Naród to jedność

Nie znoszę hałasu

Medialnych głuptasów

Tych, którzy sądzą

Że oni nie błądzą

Choć wczoraj jeszcze

Ich pióra złowieszcze

Wyły jak dzikie

Wpadając w panikę

Że wolność tracą

Lecz jej nie oddadzą

Dziś ją odbierają

I nie dostrzegają

W tym nic złego

Że swoim kolegom

Wściekle złorzeczą

I prawdzie przeczą

Wyzbyci honoru

Bez krztyny humoru

W wodza wpatrzeni

Nic ich nie zmieni

On dla nich światem

Wyrocznią i batem.

Widzą w nim światło

Co nich spadło

Gdy nikt ich nie czytał

Głupotę wytykał.

W jego więc ręce

Swe dusze w podzięce

Oddali do śmierci

Niczym przeklęci

Czyście słyszeli

Jedną w kąpieli

Natchnęła żądza

Dużego…pieniądza

Powstał w jej głowie

Gryps co się zowie

„Za podjudzanie

Będzie karanie”

I sporo w tym racji

Lecz z jej narracji

Jasno wynika,

Że wódz co ma bzika

Złorzeczyć może

Bo światło Boże

Przez niego przemawia

A on je rozsławia.

Bóg na to patrzy

Z troską na twarzy

Bo choć mądrością

I swą wielkością

Jest niedościgniony

Poczuł zgubiony

Się w tym burdelu

Gdzie dojście do celu

Środki uświęca

Do kłamstwa zachęca

Podrapał się w głowę

I rzekł był swym słowem

„Kraju nad Wisłą

Na chwilem przysnął

I z oka was spuścił

A już was opuścił

Rozsądek zdrowy

I złego słowy

Modlitwą się stały?

Wstyd na świat cały”.

Po czym uśmiechnął się szczerze

„Ja wciąż w was wierzę

Mam tu Stefana,

waszego kapłana

Z Karolem Papieżem.

Razem pacierze

Głosimy w niebie

Żeście w potrzebie”.

A gdy spoważniał

W oczy mi zajrzał

Z widoczną troską.

I mową polską

Tak do mnie rzecze:

„Skąd w was człowiecze

Ta niechęć wspólnoty

Z pochwałą głupoty?”

Niech to pytanie

Dla wszystkich się stanie

Korektą wzroku

W bieżącym roku

Bo tam na górze

Nikt nas już dłużej

Zrozumieć nie może

Że w głupim sporze

Uciekło nam sedno

Że naród to jedność

W oczekiwaniu na odwiedziny.

Od momentu naszego wyjazdu z kraju wuja Sama, dwukrotnie odwiedzili nas znajomi. Gdy parę lat temu zjechała do nas Małgorzata nasz dom jeszcze nie bul skończony, zatem mogła tylko odnieść się do okolicy, w której zdecydowaliśmy się osiedlić. Dojazd do nas we wszystkich budzi mieszane uczucia. Jest to niewątpliwie spowodowane jakością drogi, której takie określenie zdecydowanie nie przysługuje. Droga to jedno a miejsce to drugie. Gocha zatem szybko zapomniała o dojeździe i dala się uwieść okolicy ku naszemu zadowoleniu. Wiemy, że jeszcze nas odwiedzi jak się tylko nadąży sposobność. Po raz drugi odwiedzili nas znajomi dwa lata temu, będąc na wakacjach w Ekwadorze. Tym razem droga przysłoniła im wszystkie inne walory. Rozczarowujący dojazd okazał się pastylką nie do przełknięcia. Nie mamy o to żadnych pretensji bo i dla nas jest on dokuczliwy i wywołujący niecenzuralne słowa. Coś za coś, jak mówi popularne powiedzenie, jak kiedyś z naszej „przecinki” zrobią aleje dojazdową to razem z tym faktem zniknie uroda tego miejsca. Nie tęskno nam zatem do alei bo to miejsce to taka nasza ucieczka od cywilizacji. Każdy jest jednak inny. Wkrótce będziemy gościć kolejnych przyjaciół zza wielkiej wody. Spędzą z nami tydzień a zatem ich opinia będzie pewnie najbardziej miarodajna bo nie będzie się ograniczać tylko do oceny miejsca ale rownież naszego sposobu na życie. Oczekujemy zatem ich przyjazdu z niecierpliwością, patrząc jednocześnie z niepokojem na pogodę, która ani myśli się ustabilizować. Teoretycznie jesteśmy w najlepszym okresie do odwiedzenia Ekwadoru. Styczeń i luty zwykle były słoneczne i niemal bezdeszczowe. Nie mam specjalnego zdania na temat zmian klimatycznych na świecie, niemniej jednak zarówno w ubiegłym jak i do tej pory w tym roku aura pod względem opadów i temperatury uległa zmianie na gorsze. Do przyjazdu znajomych niecały tydzień, być może ładna pogód wróci. Póki co cieszymy się na ich przyjazd a reszta…niech się dzieje wola nieba….itd.

Odkupiciele grzechów.

W naszym pięknym kraju powoli, krok po kroku krystalizuje się nowy ruch, który aczkolwiek od dawna był obecny w naszym życiu, ostatnio jednak przebiera formy trudne do zaakceptowania. Na swoje potrzeby nazwałem go „odkupiciele grzechów”. Tworzą go w większości najemnicy ojca dyrektora z jednej strony i prezesa z drugiej. Ludziom tym ubzdurało się, że tylko oni mają patent na prawdę i tylko oni w swojej światłości posiedli prawo do determinowania co jest dobre a co złe. Głoszą zatem te swoje urojenia, pod przykrywką walki z przez nich wymyślonym szatanem, odbierając nam prawo do wszelkiej pomyłki. Głoszenie samo w sobie to oczywiście nic złego, bo każdy powinien mieć prawo do swoich przekonań. Narzucanie ich jednak, wykorzystując swoją władze, innym za pomocą przepisów prawnych jest wkraczaniem w sferę naszej wolności i indywidualnego sumienia. Różnica między dobrem a złem jest zrozumiała dla każdego z nas i zbyteczne jest w tym zakresie uświadamianie kogokolwiek. Konflikt dotyczący kobiecego ciała, co z nim można zrobić a czego nie, przybiera na sile. Eskalują go przede wszystkim właśnie ci, którzy za cel swojego życia postawili sobie odkupienie jawnogrzesznic, które z kolei uważają, że ich ciało to ich sanktuarium i wara obcym od niego. W tej walce o wolność i prawo do decydowania za samego siebie, trudno nie zgodzić się z kobietami, które szukają kompromisu w miejsce bezmyślnych nakazów, które zapewne wyrządzą więcej krzywdy niż przyniosą pozytywnych efektów. Stajemy się krajem fanatyków religijnych, którzy chcą nam narzucić swoisty szariat chrześcijański bez uwzględnienia innej wiary i sposobu myślenia. Z jednej strony chcą ograniczyć edukacje seksualną i dostęp do środków antykoncepcyjnych, z drugiej zmusić do kontynuowania niechcianej ciąży. To jest właśnie najprostsza droga do pokątnych aborcji zagrażających życiu i zdrowiu. Niechciane, kalekie i nieuleczalnie chore dzieci mają się rodzić. Tym jednak, którzy chcieliby mieć potomka, odmawia się in-vitro, bo zgodnie ze sposobem myślenia nowego ministra zdrowia, widać ci ludzie na dziecko nie zasłużyli. Klauzule wiary i sumienia to już niemal taki sam standard w polskim lecznictwie jak kolejki do lekarza. A swoją drogą gdzie są ci podpisujący te wyznania wiary medycy gdy chorzy oczekują latami na swoje operacje czy zabiegi? Podejrzewam, że w tym zamartwianiu się o nasze dusze zapomnieli o swoich. I to bym właśnie chciał polecić ojcu dyrektorowi i gromowładnemu prezesowi oraz ich najemnikom: zostawcie nasze dusze i sumienia w spokoju, zacznijcie wreszcie martwić się o swoje.

Bajka o Jenerale.

Jenerał Antoni wciąż nie wierzy

Że odebrali mu jego żołnierzy

A on rozróżniał już stopnie wojskowe

I wszystko poukładane miał w głowie

Na Moskwę plan ataku już opracował

Do czego swoich generałów mianował

Samych biegłych w swoim rzemiośle

I nic nie szkodzi, że pomylili konia z osłem,

Skoro w ministrze pegaza się dopatrzyli

Co to nad losem kraju swego się pochylił

On wreszcie porządek w wojsku zaprowadził

I armie do boju niemal poprowadził

Już z Misiewiczem był prawie na Krymie

Lecz ten w dyskotekowym dymie

Zdradził jenerała wojenne plany

Bo zdarzyło mu się być ciut najaranym

Musiał więc minister zmienić taktykę

Czym wdał się w dziką polemikę

Z innym obrońcą naszego kraju

A że i ten jest na permanentnym haju

To i obaj skoczyli sobie do oczu

Żeby pokazać, że mają jaja w kroczu

Przy tym obaj tak się nastroszyli,

Że niektórzy już nawet uwierzyli

Że tu o dobro naszej armii chodzi

Którą to jenerał samodzielnie spłodził.

Wygrał ten co żyrandola strzeże

Bo jego podpis na rządowym papierze

Dla pewnego prezesa był bardzo ważny

I tak jenerał będąc nierozważnym

Stracił tekę oraz swoje stanowisko

I z ministerstwa trafił na śmietnisko

Teraz wreszcie rozwiąże smoleńską zagadkę

Bo i na tym polu miał za wpadką wpadkę

Taka już jest jego partii uroda,

Że na najaranych nastała w niej moda.

Hasła bez pokrycia

Scena pierwsza:

Dwóch bandytów rozmawia miedzy sobą. „To archiwum ma taką siłę rażenia, że…”. Na to drugi: „ czy w tym kraju są jeszcze jacyś przyzwoici ludzie?”. W odpowiedzi słyszy: „polityka i przyzwoitość to dwie rzeczy, które nie chodzą w parze”

Scena druga:

Dwóch pracowników służb przestrzegania prawa rozmawia w samochodzie.

„Zostało juz tylko jedno słowo, w które jeszcze wierze – sprawiedliwość” rzecze pierwszy. „Jest jeszcze jedno słowo, które dla mnie coś znaczy-mówi drugi- prawo”.

To dialogi z trzeciego sezonu „Ekstradycji”, którą nie tak dawno obejrzałem sobie ponownie. Poprzednio miałem tylko trzeci sezon, który bez poprzednich dwóch nie dawał szans zrozumienia całej intrygi. Mam już całość. Serial powstał w latach 1994-1996. Czasy chyba najbardziej dzikiej walki o władze i wpływy. Po ponad dwudziestu latach niewiele uległo zmianie. Pojawiły się niby nowe partie ale to tylko fasady, za którymi działają ci sami „przyzwoici” ludzie, którzy dzisiaj walkę o władze i wpływy toczą z jeszcze większą zawiścią, bezwzględnością i brutalnością. Co gorsza pluralizm poglądów pragnie zastąpić jedynie słuszną ideologią. Przyzwoitość, prawo i sprawiedliwość zastąpiły słowa buta, chciwość, nietolerancja, kłamstwo i hipokryzja. Panoszą się te nowe atrybuty władzy na każdym jej szczeblu. I chociaż piszę o Polsce to tendencja ta nie ogranicza się tylko do naszego kraju. Tak się dzieje i w Stanach, i w Ekwadorze. Celem tej walki juz dawno przestało być dobro danego kraju a stała ochrona własnego partykularnego interesu i wpływów. Następca bowiem może pozbawić tego wszystkiego tych co przegrali. Czy wcześniej czy pózniej i w naszym kraju nastąpi rozliczenie kaczyzmu a kościół będzie musiał krytycznie spojrzeć na rydzykizm. Kult jednostki nie ma racji bytu w krajach demokratycznych. Kaczystowska ideologia wzoruje się na systemach totalitarnych zastępując je jedynie nazewnictwem i wyssanymi z palca swoimi bohaterami. Póki co masy na to pozwalają, zadowalając się resztkami z pańskiego stołu. Masy zawsze jest łatwo kupić i nimi sterować używając retoryki o niesprawiedliwości dziejowej i społecznej. Rozumie to kaczystowski główny ideolog umiejętnie wplatając w swoje wystąpienia elementy wiary. Pomaga mu w tym toruński wyznawca pieniądza, umiejętnie wykorzystując siłę wiary w narodzie i ludzki strach przed potępieniem. Bóg w wydaniu miłosiernym nie sprawdza się na potrzeby dzisiejszych rządzących. Wolą go w wydaniu bezwzględnego sędziego, którego należy się bać miast sławić jego dobroć. Ślepa wiara to zła wiara o czym zaczynają mowić co bardziej odważni księża. Ile czasu musi upłynąć aby ślepe masy to zrozumiały? Nie mam na to pytanie odpowiedzi.

Kontynuacja sceny drugiej: „znam jeszcze jedno słowo, które jest chyba najważniejsze – przyjaźń”.

Prawo, sprawiedliwość, przyzwoitość to dzisiaj hasła bez pokrycia. Została nam tak naprawdę tylko przyjaźń.

Witam po przeprowadzce

Po chwili przerwy wznawiam swoją działalność. Moja cisza była wynikiem dwóch zdarzeń. Pierwsze i najważniejsze to fakt, że będący sponsorem blogosfery Onet zdecydował się ja zlikwidować, zmuszając pewnie nie tylko mnie do szukania alternatywy. Dalsze pisanie na platformie Onetu mijało się z celem. Drugim powodem przerwy były niespodziewane kłopoty zdrowotne. Niby zwykle przeziębienie, z którym na ogół każdy walczy we własnym zakresie. Tak i ja pomyślałem i kombinowałem domowymi sposobami jak tu się pozbyć natręta. Witamina C, miód, mleko, czosnek, alkohol i co tylko wpadło mi do głowy wziąłem na tapetę. Nic z tego, gnida przyczepiła się do mnie niczym posłanka Pawłowicz do żarcia w Sejmie, nie dając mi szans na wyleczenie. Skończyłem zatem u mojego naturalnego doktora, który zaaplikował mi serie nakłuć wszędzie gdzie odczuwałem skutki choróbska. Dołożył do tego worek medykamentów i juz po paru dniach rezultaty jego terapii zaczęły przynosić oczekiwane skutki. Okazało się, że w okolicy szaleje jakiś wirus, którego najpierw ja padłem ofiarą, po czym sprzedałem go Alicji. Wychodzimy jednak powoli na prostą. Jeszcze trochę kaszlu i flegmy i witaj kochane zdrówko. Przyszła zatem kolej na szukanie innego producenta blogów. Problemów z tym nie ma, jedynym ograniczeniem a raczej koniecznością było znalezienie kogoś, kto stosuje to samo oprogramowanie, w przeciwnym przypadku nie byłbym w stanie przenieść tego co stworzyłem na Onecie i straciłbym to bezpowrotnie. Udało się to zrealizować z platformą WordPress. I tak po kilku próbach skonfigurowania swojego bloga na nowej stronie mogę wreszcie krzyknąć eureka. Trochę mam żal do Onetu za tak bezceremonialne pozbycie się nas, którzy związaliśmy się z blogowaniem na jego portalu. No cóż stracili we mnie nie tylko blogera ale i czytelnika. Mam bowiem wrażenie, że jeśli nie jest wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Pewnie blogerzy nie przynosili specjalnych korzyści finansowych. Poszedłem zatem precz i już tu nie wrócę, a tych co chcą w dalszym ciagu być ze mną zapraszam na nowy adres.

Taka Polska Ameryka.

Kiedy w 1993 roku na ekrany kin wchodził film „Uprowadzenie Agaty” mnie już w Polsce nie było. Sporo słyszałem na temat tej komedii, nie miałem okazji jednak jej obejrzeć. Co się odwlecze to nie uciecze. Z ostatniej wyprawy do kraju przywiozłem wreszcie kasetę DVD i pare dni temu wreszcie się spełniło i obejrzałem ów film. Nie będę opowiadał treści bo pewnie wszystkim jest bardzo dobrze znana.  Sądzę rownież, że wielu wie, iż obraz ten był inspirowany ucieczką ze swoim chłopakiem córki ówczesnego marszałka Sejmu Andrzeja Kerna. Wykorzystał on wtedy swoją funkcje w celu jej odnalezienia. Nie znam szczegółów ale nie oto chodzi. W filmie „uprowadzoną” jest córka posła, którego gra Jerzy Stuhr. W odzyskaniu jej pomaga mu minister spraw wewnętrznych odtwarzany przez Janusza Rewińskiego. Obsadzenie go w tej roli to majstersztyk, bo w portretowaniu głupoty ten aktor, moim zdaniem, nie ma sobie równych. Chcąc się dowiedzieć czegoś więcej na temat oryginalnych wydarzeń pogmerałem trochę na internecie. Okazuje się, że ówczesny marszałek Andrzej Kern był członkiem partii o nazwie Porozumienie Centrum, a jej liderem był…uwaga, gromowładny Jarosław. Producentem był Lew Rywin a reżyserem Marek Piwowski, obaj TW peerelowskiej służby bezpieczeństwa. Andrzej Kern, po filmie zrezygnował z kandydowania do Sejmu kolejnej kadencji. To takie ciekawostki na marginesie. Wczoraj na FB, ktoś przypomniał o urodzinach Seweryna Krajewskiego, który był twórca muzyki do tego filmu. Ponieważ jeden z utworów wydał mi się bardzo aktualny, postanowiłem przywołać na moim blogu i film i ten konkretny utwór. Link do utworu pochodzi z YouTube i jest wycinkiem z filmu. Nie wiem czy pan Seweryn napisał więcej do niego zwrotek, mam jednak nadzieje, że nie bo obserwując posunięcia naszego monarchy trudno oprzeć się wrażeniu, że ta piosenka mocno siedzi mu pod sufitem. Posłuchajcie sami. 

https://youtu.be/FmHcdwKFhnc

Sylwestrowe wspominki.

Mam wrażenie, że z wiekiem atrakcyjność zabaw sylwestrowych maleje. Na dobrą sprawę noc jak każda inna, tyle że na drugi dzień trzeba zmienić kalendarz, bo ten stary już nie ma zastosowania. Uczestniczyłem w trakcie swojego życia w bardzo wielu tego typu imprezach. Najdroższa za dwieście zielonych od pary a najtańsza, jeśli dobrze pamietam, dwie dychy zorganizowana przez członków polonijnej parafii. Z tej najbardziej kosztownej mam same złe wspomnienia. Miał ją prowadzić legendarny Piotr Kaczkowski z radiowej trójki. Nie tylko, że nie prowadził to organizatorzy kompletnie zawiedli pod każdym względem. Marne było jedzenie, kiepska muzyka i żeby dokończyć dzieła zniszczenia, na stołach stały bukiety kwiatów, za które pod koniec zabawy kazano nam zapłacić. Doszło do sporej awantury przy naszym stoliku, która była wynikiem miernej rozrywki. Dobrze za to wspominam kościelne zabawy. Były to na ogół imprezy zrzutkowe, to znaczy, płaciliśmy bilety za wynajem sali i każdy coś tam przygotowywał. Organizacja jednak spoczywała na paru osobach, które były odpowiedzialne za kuchnie a potem za posprzątanie sali. Nic dziwnego, że one miały z tego powodu najmniej sylwestrowej rozrywki. Pamietam sylwestra w polskiej knajpie, która znajdowała się w mieście w sporej części zamieszkałym przez polonusów. Tu jedzenia było w nadmiarze ale bawić się nie było sposób bo wpuszczono więcej ludzi niż to miało sens. Wpadaliśmy na siebie w tańcu często depcząc po piętach sąsiedniej parze. Niektórzy to rozumieli, inni jednak mocno szczerzyli zęby ze złości. Pamietam imprezy zakładowe w PRL-u, które miały to coś specjalnego, bo dyrekcja w tym dniu była jakaś łatwiej przystępna. Najlepszym jednak był ten najbardziej kameralny. Jeden z moich kuzynów, dusza towarzystwa, zorganizował go u siebie. Bawiliśmy się w pokoju stołowym a wsród uczestników, chociaż mieliśmy tylko naście lat, los sprawił, że znalazło się wiele osób, które pózniej związał węzeł małżeński. Wtedy jednak mieli innych partnerów. Nie pamietam specjalnie muzyki, zapadł mi jedynie w pamięć wtedy wielki przebój The Osmonds pod jakże znamiennym tytułem „Puppy Love” czyli szczenięca miłość. Podkochiwałem się w koleżance z klasy, czego ona jednak kompletnie nie zauważała, rozrywając moją młodą pompę na tysiące krwawiących części. Może zatem te sylwestrowe wygibusy mają w sobie coś specjalnego gdy ma się naście lat, a wszystko jest jedną wielką przygodą? Z drugiej strony czasy nam się mocno skomercjalizowały co zabiło i zabija ducha beztroskiej zabawy.