Niespodziewane zaproszenie cz.II

Puk, puk zastukałem delikatnie do drzwi. Nade mną zapaliła się lampa ruchowa, nie wiem czy to na skutek pukania czy może moich nerwowych ruchów. Nikt jednak nie otwierał. Dzwonek na drzwiach nie działa a między częścią mieszkalną w wrotami wejściowymi są jeszcze jedne drzwi stąd być może trudno usłyszeć delikatne pukanie. Puk, puk trochę mocniej, lecz znowu nic. Hm, pot trochę zrosił moje czoło. Niech tam zastukam jeszcze raz trochę mocniej. Bang, bang tym razem odniosło skutek, ku mej nieskrywanej radości. Córka gospodarzy pojawiła się uśmiechnięta w korytarzu i na powitanie dostałem uścisk, po którym od razu zrobiło się cieplej na duszy. Stół był już nakryty lecz, być może to jakaś ich tradycja, syn gospodarzy czytał jakąś modlitwę w trakcie, której co jakiś czas reszta uczestników powtarzała te same słowa. Oprócz oczywiście mnie, z uwagi na „rozległą” znajomość języka, oraz najmłodszej uczestniczki biesiady dwuletniej Mariny, która niczym żywe srebro zmieniała miejsce swojego pobytu w tempie trudnym do nadążania. Po skończeniu czytania, nastąpiło wspólne „Ojcze Nasz”, którego treść choć mi znana w naszym języku, gdzieś się ulotniła z głowy właśnie wtedy gdy była najbardziej potrzebna. Zaraz potem życzenia z tym, że bez opłatka. Choinka choć sztuczna to dekoracyjnie jak nasza, tylko jakoś brakowało pod nią prezentów. Nie wypadało pytać czy to normalne. Już po chwili rozpoczęła się wieczerza, której głównym daniem był indyk. Sałata, ryż i tutejsze szparagi dopełniały resztę specjałów. Trochę ptaszysko mnie zaskoczyło, bo wiem, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tutejszą kuchnią. Okazało się, że jest to zapożyczenie ze Stanów. W którymś momencie tak się spodobały mieszkańcom Ekwadoru amerykańskie obchody święta Dziękczynienia, że przeflancowali indora na świąteczny stół. Być może świadczył on o amerykańskim śnie o „bogactwie”? Być może. Wypytywali mnie o nasze dania świąteczne, no ale jak im wytłumaczyć pierogi, uszka, barszcz, żur z grzybami i inne nasze delicji w ich języku? Miast zatem tłumaczyć postanowiłem zwalić ten problem na szanowną małżonkę, odgrażając się wigilią w naszym domu kiedyś w przyszłości. Zaproszenie zostało przyjęte. Gospodarz sięgnął po gitarę, a że świetnie na niej gra i ma wielkie serce do muzyki lokalnej, dane mi było ponownie posłuchać kilku utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że „El condor paso” to ludowa ekwadorska pieśń, niestety gospodarz słów nie znał, a ja gdzieś zapodziałem tekst Karela Gotta, hahahaha. Jeszcze po kawałku ciasta i lampce wina i pożegnałem moich sąsiadów dziękując za zaproszenie. Z ich posesji widać mój dom. I nie znam ważniejszego od niego miejsca na tym świecie. Bez względu gdzie on jest, tak ma chyba każdy.