Czary mary, abra kadabra.

Zawsze byłem przeciwnikiem wszelkiego rodzaju procesów lustracyjnych czy weryfikacyjnych. Rzadko kiedy bowiem zdarza się aby miały one charakter obiektywny i wolny od czyjegoś nacisku. Sam proces w niektórych sytuacjach być może i ma sens chociaż i z tym bym polemizował. Głównym moim argumentem zawsze będzie fakt, że każdemu powinna przysługiwać szansa na wymazanie czy oczyszczenie siebie z tego co mu się przytrafiło w przeszłości. Drobni przestępcy przecież dostają wyroki w zawieszeniu, ci co popełnili gorsze przestępstwa, są resocjalizowani w miejscach odosobnienia i rownież mogą wrócić do życia w społeczeństwie. Sportowców za doping zawiesza się, jednak nie dożywotnio, po paru latach mogą znowu uprawiać swoją dyscyplinę. Lustracja i weryfikacja odbiera takie szanse i powoduje zakaz ubiegania się o określone stanowiska w państwie, bez względu na kwalifikacje. Nie ma to w moim przekonaniu żadnego sensu bo nazwanie każdego członka partii robotnicza-chłopskiej z poprzedniego systemu komunistą nie ma żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Jedynie awangardzie partyjnej można zapewne przyczepić taką łatkę. W tym zakresie nic się  nie zmieniło. Dzisiejsza awangarda rządu to ślepi kaczyści, jak ówcześni komuniści, bezkrytyczni, zadufani w sobie, głusi na krytykę. Ich się nie weryfikuje, a który bardziej ślepy i głośniej krzyczy, może liczyć na większe poparcie partyjnego guru. O wartości lustracji i jej wybiórczości świadczy chociażby ostatni przypadek naszego ambasadora w Niemczech. Nie ulega dwóch zdań, że podpisał deklaracje o współpracy z SB. Mało mnie obchodzą pobudki, dla których to zrobił i czy donosił czy nie. W kontekście powołania jego żony na stanowisko prezesa Trybunału Konstytucyjnego, śmiało można wysnuć wniosek, że o przeszłości pana ambasadora wiedziano i ten fakt może być w przyszłości wykorzystywany do nacisków na panią prezes właśnie. Chociaż nie stwierdzono żadnego donosicielstwa ze strony jej męża to idę o zakład, źe w przypadku niepodporządkowania się jej w sprawach „konstytucyjnych”, ważnych dla partii, niespodziewanie pojawią się jakieś nowe dokumenty z domu świętej pamięci generała Kiszczaka. Nawet jeśli moje podejrzenia to tylko chora wyobraźnia, to wykreowała je sama władza stosując i oceniając ludzi według sobie tylko wiadomego klucza, który w skrócie można określić jako przydatność lustrowanych do potrzeb partyjnych celów. Elektryk zrobił swoje więc może odejść, zwłaszcza, że jemu nie po drodze z dobrą zmianą. Będą go zatem nurzać w odchodach dopóki żyje, bo taka natura tej władzy: czary mary – winny, abra kadabra – niewinny. I na koniec panu Sławomirowi Cenckiewiczowi, twórcy prawdy o Lechu Wałęsie,  gratuluje tytułu profesora. Tempo w jakim zdobywał kolejne tytuły naukowe wcale mnie anie nie dziwi, ani nie zastanawia. Takich naukowców potrzeba partii więcej.