Nowy premier, stara władza

Jeśli ktoś wierzy lub chociaż ma nadzieję, że wraz z odejściem byle jakiej, kompletnie nie pasującej do zajmowanego stanowiska, zaściankowej byłej już pani premier, coś się zmieni, to sądzę, że warto poczekać do ogłoszenia składu Rady Ministrów. Trochę nawet współczuje pani Beacie. Niedość, że ona sama nie nadawała się do pełnienia powierzonej sobie funkcji, to na dodatek otoczono ją bandą w większości kiepskich nieudaczników. Jeszcze wtedy, gdy wręczono jej na papierze, skład zespołu oliwiarzy majestatu żoliborskiego, na którego czele miała stanąć, mogła grzecznie podziękować za współpracę, spakować manatki i wypalić na San Escobar. O przepraszam, to miejsce pan Witold odkrył znacznie pózniej. Zamiast tego postąpiła w myśl powiedzenia „zadzieram kiecę i lecę”. Otrzymała zatem, to na co sobie zasłużyła, czyli prezesowego kopniaka w czułe miejsce. Przynajmniej zdążyła , jak to powiedział pan poseł  Stefan Niesiołowski, wyasfaltować drogę do swojej zagrody ku uciesze sąsiadów i okolicznych mieszkańców. W moim przekonaniu główną przyczyną wyrzucenia premierowej z zajmowanego stanowiska był jej spadek popularności w ankietach. Właśnie dlatego szanowny władca nie chce stanąć na czele rządu, bo gdyby tak się stało to notowania całej partii poszłyby na pysk. Stąd też nowa gwiazda w osobie pana Morawieckiego. Nie daje on najmniejszych szans w ankietach pozostałym członkom rządzącej partii. Czytam dzisiaj na Onecie, że jednym z powodów dla, których nasz watażka tak sobie ceni nowego premiera jest jego wojujący antykomunizm. W kolejnym artykule zaś stoi jak byk, że to Biuro Polityczne prezesowej partii desygnowało pana Mateusza do objęcia funkcji premiera. Skojarzenia nasuwają się same, zwłaszcza, że prezes niczym pierwszy sekretarz i tak będzie najważniejszą osobą w państwie. Zaczynajac ten artykuł jeszcze nie wiedziałem, że nasz nowy na świeczniku jeszcze przed objęciem władzy w pierwszej kolejności pojedzie wyspowiadać się do Torunia, tfu na psa urok, pojedzie udzielić wywiadu wielebnemu ojcu dyrektorowi. Jak to zwał, tak to zwal, najważniejszą jednak wiadomością z tego spotkania na szczycie jest to, że pan Mateusz nie przewiduje większych zmian w rządzie. Taka wypowiedz tylko potwierdza, że to nie on będzie decydował kto obejmie, które ministerstwo. Ta decyzja należy oczywiście do ….Biura Politycznego przewodniej siły narodu.

Panowie i wasale

Jeżeli ktokolwiek miał jeszcze jakieś watpliwości to po dzisiejszym dniu już nie powinien. Świat coraz bardziej stacza się w kierunku nieuchronnego konfliktu. Oddaliśmy władze a co zatem idzie kontrole nad naszym życiem ludziom pozbawionym skrupułów, którzy w swoim działaniu nie kierują się naszym dobrem lecz swymi partykularnymi i osobistymi interesami. Potęgując napięcie przez ostanie lata wmawiali i wmawiają nam, że wszystko co robią jest dla naszego bezpieczeństwa. Tymczasem zagrożenia z jakimi mamy dzisiaj do czynienia z terroryzmem włącznie to jest wynik ich bezmyślnego a może raczej planowanego działania. Dzisiejsza decyzja prezydenta Stanów Zjednoczonych dotycząca Jerozolimy wpisuje się w ten ciąg działań zmierzających do wywołania globalnego konfliktu. Nie jest tajemnicą, że nasz Wielki Brat jest odpowiedzialny za finansowanie większości wojen, przewrotów, zamachów stanu i temu podobnych pomysłów, zmierzających do wprowadzenia amerykańskiej demokracji na całym świecie. Tak było, tak jest i tak będzie bo lobby przemysłu zbrojeniowego potrzebuje zarabiać pieniądze. Podejmując dzisiejszą decyzję o uznaniu Jerozolimy jako stolicy państwa izraelskiego, Donald Trump zapewne liczy się z możliwością turbulencji na świecie a szczególnie na Bliskim Wschodzie, mało go to jednak interesuje. Jego wybujałe ego i bezkrytyczny narcyzm podpowiedziały mu, że skoro żaden z poprzednich prezydentów Stanów tego nie zrobił to widocznie nie mieli tak zwanych „jaj”. On je przecież ma, problem w tym, źe w nich ulokował się rownież jego rozum. Nie mam watpliwości, że swoją decyzją nie tylko zagroził bezpieczeństwu przeciętnego obywatela USA ale rownież skonfliktował Stany Zjednoczone z resztą światowych mocarstw. Lobby izraelskie na świecie to potężna siła. Jakakolwiek jego krytyka natychmiast spotyka się z podejrzeniem o antysemityzm w czym pomaga oczywiście religia Holocaustu. O mocy i wpływach tej frakcji na politykę amerykańskich prezydentów przekonaliśmy się po raz kolejny. Po internecie krąży setki wypowiedzi przedstawicieli rządu izraelskiego z jego premierem na czele, kto w obustronnych relacjach ze Stanami jest wasalem a kto wydaje polecenia. Podchodziłem zawsze do tego z dystansem i umiarkowaniem. Trump rozwiał moje watpliwości i gdybym chciał stosować retorykę prezesa jedynie słusznej opcji w naszym kraju, to musiałbym określić go jako zdradziecką mordę. To co dzisiaj zrobił nie miało bowiem nic wspólnego ani z dobrem ani z bezpieczeństwem przeciętnego Amerykanina. Wręcz odwrotnie. Może jednak właśnie o to chodzi?

Fifty, fifty.

Podpatrując dzisiejszy lot Alicji, niespodziewanie uświadomiłem sobie, że oto w tych dniach obchodziłem całkiem okrągłą rocznicę opuszczenia Polski. To był listopad 1987 zaraz po andrzejkach, na których jeszcze byłem obecny u Jolanty i Jerzego. Już wtedy wiedziałem, że to mój ostatni dzień w kraju i miałem zamiar pożegnać się ze wszystkimi obecnymi. Jakoś się tak jednak nie stało i nie pamietam czy było to za sprawą „odrobiny” napojów wyskokowych, czy po prostu tak wyszło. Następnego dnia miało się odbyć chyba ostatnie referendum w dziejach Polski Ludowej. Jego pytania były wyjątkowo podchwytliwe, wymuszające jedynie słuszne głosowanie. Pewnie tego nikt już dzisiaj nie pamięta a i ja sam treści owych pan nie mógłbym tu przytoczyć gdyby nie niezastąpiony internet. Tu mają wszystko, zatem pozwolę sobie przytoczyć treści owych pytań. 

1. Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-trzyletni okres szybkich zmian?

2. Czy opowiadasz się za polskim modelem głębokiej demokratyzacji życia politycznego, której celem jest umocnienie samorządności, rozszerzenie praw obywateli i zwiększenie ich uczestnictwa w rządzeniu krajem?

Jak tu na tak postawione, mające na celu dobro ojczyzny, pytania odpowiedzieć nie. Oczywiście była to ostatnia próba władzy ludowej aby utrzymać się przy sterach, które wymykały im się z rąk, dzięki oczywiście patriotycznej i pełnej zaangażowania postawie takich tuzów naszej dzisiejszej sceny politycznej jak choćby Jaro zwany królem Wszechpolski, Zbychu jedyny sprawiedliwy, Złotousta Krycha czy choćby niewiadomo komu oddany Stachu Prokurator. Nikt o nich wtedy oczywiście nie słyszał, czekali na swoje pięć minut kiedy sytuacja już się wyjaśniła. Tak czy inaczej ja nie czekałem i w dniu referendum odpaliłem mojego krążownika szos, znanego jako Fiat 126p i pożegnałem kraj nad Wisłą nie bardzo wiedząc czego oczekiwać. Taki był początek. Tak się zatem złożyło, że właśnie pare dni temu moja egzystencja to tak zwane fifty/fifty, pięćdziesiąt procent życia to Polska a drugie pięćdziesiąt to świat od Austrii przez Stany do Ekwadoru. Widać nie lubię siedzieć na jednym miejscu, może zatem….kto wie.

Twarz pod koc, przetrwać noc.

To już kolejny raz zostaję na straży naszego domostwa w andyjskiej krainie ciszy i spokoju, z dala od zgiełku i codziennej gonitwy. Wydarzenia ostatniego miesiąca spowodowały nieprzewidywaną podróż Alicji do kraju. Wróciliśmy do domu zaledwie dwa tygodnie temu w nadziei ładowania baterii. Los zdecydował inaczej. Bez względu na okoliczności zostawanie samemu nie należy do moich ulubionych zajęć. Pomimo doświadczenia z poprzednich lat, pierwszy dzień zawsze sprawia mi najwięcej kłopotów. Właśnie wróciłem z lotniska po odholowaniu Luśki, stanąłem przed drzwiami nie bardzo mając ochotę je otworzyć. Wejść do środka jednak trzeba, zwłaszcza, że na zewnątrz trochę chłodno i mży. Wiem jednak, że po drugiej stronie jest pusto i to powoduje, że odwlekam trochę moment przekręcenia klucza w zamku. Wreszcie wchodzę do środka. Lubię ciszę i spokój, jednak czasami bywają one zbyt wszechogarniające powodując, że stają się bardziej ciężarem niż przyjemnością. To uczucie zdaje się dopadać mnie zawsze pierwszego dnia. Jego każdorazowa powtarzalność zaskakuje mnie samego. Mając doświadczenie w temacie wiem, źe jedynym antidotum na ten stan ducha jest działanie, czyli zajęcie się czymkolwiek. Pozwala to oczywiście odwrocić uwagę i pomaga w wejściu w „indywidualny tok studiów”, jak to nazywam na własną potrzebę. Mam swój rytm, którego przestrzeganie ogranicza możliwość pogrążenia się w myślach, które nie mają nic wspólnego z pozytywnym postrzeganiem otaczającej mnie rzeczywistości. Mam już plan na jutro i na następne dnie. A dzisiaj zgodnie ze słowami pewnej piosenki z czasów minionych; „twarz pod koc, przetrwać noc, byle do rana.