Niespodziewane zaproszenie.

Po raz kolejny przyszło mi spędzić święta z dala od rodziny. Emigrując często nie bierzemy wszystkiego pod uwagę. Z drugiej strony nawet gdybyśmy brali, to życie i tak spłata nam jakiegoś nieprzewidywalnego figla. Boże Narodzenie to nie jest zwykle święto, przynajmniej w naszej kulturze. Całe rodziny gromadzą się wokół wigilijnego stołu by celebrować narodzenie zbawiciela. Ile z tego wszyscy zgromadzeni wokół tego stołu rozumieją, byłoby ciekawym zapytać. Niezależnie od tego jak głęboko każdy z nas rozumie sens tego dnia, to kreuje on specjalną atmosferę, której im dłużej jesteśmy częścią tym bardziej cieżko jest nam zaakceptować brak w nim naszych najbliższych. Doświadczenie z poprzednich lat pozwala mi być każdego razu mniej emocjonalnym, chociaż nie będę ukrywał, że daleki jestem od bycia całym sobą w skowronkach z tego powodu. Atmosfera świąt w Ekwadorze trochę odbiega od tego do czego bylem przyzwyczajony żyjąc w Polsce czy w Stanach. Przede wszystkim wpływ ma na to pogoda. Temperatura powyżej dwudziestu stopni, dużo słońca i generalnie ciepło nie sprzyja w popadaniu w depresje z byle powodu. Nie czuje się zatem niczego specjalnie podniosłego, chociaż dookoła wszyscy jednak świętują. Jak już wspomniałem to nie mój pierwszy raz z dala od rodziny w tym czasie. Zawsze jednak znalazła się jakaś bratnia dusza dzięki, której nie byłem zostawiony samemu sobie. Tym razem nie wyglądało to zbyt wesoło bo z rożnych powodów moi sąsiedzi ostatnio więcej czasu spędzają w Cuence niż we własnych domach. Kiedy już zasadniczo byłem pogodzony, że moim towarzyszem świątecznym będzie telewizor, okazało się, że jednak jedna rodzina będzie świętować u siebie i z chęcią przyjmą mnie pod swoją strzechę. I jak tu planować? Miałem już odłożone filmy do obejrzenia, a tu masz. Oczywiście propozycja bardzo mnie ucieszyła bo po pierwsze interesuje mnie tutejsza kultura, a po drugie dobrze być wsród ludzi od czasu do czasu. Lucio i Mary to małżeństwo podobne do mojego z trójką dzieciaków i czterdziestoletnim stażem małżeńskim. Jedyny problem to porozumienie bo choć Lucio zna trochę angielskiego, mniej więcej tyle co ja hiszpańskiego, to Mary już wcale. Stany Zjednoczone nauczyły mnie jednak by nie bać się błędów językowych, mieszanka narodów tam mieszkających i sposób wymowy jest tak różnorodny, że gdyby ludzie mieli jakieś opory w tym względzie to byłoby nie sposób żyć i pracować. Posługuje się zatem moim hiszpańskim bez specjalnego zażenowania bo kiedyś wreszcie się go nauczę a konwersacja jest w moim przekonaniu najlepszą metodą. Ustaliliśmy początek wieczerzy na godzinę siódma. Pora ta sama w sobie przywoływała polskie wigilie, bo chyba jakoś tak i my rozpoczynamy tą uroczystą kolację. Wypichciłem się na wyjściowo i z ciekawością i lekką tremą podążałem ku nieznanemu.