Deszcz, droga i rzeka

Maj to miesiąc, którego w Ekwadorze nie lubię i chyba go tutaj lubić nie będę. I pomyśleć, że miesiąc ten gdzieś tam skąd pochodzę uchodzi za czas kiedy wszystko wraca powoli do życia po zimie. Półkula północna ukradła mi słońce, zostawiajac zachmurzone niebo, które niemal każdego dnia ktoś tam na górze otwiera wylewając na nas wiadra deszczu. Z naturą nie można się porozumieć, robi co chce nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Deszcz jest potrzebny ale w nadmiarze więcej powoduje szkody niż przynosi pożytku. Na przykład na mojej drodze do cywilizacji, którą przemierzam dwa razy w tygodniu. Przyzwyczaiłem się do niej i praktycznie mój zegar tygodniowy kręci się wokół tych „spacerów”, które dają mi możliwość cofnięcia się w czasie. Dawno temu rodzice zostawiali nas u swoich rodziców, gdzieś tam równie daleko od cywilizacji a warunki jakie tam miałem jako żywo przypominają mi moją obecną trasę do miasta. To właśnie maj doprowadził, że owe „camino” jak go tutaj nazywają zmieniło się w gąbczasty grunt, który nie jest w stanie przyjąć więcej wody. I pomyśleć, że gdzieś tam w świecie panuje susza i ludzie modlą się chociaż o pare kropli deszczu. Z naturą nie ma jednak porozumienia. Akceptuje więc jej wybryki i nie zamierzam rezygnować z moich wypraw. Lubię tą drogę pomimo spłukanych nadmiarem opadów kamieni z niej wystających i szczerzących swe kanciaste zęby. Lubię ją na przekór kałużom wody, które powodują, że moje obuwie na jej końcu często wymaga przeczyszczenia go z brunatnej mazi, zwanej błotem. Nic nie szkodzi, bo koło przystanku rośnie sporo trawy, która na ten moment zastępuje mi szczotkę do butów. Lubię ten pięciokilometrowy odcinek za ciszę, za spokój przerywany jedynie gniewnym pomrukiem rzeki, która gdzieś tam wije się poniżej. A gdy wracam z mojego wypadu do miasta i gdy wreszcie dopadam domu po pot wyciskającej wspinaczce, padam na na fotel na moim patio. Zamykam oczy wsłuchując się w kojący szum rzeki, która przetacza swe wody gdzieś niedaleko. I chociaż o dach uderzają krople deszczu, już mi to nie przeszkadza.

Reklamy

Na tapczanie siedzi……

Na tapczanie siedzi Krycha

Nic nie robi tylko wzdycha

Nienawidzi wszystkich ludzi

Lecz to wcale jej nie smuci

Tylko w sobie widzi ideała

Cała reszta to jest chała

Gdzie nie spojrzy widzi zdradę

Więc obrzuca innych jadem,

Który w swym żołądku zgromadziła

Gdy gorliwie się modliła.

A ma mazi tej w nadmiarze

Jak partyjni jej włodarze

Z nimi może nawet się dogadać

Razem chodzą się spowiadać

Choć nie grzeszą aż tak wiele

Chodzą przecież na mszę co niedziele

Czasem nawet w dni powszednie

Przy nich, innych wiara blednie

Wspólnie teraz dobro czynić pragną

Więc piętnują tych co kradną

Pod warunkiem, że to nie ich ludzie

Ci za pracę w wielkim trudzie

Są tak marnie nagradzani,

Że aż trudno jest ich ganić

Walczą zatem tylko z tymi,

Którzy chcą mieć więcej, będąc leniwymi

Jak na przykład ci lekarze rezydenci

Miast pracować bardziej są zajęci

Jak tu więcej zgarnąć kasy

Co za chamstwo i brak klasy

Gdyby z rządu przykład wzięli

To od dawna by wiedzieli

Że istnieją takie miejsca pracy

Gdzie zamiast pieniędzy, ważniejsi rodacy

A nagrody od premiera to skromny dodatek

Bo to z innej kasy przecież jest wydatek.

Uświadamia zatem wszystkich Krycha,

Że lewactwo i ta jego pycha

Dobrej zmianie stoi na przeszkodzie

Propagując zło w narodzie

A choroba gender, obrzydliwa

W macierzyństwie jest szkodliwa

Krycha nasza wielka matka Polka

Nienawidzi rownież nijakiego Bolka

Sama nawet nie wie za co

Lecz jej właśnie za to płacą

WOŚP i Woodstock to zbrodniarze

Prześladować więc ich karze

Na tapczanie siedzi Krycha

Ledwie zipie, wciąż oddycha

Tak lewactwo ją zmęczyło

I to gender udręczyło,

Że już tylko jej nienawiść pozostała,

Z której zna ją Polska cała.

W maju jak w listopadzie.

Tym, którzy planują odwiedzenie Ekwadoru kiedyś tam w przyszłości, zdecydowanie odradzam na taki wypad maj i miesiące letnie. Maj to niestety pora deszczowa w tej szerokości geograficznej. Pada niemal codziennie i nie sposób przewidzieć czy będzie padało czy nie. Zachmurzony początek dnia o niczym nie świadczy. Może padać, może się jednak przejaśniać i dzień może być całkiem przyjemny. Podobnie sprawy się mają z pogodnym początkiem dnia. Często zatem bywa, że ranek nie wyglada zachwycająco jednak z biegiem dnia rozpogodzi się i będzie przyjemnie i podobnie rzecz się ma ze słonecznym rankiem, który po kilku godzinach może przeistoczyć się w pochmurny dzień. W obu jednak przypadkach niemal w dziewięćdziesięciu procentach każdego dnia coś tam nam spadnie mokrego na głowy. Nie tak dawno odkładałem swoją planowaną wizytę do Cuenki przez niemal dwie godziny obserwując niebo z ponurą miną. To mżyło, to znowu padało zniechęcając mnie do wystawienia nosa z domu. W końcu jednak przestało i nawet wydawało się, że się przejaśniło. Nie czekając zatem ani chwili zebrałem się tak szybko jak to możliwe i wyruszyłem na trasę. Miałem racje, pogoda chociaż nie była zachęcająca, to jednak przestało padać i dotarłem do miasta bez większych przygód pogodowych. Aura w maju jednak charakteryzuje się tym, że zmienia się bardzo szybko i to co jeszcze było pięć minut temu miłe, teraz jest mokre i uciążliwe. To samo przydarzyło się rownież i mnie. Już po dotarciu do miasta niebo dało mi do zrozumienia, że powrót do domu nie będzie już tak prosty. O ile w Cuence jeszcze mżawka była do zniesienia, o tyle już na mojej drodze do domu ktoś tam na górze otworzył niebo chcąc mi umilić drogę powrotną do maksimum. Nie pomogły kurtka przeciwdeszczowa i parasol, zmogłem do suchej nitki z majtkami włącznie. W takich momentach żal mi naszego ciepłego maja. Jak to mówią coś za coś ja tu nie mam zimy a maj to tylko,trzydzieści jeden dni, które prawie już mam za sobą. Co prawda czeka nas teraz czerwiec, lipiec i sierpień, które są najchłodniejszymi miesiącami w tej strefie, słońca jednak w ciągu dnia nie powinno zabraknąć a jedynie noce mogą być wyjątkowo chłodne. Mokry maj, chociaż niewątpliwe uciążliwy i depresyjny to jednak nawet jeśli się zmoknie tak jak ja, to temperatura na zewnątrz jest na tyle wysoka, że nie odczuwa się przemarznięcia tak jak to ma miejsce w naszym listopadzie, gdzie zmoknięcie przy paru stopniach powyżej zera może skończyć się mocnym przeziębieniem. Na nie polecam witaminę C. Ja po dotarciu do domu łyknąłem pięć tysięcy jednostek, tak zapobiegawczo. Nie wiem na ile to pomogło ale nazajutrz byłem w całkiem niezłej formie. Deszczu jednak nie polubiłem i czekam na koniec maja z niecierpliwoscią.

Kocie perypetie

Nasz ekwadorski sąsiad rodem ze Słowacji po odbębnieniu dwóch lat w trakcie, których nie mógł opuści kraju na więcej niż trzy miesiące, czując się tutaj odrobinę samotnym, zdecydował się na dłuższy pobyt w kraju swego urodzenia. Zanim jednak do tego doszło, aby zapewnić sobie towarzystwo jakiejś żywej istoty, zafundował sobie dwa małe koty. Wtedy jeszcze nie wiedział, że były to kocice. Gdy dorosły prawda wyszła wreszcie na jaw. W naszej okolicy jednak kot to ewenement, większość mieszkańców preferuje bowiem psy. Nie miał zatem nasz Słowak obaw większych o cnotliwości swoich wychowanek. Co prawda dokuczały mu okresy w czasie, których kotki szukały chętnego na ich wdzięki miaucząc w niebogłosy. Chętnego jednak brakowało bo i niby skąd miałby się wziąć. Pewny swego zostawił więc pannice samotne, a nam zlecił ich dokarmianie, wcześniej przygotowując wystarczającą ilość karmy na okres jego nieobecności. Dwie panienki na wydaniu zostały zatem same na gospodarstwie. Jedna czarna z długowłosym futrem, druga typowa szara jak to zwykle bywa kot. Czarna to typowa domatorka, na ogół była w domu lub koło niego za każdym razem kiedy składem im „żywnościową” wizytę. W przeciwieństwa do szarej, która zdecydowanie przedkładała zwiedzanie okolic nad siedzenie w domu. I tak w ciszy i spokoju minął okres nieobecności ich pana. Milan przedłużył swoją nieobecność do dziewięciu miesięcy, kiedy wiec wrócił bez specjalnego żalu przekazałem mu obowiązki opiekuna kotów. Jakoś po trzech dniach jedna z kotek zaczęła znikać z domu. Zaniepokojony Słowak zdecydował się ja śledzić, ot tak na wszelki wypadek. Ku jego zdziwieniu owa pannica właśnie się okociła. Sześć małych gamoni zafundowała gospodarzowi na jego powitanie. Co ciekawe, nie była to ta, która zwiedzała okolice lecz czarna domatorka. Cóż było robić, Milan został kocim dziadkiem z sześcioma wnukami. Mnie zdziwił, przede wszystkim fakt, że to ta kręcąca się koło domu została mamą. Gdy się jednak nad tym zastanowić widocznie brak jej było doświadczenia, którego szara pewnie miała trochę więcej. Słowak też dostał nauczkę bo choć w okolicy niby kocurów brak to jak panna zechce to jednego zawsze znajdzie.

Hiszpański syndrom.

Jako fanatyka sportu napawa mnie obrzydzeniem gdy sędziowie mają niewątpliwy wpływ na wynik zawodów. Właśnie dobiegło końca spotkanie Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem i Realem. Nie pojmuje co się dzieje z arbitrami, często najwyższej klasy, na terenie Hiszpanii. Już w ubiegłym roku mecz pomiędzy Barceloną i PSG zakończony dyskusyjnym zwycięstwem Katalończyków pozostawił po sobie wielki niesmak. Tydzień pózniej z łagodności arbitra skorzystał Real. Nie inaczej sprawy mają się w tym roku. W poprzedniej rundzie bałwan z gwizdkiem w ostatniej minucie dopatrzył się karnego dla Realu. Jeśli nawet doszło do złamania przepisów i niedozwolonego kontaktu to biorąc pod uwagę dramaturgię meczu i fakt, że to była jego końcówka, za to konkretne przewinie odgwizdanie rzutu karnego było nie tylko głupią decyzją ale rownież wypatrzyło wynik meczu. Kretyńska decyzja sprawiła, że zawodniczy Juventusu i jego kibice mieli prawo czuć się oszukani. A jak było dzisiaj? Wszyscy chyba widzieli. Marcelo zagrywa ręka w polu karnym i nic. Ramos powala Lewandowskiego rownież w polu karnym i nic. Tutejsi komentatorzy, którzy zdecydowanie faworyzują kluby hiszpańskie, oglądając powtórki owych zagrań sami przyznawali, że w obu sytuacjach należał się Bawarczykom rzut karny. Nic z tego, sędzia chwilowo oślepł. Zastanawia mnie po co wprowadza się system VAR, wokół którego jest tyle szumu jeśli cymbał odmawia jego użycia. Nie jestem specjalnym fanem Bayernu i prawdę mówiąc drużyna, która popełnia tak karygodne błędy dając w prezencie dwie bramki zespołowi kalibru Real Madryt, pewnie nie zasługuje aby awansować dalej. Niezależnie od tego sposób w jaki Real przeszedł dalej powoduje u mnie odruch wymiotny. Po co grać te mecze? Może lepiej już na samym początku ustalić, że Real ma wygrać całe rozgrywki i święto lasu. Drużyna z Madrytu po raz trzeci z rzędu zameldowała się w finale rozgrywek Ligi Mistrzów. Jest to niewątpliwy sukces. Szkoda jednak, że zarówno w ubiegłym jak i w tym roku sposób w jaki tam dotarli nie ma nic wspólnego z fair play i w pełni zasłużonymi zwycięstwami.