Hetmańska kariera

Ni to serio, ni to żartem

Pierwszym został policjantem

Choć nie mówił zbyt otwarcie

Zawsze miał do władzy parcie

Gdy więc dostał swoją tekę

Wziął do pracy się z pośpiechem

Już po paru w pracy chwilach

Wykrył w służbach krokodyla.

Ten okazał się być smokiem

Co z Wawelu zwiał przed rokiem

Bo go z bajek wyrzucono,

Że to niby komunistą był rzekomo

Nasz policjant w każdej bajce

Zawsze bowiem widział zdrajcę.

Bohaterów dobranocek strach ogarnął blady

Obawiając wielkiej się zagłady

Zwiali wszyscy gdzie pieprz rośnie

Tylko Bolek się zachował znośnie

Chociaż nie chciał, jednak musiał

Przecież nie należy do rodziny Strusia

Szybko pożałował jednak swej decyzji

Bo już wkrótce wszem i wobec w telewizji

Ogłoszono, że donosił on na Lolka

I co gorsze na Banana Tolka

Kiedy Bolka trzymał już za rogi

Z ministerstwa musiał dawać nogi

Został z niego bowiem odwołany

Do komisji od lotnictwa mianowany

I w niej ciągle żyje w świecie baśni

Katastrofę chcąc wyjaśnić

Snuje swe teorie niczym dziadek z fajki

Gdy ten swoim wnukom opowiada bajki

W hipnotycznym transie niczym

Szuka katastrofy przyczyn

I nie wierzy mgle co przy tym była,

Że nikt inny tylko ona zawiniła

W swojej o zamachu wierze

Z kozła zatem przykład bierze

Co to dla podkucia świat przemierzył

Z czego w bajce ze śmiechem się zwierzył

Lotnik Ikar woli durnia jednak robić z kogoś

Zwłaszcza, że otacza go ich mnogość

Stąd przy władzy wciąż się kręci

No bo dureń i idiota to są teraz święci

Reklamy

Apel do Hetmana

Z nijakim smutkiem i rozczarowaniem dowiedziałem się, że nasz pierwszy i najbardziej nieprzejednany i nieprzekupny tropiciel komunistycznej agentury i donosicieli z tamtego okresu, zwanymi tajnymi współpracownikami, poszukuje nominacji na szefa NIK-u. Zdaje sobie sprawę, że jest to urząd, który w dużej mierze funkcjonuje na donosach. Rozumiem rownież, że grzebanie w aktach to ulubione zajęcie owego pana. Jest jednak wciąż tyle do zrobienia na niwie tropienia komuchów, zdrajców ojczyzny i sługusów Rosji, że przeniesienie tak doświadczonego znawcy tematu na mało znaczące stanowisko w jakiejś tam izbie zdaje się być pomysłem wyjątkowo chybionym.

Spora cześć naszego społeczeństwa żyje w jakimś baśniowym świecie bohaterów z tamtego wrednego okresu. Czterej pancerni i pies czy Stawka większa niż życie, wciąż cieszące się sporą popularnością, są tego najlepszym przykładem. Czas najwyższy aby owych pseudo-bohaterów zdewaluować, ośmieszyć i pokazać ich zdradzieckie mordy gorszego sortu w prawdziwym historycznie świetle. Przecież Kloss donosił do przeklętych na wyklętych, a banda z czołgu współpracowała z okupantem. Ludowi należy się prawda o tych kolaborantach i współpracownikach komunistycznych władz. Kto się do tego nadaje lepiej niż niestrudzony myśliwy z komisji do spraw wypadków podejrzanych? Nie zdziwiłoby mnie wcale, gdyby się okazało, że owi czołgiści i kapitan wermachtu maczali swoje brudne paluchy rownież przy pewnym samolocie.

Postulowałbym zatem aby naszego śledczego przeniesiono jednak do telewizji aby tam mógł, z pożytkiem dla nas wszystkich, odkryć i wyjaśnić kto był kim, kto na kogo donosił. Niech wreszcie ujrzy światło dzienne prawda przez tyle lat zamiatana pod dywan. Niech się ludzie dowiedzą, że Jacek molestował Agatkę, Balbina świntuszyła z Ptysiem a Kubuś Puchatek to tajny współpracownik o pseudonimie Kaczor Donald , ja na ironię. Sporo wiemy już o działalności Bolka. Wyjaśnić jednak należy rolę Lolka bo przecież oboje podróżowali po świecie, co było przywilejem w tamtym czasie. Tola też wydaje mi się podejrzana z tą jej niewinną miną. Reksio definitywnie musiał tropić żołnierzy wyklętych a pomysłowy Dobromir zapewne obmyślał wyuzdane sposoby torturowania tychże. Matołek zwiedził sporo świata, nie mogło to być za darmo. No i wreszcie Smok Wawelski, który wraz z Bartolinim Bartłomiejem poszukiwał Baltazara Gąbki. Przeszkadzał im w tym Don Pedro, zwany przez ówczesne władze szpiegiem. Toż to klasyczny przykład tępienia wyklętego Don Pedra przez bandę przeklętych namiestników narzuconego nam systemu.

Dzieciarnia po dzień dzisiejszy ogląda ten fałsz. Stąd konieczność aby przed każdą bajką ktoś zasługujący na ogólny szacunek w walce z zakłamaną historią, ukazał dzieciarni prawdziwe twarze tych skorumpowanych i zaprzedanych systemowi krętaczy.

Hetmanie Wielki, Szogunie Bezwzględny nie daj się prosić.

Do not fly with Justfly.com

Seems like all airlines are trying to suck from their passenger as much as they can. Every year it gets worse. At least they have the guts to prepare you for additional fees for every service they can provide to you. Slowly but surely we will be charged just for the ticket, the rest will be extra charge. It would not surprise me if after the ticket purchase we won’t have even seat. Obviously we need to sit while flying so there is going to be mandatory charge for that too. No food, no free language checked in, no carry on language literary nothing just the bare ticket for rest extra money. It is getting more and more difficult to determine which airline is honest and give you a good deal. For some reason they think that all of us should be flying first or business class. Those regular guys are pain in their royal asses. I’m trying to avoid United Airlines as much as I can as those guys almost always look how to steal something from you. Irather pay bit extra then fly United.

Unfortunately sometimes you get screwed like me without even knowing. I bought tickets to fly to Poland through Justfly.com. They offered definitely the best price on the route I wanted to fly. Stupid me not checking reviews about them. I always make the same mistake – trusting a scum. Week later after the ticket purchase the agency changed my route adding another stop. Was too late to cancel and look for another ticket so I accepted. Another mistake. I was unexpectedly bumped from Lufthansa to United. I found that at the time of check in. The Justfly continued to lie to me that it was the Lufthansa who did it. Because of the change I have not been able to check in as my ticket was not properly issued by the agency. I tried to check in on United and Lufthansa and could not do it. Both companies told me to go back to the agency. Well, I went back to them just to hear same lies about them not being at fault but the airlines. I made all together four calls, spent on the line in excess of two completely waisted hours. There was nothing I could do so I showed up at the airport without checking in. Here the airlines issued me finally a ticket but…there was another fee for the language. The geniuses from Justfly purposefully hid this charge to keep the ticket price low to get my attention. At no point I was told that the fare does not include the baggage’s. Stupidity for the most part is expensive. I learnt another lesson which cost me extra sixty bucks per item. My ticket was not such a great deal and I feel like scum took advantage of me. I will definitely avoid Justfly in the future and that what I would like to suggest to all deal seekers. Stay away from Justfly or it will going to cost you.

Komu w drogę temu czas…

Znowu walizki poszły w ruch. Od pół roku zalegały bezpiecznie schowane w pralni. Dla oszczędności miejsca włożone jedna w drugą o czym kompletnie zapomniałem. Ich ciężar przy próbie ściągnięcia ich z szafek uzmysłowił mi, że coś jest nie tak i wtedy właśnie przyszło olśnienie: jedna w drugiej.

Gdzieś moja tężyzną fizyczna musiała ze mnie wyparować, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć problemów z ich ulokowaniem tam gdzie stały. A może jednak szwankuje moja pamięć? Lepiej chyba przestanę o tym myślec bo nie doprowadzi to do niczego dobrego.

Lubię podróżować, przemieszczać się z miejsca na miejsce, poznawać nowe. Nie każda jednak podróż właśnie z tym się wiąże. Ostatnio cześciej kursujemy na tej samej linii, która prowadzi z Ekwadoru do Stanów i dalej do Polski. To bardziej wycieczki do rodziny niż zwiedzanie. Z drugiej strony dobrze jest od czasu do czasu przypomnieć rodzince o swoim istnieniu a i samemu sobie odświeżyć pamięć o niej to też nic zdrożnego.

Opanowaliśmy już te loty przez trzy kontynenty. Mamy swoje bazy, jeśli tak to można określić, i w Stanach, i w Polsce. Służą one nam nie tylko jako miejsca postoju ale również składowiska naszych rzeczy przeróżnych w szczególności ciuchów.

Powinno być zatem łatwiej. Nic z tych rzeczy, bo kto by w końcu pamiętał co zostało w „bazie” pół roku temu? Co wziąć, a czego nie zachodzi potrzeba, dręczące pytanie przy każdym pakowaniu. Ekscytacja ze zbliżającej się podróży powoli zaczyna ustępować frustrującym myślą, żeby czegoś nie zapomnieć. Cały wic polega na tym żeby nie wziąć zbyt mało ani za dużo, tylko właśnie w sam raz, zwłaszcza, że zależy nam też na wolnym miejscu w walizkach bo przy każdym powrocie do domu chcemy opróżniać nasze „bazy”, które stają się powoli coraz mniej potrzebne a ich zawartość przestarzała czy niezbyt modna. Z każdym rokiem jest tego coraz mniej. Biorąc jednak pod uwagę, że każdy nasz pobyt to rownież zakupy czegoś tam, co wypełnia bagaże, to opróżnianie szaf z naszych rzeczy nie idzie w takim tempie jak byśmy sobie tego życzyli. To ma być przełomowy rok dla polskiej bazy, zobaczymy. Pewnie zostałaby ona już dawno opróżniona gdyby loty przez Atlantyk pozwalały na dwa bagaże po dwadzieścia trzy kilo na osobę, jak to ma miejsce na przelotach do Ameryki Południowej. To nam ułatwia rozprawienie się z naszymi pozostałościami w Stanach. To takie jednak drobne niedogodności przeprowadzek zwłaszcza tych kontynentalnych.

Niech się dzieje wola nieba, najwyżej czegoś zapomniałem. Dzisiaj wszystko i wszędzie można kupić. Lecimy zatem na spotkanie zimy i śniegu, które w Ekwadorze są nam obce. To też wywołuje we mnie mieszane uczucia. W mojej przestrzeni życiowej nie ma zbyt wiele miejsca na zimę i śnieg, płaszcze i traktory, czyli buty zimowe, czapki i rękawiczki, szaliki i inne ocieplacze. W życiu jednak często tak bywa, że ty swoje, ono swoje.

Rzecz o czytaniu.

Odkąd pamietam, czytanie książek nie wzbudzało we mnie zachwytu. Lektura kojarzyła mi się z czymś nieuzasadnionym. Kombinowałem zatem jak mogłem z tym czytaniem. W którymś momencie powaliła mnie grypa. Tak się złożyło, że wszelkie przeziębienia przechodziłem z reguły dość ciężko co powodowało konieczność ich odleżenia w łóżku. Nudy na pudy. Ktoś podsunął mi książkę z serii przygód Tomka. No i zaczęło się czytanie. Wszystkie Tomki, Winnetou i inne indiańskie wydania pochłaniałem bez pamięci. Nie ograniczałem się tylko do światła dziennego często używając latarki pod pierzyną. Potem przyszła fascynacja kryminałami i tygrysami, jeśli jeszcze ktoś je pamięta.

Lektury jednak to coś innego. Naszym narodowym atrybutem, może nie tylko naszym, jest konsekwentne odmawianie robienia czego pod przymusem. Lektura właśnie do tej kategorii się zaliczała, stąd moja niechęć. Dodatkowo zawsze przerażały mnie te tłuste tomy a ilości kartek do przeczytania były ponad moje możliwości przeznaczenia wolnego czasu na coś takiego. Okoliczności jednak sprawiły, że nie było innego wyjścia bo przecież jakoś trzeba było zaliczyć lekcje z języka ojczystego. Ciężko było ale udało mi się wreszcie przeczytać cała Trylogię, Pana Tadeusza, Quo Vadis i jeszcze pare innych wydań, które powinnismy znać wszyscy. Szczerze mówiąc najgorsze są zawsze pierwsze strony bo gdy akcja się rozwinie nawet przydługie opisy nie są w stanie oderwać od czytania.

Na moim etapie życia mam teraz więcej czasu. Zdecydowałem się go oddać czytaniu. Nie na siłę jadnak, tylko dla przyjemności. I tak wpadła w moje ręce książka na temat życia Ryszarda Kapuścińskiego. Słabo znam jego twórczość i mało byłem świadomy jego osiągnieć i sławy. Nazwisko coś tam mi mówiło ale nie do końca. Nie wiem kto ją kupił, napewno nie ja, dość powiedzieć, że przeglądając rodzinne zasoby literackie postanowiłem wziąć ją do Ekwadoru, ot tak na wszelki wypadek. Wraz z tą pozycja wyemigrowały rownież inne książki. Powoli to wszystko wchłonąłem a książkę o Kapuścińskim odkładałem na pózniej. Znowu zdecydowała o tym jej grubość. Prawie sześćset stron to dość sporo. Tyle samo mieliśmy ostatnio deszczu. Chcąc nie chcąc, wziąłem się za jej czytanie. Prawie kończę ale już mogę powiedzieć, że to był dobry wybór. Nie znam się na literaturze ale doszedłem do wniosku, że czytając o kimś, sprawia mi przyjemność fakt, że oto moje życiowe przemyślenia są niemal kopią tego o czym mówi bohater. Oczywiście nie w każdym punkcie ale powiedzmy sobie, że w większości. Sięgnę zatem po jego pozycje bo zaciekawiła mnie jego postać. Coś więcej, jego dość skomplikowany życiorys potwierdził to, że nie należy krytykować ludzi w oderwaniu od czasów, w których żyli, co u nas jest dość powszechne.

Koryto

Zębami zgrzyta

Każdy bandyta

Gdy do koryta

Inny bandyta

Zębami zgrzyta

Bo przy korycie

Beztroskie jest życie

Nagrody i picie

Odda więc życie

By trwać przy korycie

Gdy ktoś go spyta

To każdy bandyta

Jak zepsuta płyta

Żałośnie zazgrzyta:

„Ja nie dla koryta”.

Lecz już o świcie

Jest przy korycie

Tam płacz i wycie,

Że nawet na picie

Nie starcza bandycie

I tak przy korycie

O chlebie i „życie”

Każdemu bandycie

Upływa życie

Świadcząc niezbicie

Ja ciężkie jest tycie.

Lecz dla narodu

Umarłby z głodu

Brawo Naomi.

Od minionej soboty trwa w mediach dyskusja na temat finału US Open kobiet. Mecz o mistrzostwo mężczyzn przeszedł bez echa, odbył się i tyle. Lubię tenis i wolę go w wydaniu kobiet. Pewnie jestem seksistą, według mamy o nazwisku Serena Williams. A ja po prostu wolę go dlatego, że zwycięzca, w przeciwieństwie do mężczyzn, tutaj jest mało przewidywalny. Są faworytki oczywiście ale to mało w tej chwili znaczy. Era sióstr Williams powoli dobiega końca co powoduje, że każda zawodniczka może wygrać najsilniej obsadzony turniej. I to mi właśnie odpowiada. Z nadzieją patrzę na falę naszych zdolnych tenisistek z Igą Świątek na czele, która zapewne już wkrótce minie w rankingach przemęczoną tenisem Agnieszkę Radwańską.

W Nowym Jorku przedstawicielka tej nowej fali mocno wlazła za skórę niezwykłej przegrywać, zwłaszcza w finale, Serenie Williams. Zawodniczka z kraju kwitnącej wiśni, o dziwo tego samego koloru skóry co jej przeciwniczka, nie pozwoliła na zbyt wiele gasnącej gwieździe tenisa amerykańskiego, a tej krew się musiała mocno gotować w żyłach. Nerwy wreszcie puściły gdy została upomniana o niedozwoloną pomoc trenera z trybun. Nawiasem mówiąc to jakaś paranoja, że w trakcie meczu tenisista nie może otrzymywać wskazówek od swojego trenera. To chyba jakiś debilny przeżytek tylko w tej dyscyplinie sportu. Tak czy inaczej, przepis jest przepisem. Status gwiazdy i gra przed własną publicznością, według Sereny, powinien dawać jej tylko jej zrozumiałe przywileje. Wydarła się zatem na „bezczelnego” sędziego oskarżając go o rożne różności z seksizmem, rasizmem, złodziejstwem na czele. Ona, matka córki, którą stara się wychowywać w poszanowaniu najwyższych wartości, nie mogła się na takie zachowanie arbitra zgodzić. Sytuacja wyglądała wręcz groteskowo, zwłaszcza, że do udziału włączył się patriotyczny tłum kibiców, wygwizdując niewinnego arbitra. Gwoli bycia fair, nie dziwię się kibicom, zapewne w każdym innym kraju sytuacja byłaby podobna gdyby sędzia ukarał faworytkę tłumów. Zastanawiam się jednak na kogo by buczeli kibice gdyby sytuacja się odwróciła i to Japonka opluwała by sędziego stekiem wyzwisk? Tłum rządzi się jednak swoim prawami, do których zapewne nie należy obiektywizm. Tak było, tak jest i tak będzie.

Serena została ukarana za swoje zachowanie co powinno świadczyć, że jednak było ono conajmniej niestosowne jeśli nawet nie chamskie. I co z tego? Do głosu doszły „mądre głowy” o znanych nazwiskach, stając murem po stronie tego czego bronić się nie powinno czyli pospolitego chamstwa. Koronnym ich argumentem jest przymykanie oczów na męskie chamstwo wsród tenisistów. Może i to ma miejsce. Czy to jednak może być usprawiedliwieniem zachowania Amerykanki? Mądre głowy nie mają nic przeciwko męskiemu pluciu pod warunkiem, że będzie na to przyzwolenie kobietom. Miast domagać się wyrugowania chamstwa z kortu tenisowego bez względu na płeć zawodników, wolą równouprawnienie. Seksizm i rasizm to dzisiaj bardzo mocne karty jeśli nie najmocniejsze w całej talii poprawnie politycznych zachowań. Nawet jeśli bronią tak karygodnych zachowań jak to Sereny Williams z sobotniego finału.

Na tym tle Naomi Osaka, pogromczyni gniewnej tenisistki ze Stanów, wyglądała jak jakiś dziwoląg, wykonując tradycyjny japoński ukłon pod każdego adresem z Sereną Williams na czele, choć ta niewątpliwie bezkrytycznie zgnoiła ten wielki dzień w jej karierze. Brawo Naomi.

Prawo żyrandola

Żałosny w poglądach

O prawie i sądach

Jest ten co je łamie

Zwłaszcza, że kłamie

Te smutne wywody

Są laniem wody

I mózgu praniem

Do głupich wołaniem

Lecz ich ubywa

Bo kłamstwo przegrywa

Zawsze i wszędzie

Tak było i będzie

Czy więc wypada

Te bzdury gadać

Gdy każdy to widzi

I z Ciebie szydzi?

Czas już zrozumieć,

Że trzeba umieć

Do błędów się przyznać

I ludziom to wyznać

Bo w fałszu brnięcie

To jak na przyjęcie

Iść bez zaproszenia

Bez dumy cienia

Z tych dwóch wyrazów

Powiem odrazu,

Że w cieniu stoisz,

Którego się go boisz

A dumę masz mroczną

Też mało widoczną

Gdzieś się zgubiła

Gdy dzieckiem była

Co zatem zostało?

Powagi masz mało

Respektu nie więcej

Niż w ręce dziecięcej

Z szacunku dla siebie

Nie daj po glebie

By cię czołgano

Bo złą to zmianą

Smutna to rola

Strzec żyrandola

Być impotentem

Miast prezydentem

Historii nie da się zmienić.

Moja szanowna rodzicielka była wciąż dzieckiem kiedy na nasz kraj najechali sąsiedzi z zachodu. Miała właśnie rozpocząć szkolną przygodę jako pierwszoklasistka lecz musiało to poczekać. Mieszkając na wiosce nie miała aż takiej styczności okupantem jak ludzie z miast. Nie znaczy to oczywiście, że było jej rodzinie lżej czy lepiej. Pamięta okropności tych czasów chociaż jej najbliższa rodzina nie doświadczyła wywózek do obozów czy aresztowań i przesłuchań. Okres ten jednak był i dla nie traumą tak jak dla większości ludzi z krajów podbitych i okupowanych przez najeźdźców.

Paręnaście lat po wojnie wracała taksówką z dworca kolejowego do domu. Za kierownicą siedział młodzieniaszek, który zapewne urodził się w trakcie wojny lub zaraz po jej zakończeniu. Wiele z tamtych czasów pamietać nie mógł, jeśli cokolwiek. Tak był jednak wkur…ony PRL-em, że w swojej karkołomnej tezie oświadczył mojej mamie, że lepiej było już nawet za Niemca. Rodzicielka moja, będąc słabo odporną na bzdury i banialuki, nie zdzierżyła oczywiście. Dostało się zatem kierowcy konkretnie i zasłużenie.

W zakresie odporności na głupotę sporo pewnie odziedziczyłem po swojej matuli. Niestety nie ma wciąż żadnej szczepionki, która uodparnia na ludzką tępotę. Chociaż z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wyrozumiały i coraz mniej rzeczy go dziwi to jednak słuchanie, w moim przypadku, kogoś kto czasy słusznie minione zna tylko z opowieści ludzi pokroju Macierewicza, przyprawia mnie o wymioty. Nie, nie będę bronił PRL – u, sam z niego uciekłem. Wysiew tych IPN-owskich pseudonaukowców niespełna czterdziestoletnich znających ów system od podszewki, a raczej od strony pieluch, które pod koniec tego systemu wciąż jeszcze moczyli jest wręcz zatrważający. Co jeden to mądrzejszy i aż rwie się do krytyki postaw ludzi, którzy w tamtych czasach żyli. Skończyłem właśnie czytać historie PRL-u bez IPN-u. W jednym z rozdziałów przytoczono list Stefana Kardynała Wyszyńskiego do ówczesnego I Sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki. Kiedy w 1966 kościół chciał obchodzić tysiąclecie chrześcijaństwa w Polsce, inicjatywa ta spotkała się ze sprzeciwem przewodniej siły narodu. Chrześcijaństwo nie było bowiem po linii propagandowej partii. Kardynał wysłał więc list, w którym starał się objaśnić ówczesnej władzy, charakter obchodów i znaczenie tej rocznicy dla naszej historii. Pisze w nim jednak miedzy innymi, że historii bez względu na system i władzę, nie da się zmienić. Wydaje mi się to bardzo ważne spostrzeżenie. Tamte czasy nogą się wielu nie podobać i zapewne słusznie. Nie wszystko jednak było tylko czarne, tak jak niekoniecznie wszyscy wyklęci byli bez skazy. Czasu nie da się cofnąć, przynajmniej na razie. Szkoda jednak bo z chęcią bym przeflancował tych domorosłych myślicieli żeby zobaczyć ich wybory i niech ich potem krytykują następne pokolenia tych co nic nie przeżyli i mało widzieli.

Kto zabrał mi zdrowie?

Za młodości grzechy

I jej uciechy

Z opóźnieniem płacimy.

Czy o tym myślimy

Gdy dojrzewamy

I świat odkrywamy?

Nie znam takiego,

Bo niby dlaczego

Tym się przejmować

I sobie żałować

Gdy każda zabawa

Jest tak ciekawa.

Potem prywatka

O niczym gatka

Alkohol i pety

Nazajutrz, o rety

Kapeć mam w ustach

I w głowie pustka.

To nic nie szkodzi

W południe przechodzi

I znowu zdrowi

Na tańce gotowi

Na noc nieprzespaną

Z dziewczyną spotkaną

Na dyskotece

A może w aptece?

To przecież nieważne

Bo żyć na poważnie

To śpiewka przyszłości.

Wciąż młode kości

Żelazna kondycja,

I choć policja

Od ciała kontroli

Coś szemrze, że boli

To w piersiach, to w boku

Nie zwalniam kroku.

Znowu mam kaca,

Gdy ból co powraca

Nie chce ustąpić

Zaczynam wątpić

W swą nieśmiertelność.

Podła bezczelność

Mojego lekarza

Co mi powtarzał

O konieczności

Życiu w trzeźwości.

Czyżby miał rację,

Że me wakacje

Kosztowne się stają?

Choć wiele dają

Wrażeń corocznie,

Efekty uboczne

Swoim ciężarem

Grożą udarem.

Płuc zadymienie

Ma związek z paleniem.

Waga i tycie

To piwa picie.

Pompa się jeży,

Prostata szczerzy,

Straszą jelita,

Wątroba chwyta,

Kamienie w nerkach,

Strach i rozterka

Myśli dopada

To jakaś zdrada,

Żałosna poezja

Największa herezja

Że czas młodości

Gdzieś tam w przyszłości

Przemówi głosem

Karząc nas losem

Smutnego pacjenta

Gdy myśl natrętna

Rozsadza mu głowę,

Kto zabrał mi zdrowie?