„Ucieczka” przed latem.

Nigdy nie lubiłem zimy. No może z wyjątkiem lat szkoły podstawowej, kiedy chęć bycia z podwórkowymi kumplami była silniejsza niż niechęć do zimna. Inna sprawa, że w tamtych czasach nie było aż tyle soli, jeśli w ogóle ją używano. Stosowano głównie piasek a ten nie robił ze śniegu wodnistej mazi i nie powodował przemakania buciorów. Zima i śnieg kojarzą mi się przede wszystkim z koniecznością ubierania się cieplej. Kurtki, czapki, szaliki, ciepła bielizna, podkoszulki, swetry, rękawiczki, kalesony no i oczywiście ciepłe buty. Totalne szaleństwo. A twarz i tak była odsłonięta i gdy dmuchnęło wiatrem przy minusowej pogodzie to łzy się same pchały do oczów.

Nie pojmuje przyjemności jazdy na nartach. Oprócz faktu, że to wyjątkowo wywołująca u mnie dreszcze zimna rozrywka, to na dodatek można się wywrócić i trochę się połamać. Średnia przyjemność. Podziwiam zatem fanatyków sporów zimowych ale z żadnych zimowych zaproszeń nie korzystam i nie mam zamiaru wprowadzać jakichkolwiek zmian w tym zakresie.

Zima to fajne wspomnienia z lat, które dawno minęły. Ślizgawki, sanki, zamarzanięte stawy, wojna w śnieżki. Z późniejszych lat jest jedna zima, która zapadła mi w pamięć. Była to pierwsza po przyjeździe do USA. Zimno było okrutnie i śniegu też nie brakowało. Jednak nie to było najciekawsze. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć dekoracje przedświąteczne przed domami. Dla mnie to była nowość. Rozświetlone przydomowe aniołki, choinki, Mikołaje, sarenki, krasnoludki i Bóg jedyny raczy wiedzieć co jeszcze i dodatkowo domy okryte lampkami. Skumulowane zimnem, do którego w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni, robiło to niesamowite wrażenie. Czuło się święta i bardzo specjalną związaną z nimi atmosferę. I to by było na tyle.

Chęć ucieczki przed zimą i mrozami spowodowała wybór Ekwadoru. Tu przecież przebiega równik, zatem musi być ciepło i dużo słońca. Mam do niego słabość. Co ciekawe to właśnie lato i słońce są dla nas ludzi mniej miłe niż zima. Rak skóry to przede wszystkim, ponoć, wynik działania słoneczka. Latem, tak mi się zdaje jest też więcej utonięć. Niech tam, wole słońce i ryzyko z nim związane niż przemarznięty nos i tysiące warstw ubrań na sobie. Słońce przecież ma tą osobliwość, że jakoś bardziej odporni jesteśmy na stany depresyjne i wszystko wokół zdaje się być bardziej kolorowe. Ekwador miał mi to wszystko zapewnić. Miał rownież dać oszczędności związane z opalaniem ogniska domowego zimową porą. Klimat tutaj i średnia temperatura są zapewne wyższe w porównaniu do Polski czy północy USA. W tym roku jednak mamy do czynienia ze zdecydowanie chłodniejszą aurą. Kwietniowo-majowa pora deszczowa to ekwadorski standard. Kiedy się ona jednak przeciąga na następne miesiące to przestaje być znośnym zjawiskiem a wręcz staje się utrapieniem powodującym uczucia dalekie od dobrego samopoczucia. Tak się nam zdarzyło w tym właśnie roku. Słonko nas zdradziło i z jakichś sobie tylko znanych powodów dokucza mieszkańcom półkuli północnej. Mam do niego sporo żalu o to lecz z uwagi na olbrzymi respekt i szacunek jaki czuje do matki natury wybaczyłem mu to jego nieprzyjemne zachowanie. Zbliża się przecież pora letnia, która wynagrodzi nam ten niezbyt przyjemny czas chłodno-deszczowych dni maja, czerwca, lipca i sierpnia. Zbliża się ciepełko października, listopada, grudnia i stycznia, najcieplejszych miesięcy po tej stronie kuli ziemskiej. Z „wielkiej miłości” do zimy i „okrutnej niechęci” do lata, o czym pisałem wyżej, spędzę ten kres w naszym kraju. Tak wyszło. Pozostaje mi mieć tylko nadzieje, że zima będzie łagodna – co daj Boże, amen.

Reklamy

Nieekwadorskie problemy…

Życie w kraju, który z emocjonalnego punktu widzenia jest mi obojętny uważam za niewątpliwy plus decyzji o przeprowadzce do Ekwadoru. Nie czuję się w jakiś szczególny sposób związany z tym krajem, poza oczywiście faktem bycia jego mieszkańcem. Stąd zapewne, w przeciwieństwie do Ekwadorczyków, polityka i politycy mało mnie interesują. Domyślam się z rozmów z moimi znajomymi, że i tutaj, jak na całym świecie, te tematy wywołują sporo kontrowersji i dzielą ludzi. Nie widzę tego aż w takim stopniu jak w naszym kraju, co oczywiście nie oznacza, że jest tutaj lepiej tym zakresie. Nie ulega jednak watpliwości, że jak wszędzie tak i tutaj politycy mają gęby pełne frazesów i wyjątkowo krótką pamięć, która ich zawodzi zaraz po wyborach. Ten „zawód” jednak tak ma. To tylko tak na marginesie. Sytuacja tutaj i nie tylko w tym kraju bo w większości państw Ameryki Południowej pod jednym względem zda się być podobna do problemu Europy. Uchodźcy, bo o nich mowa, to coraz częściej temat wielu rozmów pomiędzy politykami. Wenezuela rozpada się na naszych oczach. Już tysiące jej mieszkańców każdego dnia przekracza jej granice szukając dla siebie miejsca do życia. Kraje Ameryki Południowej to nie bogata Europa Zachodnia. Maja one swoje problemy ekonomiczne, z których rozwiązaniem walczą każdego dnia. W przeciwieństw do uchodźców w Europie, Wenezuelczycy nie trafiają do żadnych obozów przejściowych. Gdyby rynki pracy innych krajów były w stanie wchłonąć uciekinierów to i problemu z nimi by nie było. Tak jednak nie jest. Masy napływających Wenezuelczyków, zalewa wszystkie kraje kontynentu.

Po śmierci Hugo Chaveza, władzę po nim objął jego partyjny zastępca Nicolas Maduro. Od początku jego rządów kraj zaczął się staczać jak po równi pochyłej. Mając w rękach całą władzę, nie liczy się z nikim ani niczym. Po przegraniu wyborów parlamentarnych, pował swoją izbę a legalnie wybranych reprezentantów nie uznaje. Protesty i ofiary w ludziach to już niemal codzienność. Z przestępców stworzył rządowe oddziały paramilitarne, które ślepo wykonują jego polecenia. Przepłacone wojsko też stoi po jego stronie. Rządzi zatem według własnego upodobania wmawiając co bardziej naiwnym o istnieniu imperialistycznych sił wywrotowych, które rownież obwinia za narastający kryzys. Uciekają zatem obywatele Wenezueli gdzie się da i gdzie jest to tylko możliwe. Ponad sto tysięcy przybywa ich już w Ekwadorze. Zaczyna to powodować coraz więcej problemów bo z braku środków do życia wielu z nich stacza się w ciemną strony mocy zasilając środowiska przestępcze. Cuenca rownież jest na to narażona bo to w końcu trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru. Póki co zdarzają się drobne kradzieże i mam nadzieję, źe na tym się skończy.

Wenezuela w swoim czasie była bardzo popularnym turystycznym. Wielu Amerykanów, z którymi rozmawiałem, zachwalał tamtejsze plaże, ludzi, ceny i bezpieczeństwo. Wystarczyło oddać władzę jednej nieodpowiedzialnej osobie by zniszczyła wszystko. Kolejny przykład jak bardzo władza zmienia ludzi.

Czterdzieści lat minęło.

Całe cztery dychy dzisiaj mija od dnia, w którym przestałem być stanu wolnego. Znaliśmy się z Luśką nieco ponad rok, przy czym randkowaliśmy mniej niż rok. Wtedy rownież i pod tym względem było inaczej. Nikt nie kalkulował co się bardziej opłaci. Nawet gdyby młodym chodziły po głowie jakieś inne rozwiązania, to zapewne szanowni rodzice by każdemu je szybko wybili z głowy. Takie to były czasy. Może trochę i szare w kolorach ale sentyment do nich zostanie bez względu na nową „historię” układaną pospiesznie pod dyktando paru nawiedzonych hipokrytów, którzy plując we własne gniazdo, oskarżają o to innych.

Nasze wesele do skromnych, na tamte czasy nie należało, daleko mu jednak było to tego co ma miejsce dzisiaj. Ponad sto osób zjechało na nasze zaślubiny niemal z całej Polski. Wujkowie, ciotki, kuzyni, kuzynki, bliżsi i dalsi znajomi, koledzy i koleżanki, do wyboru do koloru a i tak nie wszyscy byli w stanie z rożnych względów dojechać. Byliśmy po drugim roku studiów i to właśnie najmniej podobało się naszym rodzicom, którzy widzieli nas najpierw kończących studia a potem podejmujących tego rodzaju decyzje. Wyjścia jednak nie mieli, zaakceptowali zatem naszą decyzję.

Padliśmy zatem przed nimi na kolana owego pięknego sierpniowego dnia w oczekiwaniu na ich błogosławieństwo. Nie obyło się bez łez rodzicielek bo przecież oddają swoje dziecko w czyjeś ręce. Tak to chyba mają wszystkie mamy. Parę lat temu oddawaliśmy naszą córę i Luśce oczka się mocno „pociły”. Circle of life jak to wyśpiewywali na Lion King.

Po błogosławieństwie, do kościoła bo ślub cywilny to był tylko papier bez znaczenia, prawdziwy to był ten kościelny. Jeszcze przysięga małżeńska, obrączki na palce i powieźli nas windą do nieba. Co prawda koń do tańca nie zamiatał ogonem ale Mandelson zagrany na organach kościelnych przy wyjściu ze świątyni jeszcze do dzisiaj brzmi mi w uszach.

Po wyjściu życzenia, uściski, całusy od gości. Nikt nic fałszywie nie odśpiewał tylko wszyscy stanęliśmy do wspólnego zdjęcia. Kolejna winda to spacer do fotografa by uwiecznić ten jedyny i specjalny dzień w naszym życiu.

I znowu piechotą do PTTK-u, w którym wynajęliśmy salę. Na progu rodzice z chlebem i solą i dwoma kieliszkami, jeden z wódką drugi z wodą. Który mi się trafił, sam już nie pamietam. Jeszcze toasty, pierwszy taniec i wreszcie można było czmychnąć do domu i przebrać się w wygodniejsze „stroje”.

Zabawa trwała do wczesnych godzinnych rannych, jedzenia nie zabrakło, ba starczyło na poprawiny.

Noc poślubna rownież była jedyna w swoim rodzaju…nie dla nas, bo w naszym łożu małżeńskim dochodzili do siebie wymęczeni goście.

Czterdzieści lat minęło, jak to Andrzej Rosiewicz śpiewa w kultowym serialu a jakby wczoraj to było. Pamietam wszystko. Jakże mógłbym zapomnieć skoro sam tam byłem i wino piłem.

Dziewięćset kilometrów w dwadzieścia godzin

Drogę z Quito do Cuenki, nie w całości ale w sporej mierze stanowi tak zwana Aleja Wulkanów. Wiele z nich pozostaje czynnych chociaż nie wykazują żadnej aktywności od dłuższego czasu. Najbliżej stolicy Ekwadoru znajduje się Cotopaxi, którego szczyt sięga niemal pięciu tysięcy dziewięciuset metrów. Wdrapywaliśmy się na niego razem z Luśką i przewodnikiem podczas naszego pierwszego pobytu w Ekwadorze, aż nie do wiary, ale to było już dziewięć lat temu. Nie była to zbyt przyjemna wspinaczka bo zbocze pokryte jest jakimś wulkanicznym popiołem i wspinaczka po nim powoduje, że się cofa, pewnie pół kroku na każdy krok do przodu. Umordowaliśmy się okrutnie. Z parkingu dla samochodów mieliśmy przejść około trzysta metrów do schroniska. Poddaliśmy się po stu metrach mając naszej języki na wierzchu jak zdyszane psy. Chcąc przytoczyć jakaś ciekawostkę na temat tego „pagórka”, rzuciłem okiem na Wikipedię i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu okazało się, że ostatnia erupcja tego wulkanu miała miejsce już po naszej przeprowadzce do tego równikowego kraju bo w sierpniu 2015 roku trwając do stycznia następnego roku. Właśnie z tego względu był on zamknięty dla zwiedzania, dziwne gdyby nie był. Jak mówi Wikipedia od października ubiegłego roku znowu można się na niego wspinać. Mnie tam specjalnie do tego nie spieszno, wspinam się przecież dwa razy w tygodniu do domu i to mi w zupełności wystarczy.

To była nasza pierwsza podróż tym odcinkiem drogi. Rozłożony na tylnym siedzeniu przyglądałem się po kolei wynurzającym i znikającym kolejnym szczytów wulkanicznych pagórków. Na naszej trasie znajdowały się dwa miasta zaliczane do najwiekszych tego państwa: Ambato i Riobamba. O ile z Quito droga do tej drugiej miejscowości robi bardzo pozytywne wrażenie, momentami bowiem w jedną stronę są cztery linie, o tyle z Riobamba do Cuenki to już zupełnie inna historia. W okolicach Riobamba znajduje się Chimborazo, wulkan, którego ciekawostką jest fakt, że jego szczyt, mierzony od środka naszej planety znajduje znajduje się od niego najdalej, dalej nawet niż szczyt Everestu. To jest wulkan podobno juz nieczynny, ale kto go tam wie, skoro matka natura w ostatnich latach płata nam tyle niespodzianek. „Zdechlak” ten to niespełna sześć tysięcy trzysta metrów i podobnie jak w przypadku Cotopaxi jest on częścią parku narodowego. I tu rownież pare lat temu wspinaliśmy się cała rodzinką łącznie z dzieciakami. Udało mi się dotrzeć na wysokość pięciu tysięcy metrów. Luśka polazła sto metrów wyżej, gdzie usytulowane jest jeziorko czy może nawet jezioro. Skoro jednak pływać nie można to dla mnie mało opłacalny byłby to trud. Inna sprawa, że na tej wysokości woda niezbyt do takiej aktywności się nadaje.

Przyglądałem się otaczającemu krajobrazowi z tylnego siedzenia, nie czując się najlepiej po wciąż dokuczającym mi przeziębieniu. Od Riobamba droga zmieniła się kompletnie, bardziej już przypominając to co widzę na codzień. Ekwador to wciąż kraj na dorobku, infrastruktura drogowa każdego roku się polepsza, miejscami jest ona jednak „ciężkostrawna”. Byliśmy już w podróży pewnie z osiemnaście godzin od momentu wyjazdu z domu. Nagle Javier, nasz kierowca, zatrzymał się na środku drogi. Na zewnątrz było już ciemno a po naszej linii w najlepsze ktoś zabrał się do wyprzedzania sporej kolumny samochodów. Nikt go nie chciał wpuścić, zatem kontynuował wyprzedzanie, aż dłużej tego nie mógł robić bo właśnie my stanęliśmy mu na drodze. Na szczęście zatrzymał się tuż przed nami oczekując na możliwość powrotu na swój pas ruchu. Niestety to jest dość normalne w Ekwadorze. Przepisy ruchu drogowego, podwójne ciagle linie, wszelkiego rodzaju znaki drogowe to tylko takie nieistotne bzdury na drodze, które nikogo nie obowiązują i do niczego nie zoobowiązują. Przed nami stał autobus z pasażerami, którego kierowca gdzieś się spieszył wyprzedzając na podwójnej ciągłej i do tego pod górkę. Pewnie sadził, jak kierowcy naszych VIP-ów, że jemu tak wolno. Tym razem obyło się bez kolizji ale uczucie nie było zbyt przyjemne.

Po nieco ponad dwudziestu godzinach, w tym piętnastu jazdy dotarliśmy do domu. Przejechaliśmy prawie dziewięćset pięćdziesiąt kilometrów dla trwającego około pół godziny spotkania, które okazało się nikomu niepotrzebne. Gdyby jednak nie było głupich przepisów, rozporządzeń, ustaw, nakazów to gdzie by pracowała ta banda rządowych nierobów?

Tylko dla dorosłych


Każdy język jak świat długi i szeroki ma swoim słownictwie słowa powszechnie uważane za obraźliwe czy niecenzuralne lub, jak niektórzy wolą, wulgarne. Wiele z tych słów niesie w sobie, kiedy są wypowiadane, określony ładunek emocjonalny, ukazując nasz stosunek do czegoś lub kogoś. Są jednak wyrazy, których używamy niemal machinalnie, bo to taki przerywnik myślowy. W języku angielskim takim słowem jest właśnie „fuck”, który jest popularnym określeniem stosunku seksualnego. Powiedzenie w stosunku do czegoś lub kogoś, że jest fucking np. funny oznacza, żę jest wyjątkowo śmieszny albo bardzo śmieszny lub też, uwaga to wchodzę w zakazane rewiry naszego języka, kurewsko śmieszny. Słowa „fuck” lub „fucking” mogą rownież ukazywać złe emocje i w takiej postaci nie wróżą temu do kogo zostały skierowane niczego dobrego. Czy komuś udało się ostatnio obejrzeć jakąkolwiek produkcję hollywoodzką bez tych wyrażeń? Wątpię. Pomimo oporów rożnych środowisk „fuck” stało się słowem, zapewne pod względem częstotliwości używanym przez wszystkich, wszędzie i w różnych okolicznościach, najcześciej. Przede wszystkim jednak jako przerywnik, swoisty, bezkrytyczny łącznik, który z braku lepszej opcji i aby utrzymać płynność wypowiedzi, wypływa z ust mówiącego, niezdającego sobie często nawet sprawy, że właśnie go tam wkomponował.

A jak jest u nas? Czy komuś przychodzi na myśl inne słowo niż „kurwa”? Nie sądzę. Określenie oryginalnie oznaczające kobietę o niczym nieskrępowanych inklinacjach łóżkowych stało się niespodziewanie właśnie takim polskim „fuck”. Jak Polska długa i szeroka „kurwuje” każdy. Na wszystko, na każdego, bez przyczyny aby dodać sobie powagi i z wielu innych powodów. „Kurwa” niekoniecznie jednak musi cokolwiek oznaczać czy reprezentować stan ducha mówiącego. Może być takim zwykłym przerywnikiem słownym dla zachowania płynności wypowiedzi. „Kurwa” to jednak słowo niecenzuralne i wulgarne bez względu na okoliczności jego użycia. Stąd jego użycie w środkach masowego przekazu pozostaje niewyobrażalne. Podobnie zresztą jak „fuck”. Jeśli jednak jakikolwiek program obwarujemy restrykcjami wiekowymi z dodatkową informacją co do kontekstu audycji, to wtedy już hulaj dusza, piekła nie ma, „fuck” może się lać, tak jakby chodziło o pobicie rekordu Guinessa. Nie wiem czy tak samo jest w Polsce ale nie zdziwiłbym się gdyby taka formuła istniała. Przecież to co amerykańskie w Polsce przeżywa swoisty renesans, nawet jeśli jest mierne. To już jednak wywód na inną okazję.

Polacy to jednak naród wyjątkowo pomysłowy. Skoro coś nie może być „kurewsko” śmieszne to może być zajebiście zabawne. Hm, osobiście gorsze wrażenie robi na mnie słowo „jebać”, od którego przecież pochodzi zajebiście, niż niewinna „kurwa”, ale to tylko moje odczucie. Zatem skoro coś może być zajebiste to i kogoś można na dobrą sprawę „zajebać”, choć to nie brzmi wcale śmiesznie. Chyba, że chodzi o zajebanie śmiechem właśnie.

Odnoszę zatem wrażenie, że zajebiście poważni przedstawiciele naszej władzy postanowili zajebać ilością spraw sądowych, kurewsko popularnego twórcę WOŚP, z sobie tylko wiadomych przyczyn. Oficjalnie mówią o jego wulgaryzmie. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że chodzi o jego zdradziecką mordę, która spać nie daje lepszemu sortowi przeświadczonemu o swojej miłości do zajebiście prawdziwych patriotów.

Nazwałem ten wpis „Tylko dla dorosłych”, tak na wszelki wypadek, żeby się nikt do mnie nie dojebał co w tym przypadku byłoby kurewstwem.