Prezes i spółka (PiS).

Angora, a zasadniczo jej czytelniczka dostarczyła mi materiał na ten wpis. Widać z niego, że coraz więcej ludzi zaczyna być zmęczonymi ekipą rządzącą.

 Sytuacja śmieszno-straszna, to słowa, których użył Andrzej Duda, które jednocześnie doskonale oddają sens jego prezydentury. Faktycznie, ułaskawienie w świetle prawa człowieka niewinnego, jako że prawomocnym wyrokiem nieskazanego, jest i śmieszne, i straszne. Straszne jest to, że bez sądu wydał wyrok skazujący na swojego kumpla, bo przecież człowiek niewinny nie potrzebuje żadnej łaski. I na nic się zdają tu słowa „kompetentnych inaczej” ludzi pokroju Mazurek czy Piotrowicza (słowa pani, pan mi tu przez usta nie chcą przejść). PAN prezydent (Adrian) mówi, że „niektórzy się zaczynają wypierać swych własnych poglądów”. Jak nigdy zgadzam się z nim. Ma rację, wystarczy przypomnieć działalność Piotrowicza jako komunistycznego prokuratora w Krośnie. Słuchając Beaty Mazurek, zastanawiam się często skąd ją wykopano. Na rzecznika też trzeba się nadawać. Może nieco przewyższa urodą Jerzego Urbana, ale jeśli chodzi o inteligencję, to mu do pięt nie dorasta. Nie mam pretensji do polskiego niby-prezydenta, że nie stosuje się do Konstytucji. Kiedy ten człowiek zdawał maturę, nie było jeszcze obowiązku wykazania się umiejętnościami czytania ze zrozumieniem. Moja babcia nie umiała się podpisać, ale modliła się z książeczki, co mnie fascynowało. Przecież jak pisać nie umie, to i czytać chyba też. A ona naprawdę czytała! Nasz Adrian przeciwnie – podpisać się umie, co wielokrotnie udowodnił, kłopot niejaki ma z czytaniem. Ale to młody człowiek, pozwólcie mu się uczyć. Krzysztof Kieślowski w swojej biografii zawarł myśli, które w tej chwili warto przytoczyć ku przestrodze: „zawsze znajdą się ludzie, którzy <wiedzą>. Niestety, czasami działalność niektórych tych ludzi kończy się takimi tragediami, jak druga wojna światowa, stalinizm czy im podobne. To jest właśnie fanatyzm wynikający z poczucia absolutnej wiedzy. I w związku z tym za chwilę zaczyna się zawiązywanie sznurowadeł w wojskowych butach. Zawsze tak samo się kończy”. Czyżby Macierewicz to czytał, skoro mając poczucie absolutnej wiedzy, tworzy oddziały, które bezpieczeństwa narodowi nie zapewnią, ale władzę przed gniewem suwerena obronią? Czy o to w tej zabawie w wojsko chodzi? Ja większość życia mam już za sobą, ale boje się, autentycznie, jak nigdy dotychczas, o los moich dzieci i wnuków. Co im zgotuje ta szajka nieuków? Przecież to oni tylko wiedzą, że białe róże są symbolem głupoty i nienawiści. Zawsze biel kojarzyła się z niewinnością! Ale nie u nich. Jest jeszcze jedna rzecz, w której się całkowicie z Adrianem zgadzam. Nie może tak być, żeby potomkowie esbeków i ubeków zajmowali zaszczytne stanowiska. Mój ojciec był w AK; dowiedziałam się o tym po wielu latach, wcześniej musiał to ukrywać. Takim jak on nie dawano willi w Warszawie, stanowisk na uczelniach, ich dzieci też nie miały tam wstępu. Ojciec słynnego prezesa był wykładowcą na politechnice, jego synowie też bez przeszkód na studia się dostali, ba, nawet prawo ukończyli. Jakie? To komunistyczne? W Starachowicach, gdzie ostatnio ulicę nazwano imieniem Jadwigi Kaczyńskiej, nikt o jej rzekomym wojennym bohaterstwie nie słyszał. Kłamstwo ma krótkie nogi, nawet to powtarzane setki razy nie stanie się prawdą. A więc: albo Medice, cura te ipsum (Lekarzu, lecz się sam), albo przestańmy ludziom (wszystkim – nie tylko wybrańcom) wystawiać rachunki za ro, co robili ich przodkowie. Kiedy Gierek przebywał w domowym areszcie, mówiono, że się boi pokazywać, bo ludzie by go w ślinie utopili, plując za to, co narodowi zgotował. Słowa te mi się przypominają, ilekroć widzę naszego nadętego „dobrego pana” w otoczeniu goryli. Tak go naród kocha, że aż do drzwi sali sejmowej musza go w kilku holować! I najdroższy, bo za nasze, także żyjących na skraju nędzy emerytów, pieniądze. Oglądając migawki z ostatniej „miesięcznicy”przed prezydenckim lokum, policyjną akcję usuwania tych, którzy śmieli znowu przyjść tam z różami, zaczęłam się zastanawiać, kiedy wyjadą na ulice czołgi? Może wtedy uda się i Jarkowi załapać do internowania. Zauważyłam rownież, jak starannie młodzi policjanci zasłaniali twarze daszkami czapek. Nie widziałam, żeby pan Frasyniuk szarpał policjanta, ale wyraźnie widać, jak szarpani są przez policjantów demonstrujący. Kto naruszał tu zatem czyją nietykalność? Czym różni się Błaszczak od Kiszczaka? Tylko pierwszą sylabą nazwiska, jak widzę. Kaczyński co miesiąc zapewnia, że odkryje prawdę. Czekam na to i jestem przekonana, że tak się stanie. W końcu się przecież dowiemy, jeśli nie my, to nasze dzieci, na czyje polecenie musieli ci ludzie zginąć. Być może ten zleceniodawca już wtedy będzie tam, gdzie ich wysłał. Ale do historii przejdzie jako zbrodniarz. 

 

Sytuacja śmieszno-straszna. Eliza. 

 

Angora Nr. 27 2 lipca 2017. Ludzie listy piszą: „Sytuacja śmieszno-straszna”.

Obyśmy nie wyszli na kompletnych idiotów

Niedawno pisałem na moim blogu na temat młodych ludzi i ich wystąpieniu w Sejmie. Sposób ich doboru zakrawał na kompletną kompromitacje. W kolejnym numerze „Angory” jeden z jej czytelników podzielił się z gazetą swoimi przemyśleniami, które bardzo mi się spodobały. Postanowiłem je zatem umieścić rownież u mnie.

„Godny pożałowania był spektakl jaki urządzono w Sejmie na Dzień Dziecka za  sprawą rządzących, z udziałem marszałków, ze szczególnie nonszalancko i idiotycznie uśmiechający się Joachimem Brudzińskim. Wyselekcjonowane przez speców od IPN-u smarkacze czytały nieudolnie z kartek to, co im przygotowały zwapniałe i zblanszowane mózgi starych wyjadaczy sejmowych. Jeśli w moim kraju są tacy, którzy myślą, że to „przyszły kwiat narodu” – to niech porządna cegła na ten durny łeb spadnie, aby ocknęli się z letargu, to może będzie szansa, że i niereformowalne już szare komórki oderwą się od systemu neurologicznego zdrowych (chyba tam jeszcze są?) i może być nadzieja, że zdrowo myśląca tkanka ludzka jeszcze pozostanie. Niektóre małolaty wyraźnie liczą na polityczną karierę, ale mogą się przeliczyć. Powiadają, że przykład idzie z góry, bo skoro starzy tak się w Sejmie opluwają, to dlaczego, my, młodzi nie możemy. No i walono dyrdymały. A swoją droga – ciekawe czy ten szczawik, który tak ostentacyjnie darł flagę Unii Europejskiej, wiedział o tym , że te pomarańczowe gwiazdy to symbol aureoli wokół głowy Matki Boskiej, wyrażający chrześcijaństwo jako podstawową i główną religie Europy. Żaden z tych „posłów” nawet się nie zająknął o tym co się wydarzyło w Manchesterze. Nikomu z tych zatableciałych i zasmarfoniałych mózgach nie zrodziła się myśl, aby poza zrobionym przez PiS protokołem wystąpień wyjść na mównicę i rzucić hasło uczczenia minutą ciszy zamordowanych przez terrorystę ich rówieśników na koncercie. To nad wyraz podła i godna pogardy postawa młodych ludzi zaprezentowana w Sejmie RP. Pomijając treści, jakie tam czytano z kartek, jako obywatel pytam: co, wy, dorośli tam robiliście? Przyszliście tylko posłuchać? Nawet PiS-owska nauczycielka, robiąca chwilowo za wiceministra edukacji nie wpadła na to, aby jakiemuś PiS-owskiemu szczawikowi przypomnieć o niedawnej tragedii. Żenada i kompromitacja do potęgi entej. Kiedy stary Pawlak pilnował młodego Zenka w „Nie ma  mocnych”, aby ten nie poszedł w nocy przed ślubem do wnuczki Ani, jego żona Mania, myśląc głośno, jak to będzie z młodymi po ślubie, celnie podsumowała „historyczne myślenie” męża, gdy powiedział, że „Polska nie dzieli się na kresowych i resztę, a na mądrych i głupich”. Jak ulał pasuje tu użyć „PiS-owców” zamiast „kresowych”. Ale Mania podsumowała krótko: „obyśmy na tych drugich nie wyszli”. Jak na razie zmierzamy ku temu. Czy wyjdziemy? Oby nie. A młodzi w końcu się opamiętają i w przyszłym roku, świętując w Sejmie swój dzień, naprawdę powiedzą, co im leży na wątrobie. I nie pod dyktando rodziców lub starych sejmowych wyjadaczy. Powtórka z tej wątpliwej „rozrywki” za rok będzie znaczyć, że Mania miała rację i wyjdziemy już naprawdę nie tylko na tych głupich, ale kompletnych idiotów.”

 

List do Angory napisał czytelnik o pseudonimie Słowik. Sądzę, że komentarz jest zbyteczny. 

 

Angora Nr. 27 2 lipca 2017. Ludzie listy piszą: „Lekcja (nie)demokracji.

Płatni patrioci

Niejednokrotnie na moim blogu wypowiadałem się na temat zasadności istnienia chyba najbardziej poronionej instutucji hucznie zwanej Instytutem Pamięci Narodowej. Nie mam watpliwości, że pracują tam historycy szkoleni przez wielkiego znawcę naszych dziejów Antoniego z Macierewiczów. Ostatnio dotarło do mnie, że i marszałek senior szanowny pan Terlecki to też historyk. I on zapewne wtrącił swoje pięć groszy w zakresie przekazania wiedzy obiektywnie prawdziwej na temat przeszłości peerelowskiej naszego państwa, przegranym życiowo pracownikom instytutu. Z tak rzetelnym przygotowaniem historycznym, ruszyli ci naprawiacze życiorysów pokrzywdzonych do grzebania w papierach, by zdecydować kto przeklęty a kto wyklęty, komu się należy określenie patriota a komu zdrajca. Patrioci i wyklęci to oczywiście ci, którzy poświęcili swoje życie walce z władzą robotniczo-chłopską, czyli przeklętymi zdrajcami. Śmiem przypuszczać, że każdy podejmował świadomą decyzje, po której stronie barykady chce stanąć. Wyklęci patrioci włączyli zatem o wolną i lepszą Polskę, nie bacząc na nieprzyjemności z tym związane. Robili to przecież dla dobra ojczyzny, bo tak ma przecież każdy patriota. Wolność wreszcie dotarła nad Wisłę, oczywiście zgodnie z patriotów najlepszą wiedzą dzięki nim. Korzystają z niej zatem pełnymi garściami, odbijać sobie przy okazji na swoich przeciwnikach, za wszystko co tylko można, w tym za swoje nieudane życie. Chełpią się tym swoim patriotyzmem zawsze tam gdzie nie ma on większego znaczenia. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że te niedobre „komuchy” musiały mnie uczyć złego pojęcia tego słowa. Spojrzałem zatem na jego definicję. 

Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriotes) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar i pełną gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub czasami nawet życia.

Takiej właśnie definicji uczyli mnie w peerelu. Widocznie musiano ją zmienić w IPN, o czym nie wie jeszcze Wikipedia. W owym instytucie Prześmiewców Najaranych, doszli do wniosku, że dla tych wyklętych patriotów za ich świadome patriotyczne decyzje, często kończące się wyrokiem skazującym, teraz należy się odszkodowanie w formie kasiory. Oddani byli zatem ojczyźnie za srebrniki a nie z miłości do niej? Jan Maria Rokity właśnie wygrał ponad sto tysięcy zlociszy za swoją bezprzykładną walkę o wolność ojczyzny. Że to z naszych podatków, bo przecież system, który go więził nie istnieje, to nieistotne. Kolejni patrioci wyciągają łapy po blisko pięć stów dodatku za swoje cierpienia dla ojczyzny. Ile może być tych wyklętych patriotów? Dziesięć, dwadzieścia tysięcy? To pewnie i tak zawyżona liczba. I wychodzi mi na to, że to te dwadzieścia tysięcy własnoręcznie obaliło system i dało nam wolność, za co trzeba ich teraz wynagrodzić. Reszta protestujących i strajkujących, których były miliony to matoły, które schowały się za plecami prawdziwych dzielnych bojowników o wolność. A może to jednak było odwrotnie? Może to jednak banda przegranych cwaniaków schowała się za plecami strajkujących, już wtedy traktując ich jak mięso armatnie? Kto wie czy było tak, skoro czas powoli zaciera ślad, jak o chłopcach z tamtych lat z pewnej piosenki. IPN nie ma jednak złudzeń, że to miliony matołów wyjechało na plecach paru tysięcy prawdziwych patriotów miłujących……no właśnie co dokładnie? 

Moje miasto

Odwiedziny w kraju zawsze sprawiają mi przyjemność. Aczkolwiek podróż nie należy do miłych, bo jednak trwa chwile i dodatkowo muszę zmienić strefę czasową, pomimo tego wciąż czuję jakbym wracał na własne śmieci. Miastem docelowym mojej podróży jest Rzeszów. Chociaż stąd nie pochodzę to jednak właśnie tutaj miały miejsce najważniejsze dni mojego pobytu na ziemi. Studia, żona, pierwsza praca, dzieci to wszystko miało miejsce właśnie tutaj. Miasto oczywiście zmieniło się bardzo odkąd wyjechałem a wszystko co się tutaj stało, w sensie rozwoju, na mnie robi duże wrażenie. Lubię zatem Rzeszów, choć z powodu długiej nieobecności często czuje się tu trochę zagubiony. Nie w sensie nieznajomości miasta ale w rozmowach na jego temat. Każdy bowiem operuje nowymi nazwami ulic, jako, że wiele poprzednich miało podtekst niepoprawny politycznie. Nie wiem zatem gdzie jest Hetmańska, choć doskonale pamietam gdzie było Obrońców Stalingradu. Poznikało w ten sposób wiele nazw, które wciąż istnieją w mojej świadomości. Nie przeszkadza mi to zbytnio, szczególnie, że prezydent miasta w moim odczuciu robi dobra robotę i Rzeszów zmienia się na lepsze. Bawi mnie jednak bardzo ten niespodziewany wypływ bohaterów nowej rzeczywistości, którzy latami całymi byli zapomniani. W tym kontekście istnienie pomnika Czynu Rewolucyjnego zdaje się być ewenementem. Popularna „Wielka Cipa” stoi wielu jak kość w gardle, zwłaszcza tym, których, gdy ona powstawała, nie było nawet na świecie. Mam nadzieję, że oprze się ona tym pseudo świętym i nawiedzonym  zwolennikom dobrej zmiany. Pomyślałem nawet, że aby się oni odczepili od pomnika, może dobrze by było zainstalować na nim zewnętrzna windę a na jego szczycie umieścić studio lokalne audycji ojca dyrektora. To by wszystkim zamknęło gęby. Ot taki pomysł, może niezbyt mądry, ale jakoś nie wyobrażam sobie galerii Rzeszów z hotelem o tej samej nazwie bez pomnika naprzeciw. Nie o tym jednak chciałem pisać. Otóż któregoś dnia maszerując po jednej z ulic pod wezwaniem, a jakże, nieznanego mi kapłana, zauważyłem, że sporo innych miejsc na owej ulicy ma swoich patronów wywodzących się z tej samej naszej wspólnej wiary. Poczułem się zatem jakbym maszerował jakaś aleją wielu świętych. Szczerze mówiąc akurat miałem coś brudnego na myśli i aż się zarumieniłam ze wstydu. Zmieniłem zatem tok moich myśli na bardziej przystające miejscu i z tą nabożnością kontynuowałem mój spacer, popadając od czasu do czasu w zadumę nad świata zmiennością. I gdy tak rozmyślając szedłem dalej, nie zwracając uwagi na przechodzących obok mnie ludzi, nagle niczym grom z jasnego nieba obiło się o moje uszy coś co zdawało mi się znajome jednak niezbyt pasowało do otoczenia. Spie…aj ku..a, wybiło mnie kompletnie z zadumy. Nie jestem zwolennikiem przeklinania na ulicy, a jednak nie byłem w stanie pomyśleć, że jeszcze do końca nie zwariowaliśmy z tą naszą pseudo świętością. Życie jest ku..a piękne, pomyślałem sobie kontynuując mój spacer.

Śpiewać może każdy.

Stajemy się coraz bardziej uzależnieni od elektroniki. Świat się komputeryzuje w tempie trudnym do wyobrażenia. Dzięki temu o wielu rzeczach możemy dowiedzieć się w znacznie szybszym tempie. Przepływ informacji odbywa się niemal natychmiastowo. Powstaje coraz więcej rożnego rodzaju serwisów, które umożliwiają nam dostęp do wiadomości z wielu dziedzin codziennego życia. Z racji moich zainteresowań, będąc na komputerze, lubię poprzeglądać „starocie”, które ktoś tam kiedyś tam umieścił na YouTube. Często uda mi się znaleźć coś o czym już zapomniałem o co ma tak silną wymowę, że nie sposób nie podrapać się po łepetynie ze zdziwienia. To mi się zdarzyło pare dni temu. Niespodziewanie zaproponowano mi posłuchania „Śpiewać może każdy” w wykonaniu Jerzego Stuhra. Wykonał on ten utwór na festiwalu w Opolu równo czterdzieści lat temu. Wiem, że wiele osób zna tą piosenkę i ja ją znam, z tym, że gdzieś mi uleciała. Sposób jej wykonania przez pana Jerzego nie pozostawia wątpliwości co do podtekstu tego utworu. Jeśli jednak podłożymy w miejsce lat siedemdziesiątych dzisiejsze czasy to mam wrażenie, że ta śmieszna piosenka jest jeszcze bardziej aktualna. 

https://youtu.be/ENvAmLuj5ko

 

Jeśli śpiewać może każdy, to i zapewne każdy może być politykiem. O losach naszego kraju decyduje 561 polityków, których talent nawet nie dorównuje piosenkarskim możliwościom Jerzego Stuhra. A jednak 460 posłów, 100 senatorów i prezydent, przeświadczeni o swoich talentach, chcą determinować w jaki sposób każdy z nas ma żyć. Szczęka mi opadła i wciąż znajduje się w stanie totalnego osłupienia bo morał z tej śmiesznej piosenki dla mnie jest taki, że ona wcale nie jest……..śmieszna. Zwłaszcza dzisiaj.

Młodzi w Sejmie

Odkąd zjechałem do kraju nad Wisłą, nadrabiam moje zaległości prasowe. Nie mam na to zbyt wiele czasu ale pomalutku posuwam się do przodu. W Angorze z 11 czerwca donoszą o posiedzeniu parlamentarnym, które miało miejsce w Sejmie. Posłami były jednak dzieci i to one prowadziły obrady i dyskutowały na nurtujące ich tematy. Wydawałoby się, że jest to inicjatywa godna pochwały. I ja tak o tym myślałem dopóki nie zaznajomiłem się z procesem selekcji na małych posłów. Niestety jeśli patronem takiego przedsięwzięcia jest IPN to sam ten fakt determinuje sposób doboru młodych uczestników tej przygody. Aby zatem zasiąść w ławach sejmowych należało „w czasie sześciu tygodni zdobyć informacje o istniejących dotąd w swoim mieście czy gminie symbolach komunistycznego zniewolenia: nazwach placów, ulic, szkół czy osiedli, o pomnikach, tablicach itd. Należało dotrzeć do dokumentów (np. uchwał rad narodowych) nadających dekomunizowane dziś nazwy, relacji z gazet, fotografii i przewodników po okolicy. Trzeba było nagrać wywiady ze świadkami historii, dotrzeć do historyków regionalistów, akt w gminnych urzędach i oddziałach IPN. W miejsce dekomunizowanych symboli należało zaproponować lokalnych bohaterów, przekonując do ich kandydatur mieszkańców i radę gminy przez zorganizowanie okolicznościowej wystawy, gry miejskiej, badań ankietowych i wciągniecie do współpracy lokalnych mediów. Na koniec sprawozdanie z dekomunizacji (opis, zdjęcia, filmy) i propozycje uhonorowania lokalnych bohaterów należało wysłać do oceny”, domyślam się, że przez zahartowanych w boju z depeerelizacją, historyków z Instytutu Poronionej Nienawiści.

Nie było mnie jeszcze na świecie zaraz po wojnie, ale z opowieści mojego ojca wiem, że tak właśnie wyglądała wczesna robotniczo-chłopska indoktrynacja. Po takiej dawcę patriotycznego wychowania czegóż mroźna było się spodziewać po samych obradach tak dobranego gremium? Jeśli ktoś jest ciekawy odsyłam do artykułu, bo mi szkoda tutaj miejsca. Dla mnie już od dawna IPN było instytucją, której potrzeby istnienia nie jestem w stanie pojąć. Ludzie przesiąknięci odwetyzmem nie powinni być dopuszczani w pobliże dzieci i młodzieży. Ta ich chora ideologia może bowiem zrobić tyle samo psychicznego spustoszeni w umysłach dorastających ludzi ile seksualnie molestujący je kapłan. 

 

 

Angora Nr.23 11 czerwca 2017. Sejm, czyli krucjata dzieci.

Jesteśmy na fali

Znając poglądy niezapomnianego Wojciecha Młynarskiego pozwoliłem sobie……………….

W kraju całym lęk, na nazwiska mego dźwięk truchleją wszyscy

Rządzę tak jak chcę, Antek w tym pomaga mnię, oraz moi bliscy

Mój parlament jest a marszałek niczym pies mi raportuje

Senat też jest mój, chociaż z opozycji zbój wciąż się buntuje

Ja to w poważaniu mam bo nie jestem przecież sam tu na sali

Niech podskoczy ktoś, żeby zrobić mi na złość to mu się przywali

Na mównicę wkraczam już, w blat jej wbijam ostry nóż dla pojednania

Bo życzenia mam dla tej najważniejszej z moich dam do przekazania 

 

Dla sympatycznej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od sympatycznego pana Jarka, kiciu-kiciu

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się 

Nowoczesna szlocha, a Platforma krzyczy

I niech sobie ryczy, Krysiu kocham cię

 

Bo panna Krysia, panna Krysia

Wielu jest wybranką nie od dzisiaj 

Odkąd stała się posłanką z ludu

Dokonuje w sejmie samych cudów

Wokół niej jest nieustanny tłok

Bez niej tutaj by panował mrok

 

W kraju całym lęk, w tym jest właśnie sęk by to utrzymać 

Na ulicach tłum powoduje szum, będzie zadyma

Wtem wypada zeń poseł głuchy niczym pień i apeluje

Prośbę do was mam, nie dam rady sam i intonuje

 

Dla niewątpliwie miłej panny Krysi z rzędu trzeciego

Od oddanego jej dozgonnie równie miłego pana Ryśka, misio-misio

 

Jesteśmy na fali, na sejmowej sali

W promieniach Torunia opalamy się 

 

A panna Krysia, panna Krysia

Wzrokiem gniewnym obrzuciła pana misia

Swe oddanie niech pan sobie schowa

Jam dziewczyna jest Jarkowa 

A że misio się kocura bardzo boi

Do Beaty poszedł rany swe ukoić

 

W całym kraju lęk, zewsząd słychać jęk tych co marzyli

W parlamencie strach, gorszych czeka piach gdy już po chwili

Na mównicę wpadł antyowsiakowy chwat  co się przyczaił

Walnął pięścią w blat aż mikrofon z niego spadł i tak zagaił

 

SPOKÓJ W ŁAWACH 

Panno Krysiu z trzeciego rzędu

Tam gdzie siedzą posłowie lepszego sortu 

To ja kocham panią najbardziej. Twój Tasiu

 

Lud to widział w odbiornikach

I ze śmiechu się posikał

Bo tej szopki było celem

Żeby „lepszym” dać wesele

I niech myślą, że tu o nich dbają 

Kiedy kiciu, misio, tasiu tylko to udają i…

 

Dla sympatycznej panny Krysi lepszego sortu

Od niewątpliwie sympatycznych panów tegoż 

Kiciu, misio oraz tasiu

Zapewne dzieli mnie przepaść od oryginału. Mam jednak nadzieje, że udało mi się przypomnieć wszystkim pana Wojciecha. Mój tekst oczywiście oparty jest na jego utworze pod tytułem „Jestesmy na wczasach”.

https://youtu.be/RRfiddT5-aM

Słowo o potrzebach

Moja ekwadorska oaza spokoju znajduje się trochę na uboczu i z dala od zgiełku miejskiego. Jestem na tyle blisko miasta, że w razie nieodpartej potrzeby odwiedzenia go nie mam z tym najmniejszych problemów, i na tyle daleko od niego, że jego zgiełk i hałas do mnie nie docierają. Sąsiedztwo moje składa się z sześciu domostw ale rzadko jest tak aby wszyscy w tym samym czasie byli obecni. Panuje zatem wszechogarniająca cisza, która sprzyja relaksowi, jeśli ktoś preferuje właśnie takie warunki do odpoczynku mentalnego i psychicznego. Wielu z moich znajomych często pyta mnie o powody mojej decyzji. Zawsze brakowało mi odpowiednich słów aby w sposób w miarę zrozumiały wyjaśnić to co mną kierowało. Tu muszę zaznaczyć, źe decyzje podejmowaliśmy wspólnie z żoną. Ostatnio w jednym z numerów Angory miałem okazje przeczytać artykuł o dziewczynach a raczej dojrzałych kobietach podróżujących na motocyklach gdzieś na krańce świata. Jednym z celów ich podróży był Tybet. Dlaczego? No właśnie, odpowiedź na to pytanie jest doskonałą repliką do zrozumienia moich powodów. Szczerze mówiąc czytając ją, właśnie wtedy uświadomiłem sobie ile w tym było moich własnych przemyśleń, które zdeterminowały zakotwiczenie w moim aktualnym porcie. Nasze codzienne życie toczy się w bardzo szybkim tempie. Każdy z nas po pewnym czasie odczuwa potrzebę ucieczki od tego. Często jest tak, że wydaje nam się to mało możliwe. Nie musi to być koniecznie prawdą, bo jedyne co jest koniecznością w takiej sytuacji to określenie naszych potrzeb. Okazuje się, po takim zabiegu, że z wielu rzeczy można zrezygnować, jeśli tylko chcemy. Konieczność zwolnienia tempa, bardzo do mnie przemawiała i to była główna przyczyna mojej ucieczki od cywilizacji. Dzięki temu udało mi się rownież spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. To pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na wiele pytań, które dręczyły mnie, jednak nie miałem czasu aby się nad nimi zastanowić. Spokój i cisza, wolno płynący czas pozwolił mi na skupienie się, odizolowanie od codziennych problemów i ustalenie hierachii ważności. Spojrzenie na życie z perspektywy innych ludzi i ich sposobu życia, pomogło mi zwrócić uwagę na wiele rzeczy z innego punktu widzenia. Panie, które na swoich motocyklach  przebyły setki kilometrów mówiły rownież o potrzebie sprawdzenia się i pozytywnej energii płynącej z przebywania z samym sobą bez bycia rozproszonym często wyimaginowanymi potrzebami. Kwintesencją ich wyprawy było stwierdzenie, że życie w swojej prostocie ma bardzo wiele do zaoferowania. Zbyt mało czasu poświęcamy duszy koncertując się na ciele. To właśnie daje mi moja oaza spokoju.

Freedom czyli Wolność

Wolność to najgorętsze słowo w dzisiejszej przestrzeni publicznej. Gdzie są jej granice? Każdy chce mieć prawo by podejmować własne decyzje i jeśli są one bez szkody dla innych ludzi sądzę, że każdemu się to należy. Coraz cześciej odbiera nam się jednak możliwość decydowania o sobie, narzucając nam szereg nakazów i zakazów, wmawiając nam, że są one konieczne dla naszego dobra. Patrząc na tempo w jakim ogranicza się nasze swobody odnoszę wrażenie, że wkrótce będziemy mieli coraz mniej do powiedzenia na temat naszego własnego życia. Nie wiem czy ktoś to jeszcze zauważa? Spostrzegł to jednak Paul McCartney i swoim utworem Freedom zachęcił mnie do tego wpisu.  

 

YouTube

 

 

Bóg dał mi żyć

Bym wolnym mógł być 

I żył wsród wolnych ludzi

Nie musiał się z nikim kłócić 

 

To jest o wolność wołanie

I wolności się domaganie 

Za wolność zginąć jest warto

By nas z niej nie obdarto 

 

Nie dajmy jej odebrać sobie 

Bez niej cieżko będzie mnie i tobie

Bo to jest nasze życie  

 

To jest o wolność wołanie

I wolności się domaganie 

Za wolność zginąć jest warto

By nas z niej nie obdarto 

 

Moje tłumaczenie sporo odbiega od oryginału. Mam jednak nadzieje, że przekazuje najważniejszy jego sens. Wolność to nasze prawo, które otrzymaliśmy od stwórcy, który określił je jako wolna wola. Nie pozwólmy o tym nikomu zapomnieć.

Jedziemy do Rosji

Jedziemy do Rosji na Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Zadecydował o tym niedzielny mecz z Czarnogórą. Tradycyjnie nie obeszło się bez nerwów w końcówce, spowodowanych przestojem naszych piłkarzy w drugiej połowie. W sukurs przyszedł Robert Lewandowski, który samodzielnie zdobył bramkę, która okazała się na wagę zwycięstwa. Prawdziwi kibice oglądali mecz więc nie ma się co nad nim rozwodzić. Nonszalancja naszych zawodników w drugich czterdziestu pięciu minutach dała się nie tylko kibicom we znaki ale rownież i kapitanowi naszej reprezentacji, który nie krył swojego niezadowolenia w pomeczowych wywiadach. Jego frustrację mogliśmy wszyscy zobaczyć po zdobyciu bramki przez niego, co uzewnętrzniło się kopnięciem jednego z elementów dekoracyjnych poza boiskiem. Jego złość niewątpliwie była uzasadniona, bo sposób gry naszej drużyny po zdobyciu prowadzenia był nie do zaakceptowania, a co gorsze to nie była kwestia tylko tego spotkania. Oddaliśmy inicjatywę Czarnogórcom, dokładnie tak samo jak to zrobiliśmy w poprzednich meczach, może poza spotkaniem z Armenią, chociaż i w tym meczu początek drugiej połowy odbywał się pod dyktando Ormian. Robert Lewandowski ma racje piętnując to zjawisko. Nie wiem jednak czy sposób jaki wybrał, czyli przed kamerami i w rozmowie z reporterami jest najlepszy. Dużo się mówi o jedności i spójności naszej reprezentacji. Świadczyły o tym chociażby koszulki z napisem wspierającym Milika. Wyglądało to budująco. Robert trochę zburzył ten sielankowy obraz dając do zrozumienia, że nie każdy powinien być w tej kadrze, i że sporo jej brakuje, abyśmy mogli być uważani za mocną drużynę. Szczerze mówiąc, nie ujmując zasług pana Roberta, jego uwagi nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze obawiam się, że mogą negatywnie wpłynąć na klimat w drużynie, po drugie wreszcie, takie pranie brudów powinno mieć miejsce w szatni. Domyślam się, że trener Nawalka mocno liczy się z opinią naszego najlepszego zawodnika i zresztą słusznie, to on jednak w końcowym efekcie powinien mieć ostateczne słowo przy ocenie przydatności zawodników do gry w drużynie. Robert Lewandowski pobił właśnie rekord Włodzimierza Lubańskiego pod względem ilości zdobytych bramek w reprezentacji i zapewne podbije ten rekord do granic trudnych do osiągnięcia. Będąc graczem pan Włodzimierz rownież był i kapitanem, i najlepszym piłkarzem zespołu. Nie pamietam jednak aby pozostali zawodnicy mogli to odczuć. Pod tym względem chyba jeszcze sporo Robert Lewandowski musi się uczyć. A skoro już porównuję to chyba warto byłoby aby ocena drużyny należała do trenera tak jak to było za czasów Kazimierza Górskiego. Cieszmy się jednak z awansu bo uczestnictwo drużyny narodowej w mistrzostwach świata to marzenie każdego kibica.