Twierdza fundamentalizmu.

Powraca ponownie na czołówki mediów temat zmiany konstytucji. Mądre głowy wypowiadają w związku z tym jeden przez drugiego. Premierowa nie widzi potrzeby zmian w tym zakresie, uważając że aktualnie obowiązująca jest wystarczajaco dobra. Ufff, ciężko nawet znaleźć odpowiednie słowo aby skwitować tą wypowiedź. Jedyne co przychodzi mi do głowy to chyba tylko to, że ona zapewnie myśli o tym co nosi prezes w kieszeni, bo przecież obowiązująca ustawę zasadniczą złamała już tyle razy, że palców u obu rąk brakuje. Krystyna Pawłowicz natomiast jest za zmianami. Jej propozycje tak mocno „złapały mnie za serce”, zże postanowiłem się nimi podzielić. Oto zatem przyczyny, dla których powinnismy dokonać zmiany ustawy zasadniczej i rekomendacje szanownej posłanki: 

Po pierwsze konstytucja była pisana przez ludzi PRL – w tzw III Rzeczypospolitej. Wprowadzała system ustrojowy wzajemnie blokujących się organów. Wielokrotnie napotykaliśmy problemy konfliktu kompetencji np. w zakresie polityki zagranicznej i obronności kraju. Trybunał Konstytucyjny często podejmuje decyzje dość swobodne i trudno wymierne prawnie. W konstytucji są też przepisy słabo chroniące suwerenność Polski w Unii Europejskiej. Nie do przyjęcia jest na przykład artykuł 90, który jest przepisem mającym formę aktu zdrady narodowej ówczesnego establishmentu. Ten arytkułów nazywam podstawą do samolikwidacji państwa polskiego. Ten przepis absolutnie należy usunąć. 

Po drugie, w konstytucji powinien być jasno określony system wartości obowiązujących polską Wspólnotę, m. in. w sprawach polskiej tożsamości chrześcijańskiej, sprawach obyczajowych, sprawach ochrony życia. Te kwestie nie mogą być przedmiotem domysłu i dowolnej interpretacji. Konstytucja musi zapewniać ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Konstytucja winna stanowczo dookreślić model małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, nie zezwalając na interpretację w kierunku układów patologicznych. Konstytucja powinna zawierać przepisy, które będą chronić Polskę przed różnymi szaleństwami kolejnych ekip rządzących, które chciałyby odchodzić od powyższych wartości. Uważam, że powinniśmy w większym zakresie podkreślić też tożsamość religijną i kulturową. Chrześcijaństwo jest głównym punktem orientacyjnym w historii Polski i Polaków. Bez uświadomienia sobie tego nie odbudujemy naszej kultury i tradycji. Będziemy mówili o Polsce „ten kraj” i tak jak Google umieszczać w Święto Niepodległości symbol bociana zamiast orła. Konstytucja musi bronić wartości. Chciałabym, aby powstała w polskiej konstytucji Preambuła, taka jak w konstytucji węgierskiej. Patriotyczna, głęboka inwokacja po prostu poruszająca serca. Tak jak mówił prezydent Andrzej Duda w Dniu Niepodległości, żeby nie tyle mury poruszyły się od wystrzałów, ile zadrżały nasze serca. Aby ta Preambuła sprawiała, że czujemy się, że jesteśmy Polakami.

Czuję się Polakiem bez tych górnolotnych sformułowań. Propozycje bardziej przypominają mi fundamentalizm islamski w wydaniu pisowskim niż prawo w nowoczesnym, tolerancyjnym państwie europejskim. Nie twierdze, źe wszystko jest dobre, sądzę jednak, że czasy świętej inkwizycji to już bardzo, bardzo odległa przeszłość. Ech gdyby tak zastąpić mowę nienawiści mowaą tolerancji i zrozumienia to może i konstytucja byłaby zbyteczna.

Reklamy

Myśliwi i zwierzyna.

Ilu jeszcze ludzi dotkną pomysły rządzącej partii? Skala i rozmach z jakim wciąż kogoś tam za coś tam rozliczają powodują, że sam już nie wiem czy w poprzednim systemie, poza oczywiście aktualnymi wybrańcami narodu, żyli jacyś godni zaufania ludzie. Kolaborantów, mam wrażenie, było więcej niż mieszkańców naszego kraju. Mnożą się w związku z tym ustawy, przepisy, zarządzenie i inne wytyczne mające na celu pozbawienia przywilejów, dochodów, emerytur i innych praw nabytych ludziom, którzy mieli cokolwiek wspólnego z minionymi czasami. Biorąc pod uwagę, że wówczas wszystko było znacjonalizowane to na dobrą sprawę każdy z nas w jakimś tam stopniu przyczynił się do współpracy z władzą robotniczo-chłopską. Podobnie jak wtedy tak i dzisiaj mamy rożnego rodzaju instytucje, których zadaniem jest wymuszanie przestrzegania prawa i inwigilacja ludzi stanowiących zagrożenie dla władzy czy porządku publicznego. Te minione były jednak niedobre i dlatego ich pracownicy, bez względu na funkcje jakie w nich sprawowali, za sam fakt bycia w nich zatrudnionymi muszą ponieść i ponoszą kary zgodzie z widzi mi się kogoś na górze. Jedna z dziedzin naszego życia, która wtedy przyniosła nam najwięcej emocji i radości był sport. Wtedy nie miał on jednak charakteru zawodowego i większość wyczynowych atletów była zatrudniona na etatach państwowych, w zależności od sponsora klubu. Legia podobnie jak Śląsk to były kluby wojskowe a Wisłą czy Gwardia to kluby milicyjne. Siłą rzeczy piłkarze czy sportowcy uprawiający cokolwiek byli pracownikami tych resortów. Ich wpływ na politykę był żaden, pewnie nawet nie wiedzieli na jakim stanowisku byli zatrudnieni. Wielu z nich objęła jednak ustawa dezubekizacyjana i pomniejszono im ich uposażenia emerytalne. Jest wsród nich kilku orłów Kazimierza Górskiego, dostało się zatem i im. Mądre głowy dzisiejszego etabliszmentu kontynuują plucie we wszystkie strony i na każdego, kto jest w zasięgu ich wzroku. Zaszczepieni jadem nienawiści swojego wodza, kultywują antagonizmy i podjudzają ludzi do wzajemnej niechęci. Niszczenie i przekręcanie historii, demonizacja znanych i respektowanych rodaków stały się obsesją rządzących. Podziały pogłębiają się coraz bardziej, i coraz trudniej zwaśnionym strony słuchać wzajemnych argumentów. To się kiedyś skończy, bo skończyć się musi, tylko czy pozostaną nam jeszcze jakieś autorytety? Wątpię.

Obludnicy spod kaplicy

Najpierw z rana się gorliwie modlą

Lecz po chwili już się podlą

Zawsze, wszystko im przeszkadza

Kiedyś była robotnicza władza

Co to kością stała im w przełyku

Czary mary, fiku miku 

I już nie ma robotników

Wówczas oni byli w opozycji

Jak rzesz dumni byli z tej pozycji

Teraz mają swoich przeciwników 

Co kłopotów im stwarzają wciąż bez liku

Weźmy na ten przykład konie

Chcieli im pomocne podać dłonie

Te się jednak oburzyły

I stadniny w cyrk zmieniły

Co rozniosło się po całym świecie

I już śmieje się z nas każde dziecię

Dla zmydlenia wszystkich oczu

Ku damskiemu się zwrócili kroczu, 

Ono bowiem z końmi współpracować miało

I w ten sposób paniom się dostało.

Te w obronie swoich miejsc intymnych

Zgotowały władzy prysznic zimny.

Trzeba było znowu szukać winnych.

I znaleźli zdrajców, których pełno dookoła 

W sądach, w mediach, nawet w szkołach

Chcieli z nimi po dobroci oraz w zgodzie 

Lecz ich mordy są zdradzieckie i w narodzie

Wciąż buntują, oraz ludzi przeciw władzy kuszą 

Za co konsekwencje ponieść muszą.

To z historii coś mi przypomina 

Jeśli myślisz, że Adolfa lub Stalina

Toś jest w błędzie drogi czytelniku

Bo to wzór dzisiejszych jest pątników

Zakłamanych i zgubionych w swojej wierze

Co to pod publikę klepią swe pacierze

Niczym ci co wymyślili święta inkwizycję

Tylko po to by obronić swą pozycję

Nie ma co odsłaniać ich przyłbicy 

Bo to znani obłudnicy spod kaplicy

Święta Rodzina.

Chwile się zastanawiałem nad tytułem tego wpisu. Dwa pomysły przychodziły mi do głowy: Święta Rodzina i Osiem tysięcy sto złotych. Pierwszy wynika z imienia szpitala w Rudnej Wielkiej pod Rzeszowem a drugi z kosztem operacji przeprowadzonej na pewnej pacjentce zwanej poniżej moją żoną. Ostatecznie wygrała Święta Rodzina a o przyczynach tego faktu w dalszej części. 

Dwa miesiące temu szanowna małżonka doznała złamania nogi. Próbując skoku z około pół metra pośliznęła się na pustaku. Upadek z niego zaowocował złamaniem piszczela i kolana. Niestety w Polsce przebywamy czasowo co wiąże się z brakiem ubezpieczenia. Zapewne mogliśmy je wykupić ale nikt z nas nie spodziewał się, że może ono być potrzebne. Ekwilibrystyczne wyczyny Alicji uświadomiły nam jednak, że warto od czasu do czasu posłuchać sloganów reklamowych ubezpieczycieli wszelkiej maści. Jeden z nich mówi „przezorny zawsze ubezpieczony”. To hasło zda się wspomagać mądrość ludowa, która mówi: „mądry Polak po szkodzie”. Tak czy inaczej stanęła moja żona przed koniecznością operacyjnej naprawy swojej nogi. W dobie wolnego wyboru placówki leczniczej padło na szpital Świętej Rodziny w Rudnej Wielkiej. Wpływ na to miała, do pewnego oczywiście stopnia, wiedza naszych przyjaciół na temat okolicznych placówek zdrowia. Korzystając z ich nieocenionej pomocy znalazła się zatem moja małżonka w owym szpitalu. Nie było złudzeń od początku, ze będzie konieczny zabieg składania poturbowanych kości. Tak się też stało i chwile po przybyciu do placówki i wstępnych oględzinach, podpisaniu dokumentów była już operowana. Do tej pory wszystko szło zgodnie z planem a i sam zabieg odbył się bez większych niespodzianek.

Już parę godzin po nim,podczas gdy moja żona wciąż odczuwała efekty narkozy,  pojawiła się w sali pani z księgowości domagając się uregulowania rachunku, który zamknął się wyżej wymienioną przeze mnie kwotą. Nie wiem na jakiej podstawie przedstawicielka szpitala sądziła, że jest to coś w rodzaju kieszonkowego, dość jednak powiedzieć, że żądała niemal natychmiastowego uregulowania rachunku. Owa pani powoływała się na jakieś procedury, z których widocznie wynika, że rachunek należy przedstawić pacjentowi, gdy ten jeszcze nie jest do końca kontaktowy po anestezjologii. Widocznie ściągalność zobowiązań finansowych w tym właśnie momencie jest najwyższa bo widmo dalszego leczenia na zewnątrz szpitala przemawia do pacjenta z odpowiednią siłą. Cóż było robić, zwłaszcza gdy wszystko boli. Z pomocą ponownie przyszli nasi przyjaciele i już po chwili kwota została przetransferowana na rachunek szpitala. Nie mamy oczywiście zastrzeżeń ani do jej wysokości, ani do konieczności jej uiszczenia. Sposób i czas to już jednak inna sprawa. Do tego należy dodać fakturę, z której poza kosztem kompletnie niczego nie można się dowiedzieć. Nie wiemy z czego dokładnie składa się naliczona kwota i co kryje się w usłudze pod tytułem koszt operacji. Wiele rzeczy przecież było robionych od badania krwi, przez prześwietlenie komputerowe i anestezjologię po samą operację. Trzeba rownież pamietać o dwóch dniach w szpitalu. Co ile kosztowało nie bardzo wiemy. Mogę się jedynie domyślać, że opieka niższego szczebla personelu szpitalnego chyba nie była ujęta w tym rachunku skoro pielęgniarka, którą o pomoc poprosiła moja żona mocno się zdziwiła, że czegoś się od niej oczekuje bo na prośbę mojej żony o wsparcie przy dojściu do toalety, członkini świętej rodziny pielęgniarek odparła, cytuję: „może mam panią wziąć na ręce”.  Wyjątkowy pokaz chamstwa i arogancji. Nie znam zbytnio realiów szpitalnych w naszym kraju, na szczęście, wiem jednak, że w środowisku lekarskim, kto żyw podpisuje klauzule sumienia. Nie może być zapewne inaczej w placówce pod tak szlachetnym imieniem. Co to jest sumienie? I tu pewnie pacjenci diametralnie różnią się jego definicją od lekarzy.  To chyba jednak takie czasy, że wszyscy inaczej tłumaczą sobie wartości zwane kiedyś uniwersalnymi, jak na przykład sumienie. 

Po sześciu tygodniach od zabiegu i kontroli lekarskiej, można było zacząć obciążanie nogi. Wizyta kontrolna potwierdziła, że nie było żadnych powikłań i wszystko goi się zgodnie z oczekiwaniami lekarza. Niestety rehabilitacja obciążeniowa nie przebiega zgodnie z oczekiwaniami Alicji. Stąd chciała sprawdzić co dokładnie zostało wykonane w trakcie zbiegu. Jak już wspomniałem jedyną pozycją na niby fakturze jest koszt operacji bez żadnych detali. Próba kontaktu ze szpitalem w celu uzyskania większej ilości informacji kończy się zawsze tak samo. Po wybraniu numeru telefonu, otrzymujemy informacje o naszym miejscu w kolejce do tej usługi. Co ciekawe przesuwa się ona dość szybko do momentu aż jesteśmy następni w kolejce. Za każdym razem okazuje się, że właśnie przed nami znalazł się jakiś upierdliwy pacjent, który zapewne ma tysiące pytań. Ciekawsze jest jeszcze to, źe gdy po dłuższym oczekiwaniu rozłączyliśmy się, by ponownie wybrać numer, znowu przesuwaliśmy się bardzo szybko do momentu…..następnego w kolejce. Ponownie ten sam pech i nierozumiejący innych petentów delikwent. Będziemy próbować, może się uda.

W Polsce zapanowała dziwna moda na nazywanie wszelkiego rodzaju placówek użyteczności publicznej imionami świętych, które do tej pory były zarezerwowane dla kościołów i jego parafii. Osobiście nie specjalnie mi to przeszkadza i nie mam nic przeciwko temu. Powoływanie się jednak na imiona świętych powinno chociaż w minimalnym stopniu wiązać się z fundamentalnymi wartościami wiary, w naszym przypadku chrześcijańskiej. Śmiem wątpić czy aby tak jest napewno w przypadku placówek służby zdrowia i nie tylko. Chowanie się za plecami Świętej Rodziny czy innego świętego nie zwalnia nikogo, a wręcz odwrotnie, z bycia przyzwoitym. W przeciwnym przypadku powoływanie się na to co czcimy jest zwykłym prostackim chwytem, który w dodatku narusza drugie przykazanie, zakazujące nadaremnego używania imienia Bożego. Nie mnie jednak sądzić i oceniać innych. Wolałbym jednak aby rzeczy nazywane były zgodnie z ich przeznaczeniem. Dla przykładu szpitale o wysokim wskaźniku wysyłania ludzi do krainy wiecznych łowów mogłyby się nazywać „Nogami do Przodu”, człowiek odrazu wie czego może się spodziewać. Placówki z drogimi zabiegami „Rżniemy Równo” i już wiem co mnie czeka gdy się tam udam. Poza tym taka nazwa, chociaż do bólu, to jednak szczera. Co się stało z tym określeniem, które przecież ma zabarwienie pozytywne? Albo w tym samym tonie „Pacjent Dziany Mile Widziany”. Tak, tak wiem z kilometra czuć sarkazm ale równie sarkastyczne jest udawanie członka świętej rodziny nie mając z nim nic wspólnego. 

Handlarze snów

Odkąd pamietam, zawsze chciałem wyjechać do Stanów. Po trosze wpływ na to miał system, w którym przyszło mi żyć, po trosze ludzie stamtąd wracający, którzy malowali niestworzone wizje na temat życia za oceanem. Już wtedy głośne było określenie American Dream czyli Amerykański Sen. To przecież w końcu właśnie tam panował system będący wzorem dla wszystkich demokracji zachodnich. Wolność, styl życia, równe szanse, nieograniczone możliwości dla każdego, wszechmogący dolar, który był najsilniejszą walutą świata. Gdy wreszcie i ja dotarłem do kraju Apaczów poczułem jakby wreszcie spełnił się ten mój amerykański sen. Białym Domem rządził Bush Senior, kraj nie był uwikłany w żadne niepotrzebne konflikty, ceny benzyny poniżej dolara za galon robiły wrażenie. Takich jak ja napływało do Stanów z całego światu bardzo wielu. Wszyscy przyjechaliśmy w tym samy celu, przeżycia amerykańskiego snu, który w takiej czy innej formie mieliśmy zakodowany w naszych głowach. Nikt z nas wtedy nie wiedział , że zaczynał się początek końca wielkich Stanów Zjednoczonych. Siłą rozpędu kraj wciąż dominował na świecie i uważany był za potęgę gospodarczą. Wszystko to robiło wrażenie. Nikt zatem nie zwracał większej uwagi na polityczne przepychanki w Waszyngtonie, bo i po co. Ogólne zadowolenie było wyczuwalne na każdym kroku. Wiele ludzi zaczęło jednak dostrzegać sygnały znamionujące nadchodzące zmiany na gorsze. Jednym z nich był George Carlin, kabareciarz występujący samodzielnie. Początkowo jego monologi nie miały podtekstów politycznych. Gdy jednak sytuacja zaczęła się coraz bardziej pogarszać, nie wahał się nazywać rzeczy po imieniu. Jakoś wtedy nie interesowały mnie tego typu komediowe przedsięwzięcia. Teraz z perspektywy czasu, słuchając jego monologów, których wiele zachowało się na YouTube (sam kabareciarz niestety już nie żyje) aż się wierzyć nie chce jak genialnie i jednocześnie z dużą dozą humoru parodiował ówczesne czasy. Wiele mówił o edukacji i jej coraz niższym poziomie, o podziałach klasowych, o politykach, którzy są marionetkami w rękach prawdziwych władców Stanów. W jednym ze swoich tekstów odniósł się  wlasnie do sformułowania American Dream. Co zatem znaczy ów amerykański sen? Otóż według George’a Carlina na jawie nie znaczy on nic, można o nim tylko śnić aby w niego uwierzyć. Nieprawdopodobna gra słów, która doskonale oddaje zmiany jakie zaszły w ostatnim czasie za wielkim stawem. Handlarzy snów niestety nie brakuje i u nas. 

 

https://youtu.be/-14SllPPLxY

Czy to tylko sen?

Obudziłem się o świcie

Co świadczy niezbicie

Że coś mi się śniło

Co sen wystraszyło

Lecz co to było?

Nic nie pamietam

Może zwierzęta

Głodne i dzikie

Co z głośnym rykiem

Szukają strawy

A ja wsród trawy

Chowam swe ciało

Bo żyć by się chciało?

Skronie mam mokre

Wieje za oknem

Coś tu się stanie

Już przeszło mi spanie

A może to duchy

Spod mej poduchy

Wyszły na łowy?

I już mam ból głowy

I pot zrosił mi czoło

Rozglądam się wkoło

I nic nie widzę

I trochę się wstydzę

Bo to świtanie

A duszków ganianie

To czas północy

Zamykam więc oczy

Zasnąć zamierzam

Lecz bez pacierza

Mam wciąż na myśli

Że znów mi się przyśni

Mara co budzi

Nie tylko ludzi

I sen z powiek spędza

Posłucham rad księdza

Poproszę Boga

By ta nagła trwoga

Mnie opuściła 

I snem zakończyła 

Już weń zapadam 

Gdy mnie dopada

Strach co przypomina

Pewnego wiedźmina

O twarzy znajomej

I zakompleksionej

Choć on był przyczyną

To nie jego winą

Me obudzenie było

Lecz co się zdarzyło

Bom ujrzał na tronie

Króla co tonie

W uściskach motłochu,

Który w popłochu

Cześć mu oddaje

Bo mu się zdaje

Że władca go kocha

Czyż warto szlochać 

Nad czyjąś ślepotą?

Lud co miernotom

Władzę oddaje 

Głupim się staje.

To mi ciążyło

I ze snu wybiło 

Stąd moja rada 

Co podpowiada

By tuż przed zaśnięciem 

Myśleć zawzięcie 

O rzeczach miłych

Aby to one, się nam spełniły 

Egocentryczni egoiści

Jako kibic sportowy nie mogę przejść obojętnie koło dwóch faktów jakie miały miejsce w mijającym tygodniu. Pierwszy z nich to już niemal saga mydlana i dotyczy Roberta Lewandowskiego. Jego utyskiwanie i narzekanie na temat Bayernu jest kompletnie niestrawne. Nie wiem dokładnie kogo kapitan naszej reprezentacji chciałby aby jego chlebodawca kupił, żeby pan Robert mógł wreszcie zdobywać najwyższe trofea. Osobiście myślałem, że to on był właśnie tym zawodnikiem, który wzniesie Bawarczyków na wyższy poziom. Nic z tych rzeczy, poza narzekaniem, biadoleniem i wieczną krytyką w moim przekonaniu nie spełnia oczekiwań w nim pokładanych. W Monachium występuje wystarczajaco dużo gwiazd i zawodników z górnej półki by klub mógł sięgać po najwyższe europejskie trofea. Problem jednak w tym, że nie tworzą oni zgranego zespołu a spory wpływ na to może mieć właśnie postawa pana Roberta nie ta na boisku, ale ta poza nim.  Ja rozumiem, że jak się czyta o wydatkach PSG i zawodnikach, których ten klub wykupił to się może zakręcić w głowie. Nie wszyscy jednak mają tyle pieniędzy co katarscy szejkowie. Europejska piłka nożna niestety idzie w złym kierunku umożliwiając właścicielom kilku klubów łamanie wszelkich zasad obowiazujących w sportowym współzawodnictwie. Bayern pod tym względem zdominował niemiecką ligę wykupując z drużyn w niej występujących najlepszych zawodników. Jakoś reprezentacja Niemiec oparta na zawodnikach tego klubu zdobywa kolejne mistrzostwa, nic zatem nie stoi na przeszkodzie aby i Bayern po nie sięgał bez kolejnych wzmocnień. Problem jednak leży w ego zawodników, a już chyba największe ma właśnie Lewandowski. I być może byłoby ono nawet uzasadnione, gdyby w każdym meczu nasz rodak grał będąc najlepszym zawodnikiem na boisku. Tak jednak nie jest. Nie podoba mi się jego postawa na murawie i ciągle zastrzeżenia pod adresem kolegów z drużyny. Drużyna to jedenastu zawodników a nie Robert Lewandowski i dziesięciu grających na jego rekordy wyrobników. Więcej pokory, szacunku dla partnerów i wzajemnego respektu a gwarantuję, że sukcesy i puchary przyjdą. 

Równie wielkie mniemanie o sobie ma aktualny właściciel Legii. Do tej pory stał na boku bo przeszkadzali mu jego współpartnerzy. Nie miał jednak oporów w wykorzystywaniu sukcesów warszawskiej drużyny do promowania siebie samego. Wciąż widzę go w trakcie losowania grup Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu. Napuszony niczym paw, z miną jedynego kreatora wielkości mistrzów Polski wiało od niego próżnością z prędkością huraganu Irma. Podejrzewam, że bez Jacka Magiery występ Legii w grupie skończyłby się nie tylko fiaskiem ale totalną kompromitacją. Dzięki, już byłemu trenerowi warszawian udało się jednak tego uniknąć. To chyba najbardziej przeszkadzało panu Mioduskiemu, który sądził, że to on jest ojcem tamtego sukcesu. Wyprzedając kogo się dało i kupując mało przydatnych zawodników postawił pana Jacka w sytuacji niemal niemożliwej do osiągnięcia sukcesu. Niestety ten typ właścicieli tak ma: sukces to oni, za porażki płacą inni. Bredzenie o konieczności przewietrzenia szatni to ich typowe zachowanie, które tylko potwierdza, że ich wiedza jest bardzo ograniczona. Nawiasem mówiąc można ją porównać do piłkarskiego znawstwa każdego kibica, który mało wie ale chciałby decydować o tym kto ma grać a kto nie. O ile jednak ze zdaniem kibica mało kto się liczy to nawet przeciętny właściciel może zniszczyć wszystko to co zbudował nawet najlepszy trener. Bo tak sobie wymyślił.

Ciało, dusza i podróżowanie

2013 312

Z przeprowadzonych badań na sobie wynika mi ewidentnie, że moja dusza lub jestestwo czy jakkolwiek inaczej się to nazywa, niemając formy fizycznej przystosowuje się do wszelkiego rodzaju zmian miejsca pobytu na ziemi relatywnie bez większych problemów. Co innego dzieje się z ciałem. Ta cześć mnie jest o wiele bardziej oporna i ma w wielkim powtarzaniu wszelkie moje próby przyspieszenia procesu aklimatyzacji do nowego środowiska. Dusza już od dawna cieszyła się na moją podróż i z jej stanu nawet jestem zadowolony. Ciało jednak nie chce podzielać mojego entuzjazmu i dokucza mi z sobie tylko wiadomych powodów. Dam mu jeszcze parę chwil na dostosowanie się do strefy czasowej a potem, jeśli nie zauważę współpracy, to będę zmuszony nakładać na nie jakieś kary za brak posłuszeństwa. Z drugiej strony, pośpiech w tym przypadku nie jest chyba wskazany, bo przecież kary mogą boleć a z natury nie toleruję bólu. W konsekwencji mogłoby się to przerodzić w niechęć to turystyki, która przecież wiąże się z podróżowaniem. Już po paru linijkach tego tekstu widać, źe rozwiazanie problemu nie będzie łatwe. Karać się nie da z uwagi na ból, na wszelkie przekupstwa moje ciało nie reaguje jakimkolwiek zainteresowaniem. Oszukanie go wprowadzeniem w stan halucynacyjny też nie wchodzi w grę z uwagi na ograniczony dostęp do tego rodzaju używek. Totalna kwadratura koła. Co gorsza cierpiące ciało negatywnie wpływa na stan ducha, którego siła niosła mnie do celu podróży. Najlepszym rozwiązaniem byłoby posiadanie kilku ciał. Dusza mogłaby się do nich przenosić w zależności od potrzeb, ożywiając je na określony czas. Te będące w stanie spoczynku odpoczywały sobie w oczekiwaniu na powrót ducha. Mając kilka ciał, używając je ekonomicznie, można by zapewne przedłużyć ich egzystencje a i swoją przy okazji. Należałoby jednak wcześniej wiedzieć gdzie te oczekujące na naszą duszę ciała umieścić Chociaż brzmi to zapewne dość futurystycznie i nierealnie to istnieje pozycja książkowa twierdząca, że istnieją ludzie, którzy potrafią przenosić się w czasoprzestrzeni w zaledwie kilka sekund z jednego końca świat an drugi. Nie używają oczywiście do tego kilku ciał, lecz mają zdolność, która umożliwia im tego rodzaju podróżowanie. Póki co mnie to jednak nie grozi ani jedna, ani druga metoda i w drodze powrotnej będę zapewne skazany na linie lotnicze. W pewnym sensie to też jest jakiś postęp w porównaniu z Titanikiem.

Dziwne uczucie.

Podróżowanie interkontynentalne z północy na południe czy odwrotnie, w zależności oczywiście od ilości czasu spędzonego w jej trakcie to małe piwo w porównaniu z przemieszczaniem się ze wschodu na zachód czy w przeciwnym kierunku. Dobiegła właśnie końca moja ekskursja przez trzy kontynenty. Z ekwadorskich gór najpierw była jazda samochodem na wybrzeże tego kraju. Tu bowiem znajduje się jedno z dwóch lotnisk międzynarodowych w Ekwadorze. W górach było chłodno, ubrałem się zatem odpowiednio do pogody. Nad oceanem już było o wiele cieplej. Zerwałem zatem z siebie nadmiar odzieży, chcąc uniknąć nadmiernego pocenia, które powoli zmieniało moja koszulkę w dość nieprzyjemną, przymokrawą tkaninę. Już po chwili musiałem jednak dogrzać się ponownie. Wentylacja w budynku lotniska wręcz wymagała tego. Była ona jeszcze jednak do zniesienia. W samolocie jednak doszli do wniosku, że im chłodniej w środku tym zapewnie lepiej dla podróżujących i podkręcili kurek z chłodnym powietrzem. Już po chwili mój nos dawał mi znać, że nie jest zwolennikiem takiej zabawy w ciepło zimno, która nie polega na znalezieniu czegoś. Pod ręką miałem jeszcze dres, który założyłem na sibie wychodząc z mojego górskiego domeczku. Co było robić, raz dwa i już miałem go na sobie. To ściąganie i nakładanie na siebie rzeczy tam i z powrotem oczywiście w końcowym efekcie skończyło się przeziębieniem bo praktycznie nie mogło być inaczej. To jednak, aczkolwiek bardzo frustrujące, nie dało mi aż tak bardzo w kość jak kolejna podróż tym razem z zachodu na wschód. Nie ulega watpliwości, że chociaż miałem dwudniowy odpoczynek po pierwszym etapie wycieczki, to jednak odczuwałem trochę zmęczenia przed kolejnym odcinkiem samolotowych wyzwań. Spanie z katarem nie należy do przyjemności, przynajmniej w moim przypadku. Z lekko zmordowanymi oczami zająłem zatem miejsce w samolocie Lufthansy, który zmierzał do Europy. Spanie w samolocie zawsze słabo mi idzie. Taka pochlastana natura. Jak każdy podróżujący wie, przemieszczanie się wzdłuż równoleżników powoduje walkę ze strefami czasowi. Słońce przecież nie może być na okrągłej ziemi w tym samym czasie w każdym jej zakątku. Zakatarzony, niewyspany, coraz bardziej zmęczony dotarłem wreszcie do celu mojej podróży. Tam skąd wyleciałem był wczesny poranek, tu gdzie dotarłem południe. Adrenalina spowodowana przybyciem do ojczyzny zabiła jednak wszystkie niedogodności. Dzisiaj wreszcie się wyśpię, pomyślałem zapominając o katarze. Dotrwałem niczym zombie do końca pierwszej połowy „fascynującego” meczy Realu z kimś z Cypru, po czym padłem niczym rażony czymś mocnym w okolice mojej głowy. W Stanach była godzina siedemnasta, tutaj dwudziesta trzecia. Z zatkanym nosem obudziłem się jednak dość szybko. I sam już nie wiem, która to jest godzina, w jakiej strefie czasowej jestem ja a gdzie moje ciało. Dziwne uczucie. Spróbuje się jeszcze przespać, może to mi wszystko wyjaśni.

W poszukiwaniu diabła

Nie spełnił się mój czarny scenariusz, dzięki Bogu i partii. Z duszą ba ramieniu, po wylądowaniu w Panamie, szukałem mojego lotu do Newarku na tablicy odlotów. Ta, żeby mi zrobić na złość zacięła się na literze „M” i żadnych lotów powyżej niej nie pokazywała. Na szczęście na mojej wejściówce na samolot, którą otrzymałem jeszcze w Ekwadorze podany był przypuszczalny numer bramy, który się potwierdził. Tu czekała mnie jednak niespodzianka. Otóż pasażerowie lecący tranzytem przez Panamę do USA ponownie musieli przejść kontrolę bagażu i zaliczyć bramkę prześwietlającą. Ostatni raz tego typu przyjemności miały miejsce za prezydentury najgłupszego prezydenta w historii mojego pobytu w Stanach, czyli Busha juniora. To, że aktualny urzędnik Białego Domu wrócił do tej procedury uzmysłowiło mi, że sposób sprawowania władzy przez niego zaczyna być coraz bardziej podobny do juniora. Wtedy Bush rownież nie cieszył się zbytnią popularnością, przede wszystkim z powodu głupoty, która przekraczała wszelkie przyjęte normy czyli podobnie jak dzisiaj. Co zrobił psychopata z Teksasu? Ano znalazł diabelskie nasienie w Iraku w osobie niejakiego Saddama Hussaina, wysłannika samego Lucyfera. Tak straszył i tak motał w głowach ludzi, że ci uwierzyli wreszcie w broń masowego rażenia, którą rzekomo miał w posiadaniu iracki watażka. Na nic zdały się kontrole niepotwierdzające tego faktu, junior przecież wiedział lepiej. Wyruszyly Stany zatem na wojnę, która nie miała nic wspólnego z ropą oczywiście a tylko z chęcią zapewnienia bezpieczeństwa ukochanej Ameryce. Po jedenastym września łatwo było ten kit sprzedać żyjącym w niepewności Amerykanom. Kupiliśmy wszyscy to kłamstwo a junior wyrósł niemal na bohatera choć tępego to jednak patriotycznego obrońcy wartości zachodnich. Sytuacja zdaje się powtarzać. Po niespodziewanym zwycięstwie notowania Trumpa lecą na łeb na szyje. Trudno żeby było inaczej skoro mamy znowu do czynienia z człowiekiem ograniczonym i dodatkowo porywczym. Gdzie jest aktualnie diabeł, który zagraża kochającemu pokój prezydentowi USA? Odpowiedź jest tylko jedna, w Korei Północnej. Nie będę kwestionował stanu umysłu przywódcy tego państwa ale podobieństwa narzucają się same. Nie bardzo wierzę w propagandę medialną bo ta na ogół też pisze co jej każą lub to co ludzie kupują. Z jakiegoś powodu strach stał się towarem, który zapewnia poparcie głupocie. Nie wiem oczywiście jak daleko posunie się aktualny prezydent USA, niemniej jednak nie mam watpliwości, że będzie używał koreańskiej karty tak jak to robił Bushista z irackim zagrożeniem. Takie właśnie myśli naszły mnie gdy stałem w zupełnie niepotrzebnej kolejce do zbytecznej kontroli. Wychodzi mi na to, że terroryści koreańscy latają po całym świecie tylko po to żeby gdzieś tam przesiąść się na samolot do Ameryki po czym w prezencie dla Kima wysadzić się w powietrze. Wyczuł jednak te zamiary stróż porządku i prawa na świecie a ludzie to ponownie to kupują. Jak daleko posunie się w swojej chęci odwrócenia uwagi narodu od brudu, w którym tkwi po uszy? Ano zobaczymy. Póki co mój samolot zmierza do celu mojej podróży a Irmie nie udało się przejść kontroli i pewnie została w Panamie, chociaż wcale w tamtą stronę nie zmierzała.