Niech się już skończy.

Specjalnie za tym rokiem nie będę tęsknił. Ciężko jest go porównywać z poprzednimi latami bo i pamięć już nie taka sama, biorąc jednak pod uwagę to co się w mijającym zdarzyło musiałbym go zaliczyć do kolumny lat, o których chciałbym zapomnieć jak najszybciej. Rozpoczynaliśmy go oczywiście ze swego rodzaju nadzieją bo przecież kończący się 2016 był rokiem przestępnym, który zgodnie z przesądami jest zwykle czasem niezbyt miłym. Siedemnastka z kolei to taka specjalna cyfra. Nic z tych rzeczy. Jeszcze raz się okazało, że te przesądy to zwykłe ludowe gusła. Już styczeń wyprostował z lekka moje oczekiwania. Niespodziewanie otrzymaliśmy wiadomość, że nasz żelazny brydżowy skład pomniejszył się o Zbyszka, który wybrał się na wycieczkę w zaświaty, pozostawiając nas w sporym zaskoczeniu. Jakoś tak zaraz po tym fakcie zaczęło padać i nie bardzo chciało się skończyć. Anomalia pogodowe w tym regionie świata trwały przez cały rok. Wyjątkowe chłodne lato ze sporymi opadami deszczu. Jeśli wziąć pod uwagę tylko warunki pogodowe to był to zdecydowanie najgorszy rok odkąd mieszkam w Ekwadorze. I tak w deszczu i słocie dotrwałem do marca, miesiąca moich urodzin. Jak by na sprawę nie patrzeć, tym razem nie byłem z nich aż tak zadowolony, bo oto na przodzie pojawiła się nowa cyfra. Kojarzy mi się ona z nową skalą ocen w dzisiejszym szkolnictwie, będąc najlepszą notą. Jako jednak urodzony w PRL-u wolę tamten system ocen i dla mnie piątka pozostanie najważniejsza, pomimo, że zdradziła mnie na rzecz szóstki. Kolejna stacja to kwiecień, w którym z Luśką udaliśmy się w odwiedziny do Stanów, po których nasze drogi się rozeszły. Wiedzieliśmy o tym, w związku z czym nie miało to dla nas jakiegoś specjalnego znaczenia. Maj i czerwiec w miarę były spokojne. I gdy wszystko zaczęło nabierać spokojnych barw, przyszedł lipiec. Z okazji zbliżających się obchodów 22 lipca, w wigilie wielkiego święta PRL-u, Luśka w „radosnych” podskokach przetrąciło sobie nogę. Była to „radość o poranku” bo jakoś tak z samego rana ów akt „przedświąteczny” miał miejsce. Pognały najpierw dzieciaki z pomocą a ja dobiłem we wrześniu. Rekonwalescencja obchodów lipcowych zajmie Luśce jeszcze chwile i pewnie potrwa w nadchodzącym roku. Nasze pobyty w Polsce związane były przede wszystkim ze stanem zdrowia teściowej. Różnie z tym bywało a ostatnie lata były szczególnie ciężkie. Wracając do Ekwadoru zawsze zdawaliśmy sobie sprawę ze zbliżającego się końca jej ziemskiej wędrówki. Niestety dobiegła ona kresu w tydzień po naszym powrocie do domu. Powrót do kraju po tak krótkim okresie nie należy do przyjemności a bilety do najtańszych. Wszystko to spowodowało, że święta spędzaliśmy w minorowych nastrojach na rożnych półkulach. Kończyć ten ciężki rok będziemy jednak razem co mam nadzieje będzie dobrym prognostykiem na zbliżający się nowy rok. Do siego roku dla wszystkich.

Reklamy

Kto jest bardziej ludzki.

Moje filmoteka rośnie jak na drożdżach. Sporo filmów udało mi się przywieźć z Polski. Lwia cześć moich zbiorów to jednak zakupy dokonane tutaj. Jednym z ostatnich filmów, który obejrzałem to ostatnia cześć sagi o Planecie Małp. Jest to już kolejny film, w którym jego twórca, pokazując konflikt ludzi z innymi stworzeniami, tym ostatnim przypisuje więcej cech humanitarnych niż tym, od których to słowo pochodzi, czyli nam. Nie będę się rozpisywał nad wątkiem filmu czy jego wartościami. Nie ulega watpliwości, że w porównaniu do pierwszych produkcji, technika i efekty specjalne poszły tak daleko do przodu, że nawet nie sposób tego obrazu porównać z pierwszym filmem z tej serii. Film swoją wymową przypomina mi „Avatar”. Patrząc na oba obrazy pierwsze pytanie, które mi się nasunęło było: jak daleko ludzkość odeszła od podstawowych wartości, takich jak poczucie wspólnoty, wzajemny szacunek czy pragnienie pokoju, skoro twórcy tych filmów nadają te cechy innym stworzeniom tak jakby dla człowieka te uczucia były czymś obcym? Czyżby to była tylko tęsknota pojedynczych ludzi, bo reszta z nas zdziczała i bliżej jej do świata, który nazywamy zwierzęcym? W obu filmach jesteśmy ukazani jako agresorzy, bezwzględni nie tylko wobec innych istot ale rownież wobec siebie samych. Ani małpy z „Planety Małp” ani członkowie plemienia Na’vi z „Avatara” nie są idealni, bowiem i wsród nich zdarzają się jednostki złe, jednak jako całość, jako plemię prezentują zasady, od których my odeszliśmy w imię partykularnych interesów. Nie jesteśmy istotami zdolnymi do życia w pokoju i pewnie w konsekwencji to my doprowadzimy do katastrofy na naszej planecie. Ilość konfliktów na całym świecie, każe mi sądzić, że jest to tylko kwestią czasu. Staczamy się po równi pochyłej omamieni wiarą w nieomylność coraz bardziej brutalnych polityków, nie zauważając ich inklinacji do postawienia nas w stan wojny. Wielu ludzi to już zauważa, wielu jednak tkwi w jakimś permanentnym śnie, z którego nie mogą się obudzić. Jeśli pozostała w nich, w nas jakaś cząstka człowieczeństwa, która jest w jakimś stanie letargu to polecam obejrzenie obu filmów bo czas się budzić póki nie jest za późno. 

Zaprzedani obłudzie

Gdy w domu siedzimy

Mało widzimy

Dym z papierosa

I czubek nosa

Wszystko przysłania

A co się wyłania 

Na dalszym planie?

Panowie i panie

Rzecz niepojęta

Skuwają nas w pęta 

Swoich poglądów

I krnąbrnych rządów

Historie zmieniają

Chwałę oddając

Tylko wyklętym

A wszystkich przeklętych

Gorszymi nazwali

A co ci mieli, im odebrali

We wszystkich szpitalach

Mnóstwo nawala

Bo brak tam sprzętu

Dla wielu pacjentów

Na który, zbiórkę

Ogłosił WOŚP z Jurkiem

Rząd nie da pomocy

Strzelając w WOŚP z procy

Bo działalność Jurka

Jest nie z ich podwórka.

Tam się panoszą

Prawdy swe głoszą

Że w puszczy drukarze

W sądach zbrodniarze

Niepłodność to kara

A Unia poczwara

Uchodźcy bandyci

Oraz terroryści skryci.

Gwałt to stosunek

Z którego rachunek

Ciąża niechciana

Ma być trzymana

Trybunał to bzdura

A media na wióra

Wkrótce przerobią

I place ozdobią

Pomnikami brata

Ich dzielnego chwata

On związek stworzył,

Który otworzył

Bramy wolności

Dla naszej ludności.

By osiągnąć korzyści

Uczą nas nienawiści

Bo gdy naród skłócony

Mogą odrywać swoje kupony

Patrz więc głupcze na swój czubek nosa

Kolejnego odpal papierosa

I żyj sobie w błogiej złudzie

Skoroś się zaprzedał, haniebnej obłudzie

A gdy wreszcie ona zniszczy i ciebie

Miej pretensje do samego siebie. 

Niespodziewane zaproszenie cz.II

Puk, puk zastukałem delikatnie do drzwi. Nade mną zapaliła się lampa ruchowa, nie wiem czy to na skutek pukania czy może moich nerwowych ruchów. Nikt jednak nie otwierał. Dzwonek na drzwiach nie działa a między częścią mieszkalną w wrotami wejściowymi są jeszcze jedne drzwi stąd być może trudno usłyszeć delikatne pukanie. Puk, puk trochę mocniej, lecz znowu nic. Hm, pot trochę zrosił moje czoło. Niech tam zastukam jeszcze raz trochę mocniej. Bang, bang tym razem odniosło skutek, ku mej nieskrywanej radości. Córka gospodarzy pojawiła się uśmiechnięta w korytarzu i na powitanie dostałem uścisk, po którym od razu zrobiło się cieplej na duszy. Stół był już nakryty lecz, być może to jakaś ich tradycja, syn gospodarzy czytał jakąś modlitwę w trakcie, której co jakiś czas reszta uczestników powtarzała te same słowa. Oprócz oczywiście mnie, z uwagi na „rozległą” znajomość języka, oraz najmłodszej uczestniczki biesiady dwuletniej Mariny, która niczym żywe srebro zmieniała miejsce swojego pobytu w tempie trudnym do nadążania. Po skończeniu czytania, nastąpiło wspólne „Ojcze Nasz”, którego treść choć mi znana w naszym języku, gdzieś się ulotniła z głowy właśnie wtedy gdy była najbardziej potrzebna. Zaraz potem życzenia z tym, że bez opłatka. Choinka choć sztuczna to dekoracyjnie jak nasza, tylko jakoś brakowało pod nią prezentów. Nie wypadało pytać czy to normalne. Już po chwili rozpoczęła się wieczerza, której głównym daniem był indyk. Sałata, ryż i tutejsze szparagi dopełniały resztę specjałów. Trochę ptaszysko mnie zaskoczyło, bo wiem, że nie ma zbyt wiele wspólnego z tutejszą kuchnią. Okazało się, że jest to zapożyczenie ze Stanów. W którymś momencie tak się spodobały mieszkańcom Ekwadoru amerykańskie obchody święta Dziękczynienia, że przeflancowali indora na świąteczny stół. Być może świadczył on o amerykańskim śnie o „bogactwie”? Być może. Wypytywali mnie o nasze dania świąteczne, no ale jak im wytłumaczyć pierogi, uszka, barszcz, żur z grzybami i inne nasze delicji w ich języku? Miast zatem tłumaczyć postanowiłem zwalić ten problem na szanowną małżonkę, odgrażając się wigilią w naszym domu kiedyś w przyszłości. Zaproszenie zostało przyjęte. Gospodarz sięgnął po gitarę, a że świetnie na niej gra i ma wielkie serce do muzyki lokalnej, dane mi było ponownie posłuchać kilku utworów. Przy okazji dowiedziałem się, że „El condor paso” to ludowa ekwadorska pieśń, niestety gospodarz słów nie znał, a ja gdzieś zapodziałem tekst Karela Gotta, hahahaha. Jeszcze po kawałku ciasta i lampce wina i pożegnałem moich sąsiadów dziękując za zaproszenie. Z ich posesji widać mój dom. I nie znam ważniejszego od niego miejsca na tym świecie. Bez względu gdzie on jest, tak ma chyba każdy.

Niespodziewane zaproszenie.

Po raz kolejny przyszło mi spędzić święta z dala od rodziny. Emigrując często nie bierzemy wszystkiego pod uwagę. Z drugiej strony nawet gdybyśmy brali, to życie i tak spłata nam jakiegoś nieprzewidywalnego figla. Boże Narodzenie to nie jest zwykle święto, przynajmniej w naszej kulturze. Całe rodziny gromadzą się wokół wigilijnego stołu by celebrować narodzenie zbawiciela. Ile z tego wszyscy zgromadzeni wokół tego stołu rozumieją, byłoby ciekawym zapytać. Niezależnie od tego jak głęboko każdy z nas rozumie sens tego dnia, to kreuje on specjalną atmosferę, której im dłużej jesteśmy częścią tym bardziej cieżko jest nam zaakceptować brak w nim naszych najbliższych. Doświadczenie z poprzednich lat pozwala mi być każdego razu mniej emocjonalnym, chociaż nie będę ukrywał, że daleki jestem od bycia całym sobą w skowronkach z tego powodu. Atmosfera świąt w Ekwadorze trochę odbiega od tego do czego bylem przyzwyczajony żyjąc w Polsce czy w Stanach. Przede wszystkim wpływ ma na to pogoda. Temperatura powyżej dwudziestu stopni, dużo słońca i generalnie ciepło nie sprzyja w popadaniu w depresje z byle powodu. Nie czuje się zatem niczego specjalnie podniosłego, chociaż dookoła wszyscy jednak świętują. Jak już wspomniałem to nie mój pierwszy raz z dala od rodziny w tym czasie. Zawsze jednak znalazła się jakaś bratnia dusza dzięki, której nie byłem zostawiony samemu sobie. Tym razem nie wyglądało to zbyt wesoło bo z rożnych powodów moi sąsiedzi ostatnio więcej czasu spędzają w Cuence niż we własnych domach. Kiedy już zasadniczo byłem pogodzony, że moim towarzyszem świątecznym będzie telewizor, okazało się, że jednak jedna rodzina będzie świętować u siebie i z chęcią przyjmą mnie pod swoją strzechę. I jak tu planować? Miałem już odłożone filmy do obejrzenia, a tu masz. Oczywiście propozycja bardzo mnie ucieszyła bo po pierwsze interesuje mnie tutejsza kultura, a po drugie dobrze być wsród ludzi od czasu do czasu. Lucio i Mary to małżeństwo podobne do mojego z trójką dzieciaków i czterdziestoletnim stażem małżeńskim. Jedyny problem to porozumienie bo choć Lucio zna trochę angielskiego, mniej więcej tyle co ja hiszpańskiego, to Mary już wcale. Stany Zjednoczone nauczyły mnie jednak by nie bać się błędów językowych, mieszanka narodów tam mieszkających i sposób wymowy jest tak różnorodny, że gdyby ludzie mieli jakieś opory w tym względzie to byłoby nie sposób żyć i pracować. Posługuje się zatem moim hiszpańskim bez specjalnego zażenowania bo kiedyś wreszcie się go nauczę a konwersacja jest w moim przekonaniu najlepszą metodą. Ustaliliśmy początek wieczerzy na godzinę siódma. Pora ta sama w sobie przywoływała polskie wigilie, bo chyba jakoś tak i my rozpoczynamy tą uroczystą kolację. Wypichciłem się na wyjściowo i z ciekawością i lekką tremą podążałem ku nieznanemu. 

 

Prawdą po oczach.

Dochodzę do wniosku, że niesprawdziliśmy się jako Europejczycy. Może to jakieś upiory przeszłości związane z minionym systemem? Wydawałoby się, że po jego upadku i otwarciu się naszego kraju na Europę i entuzjastyczne jej do nas nastawienie, staniemy się częścią wielkiej europejskiej rodziny wolnych krajów. Otwarcie granic, dostęp do zachodnich rynków pracy, możliwość osiedlania się i zakładania rodzin niemal w całej Europie pozwoliło nam poznać inny sposób życia, inne kultury. Mogliśmy wreszcie poznać różnice miedzy prawdziwą wolnością a tą tylko z nazwy. Spełniły się marzenia jednego albo nawet dwóch pokoleń naszych rodaków, którym totalitarny system ograniczał swobody i możliwości rozwoju osobistego. Światło zwane wolnością rozbłysnęło nad naszym krajem i pewnie by świeciło z każdym rokiem coraz mocniej gdyby nie….No właśnie gdyby nie odezwały się w wielu z nas dawne demony tak charakterystyczne dla naszej nacji szczególnie. Zawiść, zazdrość, brak tolerancji, brak samokrytycyzmu, źle pojęta wiara to zasadnicze ograniczenia w sposobie naszego myślenia, przez które daliśmy się podzielić, i które pchają nas w szpony nowego totalitarnego systemu. Wielu z nas wciąż wzdycha za PRL-em i jego opiekuńczością, nie pojmując dlaczego dzisiaj na to nie starcza pieniędzy. Każdemu się marzy dwa tysiące za stanie lub leżenie i niech państwo się martwi skąd wziąć na to kapitał. To niestety utopia i czas to zrozumieć. Z dużym zażenowaniem stwierdzam, że pomimo faktu bycia obecnymi w europejskiej rodzinie, do wielu ludzi nie dotarło dlaczego zachód jest od nas bogatszy. Idea dwóch tysięcy za stanie czy leżenie jest tam obca. Przeżyłem w amerykańskim systemie pracy ponad dwadzieścia lat i nic nie dostałem od niego za darmo. Takie są zachodnie realia. Obecna ekipa rządząca naszym krajem sprzedając iluzje, zdobyła poparcie ludzi, którym wmówiono, że to wina bogatych, że im się wiedzie gorzej. Chciwość lepiej sytuowanych bywa czasami przerażająca lecz obarczanie ich za nasz brak pomysłu czy idei na polepszenie własnego bytu jest aktem zazdrości. Najprostszą metodą ukrycia osobistych problemów jest obwinianie nimi kogoś innego. Niczego nie nauczyliśmy się przez te lata olbrzymich możliwości skoro wielu z nas dało się omamić bandzie pospolitych oszustów, którzy jedyne co potrafią to grać na naszych emocjach i uczuciach. Burzą i niszczą wszystko dla własnej prywaty podrzucając zaczadzonym ludziom resztki z pańskiego stołu. Co gorsze, wykorzystują do tego wiarę, która była czymś co nas zawsze jednoczyło.  W ciagu dwóch lat swoich rządów zawładnęli wszystkimi instytucjami wmawiając ludowi, że to dla jego dobra. Ten ciągle w to wierzy, bo pochłonięty nienawiścią do inaczej myślących, zachłysnął się słowami bez pokrycia. Lud dał sobie wmówić, że partia prezesa to jak kiedyś partia robotnicza „lud wyżywi, go obroni i ubierze”. To niestety brednie i oszustwo a ci, którzy sądzą inaczej wkrótce sami się o tym przekonają gdy którego dnia obudzą się z tego snu z gołym tyłkiem. Wszystkiego najlepszego.

Bez szacunku do samego siebie.

Jesli ktoś wierzył lub choćby miał nadzieję na przebudzenie prezydenta i postawienie się prezesowi, to spotkała go chyba niezbyt miła niespodzianka. Po zawetowaniu oryginalnych ustaw o SN i KRS, niektórzy sądzili, że oto Andrzej Duda staje się samodzielnym politykiem. Nic z tych rzeczy. Prezydent „wszystkich” Polaków nie jest nawet strażnikiem belwederskiego żyrandola, lecz zwykłym szarym szeregowym wartownikiem interesów kasty żandarma z Żoliborza. Próba tłumaczenia przyczyn jego decyzji w oświadczeniu to żenujące wmawianie ludziom kolejnych kłamstw, które być może przemawiają do słuchaczy TVP lecz do nawet przeciętnie inteligentnego wyborcy już nie. Co ciekawe w owym oświadczeniu pan Prezydent używa słów „nie rozumiem” w odniesieniu do zarzutów krytykujących nowe prawo. Nie rozumie on rownież decyzji Unii wstrzynającej postępowanie przeciw Polsce. Nie dociera do Andrzeja Dudy krytyka autorytetów prawa, włącznie z jego profesorami z UJ. Poniżany i ośmieszany przez prezesa od samego początku swojej prezydentury staje się coraz większym pośmiewiskiem nie tylko w Polsce ale i poza granicami naszego kraju. On tego jednak nie rozumie. W hierarchii władzy jego wpływ na kluczowe ministerstwa jest powszechnie znany. Drwią z niego Waszczykowski, Macierewicz, Ziobro i nowy filar intelektualny naszego rządu Suski. Andrzej Duda jest szóstym prezydentem od czasu ponownego wprowadzenia tego urzędu i napewno najgorszym. Żaden z jego poprzedników nie był, bo by sobie na to nie pozwolił, tak przedmiotowo traktowany przez obóz, z którego się wywodził. Można wiele każdemu z jego poprzedników zarzucić, nie można jednak żadnemu z nich wytknąć braku szacunku do samego siebie, co zdaje się powinno być podstawą każdego zdrowo myślącego człowieka. Sposób w jaki jest traktowany i do tego jego bierna postawa dowodzą już nie tylko o jego braku respektu dla siebie samego ale rownież i dla urzędu, który piastuje. Czyż można się zatem dziwić, że tak mało rozumie? Czyż można się dziwić, że jest wyśmiewany skoro dał się zredukować do roli dlugoPiSu prezesa? Wszyscy popełniamy błędy i pomyłki. Sztuką jest się do nich przyznać i wyciągnąć wnioski. Bezkrytyczne w nich trwanie zwykliśmy nazywać głupotą.

Bóg i wiara to nie towary.

Przeglądając nowości na Fb, zwróciłem uwagę na wpis dotyczący pogrzebu Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Wielki Polak, wielki człowiek i patriota. Przyszło mu prowadzić kościół w czasach kiedy władza stawała na głowie aby go zmarginalizować. Myśle, że to dzięki jego niepowtarzalnej osobności i autorytetowi, nie udało się zniszczyć wiary a wręcz przeciwnie, kościół dla wielu z nas był tym magicznym miejscem, które dawało nadzieje na lepsze jutro. Jego skromność i oddanie wierze nie znajduje porównania ani wtedy, ani pózniej, ani zwłaszcza dzisiaj. Ktoś mógłby zaprzeczyć temu twierdzeniu przywołując osobę Karola Wojtyły i zapewne miałby racje bo i ten duszpasterz był wyjątkowym człowiekiem. Prymas był jednak tylko jeden i był nim Stefan Wyszyński. Dla rządu i partii to on stał na czele kościoła i to z nim należało szukać porozumienia. Po jego śmierci naturalnym autorytetem polskiego kościoła stał się Karol Wojtyła, który już wtedy był Papieżem. Nie uważam siebie za wielkiego katolika i wydaje mi się, że nawet takim nie trzeba być aby dostrzec różnice pomiędzy kościołem na czele, którego stał Stefan Wyszyński a jego dzisiejszą instytucją. W tamtych czasach kościół przede wszystkim nauczał, niczego i nikomu nic nie narzucając. Nie twierdzę, że wszystko co się wtedy w nim działo było dobre, jednak charyzma Prymasa i siła jego wiary dominowały i decydowały o sile polskiego kościoła. Nauki płynące ze świątyń to nie był język nienawiści a przeciwnie namawiający do przebaczenia i miłości. Szczerze mówiąc nie wiem czy dzisiaj mamy Prymasa, nie wiem nawet kto jest głową polskiego kościoła i podejrzewam, że takich jak ja jest więcej. Naszą wiarę zdominował redemptorysta, który nie liczy się z nikim ani niczym. To nie hierarchowie kościelni są w stroną  w rozmowach z rządem lecz on, chociaż w strukturach kościoła jest nikim. Niczego on dziś już nie uczy lecz właśnie narzuca traktując wiarę i Boga jak towar. Nie widzę w tym stwierdzeniu żadnej przesady. W jego przekazie nie ma ani skromności, ani tym bardziej miłosierdzia, jest natomiast agresja i nienawiść. Wykreował się na ojca naszej wiary i instytucji kościoła przy całkowitym milczeniu jego zwierzchników. Przerażajace jest jednak to, że i wierni zapomnieli już o przesłaniach kardynała Wyszyńskiego i papieża Jana Pawła II, a ów redemptorysta stał się dla nich autorytetem. Między nauką wiary a handlowaniem nią jest przecież olbrzymia różnica, mniej więcej taka sama jak między prywatą a poświeceniem dla innych. Wiara i Bóg są nam potrzebne w codziennym życiu. Nie zapominajmy jednak, że obie te wartości narzucają określony styl postępowania i sposób bycia. Niestety zdają się tego nie rozumieć włodarze dzisiejszego kościoła oddając go w ręce pospolitego handlarza. W zamian za srebrniki z kasy państwowej rozdaje swoje poparcie ludziom, którzy już dawno zapomnieli o takich kanonach wiary jak choćby przebaczenie. Od śmierci Kardynała Tysiąclecia minęło tylko trzydzieści sześć lat. Miłosierdzie i naukę wiary przez te lata wyparł bezwstydny i haniebny nią handel. Jeszcze raz powtórzę: Bóg i wiara to nie towary. Smutnym zatem jest fakt, że nie dostrzegają tego najgorętsi obojga wyznawcy.

Quo vadis ludu?

Z przerażeniem i nijakim niedowierzaniem czytam informacje na temat poparcia opinii publicznej dla sprawujących władzę. Minęła właśnie kolejna rocznica ogłoszenia stanu wojennego, który był ostatnią deską ratunku rządzącej partii robotniczo-chłopskiej. Próba podporządkowania sobie społeczeństwa nie udała się. Zmiany były konieczne i nieuniknione. Po trzydziestu sześciu latach od tamtych wydarzeń, Lech Wałęsa zastanawia się czy warto było. Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: oczywiście, że tak. Nikt już nie chciał przecież przewodniej siły narodu, cenzury, partyjnej, zakłamanej telewizji, nomenklatury stanowisk, kłamców i nieudaczników u sterów władzy, partyjnych związków zawodowych, wyborów na jedynie słusznych kandydatów, przekłamań historycznych, fałszywych przyjaciół, że nie wspomnę o pustych półkach w sklepach. Wielu z nas pamięta tamte czasy i wielu z nas do dzisiaj nie bardzo może uwierzyć, że potrafiliśmy obalić  i daliśmy radę znienawidzonemu systemowi. Polska od tego czasu zmieniła się nie do poznania. Staliśmy się krajem, który w porównaniu z innymi państwami bloku wschodniego, był przykładem do naśladowania. Nie wszystko oczywiście było dobre. Zwycięstwo jak zwykle wielu ma ojców i każdy z nich chciał coś dla siebie. Z Solidarności pozostało już tylko hasło bo ludziom, którzy ją tworzyli zaczęły marzyć się stanowiska. I tak rozpoczęła się walka o stołki, która trwa do dzisiaj. Niestety ta wojna przybiera coraz gorsze rozmiary. Od dwóch lat narzuca nam się sposób sprawowania władzy, który pod każdym względem przypomina to z czym walczyliśmy od czasu zakończenia drugiej wojny światowej aż do upadku PRL. Przewodnia siła narodu czyli partia prezesa uzurpuje sobie prawo do wszystkiego, wmawiając nam, że to dla naszego dobra. Sowicie nagradzając biznesmena z Torunia, okradli nas rownież z wiary. Co jest najciekawsze to to, że im bardziej w swoim stylu sprawowania władzy są chamscy i bezwzględni tym większe zdobywają uznanie wsród wyborców, o czym może świadczyć wzrastające poparcie, które podobno sięgnęło już pięćdziesięciu procent. Okazało się jednak, że owe badanie opinii publicznej nie było do końca prawdziwe. W ustaleniu procentu wzięto bowiem tylko tych, którzy byli zdecydowani w swoich poglądach. Siedemnaście procent wciąż jest niezdecydowanych co daje poparcie prezesowej partii na poziomie czterdziestu procent. Czyżby ludzie naprawdę już zapomnieli do czego doszliśmy dzięki kierowniczej roli partii? Już wkrótce, po karze dla TVN24, nie będzie można źle powiedzieć o władzy. Nawet Departament Stanu USA wyraża tym faktem zaniepokojenie. Pojęcie wolności dla zaczadzonych TVP i Trwam zdaje się być abstraktem, którego kompletnie nie rozumieją. Kiedy dotrze do nich wreszcie ta smutna prawda to może być już za późno.

Kto nam to zgotował?

Nigdy nie byłem specjalnym zwolennikiem Donalda Tuska. Z im dalszej perspektywy patrzę na okres jego sprawowania władzy tym bardziej wzrasta we mnie do niego niechęć. Sposobem w jaki zarządzał Platformą Obywatelską definitywnie niczym nie różnił się od Jarosława Kaczyńskiego. Otaczając się lizusami zniszczył wewnątrzpartyjną opozycje i nie zrobił nic w kierunku pozostawienia po sobie kogoś zdolnego do przejęcia sterów. Ze szczególną ostrością widać to właśnie teraz. Nijaki Grzegorz Schetyna, bez cienia charyzmy, przepracowana na stanowisku marszałka Sejmu Ewa Kopacz, bufoniasty Radosław Sikorski, który dodatkowo dał się podsłuchać, to mniej więcej cała partyjna elita. Z coraz liczniej pojawiających się opracowań na temat okresu, w którym Donald Tusk dochodził do władzy, jednoznacznie wynika, że wypłynął na wielkiej fali niechęci do Jarosława Kaczyńskiego. Nie było innej alternatywy, wybraliśmy więc mniejsze zło. Nie ulega watpliwości, że za jego rządów Polska  była postrzegana na arenie międzynarodowej w znacznie lepszym świetle. W polityce wewnętrznej nie wsłuchiwał się jednak zbytnio w to o czym mówili zwykli ludzie, dzięki czemu mógł rosnąć elektorat bezwzględnie grającego na ich uczuciach prezesa. Można dzisiaj gdybać czy świętej pamięci Lech Kaczyński zostałby wybrany na drugą kadencje. Można się  też zastanawiać, czy gdyby Donald Tusk został w Polsce, to czy on i jego partia wygraliby w następnych wyborach. W obu sytuacjach odpowiedz zdaje się być negatywna. O ile tragicznie zmarły Lech Kaczyński nie miał wpływu na swoją absencje w kolejnych wyborach, o tyle osobiście odnoszę wrażenie, że były premier uciekł z tonącego okrętu. Niby dostał propozycje nie do odrzucenia, której niewielu z nas potrafiłoby powiedzieć nie. Nawet gdybym chciał to zrozumieć to dręczy mnie myśl, że nic nie zrobił aby przeciągnąć na swoją stronę przeciętnego Kowalskiego. Pozostawił po sobie niechęć do swojej partii i wręcz pchnął lud w zgłodniałe ramiona prezesa. Co gorsza on i jego rząd nie zrobili nic aby zabezpieczyć kraj przed zawłaszczeniem przez obecną klikę. Przewidywał to kontrowersyjny Janusz Palikot ale ktoś jego wystąpienie w Sejmie w 2014 roku olał. Słuchając tego wystąpienia, nie mam watpliwości, że to z czym mamy do czynienia dzisiaj jak rownież i skala porażki Platformy w wyborach sprzed dwóch lat to jest niestety wyłączna zasługa pana Tuska. Polecam posłuchanie przemówienia Janusza Palikota bo dzisiaj nabiera ono szczególnego znaczenia.

https://youtu.be/gaHfH0US0JU