zysków, wprowadziły do swojej oferty nową taryfę. Jest ich już tyle, że z niecierpliwoscią czekam na bilet w ofercie na stojąco. Nowa taryfa, cenowo zbliżona do ofert klasy ekonomicznej z ubiegłego roku, oferuje latanie bez bagażu. I tak zaczęła się moja przygoda. Nie świadom nowych rozwiązań, zjawiłem się na lotnisku z walizkami. Kto w końcu lata przez Atlantyk bez tychże? A tu masz babo placek. Sześćdziesiąt zielonych za mój bagaż i żony i możemy go zabrać. Musu nie ma, można go oddać odprowadzającym. Polska przecież od momentu upadku PRL-u zaopatrzeniowo nie różni się od innych państw. Zatem majtki, skarpety, podkoszulki to wszystko można już kupić na miejscu. Skalkulowaliśmy szybko i zdecydowaliśmy się pokryć koszt bagażu. Zapomniałem już o tym gdy potwierdzałem nasz odlot z Polski. No i masz, od nowa Polska Lusowa. Dwie walizki w cenie sześć dych zielonych jeśli chcemy je zabrać ze sobą. Cóż było robić? Przyzwyczaiłem się do swoich majtek a i Luśka lubi swoją bieliznę. Bilet tam i z powrotem kosztował nas w tym momencie o sto dwadzieścia dolarów więcej. Teoretycznie mogę mieć pretensje tylko do siebie. Zadam jednak ponownie pytanie: kto lata przez ocean, zwłaszcza gdy jest to podróż paromiesięczna, bez bagażu? No chyba tylko ci co mają prywatne samoloty i chaty po całym świecie, umeblowane, z szafą pełną ubrań. Ja się do nich jeszcze nie zaliczam, dlatego szuka qu…a jak najtaniej. To był komentarz przeznaczony do JustFly.com, może przeczytają. Chociaż nawet jeśli to zrobią, sądzę, że przy najbliższej okazji też będą chcieli mi wcisnąć coś co dobrze wyglada licząc na moją głupotę. Słuchajcie zatem gamonie z JustFly.com, od was już nigdy nic nie kupię. Odrazu poczułem się lepiej jak im mogłem tak nawrzucać.

Z innych fascynujących przygód na trasie mojego powrotu spieszę donieść, źe było w sumie fajnie. Straty, poza kasą, objęły rownież walizkę podręczną, którą musiałem nadać na trasie z Rzeszowa do Monachium. Oddali mi ją bez rączki. Zachowali się przy tym bardzo fair, bo rączkę położyli obok walizki tak na wszelki wypadek na pamiątkę lotu chyba, naprawić tego bowiem się nie da. Lufthansa to takie fajne chłopy z poczuciem humoru. Ponieważ nie miałem nawet siły na jakiekolwiek kłótnie, w nagrodę wyznaczyli mnie do wyrywkowej kontroli bagażu. A, że ciągnąłem swoją walizeczkę i Luśki a na plecach jeszcze jeden bagaż, to rozpakowanie tego wszystkiego było super zabawą. Zaglądnęli też wyrywkowo do moich butów. Zaoferowałbym im striptease tyle, że czasu było mało. No i wreszcie dostało się mojemu bagażowi, temu za który musiałem zapłacić. Albo obsłudze w Monachium albo w Waszyngtonie moja walizka nie przypadła do gustu. Odebrałem ją w stolicy USA tylko na trzech kółkach. I tym razem to musiał być ktoś z poczuciem humoru bo kółko leżało tuż obok walizki. Też pewnie na pamiątkę. No i na koniec Newark, cel mojej podróży. Tu goście jeszcze chyba świętowali po ostro zakrapianej imprezie. Nasze walizy wywalili na karuzelę, na której miały znajdować się bagaże samolotu, który przyleciał z Minnesoty. Dobrze, że karuzele były obok, dzięki czemu zupełnie przypadkowo udało nam się je namierzyć.

No mówie wam fajnie było. Dawno się już tak dobrze nie ubawiłem. Tylko latać.

Powitania i pożegnania

Podróżowanie towarzyskie związane z odwiedzaniem rodziny czy znajomych ma zawsze dwa aspekty. Ten z gruntu miły i sympatyczny pełen emocji pozytywnych ma miejsce w dniu przyjazdu. Powitanie to taka chwila, na którą każdy czeka od momentu podjęcia decyzji o przyjeździe. Czekają rownież na nią i ci, których odwiedzamy. Jedni bardziej cierpliwie inni chcieliby przyspieszyć czas aby ten przyjazd nastąpił jak najszybciej. W tej drugiej grupie są niewątpliwie rodzice. A gdy są oni w podeszłym wieku, czas dla nich ma szczególne znaczenie.

Niestety każda wizyta się kończy. Trzeba się spakować i pożegnać. To jest ten właśnie drugi aspekty, który wyzwala zgoła inne emocje. Tym razem pożegnanie miało o wiele szerszy zasięg niż to zwykle bywało. W ubiegłym roku pożegnaliśmy teściową, a teraz jej dom i miasto. Będziemy tu wracać ale już tylko na groby. A i te pożegnaliśmy na bliżej nieokreślony czas.

Mój ostatni spacer przekształcił się w jedno wielkie „do widzenia”. Pożegnałem zatem wszystkie ulice, drogi, przejścia dla pieszych, ścieżki w parku, staw i kaczki wciąż po nim pływające. Uśmiechnąłem się po raz ostatni do drzew w parku i pomachałem do zamku Potockich, który przechodzi generalny remont. Udaliśmy się na cmentarz zapalić jeszcze jedną świeczkę bo pewnie w przyszłym roku nie uda nam się tego zrobić. Nie mówie napewno lecz prawdopodobnie. Wszystkie te chwile były trochę przygnębiające. To jednak nic w porównaniu z żegnania się z rodzicami. Ten moment zawsze przyprawia mnie o palpitacje serca.

Mamcia i tatku, bo tak się do nich odnoszę, to szczególni ludzie w moim życiu. Nie jestem pewnie, z małymi wyjątkami, w tym odosobniony. Nie wierzę w ludzi bez wad. Tak jest i z moimi rodzicami. Czas jednak ma tą właściwość, że wielu z nas zapomina o niesympatycznych momentach, a z jeszcze większa siłą pamięta się te momenty przyjemne. Moi rodzice to rocznik trzydziesty drugi i trzydziesty trzeci. Mają więc już swoje lata. Na każdy mój wyjazd mają to jedno zdanie, które stracą mnie w otchłań beznadziejności: to nasz ostatni raz. Czuje ogarniający mnie bezwład i z reguły moja podróż to podwójna katorga. Tak też było i tym razem. Dotarłem do celu mojej podróży nią wykończony i mentalnie rozbity. Aż do momentu gdy poczułem na swoim ramieniu czyjaś rękę. To był Krystian mój młodszy syn. Koło się zamknęło, nastąpiło powitanie.

Ach te kości i to ciało.

Moje niezbyt młode kości

Bardzo mocno złości

Stref czasowych zmiana

Zatem dzisiaj już od rana

Jęczą, płaczą i zgrzytają,

Że się na to nie zgadzają,

Źe dość mają już podróży

Bo im wcale to nie służy

Przecież bilet mam kupiony

I dla siebie, i dla żony

To wydatek dla mnie spory

Zaprzepaścić, byłbym chory

I do domu wrócić muszę

Więcej stamtąd się nie ruszę

Udobruchać je próbuje

Lecz to wcale nie skutkuje

Wręcz odwrotnie, jakby opętane

Aplikują bóle dotąd mi nie znane

Pot wyskoczył mi na czoło

Aspiryny szukam wkoło

Gdy mi wpadła myśl takowa,

Że bólami rządzi głowa

Ona kościom rozkaz dala

Pora strajków jeszcze nie nastała

Pod naporem świadomości

Ustąpiły bóle moich kości

Myśl się jednak zasiedliła

Ostra taka niczym piła

W życiu często tak już bywa,

Że gdy człowiek by odkrywał

Nowe światy, nowe kraje

To mu ciała już nie staje

Podróżujące Dzieciątko.

Cuenca jest trzecim co do wielkości miastem Ekwadoru. Wbrew pozorom największym miastem nie jest Quito, stolica państwa. Jest nim Guayaquil położony nad Pacyfikiem. Ekwador podzielony jest na trzy główne strefy: wybrzeże, góry i dżungla.

W tej środkowej strefie położona jest właśnie Cuenca. Andy przecinają Ekwador wzdłuż oddzielając wybrzeże od dżungli. Moje miasto leży na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Ekwador zanim stał się państwem w aktualnych granicach, był zlepkiem niezależnych miast uprawiających swoją własną politykę. Każde z nich osobno uzyskiwało niepodległość, wyzwalając się spod władzy Hiszpanów. Stąd w Ekwadorze jest conajmniej kilka dni niepodległości, bo odnoszą się one do rożnych miast a potem wreszcie do powstania jednego państwa.

Cuenca ma rownież swoje święto niepodległości. Jednak to nie z niego miasto jest znane w przewodnikach turystycznych. Najważniejszym dniem w kalendarzu Cuenki jest dwudziesty czwarty grudnia. W tym to właśnie dniu odbywa się procesja pod nazwą Pase del Niño Viajero.

W 1823 roku przez nieznanego artystę na prośbę Józefy Heredia został wykonany posążek dzieciątka Jezus. W kolejnych latach został wysłany do ziemi świętej a potem do Rzymu. W 1961 ów posążek został pobłogosławiony przez papieża Jana XXIII i powrócił do Ekwadoru. Od tego czasu wraca tutaj każdego roku właśnie dwudziestego czwartego grudnia czyli w naszą wigilię.

Potem znowu znika by pojawić się za rok, stąd zwą go Podróżującym Dzieciątkiem.

Chociaż owa procesja ma charakter religijny to jednak nie odbywa się pod patronatem kościoła. Pewnie dlatego wszystkie „chwyty” są dozwolone. Każdego roku ilość ludzi biorących udział w tej imprezie wzrasta. Dane z ostatnich lat mówią o siedemdziesięciu tysiącach ludzi. Przemarsz odbywa się jedną z głównych ulic starego miasta. Simon Bolivar Calle przecina zabytkową część miasta przechodząc przez jego centrum zwane Parque Calderon. Trasa liczy mniej więcej półtora kilometra. Ze względu na ilość chętnych cała impreza trwa około ośmiu godzin.

Pochód nie jest ograniczony tylko do ludzi. Biorą w nim udział wszystkie stworzenia żyjące. Widzieliśmy przebrane małe prosię defilującej ze swoimi gospodarzami. Najcześciej ludzie przebierają się w postacie biblijne. Jednak i to nie jest wymagane, stąd zdarzają się przebierańcy imitujący osoby publiczne. Podobne w ubiegłym roku widziano Trumpa i Michaela Jacksona.

Biorą w tym udział rownież członkowie zespołów o charakterze regionalnym a zatem Indianie przebrani w swoje plemienne stroje. Na każdym postoju wykonują jakiś taniec coś symbolizujący.

Muzyka brzmi niemal przez cały czas trwania procesji, zmienia się jedynie rytm. Na platformach samochodowych prezentowane są sceny z Biblii.

Jest to niesamowite widowisko przyciągające całe rzesze turystów. W tym dniu Cuenca jest na ustach całej Ameryki Łacińskiej bo większa cześć owego przemarszu transmitowana jest przez telewizje.

Jest to niewątpliwie coś innego, coś co tych ludzi łączy i pozwala zapomnieć o animozjach i problemach dnia codziennego.

Kiedyś zabiorę się z tym tłumem. Niech no tylko lepiej posiądę hiszpański.

Wczoraj i dzisiaj

Lubię gdy moje dni mają swój rytm zsynchronizowany z moimi potrzebami. Czytam zatem gdy mam ochotę czytać, oglądam gdy mam ochotę oglądać czy piszę gdy mam na to właśnie ochotę.

Nuda mnie nie zżera bo wasze jest coś do zrobienia a jeśli nie, to mogę oddać się moim drobnym przyjemnostką.

Gdy jednak zbliża się godzina druga, zakładam swoje kamasze, kurtkę, czapkę i wychodzę na mój niemal dwugodzinny spacer. Mam swoją trasę a na niej park z małym stawem pełnym kaczek.

Te dwie godziny to mój czas dla siebie. Nic nie słyszę, nikogo nie widzę, czasami nawet gadam do siebie. W trakcie tych spacerów powstają myśli, które stają się potem motywem mojego blogowego wpisu.

Nie inaczej było dzisiaj. Święta i ich atmosfera atakują mnie ze wszystkich stron. Nie czuję tego samego w Ekwadorze. Być może ze względu na lato, które tam właśnie panuje o tej porze roku. Być może dlatego, źe obchodzimy je ostatnio w bardzo skromnym gronie co nie wymusza na nas przechodzenia przez tą całą kawalkadę czynności związanych z ich przygotowaniem.

Ile to już lat minęło od moich ostatnich świąt w Polsce? Takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie dzisiaj podczas mojego sam na sam ze sobą.

Liczę raz, liczę drugi, jakoś nie wydawało mi się, źe to aż tyle. No owszem byłem w kraju wielokrotnie ale jeśli dobrze pamiętam to nigdy w grudniu a zatem i nigdy w okresie świąt.

To był listopad 1987 gdy wyruszyłem na podbój świata. Najpierw do Wiednia, potem New Jersey by dotrzeć do Cuenki. Opuściłem trzydzieści dwa polskie grudnie, to więcej niż połowa mojego ziemskiego żywota.

Te pierwsze były zdecydowanie najtrudniejsze. Pompa mocno krwawiła. Sam wsród obcych. Z marzeniami jednak, których materializacja nawet nie zaczęła się krystalizować. Nie było skypów, whattsapów, nie wspominając o telefonach komórkowych. Jedyna możliwość kontaktu była z budki telefonicznej na kartę. Trzeba było się spieszyć z tym co się chciało powiedzieć bo karta wygasała w przyspieszonym tempie. A tyle było do powiedzenia. Dusza wyrywała się klaty rozum jednak twardo stawiał sprawę: teraz albo nigdy. Wybrałem teraz chociaż z bardzo mieszanymi uczuciami.

Co nas nie zabije to nas wzmocni. Po trzydziestu dwóch lat będzie to moja pierwsza wigilia w ojczyźnie. Cieszy mnie fakt bycia znowu razem z rodzicami. Jednak nie czuje tak jak czułem wtedy. I tak pomyślałem sobie, źe pewnie się zmieniłem. Nie ulega watpliwości. Jest jednak drugi aspekt, który dzisiaj na moim spacerku mnie uderzył. Boże Narodzenie to niewątpliwie święta bardzo rodzinne. Niezależnie od tego kiedyś były one rownież swoistą manifestacją jedności nas tutaj w kraju i szczególnie nas emigrantów żyjących gdzieś tam w rożnych zakątkach świata. Dzisiaj już tego nie czuję. Może tylko ja.

Trzy dowcipy.

Zachęcony pozytywnym oddźwiękiem po historyjce z karniszem postanowiłem ponownie zabić zasłyszanymi żartami.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pewnego dnia zostałam zaproszona na wyjście z koleżankami. Obiecałam mężowi, że będę w domu o północy.

Godziny mijały i nagle okazało się, że jest 3 w nocy. Trochę wypita ruszyłam do domu. Gdy tylko weszłam do środka zegar z kukułką zaczął wybijać godzinę. Zakukał 3 razy. Zorientowałam się, że mój mąż pewnie się obudzi, więc zakukałam jeszcze 9 razy. Byłam z siebie bardzo duma, że wpadłam na tak genialny pomysł. Mimo iż byłam totalnie nawalona, potrafiłam dojść do tego, że 3 kuknięcia plus 9 kuknięć równa się 12 – północ!

Następnego ranka mąż spytał się, o której wróciłam. Powiedziałam, że o północy. Nie wydawał się być zdenerwowany. Pomyślałam, że mi się upiekło. Wtedy jednak powiedział:

– „Potrzebujemy nowego zegara”.

Gdy zapytałam dlaczego, stwierdził:

Widzisz, dziś w nocy, kukułka zakukała 3 razy, potem – nie wiem jak to zrobiła – krzyknęła ‚O kurwa!’ Znów zakukała 4 razy, zwymiotowała w korytarzu, zakukała jeszcze 3 razy i padła na podłogę ze śmiechu. Kuknęła jeszcze raz, nadepnęła na kota i rozwaliła stolik w salonie. A potem, powaliła się koło mnie i kukając ostatni raz – puściła głośnego bąka i szybko zaczęła chrapać…”

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Wnuczek na stole w pokoju zostawi buteleczkę z pigułkami LSD.

Gdy wrócił do domu buteleczka zniknęła. Spytał babci czy jej nie widziała.

Na to babcia z miną mocno spiętą i oczami rozbieganymi i z miotłą w rękach

A co ty mi zawracasz głowę jakimiś pigułkami kiedy po mojej kuchni smok szaleje.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pytanie do nauczycieli: po czym się drapiecie.

Prawidłowa odpowiedź

Nauczycielki po przerwie

Nauczyciele po dzwonku.

Nienawiść i pogarda

W tegoroczne święta będziemy gośćmi. Nie znaczy to jednak, że nic nie przygotujemy na tą okazje w sensie jakiejś potrawy. Znaczy to jednak, że obejdzie mnie wiele obowiązków przedświątecznych. Na ten przykład choinka. Jej ubieranie nie należy do moich przyjemności. Zawsze te wredne światełka się zaplątują i odkręcenie tego draństwa, źle wpływa na mój stosunek do całego świata, który i tak działa mi nerwy. A potem jeszcze trzeba znaleźć tą jedną żarówkę, która się spaliła i przez nią dwadzieścia pięć innych się nie świeci. Koniec świata, jak mówił Pawlak.

W tym roku mnie to obejdzie. Dzięki czemu mogę żyć w świecie literatury wszelakiej. Wpadła mi w ręce ostatnio książka, wywiad Joanny Podsadeckiej z ks. Janem Kaczkowskim pt: „ Dasz Radę”.

Sporo słyszałem na jego temat. To jeden z tych księży, który swoim życiem zasłużył sobie na mój szacunek. Nie ze wszystkimi jego poglądami się zgadzam. Gdyby jednak kościół chociaż w przybliżeniu kierował się tym czy w swojej wierze kierował się ksiądz Kaczkowski to nasza ziemia byłaby napewno lepszym miejscem.

Jedno z pytań i odpowiedź na nie polecam wszystkim hierarchom kościoła ze szczególnym uwzględnieniem obłąkanego pseudo duchownego z Torunia.

Czy nie razi, Cię zawłaszczanie religii przez polityków?

Razi mnie, kompletnie się z tym nie zgadzam. Kościół nie jest ani lewicowy, ani prawicowy, powinien być Chrystusowy. Jest skandalem i obłudą granie na przykład wizerunkiem Chrystusa do swoich doraźnych, bardzo krótkowzrocznych celów. Im mocniejszy sojusz tronu z ołtarzem, tym gorzej dla ołtarza. Nie ma nic gorszego dla kościoła niż sytuacja, gdy staje uprzywilejowany. Kościół najlepiej się rozwija, kiedy jest minimalnie prześladowany. Gdy w czasach komuny spotykały go ze strony państwa różne nieprzyjemności, społeczeństwo stało za nim murem. Kiedy jednak społeczeństwo zobaczy, że duchowieństwo korzysta z przywilejów, które mu zostały niepotrzebnie przyznane, może się pojawić problem. Polacy są przekorni, pamietajmy.

Ten wywiad dotyka wielu zagadnień i jak już wspomniałem nie ze wszystkim się zgadzam. Uzasadnienia takiego a nie innego poglądu księdza na omawiany temat nie mają jednak charakteru, że tylko on ma racje, bardziej wynikają z jego wiary i przemyśleń.

W książce ks. Jan Kaczkowski zacytował wiersz, który wydaje mi się wart zastanowienia, bez względu na przekonania.

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy

Przed mocą Twoją się ukorzę

Ale chroń mnie, Panie, od pogardy

Przed nienawiścią strzeż mnie Boże

Wszak Tyś jest niezmierzone dobro

Którego nie wyrażą słowa

Więc mnie od nienawiści obroń

I od pogardy mnie zachowaj

Co postanowisz niech się ziści

Niech się wola Twoja stanie

Ale zbaw mnie od nienawiści

I ocal mnie od pogardy, Panie

Autorem wiersza jest Nataniel Tenenbaum. Niby takie oczywiście. A jednak.

U nas tak się tym przejęli, że aż stworzyli Instytut Pogardliwej Nienawiści.

Zemsta doskonała

Być może ta opowiastka jest znana. Ja jednak przeczytałem ją po raz pierwszy. A, że mi się spodobała to i na bloga sobie ją przeflancowałem.

Pewna kobieta, krótko po rozwodzie, spędziła pierwszy dzień smutna, pakując swoje rzeczy do pudeł i walizek, a meble do wielkich skrzyń. Drugiego dnia przyszli i zabrali jej rzeczy i meble. Trzeciego dnia usiadła na podłodze pustej jadalni, włączyła spokojną muzykę, zapaliła dwie świece, postawiła półmisek z dwoma kilogramami krewetek, talerz kawioru i butelkę zimnego białego wina i przystąpiła do konsumpcji, aż już więcej nie mogła. Gdy skończyła jeść, w każdym pokoju rozmontowała pręty karniszy, pozdejmowała z końców zatyczki i do środka włożyła połowę krewetek i sporą porcję kawioru, po czym ponownie umieściła zatyczki na końcach karniszy. Potem zrezygnowana cicho wyszła i pojechała do swojego nowego lokum. Gdy mąż wrócił do domu, wprowadził się z nowymi meblami i z nową dziewczyną. Przez pierwsze dni wszystko było idealne. Jednak z czasem dom zaczął śmierdzieć. Próbowali wszystkiego! Wyczyścili, wyszorowali i przewietrzyli cały dom. Sprawdzili, czy w wentylacji nie ma martwych myszy i wyprali dywany. W każdym kącie powiesili odświeżacze powietrza. Zużyli setki puszek sprayów odświeżających. Nawet wykosztowali się i wymienili wszystkie drogie dywany. Nic nie działało. Nikt nie przychodził do nich w odwiedziny, robotnicy nie chcieli pracować w domu, nawet służąca się zwolniła. W końcu były mąż kobiety i jego dziewczyna zdesperowani musieli się wyprowadzić. Po miesiącu nadal nie mogli znaleźć nikogo, kto zechciałby kupić cuchnący dom. Sprzedawcy nie chcieli nawet odbierać ich telefonów. Zdecydowali się wydać ogromną sumę pieniędzy i kupić nowy dom. Eks-małżonka zadzwoniła do mężczyzny w sprawach rozwodu i zapytała go, co słychać. Odpowiedział, że dobrze, że sprzedaje dom, ale nie wyjaśniając jej prawdziwej przyczyny. Wysłuchała go ze spokojem i powiedziała, że bardzo tęskni za domem, i że porozmawia z prawnikami, aby uporządkować sprawy w papierach w taki sposób by odzyskać dom. Mężczyzna, sądząc, że jego eks nie ma najmniejszego pojęcia o smrodzie, zgodził się odstąpić jej dom za jedną dziesiątą rzeczywistej ceny, o ile ona podpisze umowę tego samego dnia. Przystała na to i w ciągu godziny dostała od niego papiery do podpisania. Tydzień później mężczyzna i jego dziewczyna stali w drzwiach starego domu, patrząc z uśmiechem, jak pakowano ich meble i wsadzano na ciężarówkę, by zabrać je do nowego domu…łącznie z karniszami.

Źródło: http://www.wiesz.net.pl