A u mnie gorąco.

Podejmując decyzje o opuszczeniu kraju o najlepszej demokracji na świecie kierowaliśmy się wieloma względami. Najważniejszym czynnikiem był niewątpliwie ten dotyczący spraw materialno-finansowych. Stąd przez moment zastanawialiśmy się nad powrotem na ziemie ojczyste. W tym jednak przypadku korzyści w porównaniu z przeprowadzką do Ameryki Południowej okazały się marne bo praktycznie poza znajomością języka, żadne. Powiedzmy sobie, że gdyby Polska leżała na równiku to może, może pod warunkiem, że pewien Jarosław nie byłby politykiem, bralibyśmy ewentualność powrotu pod uwagę. Trochę pamietam zimę z 1979 roku i na samo wspomnienie wzdrygam się niemiłosiernie. Chęć ucieczki przed mrozami i śniegiem, chłodem i wszystkim tym co się kojarzy z zimnem też była jednym z powodów, dla którego chcieliśmy umieścić siebie tam gdzie z tym nie będziemy mieli problemów. Afryki nie braliśmy zbytnio pod uwagę bo chyba łatwiej nam jest zginąć w tłumie Indian niż jak to się teraz mówi Afrykanów. Na Ekwador padło trochę przypadkowo ale z perspektywy czasu sądzę, że wybór był najlepszy z możliwych. Mógłbym jeszcze myślec o Peru i Cusco bo państwo to zrobiło na mnie dobre wrażenie a Cusco bardzo przypomina Cuencę z tym, że więcej tam historii i czuć mocny sentyment do Inków, co muszę przyznać bardzo mi się podobało. Ekwador to zapewne nie Brazylia czy Argentyna, dwa najbardziej rozpoznanwalne państwa na kontynencie południowoamerykańskim, to jednak stanowi, dla mnie oczywiście, na jego korzyść, bo jestem tutaj an uboczu tej wielkiej polityki, która bardziej szkodzi niż przynosi korzyści. Siedzę sobie zatem spokojnie na moim słonecznym patio rozmyślając na rożne tematy, niż ogół mało ważne, z dala od cywilizacji i jej problemów. Od czasu do czasu złapie kompa, szybki skok na internetowe strony pozwala mi być na bieżąco z sytuacją na świecie. A tam, słodki zbawicielu, tylko mnie brakuje…Właśnie przeczytałem o fali mrozów jaka nawiedziła moją ukochaną ojczyznę i przypomniało mi się zdanie byłej pani wicepremier „Sorry taki mamy klimat”. W mojej strefie klimatycznej dzisiaj, czyli ostatni dzień lutego mamy trzydzieści gradusów powyżej zera, tyle samo w kraju nad Wisłą z tym, że poniżej. Brrr, można na sama myśl nawet i tutaj zamarznąć. Chyba jednak dobrze, że krajem rządzi pan Jarosław, on umie podnieść temperaturę. To miał być żart.

Reklamy

O konfliktach słów parę.

Podczas mojego pobytu w Polsce w ubiegłym roku przeczytałem na Wirtualnej Polsce tekst dotyczący konfliktu pomiędzy Lewandowskim i Błaszczykowskim. Chciałem go wykorzystać już dawno na swoim blogu i właśnie dzisiaj nadarzyła się okazja. Bayern gra dzisiaj swój mecz w Lidze Mistrzów i chociaż nie ma to nic wspólnego z animozjami pomiędzy naszymi zawodnikami to pewnie cała piłkarska Polska będzie patrzyć na poczynania kapitana naszej drużyny narodowej. Dodatkowym motywem to wyciagnięcia tego opowiadania stała się rownież coraz gorsza sytuacja na rynku naszej tak zwanej polityki. Oto tekst:

„W dniu wygranego meczu z Czarnogórą, media obiegło zdjęcie Roberta Lewandowskiego z chłopcem na wózku inwalidzkim, po raz kolejny okazało się, że piłkarz ma ogromną klasę. Dzięki swojej postawie spełnił marzenie małego Franka, który choruje na rzadką, przeponową postać rdzeniowego zaniku mięśni – SMARD1. Dziecko napisało list do gwiazdora Bayernu Monachium, w którym prosiło go o możliwość spotkania. „Lewy” bez wahania się zgodził.

Piękna historia ma jednak drugie oblicze, poza sportowe, przypominające o konflikcie między Błaszczykowskim a Lewandowskim. Jak udało się nam dowiedzieć, chłopak podczas robienia pamiątkowych zdjęć ze swoim idolem, zapytał go, czy będzie miał możliwość spotkania z „Kubą”. Podobno Robert nie krył złości i szybko zmienił temat. Początek ich znajomości był niezwykły. Kiedy Robert podpisał kontrakt z Borussią, Błaszczykowski był już wschodzą gwiazdą Bundesligi. W tym samym czasie kontrakt z klubem podpisał również Łukasz Piszczek. Tak narodził się słynny „polski trójkąt dortmundzki”. Kuba od początku wspierał swoich młodszych kolegów. W szczególności zaopiekował się „Lewym”, który nie znał niemieckiego i miał problemy z odnalezieniem się w nowej sytuacji. Wydawało się, że przyjaźń przetrwa wszystko. Kiedy Robert zaczął wyrastać na największą gwiazdę ligi niemieckiej, pojawiły się pierwsze tarcia. Lewandowski szybko zapomniał o tym, jak Kuba wprowadzał go do drużyny i pomagał mu zaklimatyzować się w Niemczech. Kiedy Lewy poczuł, że jest czołową postacią drużyny, coraz częściej dochodziło do konfliktowych sytuacji. Pierwszy poważny konflikt między piłkarzami pojawił się przed Euro 2012. To właśnie wtedy po towarzyskim meczu z reprezentacją Litwy kilku polskich zawodników zostało przyłapanych w hotelowych pokojach na zabawie z dziewczynami do towarzystwa. Rada drużyny zarządziła bojkot mediów i wszyscy piłkarze mieli zakaz udzielania wywiadów. Jedyną osobą, która zignorowała ustalenia, był Lewandowski, który miał już umówiony wywiad. Dodatkowo uważał, że wojna z mediami nie ma sensu. Wielokrotnie dzwonił do Błaszczykowskiego, który był wówczas kapitanem kadry, i prosił o pozwolenie na rozmowę z „Gazetą wyborczą”. Kuba był podobno bardzo zirytowany postawą młodszego kolegi. Błaszczykowski nie ukrywał, że przyjaźń z Lewandowskim jest tylko miłym wspomnieniem.

– Przecież w żadnej pracy nie jest tak, że wszyscy lubią się ze wszystkimi. Ludzie mają różne charaktery, przyzwyczajenia, spojrzenie na świat, ważne, żeby nie przesłaniało to wspólnego celu – mówił w rozmowie z „Newsweekiem”.

Jednak największy cios Błaszczykowski otrzymał w 2014 r., kiedy podczas leczenia rozległej kontuzji stracił opaskę kapitana reprezentacji. Adam Nawałka zadecydował, że nowym kapitanem zostanie… Robert Lewandowski. Selekcjoner tłumaczył wówczas, że „Lewy” ma wielką osobność i potrafi zmierzyć się z ciężarem gry i odpowiedzialności za cały zespół. Niefortunnie Nawałka przyczynił się do pogłębienia konfliktu swoich czołowych zawodników.

– Zabolało mnie to. (…) Nie mamy ze sobą jakiegoś super kontaktu i to nie jest tajemnica. Ale to nie przeszkadza w tym, żebyśmy dobrze wykonywali swoją pracę na boisku – powiedział Błaszczykowski w programie „Tomasz Lis na żywo”. Mimo prywatnego konfliktu zawodnicy na boisku zawsze byli profesjonalistami, którzy dla dobra drużyny i zwycięskich wyników potrafią zapomnieć o wzajemnych animozjach. Dodatkowo Lewandowski potrafi pokazać klasę. Kiedy Błaszczykowski wrócił do kadry po kontuzji w meczu z Gruzją w 2015 r. wszyscy zastanawiali się, jak poradzi sobie pod wodzą nowego kapitana. Kiedy „Kuba” asystował przy bramce na 3:0 Roberta Lewandowskiego, zawodnicy wpadli sobie w ramiona. Również w meczu z Gobraltarem „Lewy” zrezygnował z wykonywania rzutu karnego na rzecz Błaszczykowskiego. Choć dziś piłkarze wciąż za sobą nie przepadają, dobro reprezentacji stawiają ponad wszystko”.

 Gdyby porównać obie postacie do tego co się dzieje w naszym kraju to Robert sprawia wrażenie kogoś podobnego to przedstawicieli rządzącej partii, z zachowaniem oczywiście pewnych proporcji. Pewny siebie, nawet trochę narcystycznie zapatrzony w swoje osiągnięcia nie bardzo liczący się ze zdaniem swoich adwersarzy. Ma pewnie więcej swoich fanatyków niż znajdujący się u progu końca swojej kariery Jakub Błaszczykowski. Ten przypomina mi trochę naszą opozycję. Zmarginalizowany przez trenera kadry, odsunięty od „władzy” wciąż walczy o swoje ja. Przy czym nie robi tego w tak bezsensowny sposób jak śmieszne partie opozycyjne, lecz swoją postawą na boisku. W tym konflikcie ja jestem po stronie Błaszczykowskiego bo jest skromniejszy i to do mnie przemawia. Nie to jednak jest najważniejsze. Oglądając mecze naszej kadry, nawet wiedząc o obopólnej niechęci, nie da się jej zauważyć na boisku. Reprezentacja jest dla nich najważniejsza, inne rzeczy nie mają znaczenia. Czy nasi jajogłowi politycy nie mogliby wziąć przykładu z tych dwóch zawodników i wreszcie postawić na Polskę i zrezygnować ze swoich rozbuchanych ego? Żygać się chce gdyż czytam tych bałwanów przekrzykujących się nawzajem i obrzucających się obelgami. Niestrawni, zapatrzeni w siebie już nie tylko siebie kompromitują ale i nas wszystkich. I tak się zastanawiam, co się musi stać abyśmy wreszcie otworzyli oczy?

Co to takiego.

W ostatnim czasie paru moich znajomych obchodziło swoje urodziny bądź imieniny. Każdy spieszył się ze złożeniem stosownych życzeń. Słownictwo w tym zakresie mamy dość utrwalone a najczęstszym sformułowanie okazuje się być „wszystkiego najlepszego”. Postanowiłem to jakoś zdefiniować. Oto co mi wyszło:

Co to takiego

Wszystkiego najlepszego?

I już donoszę.

To ciepłe bambosze,

To miłość żony

I bycie spełnionym,

To męża kochanie

I bycie w stanie

Liczyć na niego

W przypływie złego,

To uśmiech na twarzy

Co się kojarzy

Z udanym życiem,

To sobą bycie,

To trochę nadwagi

By dodać powagi

Samemu sobie

W potrzeby dobie,

To marzeń spełnienie

I zdrowia tchnienie,

To w domu spokój

I wokół nas pokój,

To dzieci zdrowe

Gdy trzeba gotowe

Przyjść nam z pomocą

Za dnia lub nocą,

To radość z poranka

Co niczym kochanka

Ze snu nas budzi,

To dzień co nie trudzi

Choć pracy jest pełen,

To być przyjacielem

I pośród nich tkwienie

Gdy się zmartwienie

Gdzieś tam pojawia,

To ogień co sprawia

Że chcemy więcej

I to czym prędzej

Od życia dostać,

To troskom sprostać

Zanim urosną,

To kwiaty co rosną

I pachną na łące,

To lato gorące

I zima łagodna,

To myśl swobodna

Co nas kształtuje

I wiarę buduje,

To ciepło z kominka

I ślad co szminka

Na twarzy maluje

Gdy ona całuje,

To dobra wódka

Gdy szara i krótka

Jest pora zimowa

I na tym ma mowa

Dobiegła końca

I tylko słońca

Wam jeszcze życzę

I na to liczę

Że nie pominąłem niczego

Wszystkiego najlepszego

Klaun z gitarą.

„A wszystko te czarne oczy” wypaliłem z grubej rury a raczej z samego dna moich płuc, podpierając się przy tym szarpaniem wszystkich strun pożyczonej od sąsiadów gitary. Jeszcze w ubiegłym roku miałem nadzieje nauczyć się grać na tym instrumencie. Może to lekka przesada, miałem bowiem zamiar opanować przynajmniej jedną piosenkę. Wyginałem zatem moje paluchy próbując posiąść chociaż parę akordów. I nie szło mi nawet najgorzej. Poradziłem sobie z ćwiczeniami mojej ręki, ku swemu zadowoleniu. Jedyne co kazało mi się zastanowić nad swoim talentem i męczyło moją „artystyczną” duszę, to fakt totalnego rozstrojenia instrumentu po każdym moim treningu. Prawdę mówiąc nawet i to nie było najgorsze. Ja po prostu tego nie słyszałem. Dopiero gdy mój nauczyciel pytał mnie „a co to się stało z gitarą” docierało do moich zmysłów, że samo granie i znajomość akordów to jest mało, trzeba mieć jeszcze chociaż odrobine słuchu. U mnie uszy rozmiaru są właściwego lecz to co słyszą na niwie muzycznej już niekoniecznie są zdolne wyłapać. I nie mowię tu o minimalnych uchybieniach lecz o różnicach, które nawet dla muzyka szkoły podstawowej są nie do zaakceptowania. Porzuciłem zatem swoje marzenia o byciu gitarzystą a instrument, na który wciąż spoglądam z zazdrością postawiłem oparty o ścianę. W tym samym pomieszczeniu znajduje się nasz stół do potrzeb wszelkich, od konsumowania posiłków do grania w karty przez siedzenie przy nim w dni chłodne gdy w kominku harcuje ogień. Nasze wieczory z Łucją i Karolem podporządkowaliśmy rywalizacji remi brydżowej. Cześć reguł gry przyjęliśmy od naszych gości, cześć oni zaakceptowali od nas. I tak każdego wieczoru ze zmiennym szczęściem przy odrobinie alkoholu oddawaliśmy się karcianej rozrywce. Rozrywka rozrywką, każdy jednak chciał rownież wygrać lub chociaż pogrążyć aktualnego lidera. Kiedy zatem jednego z naszych wieczorów wreszcie karta się do mnie uśmiechnęła, nie mogłem nie zauważyć minorowych nastrojów moich przeciwników. W każdym z nas przecież jest potrzeba rywalizacji, która u jednych jest większa niż u innych. Powiem szczerze, w tym temacie nasza czwórka niewiele się różniła i bardziej cieszyła nas możliwość bycia razem i wspólnej gry a dopiero potem przychodziła chęć zwycięstwa. Nastroje zatem nigdy nie były minorowe, może bardziej będące wynikiem niedowierzania w „moje umiejętności”. Widząc ten nastrój, rzuciłem kątem oka na gitarę. Już po chwili szarpałem jej strunami wychwalając jej czarne oczy, dokładnie nie wiem czyje. Nie to jednak było najważniejsze, lecz gromki śmiech jaki wydobył się i pojawił na twarzach karcianego grona. Dostało mi się za moje beztalencie lecz ten śmiech utwierdził mnie w przekonaniu, że warto było znęcać się nad instrumentem. Chociaż muzykować zdecydowanie nie będę to chyba mam talent klauna….z gitarą oczywiście.

Chabazie i inne drzewa.

W słoneczne dni najlepiej czuje się na naszym patio. Po wybudowaniu domu jego zdolności użytkowe były minimalne ze względu na wiejący wiatr i dość częste opady. Postanowiliśmy zatem oszklić i zadaszyć to miejsce. Decyzja okazała się ze wszech miar słuszna. Z patia powstała użytkowa szklarnia, której części Luśka nie mogła sobie odmówić aby jej nie zagospodarować na potrzeby grządek kwiatowych. Centralną jego cześć stanowią jednak stół i cztery fotele. To tu na ogół spożywamy nasze posiłki i tu po nich zapadam w stan poposiłkowej drzemki. Do tego celu idealnie zdają egzamin fotele, które dwa zsuwam siedzeniami do siebie co daje efekt łóżkowy, a po znalezieniu wygodnej pozycji oczka same się zamykają i już nic mnie wtedy nie interesuje. Mam w tym względzie całkiem niezłe doświadczenie i tylko od czasu do czasu mój program dnia burzą Luścyne pokrzykiwania zachęcające mnie do bardziej aktywnego wypoczynku czyli udziału w pracach porządkowo-ogrodowych. Dzisiaj na przykład mojej ogrodnicze podpadło drzewo, które rozrosło się w złą stronę i swoimi gałęziami utrudnia i blokuje wzrost jakiegoś innego badyla. Nie, nie źle to określiłem bo badyl posadziła Luśka a drzewo to jakaś okoliczna samosiejka, zatem to ona jest tym badylem a nie odwrotnie. Owa samosiejka nie tylko zakwitła kwiatami ale rownież zaowocowała czymś na kształt mango. Owoce jednak są owinięte zielonym liściem. Narodziło się tego od gradobicia i to jeszcze tak, że wplotło się to wszystko w gałązki drzewka posadzonego przez nas. Trzeba było obciąć nadmiar gałęzi z tego chabazia i to w momencie kiedy w najlepsze zapodałem w swoją relaksującą ucieczkę od rzeczywistości. Słonko, mój sprzymierzeniec w tym względzie, muskało mnie zachęcająco swoimi promykami i jeszcze sekunda i może nawet by mi się coś przyśniło, gdyby nie ten przeklęty chabaź. Wyrwany ze słodkiego lenistwa, wiedziałem już, że zemszczę się na tej samosiejce i wyrwę gada z korzeniami. I pewnie tak by się skończyło, gdybym się nie dowiedział od mojej pani, że owe owoce mają działanie halucynogenne i są wykorzystywane przez szamanów w trakcie rożnych ichnich uroczystości. Podobno nawet działanie tego specyfiku jest silniejsze od ayawaski. I gdy tak piszę tę notkę, przed oczami stanęła mi twarz pewnego Ryszarda z partii rządzącej. Nie, nie będę ryzykował.

Patriots-Eagles czyli Super Bowl po raz 52-gi.

Już za godzinę sympatycy i entuzjaści futbolu amerykańskiego zasiądą przed telewizorami. Oto bowiem przed nami pięćdziesiąta druga edycja finału rozgrywek znana pod nazwą Super Bowl. W tym roku, ku mojemu rozczarowaniu, w finale ponownie wystąpi drużyna Patriotów z Bostonu, której przeciwnikiem będą Orły z Filadelfii. Nie jestem sympatykiem żadnej z tych drużyn bo obie to przeciwnicy drużyn z Nowego Jorku w rozgrywkach zasadniczych. Patrioci dwukrotnie pokonali Jets, natomiast Eagles rownież byli lepsi w obu meczach od drużyny, której sympatyzuje najbardziej czyli Giants. Chociaż oba zespoły nie powodują żadnych emocji we mnie, a jeśli już to tylko negatywne, to dzisiaj zdecydowanie będę trzymał kciuki za drużynę z Filadelfii. Wyjątkowo nie toleruje Patriotów i to nie z powodu ich dominacji nad New York Jets lecz ze względu kontrowersji jakich byli udziałem w poprzednich sezonach. Ich quarterback był podejrzany o specjalne niedopompowanie piłki przed meczem w ramach play off a coach o zainstalowanie podsłuchu przeciwników aby posiąść wiedzę na temat rodzaju ich zagrania co umożliwiło mu lepsze przygotowanie obrony. Czy mi się podoba czy nie, faworytem dzisiejszego finału będzie oczywiście zespół z Bostonu, który dodatkowo jest obrońcą trofeum z ubiegłego sezonu. W ubiegłym roku wygrali dzięki fatalnej końcówce drużyny z Atlanty, która chyba zbyt szybko uwierzyła, że jest już po meczu. Patrioci w ostatniej dekadzie pięciokrotnie zdobywali to najcenniejsze trofeum w futbolu amerykańskim. W finale rozgrywek byli nawet cześciej. Dwukrotnie w ostatnim meczu sezonu zostali pokonani przez Giants z Nowego Jorku. Kiedy to zdarzyło się po raz pierwszy drużyna z Bostonu przestępowała do finału jako niepokonana. Wygrali wówczas wszystkie szesnaście meczów sezonu zasadniczego i oba mecze play off. Moi Giants rzutem na taśmę zakwalifikowali się do rozgrywek posezonowych jako wild card. Gdyby Boston wtedy wygrał finał byłby drugą drużyną w historii rozgrywek, która zakończyła całe rozgrywki niepokonana. Giants jednak wybili im to z głowy, ku mojej wielkiej radości pokonując zadufanych Patriotów po jednym z najlepszych meczów w historii Super Bowl. Mam nadzieje, że nie inaczej będzie dzisiaj i drużyna z Pensylwanii wybije na chwile bostończykom futbol z głowy. Let’s go Eagles.

Między kroplami deszczu.

Odkąd odwiedziliśmy się od naszych znajomych, że planują nas odwiedzić, z niepokojem obserwowaliśmy niebo. Nie to spirytualne lecz to zwiastujące pogodę. Jakoś nie bardzo warunki atmosferyczne przejmowały się naszym niepokojem. Wreszcie nadszedł czas odwiedzin, który miał trwać tydzień. Nic nie wskazywało na powrót słońca na nieboskłon a wręcz przeciwnie wyglądało na to, że będziemy mieli kontynuacje chłodu i deszczu. Gdy zatem nasi znajomi zawitali w nasze progi o trzeciej nad ranem w ubiegłą sobotę w okolicy w najlepsze trwała mżawka będąca przedłużeniem ostatnich deszczowych dni. Takie warunki uniemożliwiały jakiekolwiek planowanie zwiedzania okolicy, toteż miny z Alicją mieliśmy nietęgie. Pomimo zapewnień Karola i Łucji, że nie mają większych oczekiwań, wiedzieliśmy, że nikt nie leci przecież do innego kraju po to aby siedzieć na miejscu i patrzyć w okno. Niech się zatem dzieje wola nieba z takim właśnie nastawieniem kładliśmy się spać po krótkiej powitalnej rozmowie. I stał się się cud, niebiosa usłyszały nasze zawodzenie bo oto już po przebudzeniu nad nami pojawiło się słoneczko po raz pierwszy od paru dni a może nawet tygodni. Aura uległa diametralnej poprawie i jak się okazało pózniej mieliśmy wymarzony tydzień na wszelkiego rodzaju eskapady po terenie. Zgodnie z zapewnieniami Karola to było wynikiem jego układów na górze. Tak czy inaczej niespodziewana zmiana pogody poprawiła wszystkim humory. Chociaż to byli już trzeci znajomi, którzy zawitali w nasze progi, to jednak po raz pierwszy wizyta trwała dłużej i połączony była z noclegami w naszej oazie spokoju. Byliśmy zatem ciekawi jak to zniosą ludzie, którzy jednak na codzień żyją trochę inaczej. Nasze obawy okazały się bezpodstawne, Karol z Łucją szukali odpoczynku i mamy nadzieję, że go znaleźli. Naszej okolicy niewiele można zarzucić jeśli ktoś szuka spokoju i wyciszenia. Nie tęsknimy zbytnio za cywilizacją i mało nas interesują bieżące wydarzenia w świecie zwariowanych polityków. Staramy się być na bieżąco ale nie jest to dla nas najważniejsze. Spędziliśmy zatem z naszymi gośćmi bardzo miły i sympatyczny tydzień na niemal codziennych wyprawach w ciekawe miejsca i codziennych zawodach remibrydżowych. Tu kończyła się moja gościnność bo chęć zwycięstwa brała zawsze górę na konwenansami. Na pociechę z lekko sfrustrowanemu Karolowi postanowiłem podzielić się z nim swoimi umiejętnościami gitarowymi, licząc po cichu na jego „drewniane uszy”. Niestety mój totalny brak talentu muzycznego jest trudno niezauważalny i chyba trzeba być głuchym aby ten fakt przeoczyć. No cóż serdecznych śmiech gości był wystarczającą zapłatą. Wczoraj wizyta dobiegła końca a w nocy spadł deszcz i chociaż dzisiaj znowu mamy słoneczny dzień to wszystko powyższe przytrafiło się między kroplami deszczu.