Zdrowie, zdróweczko

Jestem zdecydowanym zwolennikiem medycyny alternatywnej. Choć nie do końca wierzę we wszystkie teorie spiskowe to tą konkretną lekarze sami zdają się potwierdzać. Ich związki, trochę niejasne, z firmami farmaceutycznymi, pobieranie od tychże bonusów za sprzedaż i reklamę produkowanych przez nie leków, każe mi sądzić, że owa grupa ludzi w białych kitlach niekoniecznie oferuje nam najlepszą metodę leczenia. To zapewne nie jest standard. Nawet jeśli są to tylko pojedyncze przypadki to ja i tak już dawno uległem tezie, że owa akademicka medycyna nie jest aż tak czysta jakby chciała żebyśmy myśleli. Leczę się zatem po swojemu stosując cała gamę coraz bardziej dostępnych różnorakich sposobów alternatywnych.

Nie znaczy to oczywiście, że potępiam osoby uważające tylko tych lekarzy, którzy stosują farmakologiczną medynę, za królów życia i śmierci. W procesie leczenia najważniejszy jest komfort psychiczny i wiara w lekarza. Stąd uważam, że każdy powinien mieć prawo wyboru w tym zakresie. W końcu przecież to jest nasze życie i zdrowie i powinnismy robić z nim to co uważamy dla niego za najlepsze.

Rozśmieszają mnie jednak lekarze udający zatroskanych o nasze zdrowie w czasach gdy na ich usługę specjalistyczną trzeba czekać tygodniami, miesiącami a czasem i latami. Wolałbym aby oni zatrzymali swoje uwagi i spostrzeżenia na temat niekonwencjonalnych praktykantów dla siebie. Ta ich troska coraz częściej i coraz bardziej widoczna jest tylko w prywatnych klinikach i gabinetach oczywiście za odpowiednią opłatą.

Mam jednak i swoje zastrzeżenia do medyków niekonwencjonalnych. Ich wiedza w zakresie różnorodności sposobów leczenia nie budzi we mnie sprzeciwów. Wielu z nich to przecież dyplomowani lekarze, tyle że zdecydowali się pogłębiać swoją wiedzę na temat innych metod leczenia. Naprawa naszego stanu zdrowia to nie tylko sama wizyta u lekarza. W takiej czy innej formie będą nam potrzebne jakieś leki. W medycynie niekonwencjonalnej są to suplementy. I właśnie tu mam najwiecej problemów. Rynek ten rośnie w nieprawdopodobnym tempie. Wiele z tych wynalazków to leki produkowane przez owych terapeutów. Często słyszę, że ich głównym celem jest chęć otwarcia ludziom oczów na praktyki stosowane przez medycynę standardową i fakt, że kieruje się ona przede wszystkim zyskiem. No cóż, suplementy to też nie jest wydatek, który można pokryć z naszego kieszonkowego. Koszt tychże z roku na rok jest coraz wyższy i praktycznie stałe ich stosowanie wymaga sporych wydatków. Zatem ten sposób leczenia dla przeciętnego Kowalskiego staje się coraz bardziej niedostępny. Jeśli do tego dołożymy fakt, że lekarstwa na receptę w jakimś stopniu są refundowane to decyzja przeciętnego zjadacza chleba zdaje się być oczywista. Dziś bardziej trafna zdaje się być taka oto rymowanka:

Szanowne zdrowie

Nikt się nie dowie

Ile kosztujesz

Aż się zepsujesz

Kierując się zyskiem nikt nie myśli o naszym zdrowiu, bez względu na „stajnię”, z której pochodzi. O nie niestety musimy zadbać sami. Stąd wybór metody leczenia to przede wszystkim wiara i komfort psychiczny. Dbajmy zatem o nasze zdrówko zanim je powierzymy fachowcom.

Polityczna zasada.

Za górami, za lasami

Rządził goryl zwierzętami

Przed nim niedźwiedź tu królował

Lecz na władzę zachorował

Ona oczy jemu zaślepiła

I w efekcie go zgubiła

Bo zapomniał o mieszkańcach

Co na dżungli krańcach

Radzić sobie nie umieli

Choć niektórzy bardzo chcieli

Większość tego towarzystwa

Dla wygody i z lenistwa

Pod drzewami tylko narzekała

I do pracy iść nie chciała

Goryl dobrze o tym wiedział

Na tym samym drzewie siedział

Swoje małpy wciąż poganiał

I od pracy sam się wzbraniał

Przyrzekł zatem przy niedzieli

Wszystkim tym co zmiany chcieli,

Że jak tylko władze on uzyska

Kapać forsą będą z pyska

Ci o których niedźwiedź nie pamiętał

Bo on bestia był przeklęta

Goryl rownież wiedział doskonale

Że po swojej stronie ma szakale,

Że się sępom cieżko żyje,

I że hieny żrą pomyje

Lisom się poluje coraz trudniej

I kojotom jest paskudnie

Wezwał zatem kruki na spotkanie

Chcąc pogadać z nimi o swym planie

I uzyskać ich poparcie.

Zachęcone lepszym żarciem

Całe chmary ich zleciały

I swą pomoc obiecały

Rozleciały się po dżungli więc ptaszyska

Propagując zmiany bazyliszka.

Goryl sprytnym się okazał politykiem

Choć na wodzie i patykiem

Opisywał wszystkie swoje cele,

Których było bardzo wiele.

Niedźwiedź o tym nic nie wiedział

Bo on w swojej norze siedział

Zapadając w sen zimowy

Nie zawracał sobie głowy

Popularności swojej spadkiem

Swej głupoty płynąc statkiem.

I tak goryl stał się absolutem

W dupę kopnął misia butem

Krukom oddał sprawy wiary

Żarciem wypełniając gary

Mu oddanym i posłusznym

Boć on władca wielkoduszny

Swoim małpom oddał przywileje

Sam rechocze i się śmieje

Z miśka żalów i rozpaczy,

Taki jego czar jest kaczy.

W polityce ważna zda się być zasada

O maluczkich zapominać nie wypada

Choćby hieny, choćby sępy

Jeśli nie wiesz toś jest tępy.

O podziałach słowo.

Nie ulega zapewne watpliwości, że jesteśmy podzieleni. Trochę to śmiechu warte, ale tylko stojąc z boku. Różnice światopoglądowe i zanik zdolności akceptacji jednych przez drugich i odwrotnie, mnie osobiście szokuje i irytuje. Granice absurdu sięgają wyżyn dotychczas nieznanych. Chłopo-rolniczy wschód nie bardzo nadąża za przemysłowym i nowoczesnym zachodem. A może to właśnie ta część Polski nie rozumie problemów wschodu? W miastach ludność, bez względu na to, w której części kraju, nie identyfikuje się z władzą. Odwrotnie na wsiach, gdzie to właśnie aktualnie rządzący zdają się dominować w miejscowej polityce. I to chyba jest właściwy podział: miasto przeciwko wsi, przemysł i średnia klasa przemysłowa przeciwko rolnictwu i chłopom. Dzieli nas rownież stosunek do religii, która dzięki zabiegom naszego kościoła stała się częścią gry politycznej. Na tej płaszczyźnie trudno zrozumieć i znaleźć jakiekolwiek trendy demograficzne. Tu rządzi zapewne ksiądz proboszcz lub wiecznie żywe pytanie związane z oczekiwaniami i ich realizacją przez sprawujących władzę. Polska chrześcijańska to tylko próżne hasło, bo mało kto dziś rozumie, nie mówiąc o postępowaniu, wartości chrześcijańskie. Nie wdając się w głębsze dyskusje, mam wrażenie, że rownież duchowieństwo ich nie rozumie, wymuszając na wiernych odpowiednie głosowanie.

Politycy podzielili Polskę na wschód od Wisły i na zachód od Wisły. To nie znaczy, że w tych enklawach dominuje tylko jedna orientacja bo przecież w obu częściach są miasta i wsie, mieszkają rolnicy i inteligencja, występuje ci bardziej pod wpływami kościoła i ci mniej dający sobie narzucić jego wolę. Obwinianie polityków to zatem spore uproszczenie. To my sami straciliśmy wolę porozumienia się i dajemy się prowadzić naszym wybrańcom. To my sami odrzuciliśmy dialog, po części wzorując się na jego braku na scenie politycznej, po części jednak sami w swojej ślepej wierze w jedynie własną słuszność zrezygnowaliśmy ze słuchania argumentów przeciwnika. Fakt naszej nieumiejętnosci w porozumieniu się jest tylko i wyłącznie na rękę tym, którzy do tego doprowadzili. Będą on podsycać antagonizmy między nami bo każda władza potrzebuje opozycji, a ta rządów, z którymi mogliby się nie zgadzać. Ani jednym ani drugim nie zależy albo wręcz byłoby nie na rękę, gdybyśmy umieli ze sobą rozmawiać i czarne nazywali czarnym a białe białym.

Jurek Owsiak w swoim wystąpieniu na jakiejś uczelni we Wrocławiu powiedział coś co bardzo przypadło mi do gustu. Chce on aby każdy z nas po zakończeniu nauki został zmuszony do opuszczenia Polski, bez prawa powrotu, na dwa lata. Kto chciałby wrócić wcześniej nie byłby wpuszczony. Wielu z nas brakuje wiedzy o świecie, doświadczenia w zakresie znajomosci innych kultur, sposobu ich życia. Taka wiedza odrzuca prymitywny nacjonalizm i powiększa horyzonty myślowe. Doskonały pomysł, bo w wielu rozmowach z moimi rodakami właśnie tego dystansu do samych siebie bardzo mi brakuje. Czy to znaczy, że ja wiem o wszystkim więcej i lepiej? Oczywiście, że nie, napewno jednak z tego powodu nikomu nie będę skakał do oczu.

W Górach Stołowych

Cudze chwalicie, swego nie znacie….jak mówi nasze stare porzekadło. Coraz częściej zaczynam sobie zdawać sprawę jak bardzo mało wiem na temat polskich atrakcji turystycznych. Nie chodzi mi tu wcale o miasta, bo miałem szanse poznać trochę Kraków, Warszawę, Rzeszów i parę innych miast. Bardziej zawsze kręciła mnie natura i właśnie w tym zakresie mam w naszym kraju spore zaległości. Przyjazdy na kilka tygodni, gdy się ma tutaj rodzinę, której nie widziało się latami, nie dają szans na poświęcenie czasu na zwiedzanie. Znam zatem ojczyznę słabo może nawet słabiutko.

Aktualny pobyt też nie zapowiadał żadnych wycieczek. Nazbierało się bowiem trochę spraw do załatwienia. Przy okazji rownież odwiedzenie części krewnych bliższych i dalszych było jednym z punktów pobytowych programu. Wiedziałem jeszcze przed przyjazdem, że będziemy na Dolnym Śląsku, a konkretnie w Kłodzku, gdzie chciałem spróbować jednego z lekarzy praktykujących medycynę alternatywną. Tak się dobrze złożyło, że w tych okolicach mamy paru krewnych i ja, i Luśka. Nawiązaliśmy zatem z nimi kontakt nie licząc na terenowe wyprawy. Tymczasem spotkała nas wspaniała niespodzianka. Kuzyn z Pieszyc pod Dzierżoniowem zafundował nam wycieczkę w Góry Stołowe na ich szczyt zwany Strzelińcem. Nie bardzo wiedziałem czego oczekiwać ale nie miałem najmniejszego zamiaru rezygnować z takiej okazji.

Już sama droga dojazdowa wywarła spore wrażenie. Relatywnie wąska ale po obu stronach lasy i świeże powietrze. Oczy otwierały mi się szeroko a wewnętrznie zbluzgałem siebie, bo przecież kiedyś mieszkałem stąd o rzut kamieniem. No ale to co pod nosem to mało atrakcyjne.

Strzeliniec przywitał nas wyjątkowo dużą ilością weekendowiczów, nie tylko z Polski ale rownież z niedalekich Czech. Świetna atmosfera, piękna pogoda i jeszcze lepsze humory dodawały chęci do ruchu i małej wspinaczki. Samo podejście z postojami krajobrazowymi już było niezapomnianym przeżyciem. Dopiero jednak zejście inna trasą wywołało we mnie wszystkie ochy i achy. Jak to możliwe, że natura tak może ułożyć skały, nie mam zielonego pojęcia, dość jednak powiedzieć, że niektóre przejścia między nimi, z zawieszonym nad głowami olbrzymim skalnym sufitem, przyprawiały o dreszcze. Byłem wręcz zdumiony, że coś takiego może istnieć. Dróżka zejściowa prowadziła przez tunele i pagórki by wreszcie dotrzeć do kilku setek schodków prowadzących do wyjścia. Natura po raz kolejny dała nam niezapomniane przeżycia, które niestety tępota ludzka zdewaluowała. Nie jestem przeciwnikiem alkoholu i nie stronie specjalnie od niego. Napawa mnie jednak obrzydzeniem picie w takim miejscu i do tego na trasie. Banda przygłupów, sądząc z jakichś powodów, że są zabawni, postanowiła upić się nie widokami lecz gorzałką. I to nawet nie było najgorsze, lecz wrzask z jakim chcieli na siebie zwrócić uwagę. Żenujące, zwłaszcza, że na trasie byli też turyści z innych krajów. Bez względu jednak na tą nawiedzoną bandę szczerze polecam Strzeliniec bo warto go zobaczyć. Z chęcią tu wrócę jeśli się uda.

Dzięki Lechu, to była super wycieczka.

Warszawskie wybory

Rzecze Jontek do Patryka

„Ty nie będziesz mnie tu fikał,

Jak ja mówię burzyć trzeba

Znaczy polecenie to jest z nieba

Skąd ja swą sprawuje władze

Zatem dobrze tobie radzę

Jeśli wygrać chcesz wybory

Na właściwe wracaj tory”.

I rzucając gniewne mu spojrzenie

Sycił się Patryka ciała drżeniem.

I tak oto na początek

Hetman Wielki, Szogun Jontek

Zdradził partii swej zamiary,

Że w Warszawie zrobią czary mary

I z pałacu co ich drażni

Pomnik zrobią dla odważnych.

Tylko dla tych, których on szanuje

Bo ta reszta to sowieckie….zbóje

Coś w tym musi być na rzeczy

Skoro prezes też nie przeczy,

On się za obłędem Jontka chowa

Z niego przecież tęga głowa

I on rownież o pomniku myśli

Chociaż inny mu się przyśnił

Komu zatem tęskno do pomnika

Niech głosuje na Patryka

Pamiętajcie wszyscy jednak o tem,

Że on w rękach ich przedmiotem

Tak jak premier z prezydentem

On następnym delikwentem

Co na ichnim sznurku będzie chodził

A wyborców za nos wodził,

Że on taki niezależny strasznie

I to nie na żarty, lecz poważnie,

A to tylko są androny

Dobre dla wierzących w zabobony.

Kilka bowiem lat do tylu

Taki jeden co to powstał z pyłu

Tez obiecał wszystkich poprowadzić

A on tylko dymem przed oczami kadził

Patryk to powtórka właśnie tego

Z tej przyczyny nie głosuje więc na niego

Miłego lotu

Po ostatnich moich podróżnych perypetiach, związanych przede wszystkim z internetowymi agencjami zajmującym się sprzedażą biletów, popadłem w lekką melancholię. Nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak, to kiedyś się latało, jednak mam wrażenie, że każdego roku linie lotnicze kombinują jak mogą co tu jeszcze nam zabrać, albo dać za odpowiednia opłatą. Podróżowanie samolotami przestaje być czymś ekskluzywnym, zbyt drogim. Dzisiaj coraz więcej z nas już nie dojeżdża do pracy lecz dolatuje. Lotniska stały się przepastnymi galeriami pełnymi sklepów, jadłodajni i innych punktów sprzedaży. Darmowy internet to już standard na wielu lotniskach. Zapotrzebowanie na przeloty, sądząc po ilości ludzi w ten sposób się przemieszczających, zdaje się być funkcją rosnącą. Wydawałoby się, że wraz z coraz większym zainteresowaniem ludzi lataniem, powinniśmy być traktowani coraz lepiej i przyciągani lepszymi ofertami związanymi z komfortem podróży. Jest jednak dokładnie odwrotnie. Ograniczenia w ilości i ciężarze bagażu to już standard. W zamian nie musimy wszyscy oglądać tego samego filmu na wielkim wspólnym ekranie, mamy mniejsze przed nosem z wyborem setek filmów starszych i nowszych. Mnie to akurat wisi, ale żeby być fair, niech im będzie, że to coś od nich dla nas. Posiłki kiedyś rzecz normalna, dzisiaj oferowane na wielu liniach za dodatkową opłatą. Płacimy przy tym astronomiczne ceny za kiepskie żarcie, bo nie jest to zjadliwe.

Nowością ery internetu są zapewne agencje sprzedające bilety. Często korzystam z tej formy, bo raz, że wygodne, i dwa, że taniej. No właśnie. Namnożyło się ostatnio wszelkiego rodzaju pośredników niemal w każdej sferze naszego życia, jak grzybów po deszczu. W niektórych dziedzinach mogę to jeszcze zrozumieć. Nie pojmuje jednak dlaczego linie lotnicze nie mogą swoim konsumentom oferować cen jakie dają nam agencje. Dlaczego ten sam bilet kupiony u pośrednika jest sporo tańszy niż u przewoźnika? Jeżeli agencja utrzymuje się sprzedając bilety po obniżonych cenach, czego nie opłaca się to liniom lotniczym? Osobiście wolałbym kupować bezpośrednio w tychże. Jak się do tego ma zatem dbanie o klienta? Nijak. Ostatnia podróż uświadomiła mi, że przewoźnicy dbają przede wszystkim o swoich konsumentów z klasy biznesowej. Tu jest przecież prawdziwa kasa. Latają nią bardzo ważni ludzie, popularnie zwani VIP-ami. Najcześciej oni nie płacą za te bilety, tylko ich firma a w przypadku pewnej pani senator, latającej na śniadanie do Stanów, my podatnicy. Przeciętny pasażer podróżujący za własne pieniądze szuka oszczędności. Dla VIP-a to obce słowo. On płaci za wszystko, cena nie gra roli. Kombinują zatem przewoźnicy, jak tu zrobić, żeby tych vipowskich darmozjadów przyciągnąć jak najwięcej, nawet kosztem przeciętnego Kowalskiego. Ściskają nas zatem w rzędach gdzie masz gościa siedzącego przed sobą niemal na swoich kolanach, jeśli ten tylko rozłoży swój tak zwany fotel. Jeśli chcesz mieć odrobinę lepiej, zamontowali parę rzędów z siedzeniami z możliwością wyprostowania nóg, oczywiście za dodatkową opłatą. Z tego korzystają pośrednicy wszelkiej maści. Mój znajomy też kupił bilet w agencji za świetną cenę. Tylko, że nie mógł potem znaleźć miejsca w samolocie w tej taryfie. Wszystkie fotele w klasie economy były już zajęte. Musiał zatem dopłacić do economy plus. Taka nowa metoda naciągania zgodnie z prawem. Fotel w klasie economy, to trochę niepasująca nazwa dla czegoś co tego nawet nie przypomina, nie mówiąc już o komforcie, z którym ten mebel się kojarzy.

Dawno temu kupiłem sobie jedno z najtańszych wtedy aut na rynku amerykańskim. Hyundai dopiero zaczynał swoją z nim przygodę. Biegówka z manualnie odkręcany oknem, bez klimy, tak się to chyba teraz nazywa, fotele z materiału przesuwane manualnie. Model tak surowy jak tylko było możliwe. Stawiałem przecież pierwsze kroki w kraju wielkich możliwości i cena była dla mnie bardzo ważna. Mój poprzedni pojazd, kupiony u pośrednika, nie przeżył roku. Nowe to nowe. Cena jednak była ważna. Standard, o którym pisałem wyżej taki wtedy był. Minęło nieco ponad dwadzieścia lat i standard dzisiejszych samochodów to już kompletnie inna bajka. To chyba powinno być naturalne biorąc pod uwagę rozwój z jakim mamy do czynienia. Inne są i ceny ale Kowalski może takie standardowe auto, przynajmniej w Stanach, sobie zafundować. Jakoś ten postęp nie dotarł do linii lotniczych. Tu, rzecz dziwna, za coraz mniej chcą coraz więcej. Jeśli tak dalej pójdzie to wkrótce będą w samolotach montować słupy, takie na jakich panienki tańczą w podrzędnych knajpach, do nich przywiążą pasami po dwie osoby i będzie po zawodach. Będzie można zlikwidować kible dla tej taniej bandy Kowalskich a na ich miejsce wkomponować pare rzędów dla VIP-ów. Oczywiście ich część samolotu będzie oddzielona murem z grafitu, podobno to coś lekkiego, żeby nie czuli oddechu spoconego tłumu.

Miłego lotu.

Kto pod kim kopie.

Miska ryżu dla każdego

Rzekł przystojniak dnia pewnego

Do łba wpadło mu to o poranku

Kiedy był prezesem banku

Pragnął wtedy wejść do spółki

Z klientami z górnej półki

Czuł się z nimi wyśmienicie

Rano, wieczór i o świcie

Od soboty do niedzieli

Jedli, pili, w karty rżnęli

Lubił z nimi przebywanie

Ośmiorniczki i wczesne śniadanie

Na balangi i rozmowy

Umawiali się u pana Sowy

Tu oddając się próżności

Udawali ważnych gości

Szczerząc zęby do kelnera.

A ta szmata, ta cholera

Podłożyła nogę tej elicie

Nagrywając wszystko skrycie

Skandal zrobił się karczemny

I ucierpiał wizerunek ich mizerny

Przystojniaka jednak nie ruszyli

Był zbyt mały w tamtej chwili

Kumplom jednak mocno się dostało

I niewielu burzę tę przetrwało

Po nich przyszła nowa władza

Taka co na zdrajców się zasadza

Narzucając swoje normy

Od reformy do reformy

Ona dziś oblega górne półki

I przyjmuje swe laurki

Od tych wszystkich, którym nie przeszkadza

W to co wierzy owa władza

Nasz przystojniak biednych teraz broni

Chociaż jeszcze wczoraj ich do pracy gonił

Za co miskę ryżu obiecywał

Kiedy kelner go nagrywał

Hipokryzja zatem na jaw wyszła

Dziś na niego kolej przyszła

Choć jak może się tłumaczy

Trudno będzie mu wybaczyć

Bronią przystojniaka nowi kumple

Mimo tego, że był dla nich lumpem

I tak się historia odwróciła

Kiedyś kijowani, dziś dorwali się do kija

Zapamiętaj zatem sobie chłopie

Ze kto pod kim dołki kopie

Ten na ogół sam w nie wpada

Bo tak robić nie wypada

Siatkarscy cudotwórcy

Oryginalnie mój pobyt w ziemi ojców miał się rozpocząć w połowie października. Dobrze jednak było przyjechać o te pare dni wcześniej. Dobrze było na żywo oglądać niesamowite wyczyny polskich siatkarzy. Wreszcie dobrze było być w tych dniach wsród naszych kibiców tej dyscypliny sportu.

Powiem szczerze, że po przegranych z Argentyną a potem z Francją, nie wierzyłem w wyjście naszych z grupowej drugiej rundy. Bez względu na to czy Serbia oddała na pierwszy mecz czy nie, udowodniliśmy drugim meczem, że jesteśmy lepsi od nich w następnym spotkaniu. Potem już było tylko coraz lepiej. Kiedy jednak okazało się, że naszym półfinałowym przeciwnikiem będą Amerykanie, znowu miałem chwile zwątpienia. Jankesi w ostatnich meczach bili nas przecież na potęgę. Biorąc dodatkowo pod uwagę, że nasz najlepszy siatkarz nie słynął z mocy mentalnej, nie mogłem wręcz uwierzyć w to co się w tym meczu stało. To właśnie Bartosz Kurek był dominującym zawodnikiem i to on przechylił szalę zwycięstwa na nasza stronę. Po tym zwycięstwie nie miałem watpliwości, że z Brazylią damy sobie radę. Na wygranie bez straty seta jednak nie liczyłem. Sport w najlepszym wydaniu pokazał na czym powinien on polegać. Wzloty i upadki, potem znowu wzlot ku końcowemu sukcesowi. Niesamowite i nieprawdopodobne.

Siatkówka to jednak nie dyscyplina sportu o zasięgu piłki nożnej. Z popularnością tej ostatniej, żaden inny wysiłek sportowy nie może się niestety równać. Żenujące są zatem fakty w sprawie nagród finansowych dla naszych piłkarzy, którzy skompromitowali się na mundialu w porównaniu z tym co dostali obrońcy tytułu mistrzów świata. Dla mnie to wstyd i hańba, że zawodnicy kopanej w ogóle dostali cokolwiek. Dziwny jest w tym zakresie świat sportu. O wysiłku i dokonaniach w nim decydują ciągle sponsorzy czyli reklamodawcy a tych niekoniecznie interesuje ranga zawodów, bardziej popularność i zasięg danej dyscypliny. Niestety Ameryka Południowa, pewnie poza Brazylią nie interesuje się siatkówką. Szkoda, bo to byłyby dodatkowe pieniądze za prawa do transmisji co pewnie przełożyłoby się na lepsze nagrody dla najlepszych zawodników i drużyn turnieju. Inna sprawa, źe chyba sternicy światowego związku siatkówki nie robią wystarczająco dużo dla jej popularyzacji.

Tradycyjnie sukces ma wielu ojców. Powyłazili oni ze swoich nor niczym komary na żer. Szafując nagrodami i pustymi frazesami ogrzewali się w słońcu mistrzów świata. Żeby nikt mi nie mówił o tendencyjności, muszę powiedzieć, że tak było i cztery lata temu. Wydaje mi się jednak, że wtedy powaga urządu prezydenta nie była aż tak bardzo nadszarpnięta jak to ma miejsce teraz. To właśnie zaproszenie od osoby pierwszego obywatela powinno nobilitować naszych zawodników. Tymczasem stało się odwrotnie, to ich obecność w tym wizerunkowo sponiewieranym towarzystwie nobilitowała tak prezydenta, jak i rownież premiera. A potrzebują tego jak mało kto.