Niech się już skończy.

Specjalnie za tym rokiem nie będę tęsknił. Ciężko jest go porównywać z poprzednimi latami bo i pamięć już nie taka sama, biorąc jednak pod uwagę to co się w mijającym zdarzyło musiałbym go zaliczyć do kolumny lat, o których chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Rozpoczynaliśmy go oczywiście ze swego rodzaju nadzieją bo przecież kończący się 2016 był rokiem przestępnym, który zgodnie z przesądami jest zwykle czasem niezbyt miłym. Siedemnastka z kolei to taka specjalna cyfra. Nic z tych rzeczy. Jeszcze raz się okazało, że te przesądy to zwykłe ludowe gusła. Już styczeń wyprostował z lekka moje oczekiwania. Niespodziewanie otrzymaliśmy wiadomość, że nasz żelazny brydżowy skład pomniejszył się o Zbyszka, który wybrał się na wycieczkę w zaświaty, pozostawiając nas w sporym zaskoczeniu. Jakoś tak zaraz po tym fakcie zaczęło padać i nie bardzo chciało się skończyć. Anomalia pogodowe w tym regionie świata trwały przez cały rok. Wyjątkowe chłodne lato ze sporymi opadami deszczu. Jeśli wziąć pod uwagę tylko warunki pogodowe to był to zdecydowanie najgorszy rok odkąd mieszkam w Ekwadorze. I tak w deszczu i słocie dotrwałem do marca, miesiąca moich urodzin. Jak by na sprawę nie patrzeć, tym razem nie byłem z nich aż tak zadowolony, bo oto na przodzie pojawiła się nowa cyfra. Kojarzy mi się ona z nową skalą ocen w dzisiejszym szkolnictwie, będąc najlepszą notą. Jako jednak urodzony w PRL-u wolę tamten system ocen i dla mnie piątka pozostanie najważniejsza, pomimo, że zdradziła mnie na rzecz szóstki. Kolejna stacja to kwiecień, w którym z Luśką udaliśmy się w odwiedziny do Stanów, po których nasze drogi się rozeszły. Wiedzieliśmy o tym, w związku z czym nie miało to dla nas jakiegoś specjalnego znaczenia. Maj i czerwiec w miarę były spokojne. I gdy wszystko zaczęło nabierać spokojnych barw, przyszedł lipiec. Z okazji zbliżających się obchodów 22 lipca, w wigilie wielkiego święta PRL-u, Luśka w „radosnych” podskokach przetrąciło sobie nogę. Była to „radość o poranku” bo jakoś tak z samego rana ów akt „przedświąteczny” miał miejsce. Pognały najpierw dzieciaki z pomocą a ja dobiłem we wrześniu. Rekonwalescencja obchodów lipcowych zajmie Luśce jeszcze chwile i pewnie potrwa w nadchodzącym roku. Nasze pobyty w Polsce związane były przede wszystkim ze stanem zdrowia teściowej. Różnie z tym bywało a ostatnie lata były szczególnie ciężkie. Wracając do Ekwadoru zawsze zdawaliśmy sobie sprawę ze zbliżającego się końca jej ziemskiej wędrówki. Niestety dobiegła ona kresu w tydzień po naszym powrocie do domu. Powrót do kraju po tak krótkim okresie nie należy do przyjemności a bilety do najtańszych. Wszystko to spowodowało, że święta spędzaliśmy w minorowych nastrojach na rożnych półkulach. Kończyć ten ciężki rok będziemy jednak razem co mam nadzieje będzie dobrym prognostykiem na zbliżający się nowy rok. Do siego roku dla wszystkich.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s