Słowo o babci

Dzisiaj będzie wspomnieniowo. Nie może być inaczej, bo to choć smutny, to dzień specjalny i taka sama data.

Dokładnie rok temu moja teściowa opuściła nas i z ekspresu „życie” wysiadła na stacji wieczność. Wsiadła do tego pociągu w marcu dwudziestego czwartego roku ubiegłego stulecia, by dobić do ostatniego przystanku, na tej drodze zwanej życiem, dokładnie rok temu.

Nigdy nie lubiłem słowa teściowa. Jest w nim coś pejoratywnego, wynikającego zapewne z tysiąca kawałów na ten temat. Uogólniamy i generalizujemy, taka nasza natura. Tymczasem teściowa teściowej nierówna. Będę zatem używał określenia babcia bo zdaje mi się mieć odrobine więcej ciepła, na które moja teściowa zasłużyła.

Babcia niewątpliwie była „charakterna” o silnej osobowości. Ale jakże może być inaczej. Jako szesnastolatka znalazła się na Syberii, wcześniej doświadczając okrucieństw zbrodni znanej pod określeniem Wołyń. Widziała na własne oczy to wszystko co starał się na pokazać film na ten temat. Bazując na jej opowiadaniach to film nie do końca pokazał barbarzyństwo tych zdarzeń.

Potem siedem lat w przenikliwym mrozie, wykonując prace ponad swoje siły i możliwości. Pomimo tego zawsze powtarzała, że więcej zła doznała od ukraińskich sąsiadów niż ruskich strażników. Niezbyt to brzmi politycznie poprawnie, babcia jednak mówiła to co czuła.

Wróciła do kraju, którego istnieniu dzisiejsza władza zaprzecza, w czterdziestym siódmym roku. Jak wszyscy po wojnie wzięła się i ona do odbudowy. Nie wiedziała przecież wtedy, że to ją zakwalifikuje do gorszego sortu. Napewno gdyby się tego spodziewała to i tak by wszystko zrobiła po swojemu. Potem jak to w każdym życiu, przyszła rodzina i dzieci.

Postanowili wybudować dom gdy dziewczyna mojego życia była jeszcze dzieckiem. Budowali go razem z dziadkiem sami. Oczywiście mieli paru fachowców ale gros pracy w budowę, to praca ich własnych rąk. Luśka, czyli żona, mówi, że sami wypalali cegły. Niepojęte.

Nie była zachwycona moim pojawieniem. Dzisiaj nawet się nie dziwię. Byliśmy po drugim roku studiów. Obawiała się zatem, że Luśka ich nie skończy. Skończyła i to w terminie. Zdążyła nawet zostać matką w międzyczasie. Wtedy nikt nie pytał o pięćset plus.

Tęskniła za nami gdy wyjechaliśmy ale jak to ona zacisnęła zęby i pogodziła się z faktem, odwiedzajac nas za wielkim stawem wielokrotnie.

Dobiła w całkiem niezłym zdrowiu do dziewięćdziesiątki. Byliśmy wtedy w kraju i razem to świętowaliśmy przy okazji wydając naszą córcię. Długo odmawiała pomocy, bo taka właśnie była.

Ostatnie czternaście lat swojego życia była sama. Czuła się najlepiej u siebie, wsród sąsiadów, z którymi razem budowali swoje domy. Aż przyszedł ten feralny dzień we wrześniu cztery lata temu. Rozległy udar zmienił jej życie w jeszcze większy koszmar od tego, który już przeżyła. Gdy staliśmy przy niej na intensywnej terapii, lekarz radził nam się z nią żegnać. Widać to nie miał być jednak ten dzień. Choć już nigdy nie powiedziała słowa i nie była w stanie nic zrobić o własnych siłach to była z nami jeszcze przez trzy lata. Była w innym świecie. Nie wiedzieliśmy ile i czy cokolwiek rozumie. Kiedyś jednak mocno zezłoszczony na coś co mi wypadło z rąk warknąłem do siebie „do dupy”. Babcia wybuchnęła takim śmiechem, że zdaliśmy sobie sprawę, że gdzieś tam walczy ze swoimi słabościami. Taka została w mojej pamięci.

Pójdę już, by zapalić świeczkę.

https://www.youtube.com/watch?v=yFXs2XSloEA&feature=share

Melancholijnie

Tam gdzieś

Leży ma wieś

W małej dolinie

Gdzie rzeka płynie

I ptaszek śpiewa

I rosną drzewa

A na nich kwiaty.

Tam pies kudłaty

Szczeka radośnie

A ścieżka skośnie

Przecina łąki,

Na których pająki

Swą sieć zakładają

Na zdobycz czekając.

Tam cisza panuje,

Której nie psuje

Konia gadanie

I gęsi gęganie

Kiedy z zagrody

Do źródła wody

Nad ranem wychodzą

Z lubością w niej brodząc

Tam droga kręta

Z ziemi poczęta

Pełna kamieni

Pośród zieleni

Pnie się pod górę

By spotkać chmurę

Co na nią czeka

Jak pies na człowieka

Tam z dala od drogi

Wkraczam w swe progi

Na ścieżki końcu

I w pełnym słońcu

Dom swój znajduje

Co zawsze ratuje

Mnie zmęczonego

Od dnia powszedniego

Bilon, metryka i rozprawa.

Kiedy już wydaje mi się, że nic nie jest w stanie zaskoczyć mnie w mojej ojczyźnie, to zawsze okazuje się, że jednak jestem w błędzie. Radosna śmiechu warta, twórczość ma się doskonale. Sam już nie wiem czy aby moje poczucie normalności nie zostało w jakiś sposób skrzywione tymi latami za granicą.

Miałem tylko dwie sprawy do załatwienia. Z pozoru proste i niewymagające zbyt wiele czasu: wymienić trochę obcej waluty na złotówki, i uzyskać odpisy aktów urodzenia moich dzieciaków. Proste. Tylko niby.

Obawiając się trochę urzędników, zdecydowałem się zacząć dzień od wymiany. Wpadam zatem do kantoru, wygrzebuje z kieszeni trochę drobnicy i parę papierków. Te ostatnie szybko zniknęły w łapkach pana po drugiej stronie szyby. Jednocześnie z oburzeniem spojrzał na drobnicę i wymamrotał: bilonu nie przyjmujemy. Zamurowało mnie, bo przecież to taki sam pieniądz tyle, że waży więcej. Zanim jednak zderzyłem coś wyjąkać, już miałem w rękach złotówki za papierowe i niechciany bilon. Pomaszerowałem zatem to najbliższego banku w nadziei, że tutaj bilon i papier nie robią różnicy. I znowu to samo, pan spojrzał na mnie z obrażoną miną, jakbym chciał mu podarować granat bez zawleczki. Bilon? Nie bilonu nie przyjmujemy. Pies cię trącał pomyślałem. Kantorów przecież w moim mieście nie brak, gdzieś w końcu wymienię. I owszem w końcu wymieniłem, tyle, że za siedemdziesiąt procent wartości. Co złego jest w bilonie, dalej nie mam pojęcia. Pewnie bardziej brudzi ręce niż papier.

Moje dzieciaki rodziły się w rożnych miastach. Potrzebuje odpisów z ich metryk. Przed dobrą zmianą to była usługa na poczekaniu. Z postępem przecież idziemy więc sądziłem, że nie inaczej będzie teraz. Urząd Stanu Cywilnego w mieście powiatowym, rzeczywiście załatwił mi to od ręki. Chłopakom moim „zachciało” się jednak przyjść na świat w mieście wojewódzkim. Rzeszów, stolica Podkarpacia to piękne miasto z wyjątkowo oddanym miastu prezydentem. On jednak gorszego sortu. W urzędach dobra zmiana musi dbać o stanowiska. Zatem wydrukowanie tego co zajęło pani w urzędzie powiatowym dosłownie dziesięć minut, tu na to potrzeba trzech dni roboczych. Pani urzędniczka pogratulowała mi, że przyczyna dla której potrzebuje owe dokumenta nie podlega opłacie skarbowej. Tyle, że ja już o tym wiedziałem z powiatu. Po czym zniknęła gdzieś na wszelki wypadek, tak żebym nie mógł zapytać o cokolwiek.

W tym momencie uderzyło mnie, że to pewnie efekt pięćset plus. Ludziska ruszyli pod pierzynę i majstrują tam do skutku. Stąd zapotrzebowanie na odpisy aktów urodzenia tak duże, źe aż trzeba trzech dni. Sam bym wskoczył gdzieś pod pierzynę i coś w czynie społecznym, może. Nie dla tych paru stówek lecz w celu sprawdzenia postępów pewnych procesów zachodzących w organizmie. Będę musiał zatem raz jeszcze odwiedzić USC. Mój czas się nie liczy, byle udowodnić jak bardzo przepracowani są urzędnicy.

To jednak takie małe paranoje. Ta główna odbywa się w sądzie. Oto bowiem oburzony wszechwładca naszego kraju pozwał laureata pokojowej nagrody Nobla bo ten odważył się brzydko wyrazić o jego wpływie na swojego brata, bliźniaka zresztą. Ów laureat twierdzi, że świętej pamięci brat bliźniak prezesa, podjął decyzję o fatalnym w skutkach lądowaniu z powodu telefonicznych nacisków swego brata. Święte oburzenie prezesa doprowadziło zwaśnione strony przed wymiar sprawiedliwości. Paranoja tej sytuacji polega na tym, że nawet wyborcy prezesa wiedzą, źe zasadniczo to on podejmował wszystkie decyzje za prezydenta, tak jak to robi teraz. No i po co zawracać głowę sędziom? Chyba tylko po to aby pokazać jak niezawiśle sądy działają w dobrej zmianie. Ot taka lokalna szopka noworoczna.

Ostatnia szopka.

Głęboko wierzę, że przyszłoroczne wybory będą końcowym akordem tzw. dobrej zmiany. Mając to na uwadze, korzystając z nieocenionej twórczości Wojciecha Młynarskiego, przeflancowałem jeden z jego niezapomnianych tekstów na potrzeby tegorocznej ichniej, już ostatniej szopki.

https://youtu.be/LX2EajcwTfk

W kraju całym lęk, na nazwiska mego dźwięk truchleją wszyscy

Rządzę tak jak chcę, Antek w tym pomaga mnię, oraz moi bliscy

Mój parlament jest a marszałek niczym pies mi raportuje

Senat też jest mój, chociaż z opozycji zbój wciąż się buntuje

Ja to w poważaniu mam bo nie jestem przecież sam tu na sali

Niech podskoczy ktoś, żeby zrobić mi na złość to mu się przywali

Na mównicę wkraczam już, w blat jej wbijam ostry nóż dla pojednania

Bo życzenia mam dla tej najważniejszej z moich dam do przekazania

 

Dla sympatycznej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od sympatycznego pana Jarka, kiciu-kiciu

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się

Nowoczesna szlocha, a Platforma krzyczy

I niech sobie ryczy, Krysiu kocham cię

 

Bo panna Krysia, panna Krysia

Wielu jest wybranką nie od dzisiaj

Odkąd stała się posłanką z ludu

Dokonuje w sejmie samych cudów

Wokół niej jest nieustanny tłok

Bez niej tutaj by panował mrok

 

W kraju całym lęk, w tym jest właśnie sęk by to utrzymać

Na ulicach tłum powoduje szum, będzie zadyma

Wtem wypada zeń poseł głuchy niczym pień i apeluje

Prośbę do was mam, nie dam rady sam i intonuje

 

Dla niewątpliwie miłej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od oddanego jej dozgonnie równie miłego pana Ryśka, misio-misio

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się

 

A panna Krysia, panna Krysia

Wzrokiem gniewnym obrzuciła pana misia

Swe oddanie niech pan sobie schowa

Jam dziewczyna jest Jarkowa

A że misio się kocura bardzo boi

Do Beaty poszedł rany swe ukoić

 

W całym kraju lęk, zewsząd słychać jęk tych co marzyli

W parlamencie strach, gorszych czeka piach gdy już po chwili

Na mównicę wpadł antyowsiakowy chwat co się przyczaił

Walnął pięścią w blat aż mikrofon z niego spadł i tak zagaił

 

SPOKÓJ W ŁAWACH

Panno Krysiu z trzeciego rzędu

Tam gdzie siedzą posłowie lepszego sortu

To ja kocham panią najbardziej. Twój Tasiu

 

Lud to widział w odbiornikach

I ze śmiechu się posikał

Bo tej szopki było celem

Żeby „lepszym” dać wesele

I niech myślą, że tu o nich dbają

Kiedy kiciu, misio, tasiu tylko to udają i…

 

Dla sympatycznej panny Krysi lepszego sortu

Od niewątpliwie sympatycznych panów tegoż

Kiciu, misio oraz tasiu

 

Mam nadzieje, że pan Wojciech nie będzie mi miał tego za złe. Zwłaszcza, źe przy okazji pozwolę sobie go polecić szanownej pamięci czytelników.

Skoro o książkach pisałem

Od pewnego czasu męczy mnie pytanie, co jest lepsze książka czy film stworzony na jej podstawie? Kiedyś, dawno temu, przeczytałem Trylogie, Lalkę, Quo Vadis i obejrzałem ich ekranizacje. Upłynęło od tego czasu jednak sporo wody i dziś nie jestem w stanie zdeterminować co zrobiło na mnie większe wrażenie. Chociaż wydaje mi się, że Quo Vadis w wersji książkowej porwał mnie bardziej. Głowy bym sobie za to urwać jednak nie dał.

Ostatnio wpadła w moje ręce, zupełnie przypadkowo, książka Więźniowe Labiryntu, w oryginale znana jako Maze Runner. Film obejrzałem stosunkowo nie tak dawno. Byłem zatem ciekawy jak się on mam do wersji literackiej. Chłonę ostatnio książki tak jakbym je odkrył na nowo. Nie inaczej było i z tym tytułem. Ciężko będzie mi w tym przypadku jednoznacznie zdeterminować co bardziej mnie wciągnęło, film czy książka. Główna przyczyna takiego stanu rzeczy jest tłumaczenie. Ktoś kiedyś powiedział, że dobrze przetłumaczona książka to jest tak jakby była ona napisana przez osobę, która ją przełożyła. No właśnie. Czytałem tylko wersje w naszym języku. Nie znam zatem oryginału, który został ogłoszony bestsellerem.

No cóż, biorąc powyższe pod uwagę, muszę przyznać, że trzy tomy owej bestsellerowej powieści potężnie mnie zmęczyły. Zastrzegam ponownie, że być może oryginał angielski nie jest aż tak słaby. Lubię i filmy i książki science fiction, ta jednak nie przemówiła do mnie. Głównym powodem było do znużenia powtarzające się określenie głównego bohatera jak chłopca, chłopczyka niemal. Nie wiem czy była jedna strona, na której nie pojawiłoby się to słowo. Ów dzieciak dokonuje czynów niemal niewyobrażalnie bohaterskich, przy czym przy każdej okazji umiera ze strachu, serce podchodzi mu do gardła, albo wreszcie brzuch przewraca mu się do góry nogami. I znowu prawie każda strona zawiera identyczne emocje.

Nie widać tego w filmie. Powiem więcej, nie tylko nie widać ale nawet nie da się zauważyć, że główny bohater niemal zginał ze strachu conajmniej setkę razy. Dość dobrze pamietam pierwszą zekranizowaną część tej trylogii. Z filmami jednak często tak bywa, że kolejne odcinki nie są już tak dobre. Pewnie i tak było w moim przypadku bo jakoś nie bardzo pamietam część drugą i trzecią. Mając jednak przeczytanie książki za sobą wrócę do filmu jak tylko dotrę do domu. Obejrzę raz jeszcze i zdecyduję. Póki co jeden do zera dla książki.

Wynikło ze spaceru

Nadrabiam zaległości w czytaniu. Po trosze z nadmiaru czasu, po trosze z potrzeby ducha i wreszcie po trosze z braku innej alternatywy.

Po przyjeździe do kraju wiedzieliśmy, że będziemy potrzebować jakiś plan internetowy. Nasza krew rozrzucona po całym świecie chce mieć z nami kontakt. Nic go tak dobrze nie zapewnia jak wszelkiego rodzaju aplikacje typu skajpy, łotsapy, mesendżery. Dzisiejsza technologia dużo ułatwia, niewątpliwie.

Osobiście chciałem też wykupić jakiś krótkoterminowy pakiet telewizyjny. Wybił mi go jednak skutecznie z głowy pan Jurek i jego orły, swoimi kiepskimi występami na boisku. Wybił mi go rownież z głowy przedstawiciel kompanii telewizji cyfrowej. Błogosławiony zatem niech będzie dzień, w którym to się stało bo telewizornia to jednak taki złodziej czasu. Wszystko o czym chcę wiedzieć zapewnia mi internet. Nawet i to o czym nie chcę wiedzieć, też dostęp do tego zapewnia ta niewidzialna sieć pajęcza zwana internetem.

Czytam zatem wszystko co mi wpadnie w ręce. Czytam w przerwach między posiłkami, między ranem a nocą, z przerwą na spacer i na kawę. Czytam kiedy nie piszę tutaj i wtedy gdy moja pani też czyta. Czytam też bo wiem, że książek w drogę powrotną wziąć nijak nie będę mógł. Ważą bowiem dużo a bagaż niestety mamy zlimitowany i jak zwykle będziemy musieli walczyć z tą przeklęta wagą, która wskazywać będzie nadwyżkę kilogramową.

Pochłonąłem już kryminał, powieść sensacyjną, trylogie science fiction. Odkryłem Kapuścińskiego a teraz odkrywam Łysiaka. Odkrywam ponownie nasz język literacki, z którym mało mam do czynienia. Czuje jak się udoskonalam wewnętrznie.

Myślałem o tym wszystkim spacerując dzisiaj. Ni stąd ni zowąd dotarło do mnie, że pomimo tego, iż przeczytałem tyle rożnych rodzajów literatury, wszystkie mają jeden wspólny wątek. Wszędzie iskrzy między przedstawicielami płci przeciwnych sobie. A to profiler i prokuratorka popadają we wzajemny zachwyt. To znowu młody Thomas mało nie dostanie udaru z powodu Teresy, która też coś tam do niego czuje. Tomek jednak gubi się miedzy nią a Brendą. W sumie dobrze, bo Teresa ginie czymś przywalona. Gdy już pogodziłem się z tym, sięgnąłem do sensacji. A tu masz, wszystko od nowa, oceanograf i tajna agentka roznoszą wszystkie strony powieści Dana Browna swoim gorącym romansem. Udało im się przeżyć wszystkie przeciwności losu chociaż trup padał gęsto. Spełnili się w sypialni prezydenta, o ironio, którego podejrzewali o nieczystą grę.

Szwagier polecił mi „ Szachistę” Waldemara Łysiaka. Coś z pogranicza faktu i fantazji. I co? I maczo men znowu traci łepetynę dla tancerki, występującej w objazdowym teatrzyku.

Holy shit. Sam już nie wiem czy ja czasem nie padłem ofiarą romansów? Tyle miłości dookoła, że aż nie chce się wierzyć, że istnieją ludzie pokroju…….Krystyny i Jarosława.

Czar i wdzięk natury.

Świat dookoła nas gna w zastraszajacym tempie. Na nic nie chce poczekać do jutra. Liczy się tylko dziś. Jednak to nie on narzuca nam ten bieg na czas, to my sami podkręcamy, śrubujemy wyniki dnia dzisiejszego. Jutro, to co zrobiliśmy i osiągnęliśmy dziś, może być zbyt wolne i przestarzałe.

Gdzieś tam w tym wyścigu, jak to się dzisiaj modnie mówi, szczurów, tysiące ludzi zadepcze tysiące innych, tych co nie nadążają. Dla nich nie ma miejsca w tym maratonie. Oni to karma dla psów, które mają zagryźć ich w pierwszej kolejności. Nikt nie chce być ostatnim. Każdy zaciska zęby, godząc się na niedogodności bycia poza domem przez większą część dnia.

To praca powoli staje się domem, kumple i koleżanki to teraźniejsza rodzina. Taka zastępcza, bo na tę z ojcem, matką i gromadką usmotruchanych urwisów nikt dziś nie ma czasu. Ta tradycyjna i rzekomo najważniejsza jednostka społeczna, odrywa od osiągnięcia celów, spowalnia i powoduje, że można się znaleźć na końcu tego łańcucha pokarmowego, tam gdzie czekają na każdego zgłodniałe psy.

Wielopokoleniowawa rodzina mieszkająca pod jednym dachem to jakaś surrealistyczna bzdura, sentymentalny przeżytek minionych czasów. Mało kto zresztą używa dziś słowa rodzina, ono rownież stało się anachronizmem, który mało kto rozumie. Przyszło przecież nowe, zwane związkiem partnerskim, taki nowy erzac małżeństwa dla tych co nad dom w tradycyjnym znaczeniu przedkładają karierę. Z tego tworu łatwiej się wycofać gdy się okaże, że minęło zauroczenie a mięsień sercowy bije teraz szybciej do innego modelu. Kompromis, rozmowy, szukanie wyjścia z podbramkowej sytuacji, na to nie ma czasu gdy wszystko dzieje się tak szybko i w tym zawrotnym tempie. To spowalnia i niespodziewanie można znaleźć się na końcu kolejki do sukcesu. Nie można dać się wyprzedzić. Życie jest jak sport, liczą się tylko zwycięzcy o przegranych nikt nie pamięta.

Dziadek i babcia to już tylko frajerzy dla podstępnych „wnuczków”, którzy ich łatwowierność i bezkrytyczną miłość dla swojej krwi dwa pokolenia niżej, bez cienia zadumy wykorzystują jako łatwy dochód. Narżnąć, nabić w butelkę kogoś dobrodusznego chociaż to nic nowego, to rozmiar i metody wraz z duchem czasu, stają się coraz bardziej „nowoczesne”.

Dusza i wyrzuty sumienia to zbędny balast, nikomu do niczego niepotrzebny. Zmieniliśmy wszystko, od znaczenia słów przez styl życia po wiarę.

I tylko przyroda i natura nie poddaje się naszym naciskom. Były pory roku i wciąż są. Było zimno, ciepło i gorąco i wciąż jest, był dzień i noc i wciąż jest. Ziemia śmieje się z nas, zrywa boki patrząc na nasze nieporadne próby szukania lepszego. To właśnie ona żyje pełnią życia, daje słońce w dzień i odpoczynek w nocy. My chcemy to zmienić nie zdając sobie sprawy, że to początek samounicestwienia.

Kto to taki?

Wzrost od ziemi: nie jest znany

Stan umysłu: wciąż naćpany

Kolor włosów: łyso-szpakowaty

Wyraz twarzy: durnowaty

W kilogramach waga: wielka tajemnica

Przebyte choroby: mózgowa kamica

Kolor oczu: brąz morderczy

Pasja, konik: naród dręczyć

Stanowisko: jeden z posłów

Przynależność: partia osłów

Ulubiona proza: z bezpieki teczki

Zawsze gotów: do ucieczki

Jego ego: większe od planety

Przyjaciele wierni: z moheru berety

Wiara i religia: toruńskgie klimaty

Jego patriotyzm: zniszczyć kraj na raty

Wykształcenie: historia z rękawa

Dokonania: na Bolka obława

Biegły w wiedzy: teorie spiskowe

Ulubione miejsce: komisje sejmowe

Biegły w sztuce: donoszenie

W czym najlepszy: w byciu leniem

Zycie seksualne: żadne albo marne

Powiązania z mafią: wręcz spektakularne

Specjalność wojskowa: zbyt wielka tępota

Dla prezesa: gorszy jest od kota

Słabość: doradcy w pieluchach

Alkoholizm: zawsze coś wydmucha

Jego zwierzchnik: wieki, mały człowiek.

Czuje się najlepiej: gdzie głupoty mrowie

Nawyki: bajek rozprawianie

Osiągnięcia: wyborców dymanie

Wkurwia go najbardziej: pałac ten od ruskich

Łechcą podniebienie: napewno nie kluski

Obstawa: generalskie lizusy

Czyta biegle: herbaciane fusy

Ksywa: Antonio „Węch” Wąchalski

Okręg: Piotrków Trybunalski

Wynik (Po)równania.

Prostytutka i Sutener

O jednym mówi się jako o najstarszym zawodzie świata. Jednak na dobrą sprawę obie profesje powstać musiały mniej więcej w tym samym czasie. Prostytutka bez opieki sutenera musiała mieć ciężkie życie. Klient trafiał się przecież różny, czasami skory do rękoczynów. Sutener zapewniał jej ochronę, dawał poczucie swego rodzaju bezpieczeństwa. Nie ma nic za darmo. W zamian za to pobierał haracz od panienki, od czasu do czasu w naturze. To ona jednak harowała na nich dwoje, zatrzymując sobie, w zależności od szczodrości opiekuna, marny procent ze swoich zarobków. Jedna dziewczyna do opieki to jednak żaden wielki dochód dla sutenera. Opiekował się zatem kilkoma panienkami ze wszystkich czerpiąc dochody dla siebie. Opieka nad paroma ulicznicami zaczęła jednak komplikować życie opiekunom. Wymyślili zatem, źe będą trzymać swoje dziewuszki w jednym miejscu. Tak mi się wydaje powstały właśnie burdele.

Początkowo to panie harowały a panowie odgrywali rolę opiekunów. Z czasem jednak i panowie zaczęli dawać ciała stając się męskimi prostytutkami a opiekę nad domem publicznym od czasu do czasu zaczęła sprawować dama zwana potocznie burdel mamą. Tak mniej więcej wyobrażam sobie ewolucję najstarszego zarodu świata.

Polityk i Społeczność

I gdy tak sobie myśle o relacji pomiędzy panną do towarzystwa o jej opiekunem to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobny związek przyczynowo-skutkowy ma miejsce między politykami i społeczeństwem. Tu rolę sutenera gra pan polityk, który swoimi decyzjami i działaniem zapewnia ludziskom bezpieczeństwo i pracę. Ludziska harują na tego gamonia za resztki z pańskiej tacy a on w zamian za ową opiekę pobiera od społeczeństwa podatki. Niby na potrzeby pracujących dla niego prostytutek, teraz politycznie poprawnie zwanych członkami społeczeństwa. Owi politycy potworzyli teraz partie na wzór domów publicznych, podzieli społeczeństwo na mniejsze społeczności, które zasuwają na utrzymanie owego politycznego burdelu. Każdy taki dom publiczny nazywa się dzisiaj okręgiem wyborczym, który wybiera niby swojego reprezentanta ale to taki pic na wodę, bo on reprezentuje albo swoje interesy, albo sieci burdeli o podobnym profilu. Tak powstał twór zwany dzisiaj franczyzą. Na jej czele stoi patron i satrapa, który kombinuje jak może aby dziwki z konkurencyjnych franczyzy przeszły do niego. Oferuje zatem lepsze warunki pracy, bardziej sprawiedliwy podział z nabijania swoich prostytutek w butelkę. Dla zapitalających od rana do wieczora panienek czy tez chłopców do towarzystwa, nawet pare groszy więcej wystarczy aby porzucili swojego patrona i poszli w diabły do konkurencyjnego satrapy. Toteż franczyzy walczą miedzy sobą na smierć i życie, nienawidząc się nawzajem bezgranicznie. Co jest oczywiście na rękę tym co trzymają kij w mrowisku kręcąc nim ku swemu zadowoleniu. Czyż nie mam racji?

Relacje jakie zachodzą miedzy prostytutką i sutenerem są wręcz uderzająco podobne do tych miedzy politykiem i społecznością. Nawet skrót wychodzi identyczny. Prostytutka i Sutener; Polityk i Społeczność. A jak do tego dołożymy Patrona i Satrapę to otrzymany wynik nazywa się pisowska Polska.

Freedom znaczy Wolność

Mamy jej coraz mniej. Wmawiają nam, że jest odwrotnie. To jednak kłamstwo. Nieco ponad rok temu napisałem notkę na temat wolności. Przed naszym świętem chciałbym ja przypomnieć.

Wolność to najgorętsze słowo w dzisiejszej przestrzeni publicznej. Gdzie są jej granice? Każdy chce mieć prawo by podejmować własne decyzje i jeśli są one bez szkody dla innych ludzi sądzę, że każdemu się to należy. Coraz cześciej odbiera nam się jednak możliwość decydowania o sobie, narzucając nam szereg nakazów i zakazów, wmawiając nam, że są one konieczne dla naszego dobra. Patrząc na tempo w jakim ogranicza się nasze swobody odnoszę wrażenie, że wkrótce będziemy mieli coraz mniej do powiedzenia na temat naszego własnego życia. Nie wiem czy ktoś to jeszcze zauważa? Spostrzegł to jednak Paul McCartney i swoim utworem Freedom zachęcił mnie do tego wpisu.

https://youtu.be/0xQ0y_R4asI

Bóg dał mi żyć

Bym wolnym mógł być

I żył wsród wolnych ludzi

Nie musiał się z nikim kłócić

To jest o wolność wołanie

I wolności się domaganie

Za wolność zginąć jest warto

By nas z niej nie obdarto

Nie dajmy jej odebrać sobie

Bez niej cieżko będzie mnie i tobie

Bo to jest nasze życie

To jest o wolność wołanie

I wolności się domaganie

Za wolność zginąć jest warto

By nas z niej nie obdarto

Moje tłumaczenie sporo odbiega od oryginału. Mam jednak nadzieje, że przekazuje najważniejszy jego sens. Wolność to nasze prawo, które otrzymaliśmy od stwórcy, który określił je jako wolna wola. Nie pozwólmy o tym nikomu zapomnieć.