O ludzie i rządach

Życie mi się nie udało

Na przeszkodzie mi w nim stało

Tyle barier, ograniczeń

Że ich wszystkich wręcz nie zliczę

Kiedyś w filmie raz zagrałem

Lecz aktorem nie zostałem

A marzyła mi się duża sława

Taka wielka jak Warszawa

Juz widziałem siebie w świetle fleszy

I jak po autograf każdy do mnie spieszy

Jak panienki za mną gonią

I przed niczym się nie bronią

Wyszły z tego jednak nici

Gdyż mój talent się nie liczył

Innych wzrost i rozmiar w klacie,

Z których tylko moje gacie

Mogły konkurować śmiało

Och jak bardzo to bolało

Potem małym miałem być rycerzem

Już umowa na papierze

Podpisana dla mnie była

Gdy partyjna się zjawiła

Kontrkandydatura Tadeusza

Co z Wiesława wyszła kapelusza

I tak on Wołodyjowskim został

I choć roli całkiem nieźle sprostał

Mnie się ona należała

O czym wtedy już mówiła Polska cała

Zemstę tedy poprzysiągłem,

Że jak tylko coś osiągnę

Zrazu się mianuje pułkownikiem

Jeszcze lepiej, całej Polski naczelnikiem

Wtedy Bolek właśnie płot przeskoczył

I tak krąg historii się zatoczył

I choć gamoń ten szemrany

Pokrzyżować pragnął moje plany

Dzisiaj ja rozdaję wszystkim karty

Myślisz może, że to żarty?

Że się cofnę, że posłucham?

Pierwej sam wyzionę ducha

Zanim przyznam się do błędu

Z tego właśnie względu

Otoczyłem się miernotą,

Która chociaż mierzi mnie głupotą

Wykonuje jednak co jej każe

Mnie wynosząc na ołtarze

Zemsta się powoli dokonuje

Co ja rzeknę, lud kupuje

Zakochany on jest w darowiznach

Więc co chwile coś mu przyznam

A na tyle jest on głupi

Że mi wierzy, że bogatych łupi

Niech tak myśli, o to chodzi

I niech ktoś spróbuje mi przeszkodzić

W byciu wielkim, dla odmiany,

Przeciwnikiem dobrej zmiany

Wszem i wobec go ogłoszę

Po czym ciepłe swe bambosze

Włożę na swe spracowane nogi,

Reszty niech dokona lud mój drogi

I w tym właśnie sekret moich rządów,

Że lud broni mych poglądów

Bo się czuje zapomniany

I przez innych wyszydzany

Gwoli przypomnienia

Ponad dwa lata temu w styczniu 2016 przedrukowałem artykuł z Angory autorstwa Marka Borowskiego. Dotyczył on planów zmiany konstytucji przez obecnie rządzących. Przymierzali się oni do tego już podczas pierwszej tury swojego sprawowania władzy. Z różnych względów nie udało im się wprowadzić owych planów w życie. Pozostały jednak ślady ich zamierzeń, które niestety zaczynają się powoli realizować. Jeszcze dwa lata temu wydawało się to wszystko mało prawdopodobne i wręcz niemożliwe. Dziś już nie ma żadnych złudzeń dokąd to wszystko zmierza. Sposób sprawowania władzy oparty na tanich kłamstwach i przekupstwie uboższych, będących pod wpływem kleru, dał im wreszcie zwycięstwo umożliwiające przeprowadzenie zmian zmierzających do utrzymania kontroli nad państwem. I tak co wydawało się baśnią z kręgu tysiąca i jednej nocy powoli staje się coraz bardziej realne. Jeśli zatem ktokolwiek liczy na Trybunał Stanu dla obecnie rządzących to odsyłam tych wszystkich do artykułu Marka Borowskiego. Postanowiłem go zatem przypomnieć bo już wkrótce pawłowiczowe media narodowe w poczuciu głębokiego „patriotyzmu” wprowadzą cenzurę na ich zdaniem „antypolskie”, czytaj antypisowskie, publikacje.

PiS – owska konstytucja

Czy uda nam się zatrzymać tą rozpędzoną maszynę nienawiści i pogardy? Zaczynam mieć watpliwości.

Głupota ma się dobrze.

Na nic zdały się próby przełożenia rozmowy imigracyjnej Luśki. Połamany, przetrącony, żeby nie wspomnieć o niewyspaniu, o pierwszej nad ranem zaległem na tylnym siedzeniu próbując nadrobić poprzednią nieprzespaną noc. Plan był prosty; zaliczyć spotkanie z urzędasami i zaraz po nim w drogę powrotną. Samej jazdy tam i z powrotem należało liczyć około piętnastu godzin. Javier, nasz kierowca, wyglądał gotowy i wypoczęty na ten rajd. Nie zwlekając zatem wyruszyliśmy. Z wrażeń turystycznych z drogi do Quito mogliśmy kompletnie zrezygnować bo przecież poruszaliśmy się w godzinach nocnych. Poza tym próbowałem wymusić na sobie chociaż odrobine snu. Ten jednak nie chciał przychodzić bez względu na pozycje jaką przybierałem na tylnym siedzeniu. Szlag mnie trafiał z tego powodu bo czułem się coraz bardziej zmęczony. Zasnąć się zatem nie udało. Dodatkowo hektolitry wypitej witaminy c przed podróżą, teraz domagały się częstych postojów.

Na miejsce naszego spotkania dotarliśmy na dwie i pół godziny przed czasem, czyli ni w to, ni w owo, bo w sumie zbyt mało czasu żeby cokolwiek zobaczyć. Zdecydowaliśmy się zatem czekać w okolicach budynku, przy okazji nasz kierowca mógł sam teraz rozłożyć się w samochodzie i nabierać siły przed drogą powrotną. Quito to taka kicha bardzo długa i jednocześnie wąska. Ku memu zdziwieniu okazało się, że leży ono wyżej niż Cuenca bo na wysokości prawie trzech tysięcy metrów czyli o całe pięćset metrów wyżej. To właśnie w okolicach stolicy Ekwadoru przebiega równik stąd zapewne temperatura była wyższa. Zdjąłem zatem z siebie zatem podkoszulek, nie chcą się przegrzać. Zaraz jednak musiałem po niego wracać. Okazało się bowiem, że stoimy w jakimś dziwnym korytarzu. Na jednym jego końcu słonecznie, na drugim zaś wieje niczym na Grenlandii bo i sam wiatr był stosunkowo zimny. Schowaliśmy się zatem w budynku, w którym mieliśmy odbyć naszą rozmowę kwalifikacyjną. Gmaszysko wielkie i przestronne ale tylko na parterze dla obywateli. Wyższe piętra musowo zajmować musieli jacyś wybrańcy ludu, do których dostępu bronili strażnicy. Godzina naszej rozmowy okazała się picem na wodę. Dobrze, że nasza prawniczka poleciła innemu prawnikowi z Quito aby się nami zaopiekował. W przeciwnym razie ile by to wszystko trwało, Bóg raczy wiedzieć. Żaden z urzędasów nie miał dla nas czasu. Zlecili zatem przeprowadzenie rozmowy z nami, uwaga….naszemu opiekunowi. Zasadniczo to nie była nawet rozmowa tylko konieczność wypełnienia formularza osobno dla mnie osobno dla Luśki, których porównanie miało świadczyć o tym, że pozostajemy w związku małżeńskim. Jeszcze jedna urzędnicza głupota, mająca chyba tylko na celu potwierdzenie zasadności utrzymania na państwowym garnuszku niezłej rzeszy bezdusznych biurokratów. Po wypełnieniu owych kwestionariuszy musieliśmy je podpisać i tu swoją obecnością zaszczyciła nas przepracowana pani, która miała z nami niby rozmawiać ale jakoś nie bardzo miała na to ochotę. Wszystko to zajęło piętnaście w porywach do dwudziestu minut i byliśmy gotowi do drogi powrotnej. Ponad siedem godzin jazdy w jedną stronę dla dwudziestu minut wątpliwej potrzeby rozmowy. No cóż głupota ma się dobrze na całym świecie.

Krok Godzilly

Niespodziewanie lipiec zdecydował się iść w ślady poprzednich dwóch miesięcy i pogodowo nas nie rozpieszcza. To właśnie w tych sytuacjach doceniamy szczególnie fakt, że nic nie musimy, nigdzie się nie spieszymy a co zaplanowaliśmy dziś możemy zrobić jutro. Niestety i na to nasze credo lipiec rzucił, z sobie tylko znanych powodów, na nas klątwę. Mój robotnik do spraw wszelkich nabawił się jakiegoś przeziębienia, które bez większych oporów sprzedał mnie. Shit happens, jak mówią Amerykanie. I gdy tak powoli rozkładałem się na części pierwsze, zajrzałem na moją skrzynkę poczty elektronicznej. Noż ku..wa. Otrzymaliśmy właśnie wezwanie na rozmowę z urzędem imigracyjnym, na której obecni musimy być oboje, Luśka bowiem ubiega się o stały pobyt jako moja ślubna. To jeszcze byłoby do zniesienia, fakt natomiast, że owa rozmowa miała mieć miejsce w Quito, oddalonym od nas o prawie pięćset kilometrów z lekka podniósł moje ciśnienie. I gdy tak pomstowałem na mój stan zdrowia i tą cholerną rozmowę kogoś musiałem urazić. Nagle, niczym po kroku Godzilly, na zewnątrz dał się słyszeć tępy huk a domem naszym zatrzęsło. Powodem tego nie był jednak niezbyt sympatyczny zwierzaczek z filmów science fiction. Doświadczyliśmy właśnie trzęsienia ziemi. Nie, nic się nie stało ale ten głuchy łomot połączony z ruszającym się domem to przeżycie nienależące do najciekawszych. Zdarzyło się nam to już nie pierwszy raz choć nigdy to nie było na skalę z jaką kojarzą się tego typu ziemskie „igraszki”. W trakcie jednego z nich byłem akurat w domu sam. Oglądając film nagle poczułem jak ktoś lub coś stara się podnieść mój fotel, razem ze mną, do góry. Nie jestem zbyt przesądny ale w takich momentach, nie wiedząc co się dzieje, włosy na głowie same się jeżą. W przeciwieństwie do ostatniego trzęsienia ziemi to moje fotelowe nie było poprzedzone żadnym hałasem. Wszystko trwa parę sekund w zależności od odległości od epicentrum. Chociaż mieszkamy z dala od głównych ekwadorskich punktów narażonych na to zjawisko, to ze względu na rozmiar państwa jak już trzęsie to niemal całym Ekwadorem. Mam wiele szacunku do matki natury, stąd moja wiara, że ona wie co robi pozostaje niezmienna. Kiedyś tam i tak czeka mnie intergalaktyczna podróż do innego wymiaru. Spieszyć mi się specjalnie nie spieszy ale to rownież nie ode mnie zależy. Póki co ten tępy, głuchy i bezbarwny łomot zapadł w moją podświadomość a dla swojego lepszego samopoczucia postanowiłem go nazwać krokiem Godzilly.

Que buskaba, que le damos?


Que buscaba, que le damos słychać na każdym kroku. Tak właściciele straganów zachęcają kupujących do zatrzymania się przy ich stanowisku. Ferria Libre, którą można by porównać do naszych hal targowych, tętni życiem do wczesnego rana dotąd dopóki nie zajdzie słońce. Kupić tu można wszystko a i sprzedać też jeśli ma się coś na zbyciu. Handlują hurtem i po cenach detalicznych a im więcej kupisz tym cena jest bardziej atrakcyjna. To zapewne specyfika każdego takiego miejsca. Tu nie można kupować u pierwszego handlarza, u niego cena najczęściej jest najwyższa. Trzeba wejść głębiej w to miejsce by zorientować się, że można za to coś co mieliśmy już kupić, zapłać mniej. Czego szukasz i co podać będzie się odbijać od naszych uszów wielokrotnie bo każdy ma coś do zaoferowania i chciałby to sprzedać. Nie sposób obejść to targowisko w całości a i powodów nigdy do uczynienia tego nie mam. Wiem co chce kupić i na ogół są to owoce i warzywa. Ostatnio odwiedzamy rownież i stoiska z owocami morza bo i tych jest tu dość sporo. Najczęstsza cena wyjściowa to jeden dolar, niemal wszystko się od niego zaczyna. Kwestia tylko ile za niego można kupić. To po części zależy od pory roku i tego co jest aktualnie zbierane na polach czy z drzew. W porze zborów pomarańczy za pojedynczego zielonego można ich kupić nawet czterdzieści lub trzydzieści mandarynek. Avocado od trzech do pięciu bo większość tego typu towarów upłynnia się na sztuki a nie na wagę. Ananasy, kokosy, granaty, tutejsze jabłka, gruszki, truskawki, melony to stoiskowy standard. Są oczywiście i inne przysmaki ichniejsze, póki co wszystkiego jeszcze się nie nauczyłem i do nowinek podchodzę trochę z umiarkowanym optymizmem. Owoce mieszają się z warzywami, a za nimi stragany mięsne, nabiałowe, ciuchy, buty, zwierzęta domowe. Pomiędzy tym wszystkim papierosy, pieczywo, papier toaletowy, zioła, przyprawy, słodycze, elektronika, ktoś dorabia klucze, filmy i muzyka nielegalnie ściągnięta z internetu i Bóg jedyny raczy wiedzieć co jeszcze. Gdybym miał to do czegoś porównać to najbardziej przypomina mi to peerelowskie wtorkowo-piątkowe targowiska, bo te dzisiejsze nie mają już tego uroku.

Que buskaba joven? No i jak tu się nie zatrzymać kiedy ktoś nazywa cię młodzieńcem? Młody nie jestem i nie wiem czego szukam, ot po prostu lubię to miejsce. Skąd jesteś? Polonia. I tu się zaczyna lista nazwisk, którą rozpoczyna papież, przez paru piłkarzy aż do pogromcy PRL-u. Dobrze, że wiedzą o nas chociaż tyle i aż tyle.

Żyj po swojemu

Mówią mi ludzie

Że w psa mego budzie

Zachodzą niecności

Gdy suka w nim gości

Często więc słyszę

„Zakłóca mi ciszę

To psie ujadanie

Moj drogi panie”

Są też i tacy

Moi rodacy,

Którym przeszkadza,

Że pies mój zdradza

Każdą kochankę

I już nad rankiem

Wygląda nowej

Na wszystko gotowej

I jak wytłumaczyć

Co zew krwi znaczy

Tym co się brzydzą

I nim się wstydzą?

Co jest ciekawe

Najwięcej w tej sprawie

Się wypowiadają

Ci co nie mają

Ani rodziny,

Ani chłopaka, ani dziewczyny

Swe żądze hamując

Często chorują

Z nadmiaru cnoty

W szpony głupoty

Wpadają zatem

Wierzgając batem

Morały prawią

Swą czystość sławiąc

Lecz to jest bzdura

Bo matka natura

Się nie wstydziła

Gdy nas tworzyła

Czy człowiek, czy zwierze

Mocno w to wierzę

Rozum swój dostał

By w zgodzie pozostał

Z natury prawami

Oceńcie to sami.

Stąd bliska mi rada,

Z którą się zgadzam

„Żyj po swojemu

I daj żyć drugiemu”